<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788</id><updated>2012-01-02T23:03:36.571+01:00</updated><category term='Kochajmy się jak pies z kotem'/><category term='pisanie'/><category term='groza'/><category term='obyczajowe fantasy?'/><category term='Miasta Wewnętrzne'/><category term='egzaminy konkursowe'/><category term='Purpurowy cień'/><category term='książka'/><category term='gotyk'/><category term='SF'/><category term='Fu Kang'/><category term='chrześcijaństwo'/><category term='stworzenia mityczne'/><category term='Kain i Kyrcz'/><category term='thriller'/><category term='chińskie prawo'/><category term='polska groza'/><category term='Dyrdymały'/><category term='horror'/><category term='Nietoperz'/><category term='Oko za oko'/><category term='Alicya'/><category term='Chiny'/><category term='fantastyka.'/><category term='Szkarłatny Anioł'/><category term='literatura'/><category term='fantasy'/><category term='Kyrcz i Radecki'/><category term='Czarna Woda'/><category term='Na Progu'/><category term='mieszanie w tyglu'/><category term='chińskie pismo'/><category term='Natasha Beaulieu'/><category term='miasto'/><category term='film'/><category term='Senecal'/><category term='Ulica Wiązów 5150'/><category term='Inteligencja Chin'/><category term='Quebek'/><category term='Pasażer'/><category term='thriller psychologiczny'/><title type='text'>Hyde Park dla nietoperzy</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>69</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-639274947725461966</id><published>2011-09-28T18:26:00.002+02:00</published><updated>2011-09-28T18:34:03.695+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kyrcz i Radecki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska groza'/><title type='text'>Burza mózgów - opowiadanie ze zbioru "Lek na lęk"</title><content type='html'>Do dupy. Takie było i ciągle jest moje życie. W liceum, a potem na pierwszych latach studiów łudziłem się jeszcze, że coś osiągnę, że kiedy przebrnę przez ślepą kiszkę daremności i zostanę profesjonalistą, będzie dobrze, spokojnie, normalnie...&lt;br /&gt;   Marzyła mi się własna agencja, ale dotąd nie starczyło mi pary, żeby skrzyknąć tych najbardziej obrotnych w firmie, odejść z Big Idea i założyć coś swojego. Zająłbym się promocją małych, świeżych biznesów, zleceniodawcy nie kręciliby nosami, a ja miałbym więcej czasu na wydawanie lekko zarobionej kasy. Oto piątkowe popołudnie, ba! wieczór prawie, a ja, zamiast rozkoszować się zasłużonym odpoczynkiem na łonie knajpy, zapierdalam przy kolejnym daremnym projekcie. Przecież nawet jeśli wygramy przetarg, klient zmieni wszystko w ostatniej chwili i z zajebistej kampanii viralowej zostaną dwa spoty i nikomu niepotrzebny fanpage.&lt;br /&gt;- Wszyscy z kreatywnego zostają, nie ruszamy się stąd, dopóki nie będziemy mieli gotowej kampanii! – obwieścił Midas i choć była już siedemnasta, nie znalazł się nikt, kto ośmieliłby się zaprotestować.&lt;br /&gt;   Jasne, wiedzieliśmy, jak ważne było wygranie tego prze-targu, ale po całym dniu wałkowania tematu marzyliśmy, by oddać się twórczej pracy koncepcyjnej na przykład gdzieś na Kazimierzu…&lt;br /&gt;   Midasowi nigdzie się nie spieszy. Na miasto nie wychodzi, przynajmniej my z nim nie chodzimy, a w domu czeka na niego nadaktywna żona i niedorozwinięty syn, którego widok przypomina mu, że on sam też nie jest doskonały. Kto by się spieszył w takiej sytuacji?&lt;br /&gt;   Jedynie zadeklarowany masochista. Niestety, Midas nie jest maso, tylko sado. Jego motto brzmi: „przez cierpienie do bogactwa”. Nasze cierpienie, rzecz jasna.&lt;br /&gt;W pomieszczeniu na wyrost określanym salą konferencyj-ną klimatyzacja schrzaniła się przed wiekami, lecz Midas nie pozwolił na otwarcie okna, by odgłosy ruchu ulicznego nie przeszkadzały nam w twórczych wysiłkach.&lt;br /&gt;   Anita, sekretarka, rozdała briefy, pożegnała się i z wyraźną ulgą opuściła tonący okręt.&lt;br /&gt;   Naprzeciwko mnie siedziała Zdechła, czyli Zosia Zdechlikiewicz – ubrana wiecznie na czarno czarownica, która przy byle okazji posyła mi spojrzenia wygłodniałej modliszki. Od kiedy rozstała się z facetem, wzmogły się jej kłopoty z cerą,          a częstotliwość, z jaką trzepoce rzęsami, zwiększyła się co najmniej dziesięciokrotnie.&lt;br /&gt;   Zwykle na jej zaloty reaguję nieśmiałym uśmiechem, udając, że nie rozumiem, o co chodzi. Sprawdzony trick, ale boję się, że w tym przypadku nie wystarczy.&lt;br /&gt;Po mojej prawicy zacumowała gruba Greta, a po lewicy Leni, który przydomek zawdzięcza fryzurze à la Lenny   Kravitz. Dalej, na swym tronie, zasiadł sam Midas. Ot, i cała drużyna w komplecie. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że o tej porze, po  t a k i m  tygodniu bylibyśmy zdolni wyruszyć ku zdobyczom własnej wyobraźni. Cały tydzień szarpaliśmy się z prawnikami banku, którzy dziś rano gotową kampanię udupili wręcz koncertowo – nie, w takich momentach kończy się nawet moja kreatywność. Choćbyśmy mieli przegrać ten pieprzony przetarg.&lt;br /&gt;Zosia przeprosiła na chwilę, tłumacząc, że idzie przypudrować nosek. Kilka minut później na powrót klapnęła na krześle. Jej oczy błyszczały niezdrowym blaskiem, źrenice miała lekko rozszerzone. Tak, Zdechła bez kreski nie ujedzie.&lt;br /&gt; Po drodze do pracy minąłem billboard z napisem: „Czego brakuje aktywnym?” To, skądinąd ciekawe, pytanie pomagało mi teraz przebrnąć przez mordęgę sesji. Zamiast wymyślaniem kampanii kolejnego niepotrzebnego gówna, zająłem się kompletowaniem listy, zawężając obiekt badań do osób pracujących w branży reklamowej, a konkretnie do mojej skromnej osoby. Wyliczanka niepokojąco się wydłużała. Brakowało mi mianowicie: kasy, miłości, włosów, snu, instynktu samozachowawczego...&lt;br /&gt;- Łysy, nie pierdol do siebie, nie m-mamy cz-czasu! – Midas zwykle jąka się wtedy, gdy wpada we wściekłość. Śmieszny buc. Jakby furią mógł zmusić kogokolwiek do myślenia.&lt;br /&gt;- Midas, kurwa…&lt;br /&gt;- Żaden Midas, kurwa, m-masz m-może jakieś pro... pro-pozycje? Tylko nie chcę słuchać, że tych c-cukierków n-nikt w tym kraju nie potrzebuje.&lt;br /&gt;- Ależ potrzebuje – odparłem buńczucznie, tonem wskazującym na to, że wolałbym wcinać czopki niż ten szit. Zdechła zachichotała.&lt;br /&gt;- N-no to s-słuchamy…&lt;br /&gt;- Otóż... – chciał pajac błyskotliwych pomysłów, no to gramy – skoro klientowi zależy na sprzedaży cukierków o leczniczym działaniu, może potrzebna nam po prostu twarz marki? Odświeżymy brand, wzmocnimy przekaz. Co powiecie na Ewę Kopacz...?&lt;br /&gt;- To ma być big idea?! – warknął Midas, a jego nalana twarz momentalnie przekształciła się w pysk buldoga.&lt;br /&gt;Nie jąkał się już, ale nie wydawało mi się, żeby był mniej wkurzony.&lt;br /&gt;- A może taki sloganik: – głupawa zawładnęła mną doszczętnie – cukierki Iks to niezły miks?&lt;br /&gt;   Midas parsknął lekceważąco. I gadaj tu z takim. Jak ktoś bez poczucia humoru przerobił w branży tyle lat?&lt;br /&gt;   Siedzieliśmy w konferencyjnej od tak dawna, że zupełnie straciłem rachubę czasu. Koszula lepiła mi się do pleców, na ścianach gromadziły się krople wody. Wydawałoby się, że    w biurze padał deszcz, choć naturalnie rozumiałem, że to efekt skraplania się pary z naszych oddechów. W pomieszczeniu panowała tak nieziemska duchota, że byłem bliski omdlenia.&lt;br /&gt;   Midas najwyraźniej miał to gdzieś. Cokolwiek by się działo – zamierzał dotrzymać obietnicy więżenia nas do skutku. Trzeba więc było skoncentrować się na zadaniu. Głupawe miny, tępe spojrzenia i prostackie pomysły towarzyszy niedoli nie przekonały go, że lepiej będzie pozwolić nam upodlić się przez weekend, żebyśmy w poniedziałek wzięli się do pracy z jaśniejszymi, choćby i skacowanymi głowami. &lt;br /&gt;   Za cholerę nie mogłem się skupić. Mój nie do końca zniewolony umysł wbrew wszystkiemu wyrywał się na wolność. &lt;br /&gt;Nie, panowie i panie, ja spierdalam.&lt;br /&gt;- Przepraszam, muszę do toalety…&lt;br /&gt;Midas ledwie zauważalnie kiwnął głową.&lt;br /&gt;- Na jednej nodze! – burknął łaskawie.&lt;br /&gt;Uff… Niewielkie wnętrze WC pozbawione przytłaczającej atmosfery sali konferencyjnej wydało mi się oazą na pustyni daremności.&lt;br /&gt;- Masz ochotę na loda? – zaoferowała Zdechła, która jak cień pojawiła się za moimi plecami.&lt;br /&gt;   Lody dla ochłody? Czemu nie! Nadal było gorąco… Mimo że uśmiechnąłem się bezbarwnie, dając jej do zrozumienia, że traktuję tę propozycję jako żart, ona już manipulowała przy moim rozporku.&lt;br /&gt;Zanim się zorientowałem, schowany za nim diabełek wy-skoczył na zewnątrz. Zosia złapała go czule, a po chwili otoczyła ustami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;   Niebo ściemniało. Przez szybę panoramicznego okna od czasu do czasu przebijały się gniewne pomruki przywodzące na myśl wkurwionego niedźwiedzia. Na domiar złego burczało mi w brzuchu. Po bzykaniu zawsze robię się głodny.&lt;br /&gt;Ciężkie chmury gromadziły się niby na jakimś przedwyborczym wiecu i kotłowały się w nerwowej ciszy, najwyraźniej przygotowując się do występu przez duże „W”. I nagle... Jebut! Nasze jedyne okno na świat, jakby popchnięte palcem niewidzialnego olbrzyma, wypadło z framugi – wprost na podłogę. Zaraz potem cały budynek zatrząsł się w posadach. Pomimo swej tuszy, Greta wystrzeliła ku drzwiom jak korek  z szampana.    W następnym momencie pozostali poderwali się ze swoich miejsc i pognali jej śladem. Niepotrzebnie, bo Big Idea mieści się na trzynastym piętrze. Trochę za daleko na piechotę do parteru, a na windy raczej nie można było liczyć.&lt;br /&gt;Przez rumor zapadających się sufitów, podłóg, ścian, wśród klekotu pękających elementów nośnych przedarł się potężny, wszechogarniający jęk wiatru…&lt;br /&gt;   Zbierało się na porządną burzę.&lt;br /&gt;   Nie śpieszyłem się. Wiedziałem, że i tak nam się nie uda. Nigdy się nie udawało. &lt;br /&gt;Gruba Greta dopadła do windy, z całej siły naciskając guzik przyzwania. Nagle ją trzepnęło. Dwieście dwadzieścia wolt to nie w kij dmuchał. Trzęsące się niczym galareta na świątecznym stole ciało telepało się po korytarzu, skutecznie blokując drogę bardziej mobilnym członkom teamu. Chociaż z drugiej strony, trzeba oddać naszej grubasce sprawiedliwość, że nikt nie byłby w stanie z taką finezją poruszać kończynami. Wolę spuścić na tę śmierć zasłonę milczenia, która zresztą w następnej chwili opadła razem z fragmentem sufitu, miażdżąc Grecie stopę wraz z podudziem. Może i bym się porzygał, jednak kolejne części metalowych spojeń stropu zmieniły zwłoki w rozbryzgującego się arbuza. A tego zawsze lubiłem.&lt;br /&gt;   Chcecie wiedzieć, co z resztą? Leni był narwany jak zwykle. Niektórzy liczą, że akurat im się przyfarci. Uważają, że jeśli wyskoczą z walącego się budynku, to spadną na coś miękkiego. Prawda jest taka, że po prostu zwiększają ilość gruzu, spod którego trzeba będzie ich odgrzebać. Zresztą, myślę, że ciała Leniego nie znajdą nigdy. Wyskakując przez rozbite okno, pobił na głowę Ikara z Małyszem razem wziętych. Życie nie jest zbyt zabawne. W kreskówce pewnie na dokładkę walnąłby go piorun, a on zdążyłby nam pomachać na pożegnanie albo chociaż krzyknął „Geronimo”.  A Leni tylko wrzasnął, pędząc na spotkanie z chodnikiem. Niemal wbił się w beton.   W mgnieniu oka przysypały go odłamki, pręty, cegły i skoczkowie z innych firm.      A sądziłem, że jedynie my mamy pojebanego szefa, który trzyma nas po godzinach.&lt;br /&gt;Skoro jesteśmy przy Midasie... Gnojek schował się pod dębowe biurko, które dość skutecznie, przynajmniej póki co, chroniło go przed opadającym gruzem. Gdy jednak runęła cała północna ściana, nawet on nie miał szans. Spod kupy tynku, betonu i strzaskanych mebli sterczała teraz jego dłoń z tym cholernym sygnetem, wielkim jak ogniwo od krowiego łańcucha. Dłoń, która drgała w parodii sportowego gestu poddania. Mate, skurwysynu...&lt;br /&gt;   Moja ostatnia kochanka została oświecona. Lampą. Niczym bezgłowe kurczę naszprycowana prochami przeszła kilka metrów, zanim z gracją osunęła się na ziemię. Jej usta stawały się coraz czerwieńsze, brak zębów bynajmniej nie odpędził ode mnie myśli o oralnych pieszczotach. Na razie, oczywiście.&lt;br /&gt;   Ja zginąłem jako pierwszy. Pieprzona szyba rozprysła się akurat wtedy, gdy miałem zabrać głos i swym geniuszem zachwycić Midasa. Odłamek wbił mi się w tętnicę. Pamiętam, że cholernie bolało. Nigdy nie przypuszczałem, że można wykrwawić się tak szybko i mało efektownie. Umarłem, zanim Greta wybiegła z sali konferencyjnej. W kilka minut nasz biurowiec przestał istnieć. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że gdy opadnie kurz po katastrofie, znów wejdziemy do biura, a Midas zacznie się jąkać. Od nowa będziemy cierpieć katusze, zastanawiając się, czemu utknęliśmy w tym popieprzonym miejscu, będziemy móżdżyć, jak by to było miło spokojnie odpocząć wśród robactwa, Midas będzie się pastwił nade mną, a Zosia na pocieszenie ukisi mi ogóra. Bez sensu. Kompletnie bez sensu.&lt;br /&gt;Ktoś kiedyś śpiewał, że śmierć na zawsze rozdziela kochanków. Z kolei Miłosz z uporem maniaka utrzymywał, że śmierć nas nie dotyczy. Gdy jesteśmy, wtedy jej nie ma, gdy przychodzi – już nie istniejemy... W naszym przypadku jest jeszcze inaczej. Jak? Tak jak mówiłem. Do dupy.&lt;br /&gt;Takie było i pozostaje moje życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kazimierz Kyrcz Jr, Łukasz Radecki&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-639274947725461966?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/639274947725461966/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/09/burza-mozgow-opowiadanie-ze-zbioru-lek.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/639274947725461966'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/639274947725461966'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/09/burza-mozgow-opowiadanie-ze-zbioru-lek.html' title='Burza mózgów - opowiadanie ze zbioru &quot;Lek na lęk&quot;'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-6174491508608324565</id><published>2011-09-17T09:43:00.004+02:00</published><updated>2011-09-17T09:58:08.543+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Oko za oko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Oko za oko (3)</title><content type='html'>Bruno usłyszał po drugiej stronie głos łagodny i ochrypnięty zarazem. Wszystkie osoby, które dzwoniły dotychczas, pytały go tonem pełnym zakłopotania, jak się ma, co brzmiało dla niego jak najgorsza obelga. Ten człowiek był pierwszym, który się wyłamał.&lt;br /&gt;- Tu sierżant detektyw Mercure. Proszę wybaczyć, że zakłócam panu żałobę…&lt;br /&gt;Bruno nie odpowiedział, zaintrygowany. &lt;br /&gt;- …ale wiadomość jest tego warta. Znaleźliśmy mordercę pana córki. &lt;br /&gt;Coś się w nim zawaliło, usiadło na żołądku i sprawiło, że poczuł silny zawrót głowy, a jego ślina zgęstniała. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co się dzieje, zaraz jednak oprzytomniał. Od czterech dni był tak przytłoczony utratą Jasmine, że jego mózg, choć teraz ta myśl wydawała mu się całkiem niedorzeczna, w ogóle nie dopuścił myśli, że jakiś gwałciciel morderca nadal przebywa na wolności. Po raz pierwszy jego emocje oddzieliły się od utraty córki i skoncentrowały na jej mordercy. Wiadomość tak nim wstrząsnęła, że musiał usiąść, nadal trzymając słuchawkę przy uchu.&lt;br /&gt;- Mordercę... Jasmine… – wykrztusił.&lt;br /&gt;Detektyw Mercure powiedział, że nie było trudno go znaleźć. Krążył wokół szkoły od kilku dni i rozmawiał z dziećmi. Nauczyciele również go zauważyli, więc identyfikacja była łatwa. Został przesłuchany poprzedniego dnia. Alibi miał niespójne i niejasne, przeczył sam sobie. &lt;br /&gt;Po długim milczeniu Bruno zapytał:&lt;br /&gt;- Przyznał się?&lt;br /&gt;- Tak jakby. Kiedy się zorientował, że jego zeznania źle wypadły, w końcu powiedział: „Wygląda na to, że wpadłem”. Mamy go, panie Hamel.&lt;br /&gt;Bruno milczał. Czuł się naprawdę źle.&lt;br /&gt; - Jakie podejmiecie teraz kroki? – spytał w końcu, żeby coś powiedzieć.&lt;br /&gt;Mercure wyjaśnił, że następnego dnia przestępca stanie przed sądem, a po przesłuchaniu zostanie odwieziony do więzienia w Drummondville. Mniej więcej za tydzień, po wstępnych wynikach śledztwa, nastąpi jego ponowne przesłuchanie &lt;br /&gt;przed sędzią i wtedy ustali się termin procesu. &lt;br /&gt;- Odpowie za to, co zrobił, może pan być pewien. Gwałt z wyjątkowym okrucieństwem, zabójstwo z premedytacją na pewno. Ofiarą jest dziecko, więc dostanie dwadzieścia pięć lat, to prawie pewne.&lt;br /&gt;- Dwadzieścia pięć lat?&lt;br /&gt;- Tyle trwa dożywocie. Pewnie będzie mógł się starać o zwolnienie warunkowe, ale nie przed upływem piętnastu lat.&lt;br /&gt;- Ale... On nie zostanie w więzieniu do końca życia?&lt;br /&gt;Bruno sam się zdziwił, że zadaje takie pytanie.&lt;br /&gt;- Dwadzieścia pięć lat to długo, panie Hamel. Nawet piętnaście to długo. Aby pozostać w więzieniu aż do śmierci, trzeba zrobić coś naprawdę...&lt;br /&gt;Urwał, zdawszy sobie w ostatniej chwili sprawę z niezręczności tych słów, ale Bruno zrozumiał i powiedział sucho:&lt;br /&gt;- A zgwałcenie i zabicie mojej córki nie są wystarczające, prawda?&lt;br /&gt;- Nie o to mi chodziło...&lt;br /&gt;Nastąpiła pełna zakłopotania cisza. Lekarz czuł, że ma sucho w ustach. Usłyszał siebie zadającego pytanie:&lt;br /&gt;- Jak zareagował? Czy... czy wygląda na to, że ma wyrzuty sumienia?&lt;br /&gt;Potarł czoło. Dlaczego o to pyta?&lt;br /&gt;- On wie, że wpadł, i to go przeraża. Ale gra twardziela i... Nie, nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Kiedy była mowa o tym, jak ohydną zbrodnię popełnił, on... czasami się uśmiechał. To jest arogancja, oczywiście, ale...&lt;br /&gt;Lekarz pokiwał głową, jego twarz pobladła. Mruknął bezdźwięcznym głosem:&lt;br /&gt;- Dziękuję.&lt;br /&gt;I rozłączył się. Siedział bez ruchu dłuższą chwilę. Próbował wyobrazić sobie tego człowieka, oskarżonego o najgorsze zbrodnie, który tylko się uśmiechał.&lt;br /&gt;Uśmiechał.&lt;br /&gt;Anonimowy morderca wychynął nagle z tych dziwnych ciemności, które ogarnęły Brunona, ale dotychczas tylko go wypełniały, martwe i bezwolne. Teraz zaczął się w nich powolny mroczny ruch i częściowo nawet przyćmił smutek.&lt;br /&gt; Wreszcie  Bruno zauważył Sylwię stojącą w progu salonu.&lt;br /&gt;- Znaleźli go, prawda?&lt;br /&gt;Po raz pierwszy mówiła o mordercy, przynajmniej po raz pierwszy w obecności Brunona.&lt;br /&gt;- Tak, znaleźli go.&lt;br /&gt; Przekazał jej informację. Sylwia przycisnęła ręce do ust i zaczęła płakać. Bruno zrozumiał, że w przeciwieństwie do niego często myślała o mordercy Jasmine.&lt;br /&gt;- Dostanie z pewnością dwadzieścia pięć lat więzienia – wyjaśnił mechanicznie. – Po piętnastu latach może się starać o warunkowe zwolnienie. W każdym razie tyle mu grozi.&lt;br /&gt; Nieprzytomny wyraz twarzy męża zdziwił Sylwię. Spytała, czy nie odczuwa ulgi.&lt;br /&gt;- Nie wiem...&lt;br /&gt; Nie mógł się powstrzymać, by nie wyobrażać sobie uśmiechu na twarzy mordercy.&lt;br /&gt;Sylwia była bardzo poważna. Podeszła do niego, wzięła za ręce i zmusiła, by wstał. Czystym, zdecydowanym głosem bez cienia łez powiedziała:&lt;br /&gt;- Bruno, musimy mieć drugie dziecko.&lt;br /&gt;Nie zareagował, więc po chwili dodała:&lt;br /&gt;- Jak najszybciej.&lt;br /&gt;- Nie chcę mieć więcej dzieci...&lt;br /&gt;- Adoptujmy.&lt;br /&gt;- Nie jestem gotowy, by tak szybko zastąpić Jasmine.&lt;br /&gt;- Dobrze wiesz, że nie chodzi o to, żeby ją zastąpić.&lt;br /&gt;- Nie, oczywiście, że nie, ale...&lt;br /&gt;Podjęła decyzję zbyt szybko jak dla niego, a telefon z policji go zdenerwował. Nie był w stanie jasno myśleć. Ciemności, które kłębiły się coraz bardziej w żołądku, sprawiały, że czuł się coraz gorzej.&lt;br /&gt;- Dobrze, zastanowię się nad tym, ale nie teraz.&lt;br /&gt;Pokiwała głową i, pociągając nosem, dodała, że rozumie. &lt;br /&gt;Pogłaskał jej włosy, uśmiechnął się, a potem powiedział, że wyjdzie zaczerpnąć powietrza. Sam. Może nawet nie wróci do domu na kolację. Wydawała się nieco zdziwiona, ale nie pro-testowała. Pocałował ją i wyszedł.&lt;br /&gt;Długo  krążył ulicami.  Zawędrował aż do centrum  miasta, myśląc cały czas o telefonie od policjanta. Dwadzieścia pięć lat... Może piętnaście.&lt;br /&gt;Zamówił kolację w restauracji na ulicy Bock, ale po kilku kęsach odsunął od siebie talerz z obrzydzeniem. Próbował odnaleźć w sobie siłę, którą od czterech dni dawał mu smutek, ale trudno mu było do niego wrócić. To narastające w nim ciemności gdzieś go odepchnęły.&lt;br /&gt;Gdy po długiej wędrówce po mieście Bruno wrócił do domu, Sylwia oglądała telewizję. Nie zapytała ani gdzie był, ani co robił. Powiedziała tylko łagodnie, że przyszedł w sam raz na wiadomości. Włączyła zresztą magnetowid, na wypadek, gdyby zjawił się za późno. Dzwoniła jego matka, pytając o wieści. Pokiwał głową w milczeniu. Miał tak sucho w ustach... Poszedł po piwo, wrócił do salonu i usiadł obok Sylwii.&lt;br /&gt;Po głównych wydarzeniach politycznych krajowych i międzynarodowych prezenter powiedział, że policja w Drummondville aresztowała podejrzanego w sprawie „potwornej śmierci małej Jasmine Jutras-Hamel”. Na ekranie pojawił się posterunek policji w Drummondville i dwaj policjanci eskortujący młodego mężczyznę w kajdankach.&lt;br /&gt;- To on – szepnęła Sylwia.&lt;br /&gt;Bruno złapał ją za udo i ścisnął mocno. Wolną ręką wziął pilota i wzmocnił dźwięk. Na tle obrazu młodego mężczyzny, brzmiał komentarz:&lt;br /&gt; - Wczoraj wieczorem policja w Drummondville aresztowała podejrzanego w sprawie małej Jasmine Jutras-Hamel, brutalnie zgwałconej i zamordowanej w zeszły piątek. Podejrzanym jest niejaki... &lt;br /&gt;Bruno gwałtownie wyłączył dźwięk. Zaskoczona Sylwia spytała, co robi. On sam patrzył na pilota ze zdziwieniem. Dlaczego to zrobił? I głosem, który wydawał mu się wydobywać spoza niego samego, odpowiedział:&lt;br /&gt;- Nie chcę nic o nim wiedzieć. Ani jak się nazywa, ani co robi. Żadnych informacji. Nic.&lt;br /&gt;Sylwia zapytała dlaczego. Bruno patrzył przez chwilę na ekran, jakby tam szukał potrzebnych słów.&lt;br /&gt;- Każda informacja o nim, o jego usposobieniu, za bardzo by go przybliżyła do istoty ludzkiej.&lt;br /&gt;Tak, to o to chodziło. Ten mężczyzna nie mógł być istotą ludzką, to oczywiste. Człowiek nie mógłby tego zrobić. Bruno nie chciał traktować go jak człowieka. To był jedyny sposób, żeby...&lt;br /&gt;Właściwie żeby co?&lt;br /&gt;Potarł czoło, zakłopotany.&lt;br /&gt;Sylwia, zbita z tropu, milczała przez dłuższy czas, nim powiedziała:&lt;br /&gt;- Ale ja chcę znać te informacje.&lt;br /&gt;- Możesz je obejrzeć potem z odtwarzacza. – Spojrzał na nią błagalnie. – Proszę cię.&lt;br /&gt;Jego prośba była absurdalna, wiedział o tym, ale to było silniejsze od niego. Skinęła głową. Powiedziała też, że zrobi sobie kawy i obejrzy kasetę później. Podziękował jej, a ona poszła do kuchni.&lt;br /&gt;Na ekranie pojawił się inny nagłówek. Bruno nacisnął przycisk stop na magnetowidzie, cofnął taśmę i jeszcze raz, bez dźwięku, oglądał ten fragment, gdzie widać było mężczyznę w kajdankach. Miał mniej więcej dwadzieścia lat, długie włosy blond, na sobie brudne podarte dżinsy i skórzaną zniszczoną kurtkę, kilkudniowy zarost, zgaszone oczy, głupio rozchylone usta. Wstrętna gęba.&lt;br /&gt;Ten facet podszedł do Jasmine. Rozmawiał z nią i zaciągnął na łąkę pod jakimś pretekstem. Potem za krzakiem powalił ją na ziemię, porwał sukienkę, gwałcił i bił, raz po raz... Miał w niej wytrysk, podczas gdy ona próbowała krzyczeć, wołać  o pomoc, wzywać na ratunek mamę i tatę. Wreszcie owinął niebieską wstążką jej szyję i udusił ją, pozostawiając jako ostatnią emocję w jej krótkim życiu ogromne i niezrozumiałe cierpienie...&lt;br /&gt;Pilot w jego dłoniach zatrzeszczał.&lt;br /&gt;Nagle młody aresztowany odwrócił głowę w stronę kamery i na ekranie pojawił się arogancki i pogardliwy uśmiech. W ułamku sekundy serce Brunona stwardniało, zamieniając się w granit.&lt;br /&gt;Na ekranie pojawił się prezenter. Poruszał bezdźwięcznie ustami. Bruno znów cofnął taśmę i obejrzał fragment aż do uśmiechu. Czy tak się uśmiechał, gdy gwałcił Jasmine, gdy ją bił? Pewnie tak. I tak się będzie uśmiechał, wychodząc z więzienia za piętnaście lub dwadzieścia pięć lat. Pewnie raczej za piętnaście.&lt;br /&gt;Bruno wstał szybko i ruszył do schodów, mijając po drodze Sylwię, która spytała, dokąd idzie.&lt;br /&gt;- Położę się – odparł prędko. – Jestem wykończony.&lt;br /&gt;Bruno położył się i pozwolił, by żal opanował go całkowicie. Leżąc nieruchomo w łóżku, przywoływał wspomnienia Jasmine. Narastały, a on w nich tonął i zanurzał się w  cierpieniu. Ale tego wieczoru z głową schowaną w poduszkę nie umiał przywołać smutku. Przeczuwał go, dotykał cząstką duszy, ale ciemności gęstniały coraz bardziej; do tego stopnia, że chciało mu się wymiotować.&lt;br /&gt;Kiedy Sylwia przyszła się położyć godzinę później, on nadal nie spał, choć miał oczy zamknięte. Również o drugiej w nocy przewracał się w pościeli, spocony, rozkojarzony. Za każdym razem, gdy chciał w myślach zobaczyć twarz Jasmine, za każdym razem, gdy próbował odnaleźć smutek i pogrążyć się w nim, w jego wyobraźni pojawiała się twarz zabójcy z tym straszliwym uśmiechem. A w jego głowie czas mijał, z upływem lat po małej dziewczynce pozostał tylko proch, gdy tymczasem jej zabójca wychodził z więzienia.&lt;br /&gt;I cały czas się uśmiechał, uśmiechał, uśmiechał...&lt;br /&gt; Co Bruno mógł zrobić, żeby tamten przestał się wreszcie uśmiechać? Żeby krzywił się ze strachu i bólu, jak Jasmine?&lt;br /&gt;Ogarnęła go wściekłość i gwałtowna żądza krwi i przemocy. Pojawiła się w jego mózgu z taką siłą, że zerwał się z pościeli i wyszedł z pokoju, jakby uciekał przed człowiekiem, który leżał w jego łóżku dwie sekundy wcześniej.&lt;br /&gt;Zszedł do kuchni i nalał wody do szklanki. Chciał się napić, ale wypluł wodę. Nic nie przechodziło mu przez gardło, ciemności blokowały żołądek. Nudności schwyciły go nagle i ledwo zdążył dotrzeć do łazienki i zwymiotować do sedesu. A gdy wymiotował, w jego głowie przewijały się nieustannie obrazy szaleństwa.&lt;br /&gt;Gdy się wyprostował, poczuł się dziwnie spokojny. Spojrzał na siebie w lustrze, najpierw nieco zdziwiony, a po chwili rysy jego twarzy ściągnęły się i spoważniały.&lt;br /&gt;Wolnym krokiem przeszedł do salonu. Włączył telewizor i raz jeszcze uruchomił kasetę z wiadomościami. Wciąż bez dźwięku obserwował obraz, a kiedy morderca uśmiechał się do kamery, nacisnął przycisk pauza. Młody mężczyzna znieruchomiał na ekranie.  W tej chwili stał się potworem.&lt;br /&gt;Bruno podszedł do telewizora, pochylił się i przysunął twarz blisko ekranu. Patrzył uważnie na potwora.&lt;br /&gt;Wtedy ciemności zapanowały całkowicie nad smutkiem. Niczym rosnąca plama tłuszczu rozlały się po całym jego ciele, wypełniły nawet oczy.&lt;br /&gt;Gdy położył się do łóżka dziesięć minut później, nawet nie próbował zasnąć. Leżąc na wznak, patrzył w sufit szeroko otwartymi oczami, twardym spojrzeniem, a jego mózg pracował na pełnych obrotach. O ile początkowo jego myśli były chaotyczne i rozproszone, o tyle w ciągu kilku następnych godzin poukładały się, tworząc całość bardziej spójną i wyraźną. Przez całą bezsenną noc jedna myśl wybijała się z chaosu i powracała uparcie: za mniej więcej tydzień potwór stanie przed sędzią na wstępnej rozprawie.&lt;br /&gt;Mniej więcej tydzień.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-6174491508608324565?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/6174491508608324565/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/09/oko-za-oko-3.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6174491508608324565'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6174491508608324565'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/09/oko-za-oko-3.html' title='Oko za oko (3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-3131917287899151139</id><published>2011-08-31T20:22:00.003+02:00</published><updated>2011-08-31T21:00:06.811+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Oko za oko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Oko za oko (2)</title><content type='html'>Bruno otworzył oczy. Było piętnaście po dziesiątej. Przesłuchanie przed sędzią pewnie się już rozpoczęło. Lekarz rozejrzał się – na parkingu nie było nikogo, a z miejsca, w którym się znajdował nie widać było bocznego wejścia do budynku sądu. Powiedział nastolatkowi, że może iść. Młody wysiadł i ruszył szybko w stronę samochodu policji. Wyjął z kieszeni płaszcza jakiś przyrząd albo dwa, których Bruno nie rozpoznał i zabrał się za drzwi. A dokładniej, zamek. &lt;br /&gt;Bruno rozejrzał się ponownie. Najbliższe osoby stały na chodniku, dobre sto metrów dalej. Protestujący nadal zajmowali pozycje w pobliżu sądowych drzwi i nie było powodu, by przyszli na parking. Istniało pewne ryzyko (Bruno nie przewidział obecności tej niewielkiej grupy obywateli), ale nie miał wielkiego wyboru. &lt;br /&gt;W tym momencie zauważył jak bardzo matowe były inne samochody na parkingu, jak szary i spękany był asfalt, jak mdłe było niebo. Ale wiedział, że naprawdę tak nie wyglądały. To on je tak widział.&lt;br /&gt;Widział rzeczy inaczej, bo jego widzenie uległo zmianie.&lt;br /&gt;Niby skierował uwagę na młodego, ale w rzeczywistości był zatopiony we własnych myślach. Jego nowe widzenie było reakcją. Efektem ubocznym ciemności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;♦&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmiana widzenia nastąpiła gwałtownie, bez zapowiedzi. Zanim Bruno wziął ciało Jasmine w ramiona i zamknął oczy, widział w określony sposób. Gdy je ponownie otworzył kilka minut później, widział inaczej.&lt;br /&gt; Miał mgliste, prawie nierealne wspomnienie godzin po odkryciu tragedii. Tylko kilka momentów wyłaniało się jasno z mgły: atak histerii Sylwii, telefon jego matki... Przypominał sobie także jak bardzo Sylwia wydała mu się bezbarwna, bezwymiarowa, bezkształtna. Podobnie jak ściany, meble i domowe przedmioty, na które patrzył nieprzytomnym wzrokiem.&lt;br /&gt;  Odtąd miał w oczach filtr.&lt;br /&gt;Cały wieczór, siedzieli na kanapie przytuleni do siebie, nieruchomi, prawie niemi. Sylwia cały czas płakała. Bruno ściskał ją ze wszystkich sił, złamany smutkiem i rozpaczą. Ale z jego oczu nie popłynęła ani jedna łza. Ciemności, które go ogarnęły, zdusiły wszelki płacz.&lt;br /&gt;Dwa dni później salon domu pogrzebowego był pełen: rodzina (nawet matka Bruna, prawie całkiem niedołężna, poruszyła niebo i ziemię, żeby tu być), przyjaciele, koledzy i wszyscy członkowie zarządu Rozkwitu, schroniska dla maltretowanych kobiet, w którym Sylwia pracowała dorywczo, a Bruno udzielał raz w tygodniu darmowych porad. Lekarz uściskał każdego z nich wzruszony.&lt;br /&gt;- To nie powinno się przydarzyć takim ludziom jak Sylwia i ty – z twarzą zalaną łzami mruknęła Gisèle, dyrektorka schroniska. - Czasami Bóg jest najgorszym z łajdaków.&lt;br /&gt;Bruno pogłaskał ją po policzku. Gardło miał zbyt ściśnięte, żeby cokolwiek powiedzieć.&lt;br /&gt; Udało mu się mimo wszystko porozmawiać z przyjaciółmi i znajomymi czyniąc nadludzkie wysiłki, aby wyciszyć rozpacz choć na kilka chwil. Ale to była sprawa przegrana. Rozpacz była w nim wszędzie. Niczym fala, która, gdy tylko opadła, znów zaczynała natychmiast narastać. A pod tą rozpaczą kryły się ciemności, ta dziwna czerń w duszy, która nie pozwalała płynąć łzom i zdawała się skrywać coś, czemu jeszcze nie chciał stawić czoła.&lt;br /&gt;Podczas wieczornego czuwania zatopiony w rozmyślaniach wiele razy podchodził do zamkniętej trumny, wkładał rękę do kieszeni, aby dotknąć niebieskiej wstążki, którą Jasmine, miała na włosach w ostatnim dniu swojego krótkiego życia. Bruno schował tę wstążkę nie mówiąc o niej nikomu, nawet Sylwii. Od tamtej pory miał ją przy sobie zawsze i obiecał sobie, że nigdy się z nią nie rozstanie.&lt;br /&gt; W zamkniętym, drewnianym pudle leżała jego córka. Spokojna, jakby spała. Każdego wieczoru, gdy już leżała w łóżku, a Bruno wychodził z pokoju, powtarzała to samo zdanie: „Tato, nie zapomnij zabrać torby i kapelusza, nie zapomnij niczego!” To zdanie nic nie znaczyło, ale mówiła tak, odkąd miała trzy latka i stało się ich rytuałem. Miało znaczenie tylko dla nich.&lt;br /&gt;Patrząc na trumnę, Bruno pomyślał, że Jasmine po raz pierwszy zasnęła bez spełnienia rytuału.&lt;br /&gt;Płacz! Płacz wreszcie, przecież tak bardzo tego chcesz! &lt;br /&gt;Dlaczego nie mógł płakać? Dlaczego te dziwne ciemności, które w nim zaległy, powstrzymywały każdy wyraz rozpaczy?&lt;br /&gt;Następnego dnia rozjaśnionego wspaniałym słońcem, podczas pogrzebu, Bruno poczuł panikę tak silną, że o mały włos byłby się rzucił na trumnę z krzykiem. Myśl, że jego mała Jasmine spędzi wieczność w tej dziurze, będzie w niej gniła, dopóki jej ciało nie rozłoży się całkiem, wydawała mu się tak ohydna, tak szalona, że już chciał odejść, ale Sylwia objęła go w pasie, by mu dodać sił. Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na niebieskiej wstążce.&lt;br /&gt;Tego wieczoru Bruno miał iść do schroniska na konsultacje. Oczywiście, nie podszedł, co mu się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Przez trzy lata chodził do centrum raz w tygodniu, by pocieszyć pacjentki, porozmawiać z nimi, a czasem leczyć te kobiety, które dopiero co przybyły ze łzami w oczach, nadal opuchnięte od razów małżonka. Sylwia pracowała tam trzy dni w tygodniu. Ona i Bruno byli bardzo cenieni. Na dowód tego otrzymali ogromną kartę z kondolencjami podpisaną przez wszystkie podopieczne Rozkwitu. Większość wpisów była adresowana do pary („Pomogliście mi tak bardzo; zrobię wszystko co możliwe, żeby teraz pomóc wam”), ale niektóre były skierowane bardziej do Bruna „Nigdy nie zapomnę tego wieczoru, gdy trafiłam do schroniska, a pan był dla mnie tak delikatny, tak miły”), albo bardziej do Sylwii („Najlepsze trzy dni w tygodniu to te, kiedy przychodzisz do pracy”). Odczytali wpisy stojąc w salonie, policzek przy policzku. Nagle Sylwia odwróciła się do Bruna:&lt;br /&gt;- Chcę, żebyś się ze mną kochał.&lt;br /&gt; W tej prośbie nie było pragnienia ani zmysłowości, raczej rozpaczliwe błaganie. Bruno przyglądał się jej długi czas. Od jak dawna się nie kochali? Dwa miesiące? Może trzy? Ich związek przechodził trudne chwile i oboje o tym wiedzieli, ale nigdy tak naprawdę nie rozmawiali na ten temat. Żadnych kłótni ani konkretnych zarzutów, tylko stagnacja i marazm, który sprawiał, że coraz mniej między nimi iskrzyło.&lt;br /&gt;Bruno rozumiał prośbę Sylwii. Śmierć Jasmine powinna ich zbliżyć. To był ostatni moment, by znów stali się tą parą, którą byli kiedyś. A co najważniejsze, był to jedyny sposób na przejście tej próby. Tak, rozumiał to. Pocałował ją na znak zgody i poprowadził powoli do sypialni, na drugim piętrze.&lt;br /&gt;Mimo wielkiej czułości, nie było w tym połączeniu prawdziwej przyjemności, nie poczuli żadnego podniecenia i po chwili dali sobie spokój. Sylwia płakała cicho w ramionach Bruna. On zaś rozmyślał. Nie było to wcale takie dziwne, że się nie udało. Ale czy jedyną przyczyną była śmierć Jasmine? W milczeniu przywarł do Sylwii z tak silną potrzebą zjednoczenia się i pocieszenia, że zasnął w tej pozycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia po południu Bruno poszedł do szkoły Jasmine. Przyglądał się dzieciom, które wychodziły z budynku i te, które go znały, spoglądały na niego niepewnie. Bruno miał wrażenie, że dzieci były zamglone i wyblakłe, ale wiedział, że to nieprawda. To filtr w jego oczach.&lt;br /&gt;Gdy już wszystkie dzieci wyszły, lekarz stał nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w drzwi pragnąc ze wszystkich sił zobaczyć w nich Jasmine. Ale drzwi pozostały zamknięte. Wyjął z kieszeni niebieską wstążkę. Krew zaschła na tkaninie. Musnął wstążką policzek, przymknął oczy na moment, a potem ze spuszczoną głową, wrócił do samochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;♦&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młody dalej dłubał przy zamku, ale Bruno ledwie go widział zagubiony w myślach.&lt;br /&gt;Cztery dni po nadejściu ciemności były najsmutniejsze i pełne rozpaczy. Ale była też wola, wola, by się otrząsnąć, odnaleźć się z Sylwią, okazać się silniejszym od losu. Bruno był jeszcze rzecz jasna zbyt osłabiony, aby wytoczyć prawdziwą bitwę, ale wierzył, że mu się uda. Mimo ciemności, które go ogarnęły, naprawdę wierzył. Sylwia i on musieli powstać z otchłani, a poprawa, choć długa i bolesna będzie następować dzień po dniu.&lt;br /&gt;Ale wieczorem czwartego dnia, zadzwonił telefon.&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-3131917287899151139?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/3131917287899151139/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/08/oko-za-oko-2.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3131917287899151139'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3131917287899151139'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/08/oko-za-oko-2.html' title='Oko za oko (2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-6875855364778972370</id><published>2011-08-18T21:46:00.005+02:00</published><updated>2011-08-23T12:37:28.307+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Oko za oko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Oko za oko (1)</title><content type='html'>Pora przedstawić fragmenty nowej powieści kanadyjskiego pisarza Patricka Senecala. To wstrząsająca historii o zemście, która została &lt;a href="http://www.filmweb.pl/film/7+dni-2010-497039"&gt;zekranizowana w 2010&lt;/a&gt; r. Powieść ukaże się na przełomie września i października.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz zapraszam do lektury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy Bruno Hamel usłyszał warczenie psa na widok potwora wysiadającego z samochodu.&lt;br /&gt;Trzydzieści metrów przed nim, przy tylnym wejściu do budynku sądu zatrzymał się policyjny radiowóz. Stał tak już dobrą minutę i zupełnie nic się nie działo. Bruno zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie zauważyli jego obecności, gdy dwaj policjanci wysiedli i otworzyli tylne drzwi. Pojawił się potwór w kajdankach.&lt;br /&gt;Bruno widział go po raz pierwszy na żywo. Wyglądał tak samo jak w telewizji. Tylko włosy miał gładko zaczesane do tyłu i był świeżo ogolony.&lt;br /&gt;Wtedy właśnie rozległo się warczenie psa, głuche i odległe. Bruno ledwo je usłyszał. Nie spuszczał oczu z twarzy potwora.&lt;br /&gt;Zawsze wystrzegał się stereotypów. Uważał, że często ci najbardziej pokręceni wyglądali na jak najbardziej prawych. Ale tym razem, potwór wyglądał rzeczywiście na bydlaka. Wyglądał jak hollywoodzka karykatura czarnego charakteru. To spostrzeżenie irytowało Bruna, choć nie wiedział dlaczego.&lt;br /&gt;Policjanci podprowadzili potwora do drzwi, przy których około dwudziestu obywateli wyrażało swój gniew i wstręt, wykrzykując obelgi pod adresem więźnia. Usta potwora wykrzywiał uśmieszek, który miał wyglądać zuchwale, ale widać było strach ukryty za miną twardziela. Niedługo miejsce uśmiechu zajmie wyraz rozpaczy. Myśląc o tym Bruno musiał się powstrzymywać, by nie wysiąść z samochodu i nie strzelić do potwora z bliskiej odległości z rewolweru wciśniętego za pasek od spodni. Zmusił się do spokoju, do bezruchu. Wykorzystanie nienawiści w tej chwili, byłoby czystym marnotrawstwem. Należało ją zachować na później. Na potem.&lt;br /&gt; Potwór eskortowany przez dwóch policjantów zniknął w budynku i niewielka grupa protestujących zamilkła.&lt;br /&gt;Pies warknął po raz drugi. Bruno rozejrzał się pewien, że zobaczy wielkiego brytana, ale nie było żadnego zwierzęcia.&lt;br /&gt;Jeden z dwóch policjantów wyszedł, minął grupkę demonstrantów, teraz milczących, i wsiadł do samochodu. Cofnął go i wjechał za budynek sądu na parking. Bruno nie wyłączył silnika swojego samochodu, toteż ruszył za nim zachowując bezpieczną odległość. Policyjny radiowóz stał zaparkowany przy drzwiach, obok dwóch innych pojazdów patrolowych. Dziesięć sekund później policjant wszedł do budynku.&lt;br /&gt;Bruno zaparkował dwadzieścia metrów dalej i wreszcie zgasił silnik.&lt;br /&gt;- Nie powiedziałeś mi, że to samochód policji.&lt;br /&gt;Bruno odwrócił się do nastolatka siedzącego obok. Niezadowolony chłopak potrząsnął głową i dodał:&lt;br /&gt;- Nie jestem pewien, czy bym się zgodził, gdybym o tym wiedział&lt;br /&gt;Bruno wyjął portfel i odliczył dziesięć banknotów po sto dolarów. Młody, który nie spodziewał się takiego napiwku, przyglądał się pożądliwie banknotom. Miał szesnaście, może siedemnaście lat, ogoloną głowę i kolczyk w dolnej wardze; raczej przystojny. Sięgnął po pieniądze, ale Bruno schował je do kieszeni palta. &lt;br /&gt;- Po robocie – powiedział tylko.&lt;br /&gt; Młody skinął głową i otworzył drzwiczki.&lt;br /&gt;- Jeszcze nie teraz!&lt;br /&gt;Młody nerwowo zamknął drzwi. Bruno spojrzał na zegarek. Była za dziesięć dziesiąta.&lt;br /&gt; Opuścił osłonę przeciwsłoneczną, żeby go nie raziło światło, oparł głowę o zagłówek i po raz pierwszy od początku tego koszmaru pomyślał o ostatnich dziesięciu dniach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;♦&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciemności pojawiły się pewnego wyjątkowo słonecznego popołudnia. Siódmy października przypominał letni dzień i Bruno grabił przy domu liście, które opadły wcześnie w tym roku. Nie miał od południa żadnej operacji i w szpitalu go nie potrzebowali. Zyskał tym sposobem pół dnia wolnego. Najpierw spędził godzinkę przy komputerze. Informatyka to było jego hobby i gdy tylko rodzina i praca pozostawiły mu wolną chwilę, dopadał klawiatury i stawał się niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Jednak ten dzień był tak piękny, że postanowił popracować przy domu. Kończąc trzecie piwo tego popołudnia (Sylwii nie było w domu, by go pouczać, więc należało skorzystać z okazji), przygotował ogromny stos liści, żeby zrobić niespodziankę Jasmine. Będzie szalała z radości, rzucając się na stertę liści i na pewno będzie chciała, żeby ojciec poszedł w jej ślady. A Bruno przystanie z radością.&lt;br /&gt;Bo przecież kochał córkę jak szalony.&lt;br /&gt;Było dwadzieścia po trzeciej. Bruno widział na ulicy wracające do domów dzieci, a sterta liści była już prawie gotowa. Zobaczył przechodzącą Luizę Bédard i powitał ją z daleka. Jak co dzień, poszła do szkoły po syna, Fryderyka, który bał się wracać sam. Dziewięciolatek ukłonił się nieśmiało lekarzowi, a on odpowiedział uśmiechem, jak zwykle poruszony widokiem strasznych blizn, które od trzech lat szpeciły dziecko. Bruno nie mógł się do nich przyzwyczaić. Patrząc za Fryderykiem i jego matką idącymi do domu na rogu ulicy, po raz tysięczny pomyślał, że ma szczęście. Wielkie szczęście. &lt;br /&gt;Na godzinę przed tym, jak spadły na niego ciemności, Bruno Hamel dziękował, że opatrzność nie wystawiła go życiu na ciężkie próby.&lt;br /&gt;Kiedy zobaczył, że wszystkie dzieci z okolicy już wróciły, zaczął się zastanawiać. Idąc do szkoły, jeszcze się nie martwił. Może została dłużej w klasie z powodu dodatkowych zajęć albo czegoś innego. Ale zapewniono go, że Jasmine wyszła co najmniej czterdzieści minut temu. Nie martwił się też wracając do domu. Spodziewał się, że córka będzie się bawić w liściach z matką. Sylwia zdążyła już wrócić, Jasmine nie było. Sylwia obdzwoniła kilka koleżanek, ale małej nie było u żadnej z nich.&lt;br /&gt;Wtedy pojawił się niepokój. Wystarczająco duży, by Bruno zadzwonił na policję. &lt;br /&gt;Policjanci przyjechali i starali się ich uspokoić.  Dość często się zdarza, że siedmioletnia dziewczynka nie wraca prosto do domu. „Zaginięcia dzieci w Drummondville trafiają się rzadziej niż wygrana w totolotka!”, żartował jeden z nich. Bruno wiedział, że to nie była prawda – co najmniej raz w roku, pojawiał się artykuł w lokalnej gazecie na temat zaginięcia dziecka. Policjanci obiecali wszcząć poszukiwania, nawet jeśli tak naprawdę nie przejęli się sprawą.&lt;br /&gt;Najpierw poszli znowu do szkoły, a z nimi Bruno. Sylwia została w domu na wypadek, gdyby mała wróciła.&lt;br /&gt;W szkole jeden z policjantów przesłuchiwał przed budynkiem opiekuna, a Bruno przyglądał się tymczasem drugiemu, który chodził w tę i z powrotem po łące w pobliżu szkoły. Bruno powtarzał sobie, że za godzinę będą się śmiali wszyscy troje siedząc w domu, ale nie spuszczał oczu z policjanta, który uparcie przeszukiwał krzaki.&lt;br /&gt;Nagle policjant zatrzymał się ze wzrokiem wbitym w ziemię, zdjął czapkę, i powoli przesunął dłonią po włosach. Bruno poczuł, jak drętwieją mu nogi.&lt;br /&gt;Idąc w kierunku funkcjonariusza, powtarzał sobie cały czas, że nic się nie stało, że gliniarz znalazł książki, kapelusz, coś, co nie miało nic wspólnego z jego córką. Poszedł blisko i pomimo grozy na twarzy policjanta, nadal przeczył najgorszemu. Nawet wtedy, gdy był na tyle blisko, aby widzieć gołą nogę wystającą z krzaka, powtarzał sobie, że to inne dziecko, inna dziewczynka, nie jego, nie Jasmine, ponieważ to było po prostu niemożliwe, to się przydarzało innym dzieciom, innym rodzicom, to o nich pisały potem gazety, ale nie im...&lt;br /&gt;Poznał ją od razu, a jednak to nie była ona. To już nie była ona. Najpierw rozdarła mu serce jej nagość. Wciąż miała na sobie niebieską sukienkę, ale zbyt poszarpaną, by zakryć drobne ciałko, które znał na pamięć, które kąpał tysiące razy. Teraz jednak było... tak splugawione! Ilekroć Jasmine się skaleczyła i wracała do domu z płaczem, Bruno się zamartwiał. Teraz było tyle siniaków, tyle krwi, a ona nie płakała! Dlaczego nie płakała? Musiała przecież strasznie cierpieć!&lt;br /&gt;Gdy zobaczył na jej szyi niebieską wstążkę do włosów, tę, którą jeszcze dziś rano zawiązała Sylwia napominając, by jej nie zgubić, zrozumiał, że mała nie żyje.&lt;br /&gt;Jasmine, jego jedyna córka, z którą powinien się teraz bawić i śmiać, nie żyła.&lt;br /&gt;Potem zobaczył jej twarz. Nigdy nie widział jej tak opuchniętej. Nigdy nie widział jej ust tak wykrzywionych. A jej spojrzenie... Z pozoru puste, ale na dnie źrenic widać było przerażenie. Jak można zapisać tak silną emocję w oczach dziecka? Ten, kto to zrobił, nie tylko zabił jego córkę, ten ktoś zniszczył jej duszę.&lt;br /&gt;Bruno opadł powoli na kolana. Wyciągnął ręce i delikatnie podniósł Jasmine, tak jak to robił, kiedy była chora albo zasnęła przed telewizorem. Ułożył jej głowę w zagłębieniu ramienia i przytulił ją mocno, bez słowa, bez jednego krzyku. Tylko jego oddech był powolny, długi i świszczący. Nie zauważył, czy była sztywna czy bezwładna, ciepła czy zimna. Spostrzegł tylko, że po raz pierwszy jego córka nie reagowała na pieszczoty, nie tuliła się do niego jak zwykle, nie chichotała i nie czuł jej oddechu na szyi. Po raz pierwszy nie reagowała wcale. I to mu sprawiało największy ból. &lt;br /&gt;Trzymając ją w ramionach, przymknął oczy. Za zamkniętymi powiekami przewijały się znajome sceny: Jasmine biegnie do niego, wołając „tata”, gdy on wraca do domu, Jasmine z powagą pomaga mu układać płyty, Jasmine krzyczy z radości siedząc na grzbiecie słonia w zoo, Jasmine rysuje oczy i usta na swojej zapiekance, Jasmine paraduje w sukienkach Sylwii z „dorosłą” miną, Jasmine biega za wiewiórkami&lt;br /&gt;w parku, a przede wszystkim, Jasmine się śmieje, śmieje...&lt;br /&gt;Właśnie wtedy ciemności zakryły niebo.&lt;br /&gt;♦&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-6875855364778972370?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/6875855364778972370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/08/oko-za-oko-1.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6875855364778972370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6875855364778972370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/08/oko-za-oko-1.html' title='Oko za oko (1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5864280871738764907</id><published>2011-06-08T10:07:00.003+02:00</published><updated>2011-06-08T10:15:08.971+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kain i Kyrcz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska groza'/><title type='text'>Chory, chorszy, trup (fragm.3)</title><content type='html'>WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ - cz. 3 i ostatnia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wreszcie wyszłam na zewnątrz, ulice przeobraziły się w coś nieskończenie przerażającego, nielogiczną układankę, rosnącą w absurd zwany miastem, labirynt bez wejścia i wyjścia, betonowo-asfaltowy koszmar. &lt;br /&gt; - Ma pani zegarek? – spytał ktoś.&lt;br /&gt; Popatrzyłam w kierunku, skąd dobiegał głos. Szara twarz zlewała się z tłem w jedną całość, zupełnie jakby fasadzie kamienicy wyrosły nagle usta, oczy i nos, niczym bąble na powierzchni wrzącej cieczy. &lt;br /&gt; Zrozumiałam, że jestem taka mała, że nieznajomy mógłby mnie w każdej chwil rozdeptać.&lt;br /&gt; - Proszę pani?&lt;br /&gt; Co go to obchodziło! Może mam zegarek, a może mam okres i nie w głowie mi takie bzdury, takie głupie pytania. Jego słowa na pewno zawierały w sobie ukryty podtekst. Erotyczny? A może chodziło o naturę czasu? O ten przykry fakt, że właśnie wszyscy w tym mieście umieramy, a niewidzialna wskazówka krąży tuż pod powierzchnią i tnie, tnie, tnie, obierając nas z kolejnych minut… odbierając nam wszystko, by przewlec to z przyszłości w martwą przeszłość. &lt;br /&gt; - Dobrze się pani czuje?&lt;br /&gt; Objęłam jego twarz dłońmi, żeby móc oddzielić ją od szarego tła. &lt;br /&gt; - Któraś z tych godzin będzie twoją ostatnią – szepnęłam i namiętnie pocałowałam nieznajomego, wbijając mu kciuki w gałki oczne, aż zaczął wrzeszczeć. A potem rzuciłam się do ucieczki, bo wiedziałam, że Policja Czasu lada moment złapie mnie na radary za zdradzanie tajemnic objętych ich konstytucjami i ustawami. &lt;br /&gt; Biegłam jak wariatka; chodnik zwijał się pod moimi nogami niczym dywan, falował i marszczył się w grymasie oburzenia. &lt;br /&gt; Szybko osiągnęłam prędkość dźwięku i bez trudu ją przekroczyłam. Dalej gnałam więc w miękkiej ciszy niby w wyłożonym pluszem tunelu. &lt;br /&gt; Po jakimś kwadransie cała ta ucieczka wydała mi się niesamowicie zabawna, więc roześmiałam się i długo nie mogłam przestać, ale ze względu na prędkość, z jaką się poruszałam, mój śmiech rozbrzmiewał echem kilkanaście metrów za mną, chociaż moje usta pozostawały nieme, co było tak komiczne, że chyba się posikałam, hahahah…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; W domu było już bezpiecznie, w każdym razie zrobiło się tak po tym, jak schowałam budzik do zamrażarki i zaciągnęłam zasłony w oknach. Przebrałam się w czyste rzeczy i wtedy dotarło do mnie, że jednak się nie posikałam. Odetchnęłam z ulgą, no bo co by ludzie pomyśleli.&lt;br /&gt; - Jacy ludzie?! – spytałam głośno, chociaż nikogo nie było w pobliżu. &lt;br /&gt; - Żadni ludzie – odpowiedziała rozczochrana wariatka gapiąca się na mnie z lustra. &lt;br /&gt; Powinnam o tym napisać – pomyślałam. Zdecydowanie. O tych wszystkich Żadnych Ludziach, których pełno wokół – niewidzialnych istotach, śledzących każdy mój krok, zaglądających mi pod spódniczkę, o cieniach wciągających dzieci do szaf, żeby wyżerać im wnętrzności, no i przede wszystkim o Policji Czasu, która zamiast kajdanek zakłada aresztowanym zegarki, przykuwając ich do teraźniejszości.&lt;br /&gt; - Będzie z tego cholernie chora i zajebista powieść! – krzyknęłam, klaszcząc w dłonie, ale wariatka z lustra tylko pokiwała głową z politowaniem.&lt;br /&gt; - Nie przejmuj się nią – szepnęłam, zasiadając do lapka. I wtedy prawie zawyłam z rozpaczy, bo chcąc go włączyć, musiałabym naci-snąć przycisk, na którym widniała tarcza z dwiema wskazówkami. O nie, nie ma mowy!&lt;br /&gt; Niedoczekanie!&lt;br /&gt; Postanowiłam, że moją drugą powieść napiszę tak, jak robili to wieszczowie starożytności – ręcznie. Zabrałam ze stołu niepotrzebne-go już laptopa, nieomal wyrwałam z drukarki plik kartek, złapałam długopis z logo znienawidzonej przeze mnie Fabryki Słów i przystąpi-łam do dzieła.&lt;br /&gt; Co chwilę rwał mi się wątek, bohaterowie bezsensownie zmieniali płeć, wygląd i imiona, niekiedy przeskakiwałam z narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową bez żadnego wyjaśnienia czy powodu, ale nieważne, potem będzie czas na to, w końcu nie pali się, przy-najmniej ja nie czuję dymu, a zmysł powonienia mam wyjątkowo czuły. Zresztą, zdążę jeszcze poprawić to albo tamto, do cholery, redaktorzy w wydawnictwie za coś te pieniądze biorą, no nie?&lt;br /&gt; Kolejne kartki zapełniały się w iście ekspresowym tempie, a kiedy ich zabrakło, wyjęłam z szafki nocnej całą ryzę, którą trzymałam tam na zapas, na wypadek krachu w branży papierniczej. Drżącymi ze zniecierpliwienia dłońmi rozerwałam opakowanie i co? I wtedy tak zwaną ciszę, która nie istnieje, rozdarł przenikliwy dźwięk dzwonka   u drzwi. Podskoczyłam nerwowo, uderzając łokciem o abażur lampy. Na szczęście światło nie zgasło. I dobrze, bo bez niego nie poradziła-bym sobie, a macki gęstej ciemności tylko czekały na sprzyjający moment do ataku.&lt;br /&gt; By nie utonąć, przełknęłam ślinę, która wypełniała mi usta.&lt;br /&gt; Pomogło.&lt;br /&gt; Dzwonek znów wwiercał się w uszy, więc ruszyłam sprawdzić, kto dybie na moją Wenę. Ktoś chce ją porwać?! Kto?!&lt;br /&gt; W wizjerze natręt wydawał się niegroźny, lecz wiedziałam, że to pozory. Przebrał się za listonosza, jednak ja doskonale zdawałam sobie sprawę, kim był.&lt;br /&gt; Jednym z agentów Policji Czasu.&lt;br /&gt; Nacisnęłam klamkę i zanim zdążył się zorientować, zwolniłam sprężynę zabezpieczającą. Z mojego wiecznego pióra wysunęło się ukryte stalowe ostrze. Zamachnęłam się, by ciąć przeciwnika w tętnicę szyjną. Musiał być agentem, z pewnością, bo jak inaczej zdołałby sparować cios? Zasłonił się podkładką na dokumenty, jednocześnie uderzając mnie z liścia w policzek. Zapiekło.&lt;br /&gt; Nie uszło mojej uwagi, że jest mężczyzną, więc z całej siły kopnęłam go w krocze. Jęknął cichutko, spurpurowiał i skulił się, nagle bezbronny. Złapałam go za czuprynę i szarpnięciem wciągnęłam do mieszkania.&lt;br /&gt; Mogłam od razu zabić skurwysyna, oczywiście, ale najpierw chciałam poznać prawdę. Oszołomionego, walnęłam jeszcze dla pewności w kark, a kiedy stracił przytomność, usadziłam go na bujanym fotelu. &lt;br /&gt; Bujaj się, palancie!&lt;br /&gt; Korzystając z kolekcji moich pasków – wreszcie na coś się przydały! – przywiązałam mu ręce do oparć, a nogi – jakżeby inaczej! – do nóg wiklinowego siedziska.&lt;br /&gt; Tych kilka minut jego nieświadomości udało mi się całkiem nieźle spożytkować – zapełniłam maczkiem dwie kolejne kartki, dodając do mojego dzieła motywy martyrologiczne, od dawna cieszące się wśród rodzimych czytelników sporym wzięciem.&lt;br /&gt; – Czemu mnie związałaś? – wychrypiał nagle.&lt;br /&gt; Popatrzyłam na niego ze strachem. Z jego ust, zamiast języka, zwisała gruba, czarna wskazówka.&lt;br /&gt; - Masz mnie za wariatkę?! – krzyknęłam. – Myślisz, że jak się przebierzesz, to nie poznam, że jesteś jednym z Nich?!&lt;br /&gt; - Jednym z kich? – spytał.&lt;br /&gt; - Na zdrowie – odparłam, zaskoczona. &lt;br /&gt; Co tu się wyprawiało, do jasnej cholery?&lt;br /&gt; - Jak mnie teraz wypuścisz, to tego nie zgłoszę – powiedział, robiąc wielkie oczy. &lt;br /&gt; - Najpierw powiesz, czemu tu przyszedłeś.&lt;br /&gt; - Mam przesyłkę. Jest w torbie.&lt;br /&gt; Przesyłka od Policji Czasu? Pewnie jakieś przeklęte zegary. &lt;br /&gt; Przejrzałam jego torbę, walcząc z narastającym niepokojem. A jeśli była tam bomba? Mała atomówka, która w sekundę zmiecie to miejsce z powierzchni ziemi?&lt;br /&gt; W końcu udało mi się znaleźć tę paczkę. Drżącymi palcami rozerwałam szary papier. Moim oczom ukazała się twarda oprawa jakiejś książki. Gabinet Inspiracji – brzmiał tytuł. Autorem był mój dobry znajomy Jurek Keret. Kompletnie ogłupiała, przeczytałam opis na odwrocie okładki:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; „Gabinet Inspiracji” jest ostatnią powieścią zmarłego w ubiegłym roku Jerzego Kereta, jednego z najpopularniejszych prozaików w Polsce. Autor porusza w niej problem, który pod koniec życia dotknął go najboleśniej – historię jego przyjaciółki Ilony Piekarczuk, która tuż po napisaniu debiutanckiej powieści zachorowała na schizofrenię paranoidalną i całkowicie wyparła się wszystkich i wszystkiego, co wcześniej było dla niej ważne. Jerzy Keret z właściwą sobie subtelnością i stylistycznym mistrzostwem opisuje losy utalentowanej kobiety, która nie wytrzymując ciężaru sławy, zamyka się w świecie urojeń, centralnym punktem swojej nowej egzystencji czyniąc wymyślony przez siebie Gabinet Inspiracji, gdzie artyści muszą za swój geniusz zapłacić najwyższą cenę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To jakiś żart?! – wrzasnęłam piskliwie. &lt;br /&gt; Zamiast agenta Policji Czasu czy choćby zwykłego listonosza w fotelu przede mną siedział teraz Stefan Król, doktor implantopsychopatologii, który niedawno przecież osobiście zaszczepił we mnie tę  nieszczęsną paranoję. &lt;br /&gt; - Niekiedy zabieg jest tak udany, że nawet przeszłość zaczyna wydawać się kompletnie nienormalna – powiedział i wybuchnął śmiechem tak straszliwym, że aż coś we mnie pękło i rozlało się wewnątrz. Raz po raz z jego oblicza odklejały się kolejne twarze: doktorka, listonosza, Kereta. Wszystkie po kolei opadały na podłogę, momentalnie obracając się w popiół.&lt;br /&gt; Nie mogłam tego powstrzymać. Nie chciałam mu wierzyć, ale wiedziałam, że ma rację. Zegary w jego oczach zamachały wskazówkami, zgodnie obwieszczając mój koniec. A skoro nadeszło nieuchronne, mogłam już tylko przetrwać na kartach trzymanej w rękach książki. Wystarczyło zapomnieć o tym, że wszyscy poza Jurkiem zdążyli już o mnie zapomnieć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-5864280871738764907?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/5864280871738764907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm3.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5864280871738764907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5864280871738764907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm3.html' title='Chory, chorszy, trup (fragm.3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-1068156797739692257</id><published>2011-06-05T20:05:00.003+02:00</published><updated>2011-06-05T20:13:36.958+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kain i Kyrcz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska groza'/><title type='text'>Chory, chorszy, trup (fragm.2)</title><content type='html'>WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ (c.d.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Zapraszam panią – powiedział stojący w drzwiach gabinetu dżentelmen w białym kitlu. &lt;br /&gt;      Rozejrzałam się wokół, szukając osoby, do której skierowane były te słowa. W poczekalni nie było jednak nikogo oprócz mnie. Czemu więc miałam dziwne wrażenie, że jeszcze przed chwilą były tu całe tłumy?&lt;br /&gt;- Mam na imię Stefan Król, jestem doktorem implantopsychopatologii i moim zadaniem będzie przeprowadzić panią przez cały proces – – powiedział, ściskając moją dłoń na powitanie. Potem wskazał mi miejsce przy wielkim, lśniącym bielą biurku, gdzie natychmiast usiadłam, czując już miękkość w kolanach.&lt;br /&gt;- Zacznijmy od podstaw: co panią sprowadza do Gabinetu Inspiracji? &lt;br /&gt;- Mam kłopoty z napisaniem drugiej powieści. Znajomy twierdzi, że będziecie umieli temu zaradzić.&lt;br /&gt;- W rzeczy samej, droga pani. Pomoc artystom, którzy borykają się z brakiem weny, należy do naszych głównych zadań. Jak zapewne pani wie, wielu twórców z pani branży czerpało niebagatelne zyski z własnych chorób psychicznych. Czy gdyby Sylwia Plath nie miała depresji, ktokolwiek by o niej usłyszał? Czy Emile Cioran bez wieloletniej bezsenności byłby w stanie tworzyć równie wycyzelowane aforyzmy? A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najwięksi spośród ludzi  pióra otrzymali swoje dolegliwości niejako w jednym bonusowym  pakiecie z talentem. Taka mała promocja od staruszka Boga. Gabinet Inspiracji jest w stanie zapewnić wielkość każdemu śmiertelnikowi, żądając jedynie symbolicznej opłaty. &lt;br /&gt;- Rozumiem – powiedziałam, nieco speszona pewnością siebie siedzącego przede mną mężczyzny. – Jak wygląda wasza oferta?&lt;br /&gt; Energicznym ruchem otworzył jedną z szuflad biurka, wyjął z niej broszurę formatu A4 i położył przede mną. &lt;br /&gt; Pełna lista chorób psychicznych i uszkodzeń mózgu oferowanych przez Gabinet Inspiracji – głosił napis na okładce. Po chwili przekonałam się, że katalog – prócz obszernych opisów – zawiera również ceny.&lt;br /&gt; - Proszę się nie spieszyć. Takich wyborów należy dokonywać po odpowiednim namyśle. Nie chciałaby pani przecież kupić u nas pakietu maniakalno-depresyjnego, tak naprawdę od dziecka marząc o autyzmie, prawda? – powiedział Stefan, wybuchając śmiechem, od którego przeszyły mnie ciarki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Problemem jak zwykle okazała się kasa. Większość chorób i wad mózgu, która znalazła się w ofercie, wymagała raczej zasobnego   portfela. Przykłady? Nerwica frontowa – 999 zł, rozległe urazy płata czołowego – 789 zł, depresja w wersji light „jesienna melancholia” –   – 699 zł, depresja w wersji hardcore „samobójcze ciągi” – 1059 zł, rozdwojenie jaźni „dla samotnych par” – 809 zł. Właściwie jedynym, na co było mnie stać, poza agorafobią (569 zł) i oklepaną jak paciorek klaustrofobią (499 zł), była objęta w tym tygodniu promocją klasyczna schizofrenia paranoidalna – przeceniona z 789 złotych na jedyne 449.&lt;br /&gt; Wybrałam właśnie ją. &lt;br /&gt; - No proszę, królowa chorób psychicznych! – Doktor Krejzol aż klasnął z zachwytu. – Schizofrenia to prawdziwa legenda, wśród arty-stów otaczana kultem ze względu na niezawodność i swego rodzaju oldskulowość… Van Gogh, Wojaczek, Dick. Długo by wymieniać… Kiedy zatem chciałaby pani mieć zabieg?&lt;br /&gt; - Im wcześniej, tym lepiej – odparłam, wyjmując portmonetkę z torebki. – Terminy mnie gonią.&lt;br /&gt; - Jeśli tak spieszy się pani do własnego kiziu miziu, to nie ma problemu, możemy to zrobić nawet za moment. Dopiero na wieczór mam klienta zapisanego przez żonę na psychozę o zabarwieniu masochistycznym.&lt;br /&gt; Z samego zabiegu niewiele pamiętam. Wysmarowano mi skronie jakimiś wilgotnymi glutami, przyklejono do nich zakończone przy-ssawkami druciki, przywiązano skórzanymi pasami do fotela i włożono do ust gryzak, wykonany ze sztucznego tworzywa. Zapewnienia, że nie będzie bolało, przyjęłam ze zrozumiałą w tej sytuacji rezerwą, ale naprawdę miałam nóż na gardle. Jeśli nie chciałam znaleźć się na bruku, musiałam znaleźć inspirację, nie było innego wyjścia. &lt;br /&gt; Później bez uprzedzenia zgasło światło, czy może raczej ja zgasłam. A kiedy otwarłam oczy i rozejrzałam się z obawą, przeszył mnie dreszcz paranoicznego lęku. Wszędzie wokół widziałam mnóstwo przewodów i kabli… Kryły się w ścianach, podłodze, wiły się niczym oślizgłe jadowite węże... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegłam?&lt;br /&gt; Obserwujący mnie spod zmrużonych powiek facet w kitlu pomógł mi wstać z fotela i wręczył plastikowy kubek wypełniony mętną cie-czą. &lt;br /&gt; - Proszę wypić – poradził. – To złagodzi objawy przejścia w odmienny stan świadomości.&lt;br /&gt; Nie miałam ochoty niczego pić, ale coś w oczach doktorka kazało spełnić jego polecenie. Gdybym nie była mu teraz posłuszna, mogłoby stać się coś strasznego. &lt;br /&gt; Opróżniłam kubek dwoma haustami. Napój miał lekko gorzkawy smak i rzeczywiście poczułam się po nim nieco lepiej.&lt;br /&gt; - Da pani radę iść? – zapytał z troską, w której autentyczność jakoś nie potrafiłam uwierzyć. – Zamówić taksówkę?&lt;br /&gt; Kiedy usłyszałam o taksówce, intuicja podpowiedziała mi, że wkrótce spadną na mą głowę kolejne, nieopisane wręcz nieszczęścia.  I wtedy usłyszałam cichy jęk, dobiegający zdawałoby się zewsząd, skargę zmęczonego materiału, betonu, a może gipsu; zależnie od tego, z czego był zbudowany ten cholerny dom. &lt;br /&gt; Nagle uświadomiłam sobie z bezwzględną pewnością, że nie mogę liczyć na niczyją pomoc, że tym, co przyniesie mi przyszłość, są wy-łącznie godziny spędzone w lodowatej ciemności, naszpikowane wrastającym w moje ciało bólem, przed którym nie jest w stanie ochronić żadna zbroja, żaden pancerz, nawet gdybym go posiadała. Że ostre kolce smutku będą bez końca przenikać mi duszę, niwecząc w zarodku jakiekolwiek przebłyski radości.&lt;br /&gt; - Nie… ja sama – wydukałam, ruszając chwiejnie przed siebie. &lt;br /&gt; Podłoga nagle zrobiła się pochyła. Rozłożyłam szeroko ramiona, żeby nie stracić równowagi. Kształty tego pomieszczenia zmieniały się z minuty na minutę. Raz było ciasną klitką, wypchaną tętniącymi elektrycznością przewodami, których zwoje przypominały opuszczone gniazda, to znów przeobrażało się w długi na całe kilometry korytarz o ścianach z popiołu, śmierdzących spalenizną. &lt;br /&gt; - Początkowy szok niedługo minie – powiedział ktoś za moimi plecami. Jednak kiedy odwróciłam się, nie zobaczyłam nikogo, tylko tamte wyszczerbione tysiącami kroków schody, rosnące w nieznane, sięgające, gdzie wzrok nie sięgał.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-1068156797739692257?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/1068156797739692257/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm2.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1068156797739692257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1068156797739692257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm2.html' title='Chory, chorszy, trup (fragm.2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7589213177636086074</id><published>2011-06-02T12:42:00.002+02:00</published><updated>2011-06-02T12:52:45.703+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kain i Kyrcz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska groza'/><title type='text'>Chory, chorszy, trup (fragm.1)</title><content type='html'>WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Byłam u psychiatry, dostałam leki, ale bałam się ich brać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; wpis znaleziony w internecie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Dopiero na miejscu, siedząc w Gabinecie Inspiracji, nerwowo    pocierając o siebie skrzyżowane nogi, obgryzając paznokcie i wodząc wzrokiem po nieprzyjemnie futurystycznym i odhumanizowanym wnętrzu, zaczęłam się zastanawiać, co ja tak naprawdę tu robię. Wcześniej jakoś nie przyszło mi to do głowy. Działałam jak w transie, chcąc za wszelką cenę wydobyć się z martwego punktu, w którym – trochę na własne życzenie – utkwiłam.&lt;br /&gt;     Po sukcesie pierwszej powieści napisanie drugiej okazało się niewykonalne. I nie było w tym nic dziwnego. Skoro w poprzedniej książce wyeksploatowałam się do cna, przelałam na papier wszystkie myśli     i emocje minionych lat, wyczerpałam zasób słów i pomysłów, wycisnęłam siebie jak gąbkę, do ostatniej kropli, czego jeszcze mogłam oczekiwać? Powinnam chyba wyruszyć w podróż życia, zeszmacić się, przyćpać, przespać z drużyną hokejową, uczynić cokolwiek, byle tylko załapać się na inspirację, tę sprzedajną dziwkę sztuki. &lt;br /&gt;     Problem w tym, że nie zdążyłam, czy raczej nie odważyłam się na nic równie ekstrawaganckiego. A tymczasem pieniądze były na wyczerpaniu, blask sławy przygasał z wolna, nowych perspektyw zarobku brakowało. Na dodatek cholerna umowa nakładała na mnie obowiązek dostarczenia wydawcy dwóch powieści w ciągu trzech lat – gdybym się z tego nie wywiązała, musiałabym zwrócić zaliczkę, z której przecież zostały nędzne resztki. &lt;br /&gt;     Będąc o krok od artystycznego i finansowego bankructwa, zaczęłam obdzwaniać, mejlować i nachodzić znajomych, żeby ktoś mi łaskawie poradził, skąd na gwałt wytrzasnąć wenę potrzebną do wyduszenia     z siebie kolejnych dwustu stron prozy, jeśli nie świetnej, to chociaż uczciwej wobec czytelnika.&lt;br /&gt;     Któraś koleżanka po piórze zasugerowała popełnienie samobójstwa: &lt;br /&gt;     - Zbudujesz legendę, wyrobisz nazwisko… Powaga, to najlepsze wyjście… Sama bym tak postąpiła, gdyby nie brakowało mi odwagi. &lt;br /&gt;     No, okej, jej debiut nie wywołał szału, miała może ze dwie pozytywne recki na kilkanaście, ale nie musiała się odgryzać na kimś sympatyczniejszym, ładniejszym i bardziej utalentowanym… Żmija! &lt;br /&gt;     Parę osób poleciło skorzystanie z ghost writera, który napisałby tekst za mnie, nie roszcząc sobie do niego żadnych praw. Super! Ekstra, naprawdę! Tylko skąd wezmę na to kaskę, skoro honoraria ciekły już ledwie cieniutką strużką, pismo, kiedyś wiszące mi dwa koła za stare felietony, okazało się przykrywką dla jakiejś mafijnej pralni, która przez media była wymieniana jednym tchem ze słowami takimi jak „narkotyki”, „prostytucja” czy nawet „niezidentyfikowane, rozczłonkowane ciała”. Nie było odpowiedniej kwoty, więc ghost writerzy   odpadali w przedbiegach. &lt;br /&gt;     Wtedy Jurek Keret, mój kumpel z liceum, dał mi namiary na Gabinet Inspiracji.&lt;br /&gt;     - Eksperymentalna terapia – zachęcał. – Szybko i tanio. Full pomysłów gwarantowane. Zapisz się, zanim wypłyną na szersze wody i będą chcieli pięć koła za zabieg. &lt;br /&gt;     Brzmiał jak akwizytor, ale przecież zawsze tak było, bo zanim Jurek został wziętym prozaikiem, robił w marketingu. &lt;br /&gt;     - A nie będzie bolało?&lt;br /&gt;     - Nie pękaj, Ilonka. Nawet jak będzie, to potem spłodzisz taką powieść, że inni by za nią poszli na ukrzyżowanie. &lt;br /&gt;     Nie wymagałam cudów, wystarczyłby mi nawet dziennik Bridget Jones z trochę lepszą narracją, ale oczywiście arcydzieło byłoby mile widziane. Zagraniczne stypendia i perspektywa paru znaczących nagród zdecydowanie do mnie przemawiały. Już Madonna śpiewała, że jest materialną dziewczyną w świecie materialnym, to czemu miałabym jej słowa podważać? Wcale nie czułam się od niej lepsza, ba, gorsza, bo nie zarobiłam nawet promila tego co ona.&lt;br /&gt;     Siedziałam więc tutaj, zastanawiając się, w jaki sposób lekarze     w białych kitlach i maseczkach na twarzach zdołają natchnąć mnie do pisarskiej roboty. Wokół pachniało chemikaliami, zza ściany coś miarowo brzęczało. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Zanim jeszcze zastosowałam się do rady Jurka, zafundowałam sobie spotkanie z przyjaciółką od serca, to znaczy z Aleksandrą, którą znałam chyba od zawsze, a w każdym razie na pewno od szóstej klasy podstawówki, kiedy to na przerwach wychodziłyśmy za szkołę i kurzyłyśmy podprowadzone rodzicom klubowe.&lt;br /&gt;     Ola i ja praktycznie należałyśmy do różnych światów. Ona, wysoko &lt;br /&gt;sytuowana wicedyrektor banku komercyjnego – zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, czym różni się bank komercyjny od niekomercyjnego – – no i ja, przez lata szara myszka, z pięcioma minutami sławy, które minęły, zanim zdążyłam się nimi nacieszyć.&lt;br /&gt;     Może właśnie to, że nie miałyśmy ze sobą zbyt wiele wspólnego, że poszłyśmy przez dorosłe życie zupełnie innymi ścieżkami, sprawiło, że nigdy nie stanowiłyśmy dla siebie konkurencji. Mogłyśmy więc być prawdziwymi przyjaciółkami, które zwierzały się sobie z najbardziej kłopotliwych i wstydliwych problemów.&lt;br /&gt;     Cieplarnia, wbrew swej nazwie, nie była przegrzaną knajpą.    Temperatura wewnątrz oscylowała w okolicach dwudziestu stopni Celsjusza. Ciepło, ale bez przesady. Głównym atutem Cieplarni było to, że choć znajdowała się praktycznie na Rynku, niewiele osób o niej wiedziało, i dzięki niezbyt głośnej muzyce doskonale nadawała się na spotkania przy kawie i ciastku. &lt;br /&gt;     Umawiałyśmy się tam co dwa, trzy miesiące, nie na tyle często, by znudzić się sobą, ale i nie na tyle rzadko, by zapomnieć o swoich bolączkach.&lt;br /&gt;     - I jak? – zagaiła Ola, gdy na stoliku przed nami pojawiły się już zamówione specjały. – Ruszyłaś z tą powieścią?&lt;br /&gt;     - Coś ty! – Machnęłam ręką, omal nie wylewając kawy. – Bladego pojęcia nie mam, o czym pisać!&lt;br /&gt;     - A może… Wiem, że nie przepadasz za tym słowem, ale może powinnaś się dostosować – zauważyła moja przyjaciółka, oblizując łyżeczkę i zabawnie marszcząc nos. &lt;br /&gt;     - Dostosować? – Nie zrozumiałam. &lt;br /&gt;     - No wiesz, pisać o tym, co teraz modne: o gejach, wojnach polsko-ruskich i rusko-polskich, o Smoleńsku, mężatkach, które fundują sobie kochanków, biorąc odwet za tysiąclecia niewoli przy garach i dzieciach…&lt;br /&gt;     - E, bez przesady – zaoponowałam. – Jeszcze tak nisko nie upadłam. Mam coś innego na widoku. &lt;br /&gt; - Lepszego niż ślepe podążanie za trendami? Nie wierzę! – Zachichotała.&lt;br /&gt; - Znajomek opowiadał o takim jednym gabinecie, gdzie można sobie na jakiś czas zaimplantować chorobę psychiczną.&lt;br /&gt; - Nie żartuj! – parsknęła Ola. – Choć z drugiej strony, kłopoty        z głową niejednemu artyście zapewniły miejsce na kartach historii. Przecież większość wielkich pisarzy miała nierówno pod sufitem.&lt;br /&gt; - Serio? – Moje zdziwienie było szczere, bo choć oczywiście słyszałam o jednym czy drugim, który zamiast na czerwonym dywanie    w Hollywood wylądował w pokoju o miękkich ścianach, nie miałam świadomości, że problem jest tak powszechny.&lt;br /&gt; - No jasne! Dostojewski, Kafka, Tołstoj… – Oczy przyjaciółki aż błyszczały podnieceniem, gdy wymieniała kolejnych ekscentryków. – – Że o Kyrczu i Kainie nie wspomnę; przecież jakiś producent psychotropów był nawet patronem medialnym ich zbiorku…&lt;br /&gt; Cóż, wszystkie te nazwiska już dawno weszły do panteonu sław słowa pisanego. Skoro sama chciałam się tam znaleźć, też powinnam postradać rozum. Póki co byłam zbyt poukładana, bardziej rozważna niż romantyczna. Pewnego wieczoru zdarzyło mi się nawet dokonać  w mieszkaniu niezbędnych pomiarów, by sprawdzić, czy mam choć trochę nierówno pod sufitem. Jak się łatwo domyślić, wynik mnie nie zadowolił.&lt;br /&gt;- Wybiorę się tam za parę dni –  zdecydowałam w końcu. – Bez pomocy tego gabinetu nie mam szans napisać kolejnej powieści.&lt;br /&gt; - No dobrze, idź, skoro musisz. Ale czy to bezpieczne? – spytała Ola, bełtając palcem śmietankę w swoim cappuccino.&lt;br /&gt; - Myślę, że nie – odparłam. – I właśnie dlatego tak mnie tam                ciągnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7589213177636086074?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7589213177636086074/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm1.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7589213177636086074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7589213177636086074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/06/chory-chorszy-trup-fragm1.html' title='Chory, chorszy, trup (fragm.1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-3466642914564764220</id><published>2011-05-09T17:56:00.001+02:00</published><updated>2011-05-09T17:58:03.965+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Purpurowy cień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Purpurowy cień (4)</title><content type='html'>Temperatura z pewnością dochodziła do pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Z nieba lał się żar. Ogorzała skóra Novaka znosiła go raczej dobrze, lecz niebieskie oko odmówiło zaadaptowania się do niezwykłej jasności panującej na zewnątrz. Jimmy przełożył więc skórzaną opaskę na prawą stronę, tak by chronić oko.&lt;br /&gt;Podobnie jak wnętrze Tumono House miasto Penlocke było ciągiem brukowanych ulic, uliczek i ślepych zaułków. Domy budowane z muru pruskiego, do którego użyto kamienia i cegły, były bardzo wąskie i nie wyższe niż trzy piętra. Niektóre miały nieco szersze fasady, ale wyższe nie były. Jimmy nie bardzo wiedział, co myśleć o ich archaicznym wyglądzie. Miał wrażenie, że się znalazł w jakimś mieście europejskim pięć wieków wcześniej. Tymczasem niektóre detale wskazywały wyraźnie na współczesność. Na przykład lampy uliczne, krótkie rynny przycięte z opon albo podziurawione blachy z metalu, które tu i ówdzie służyły za okna.&lt;br /&gt;Na głównych ulicach, zresztą niewiele szerszych niż pozostałe uliczki miasta, nie było ani jednego pojazdu. Jimmy pomyślał, że można tu jeździć na rowerze lub motocyklu. Opony służące za rynny musiały przecież skądś pochodzić.&lt;br /&gt;Sklepów też nie było zbyt wiele. Kilka szyldów z wypisanymi nazwiskami, rzadziej wskazówką o branży wisiało na krótkich łańcuchach. Jimmy krążył po uliczkach myśląc, że „prawdziwy” handel został być może zgrupowany w jakiejś jednej dzielnicy, której jeszcze nie odwiedził. Chciało mu się pić i z przyjemnością ochłodziłby głowę oraz podeszwy stóp, które go paliły, jednak coraz jaśniej świtała mu w głowie myśl, że nie znajdzie wody, chyba, że wróci do Tumono House i zbudzi Shandrę.&lt;br /&gt;Maszerował tak jeszcze kilka minut, zanim zauważył zardzewiałą beczkę ukrytą w cieniu pod występem dachu, usiadł i oparł plecy o ciepłą ścianę z cegły. Uchylił opaskę przysłaniającą oko.&lt;br /&gt;Dziwnie się czuł krążąc po nieznanym mieście w środku dnia, gdy tymczasem wszyscy mieszkańcy spali. Jeszcze dziwniejsze było to, że nie wiedział, gdzie się znajduje to miasto ani w jaki sposób tutaj dotarł. A jednak był pewien, że w końcu przypomni sobie, co się wydarzyło między chwilą, gdy zanurkował w rzece Test a przebudzeniem w piwnicy Tumono House. I skoro on sam nadal żył, nie było powodu, by Aia nie żyła. Czy to możliwe, że znajduje się w Penlocke podobnie jak on? Gdzie mogło się schować trzy i pół letnie dziecko, które znalazło się samo w nieznanym sobie miejscu?&lt;br /&gt;Novak znów przysłonił oko i ruszył w drogę. Nie chciał wykrzykiwać imienia córki licząc na to, że go usłyszy i mu odpowie. Shandra okazała się bardzo miła, ale nic nie gwarantowało, że reszta mieszkańców miasta przyjmie obcego, który zakłóci ich sen równie serdecznie. Postanowił nadal samodzielnie odkrywać Penlocke rozglądając się uważnie za Aią.&lt;br /&gt;Pomyślał też, że nie będzie chodził bez sensu po mieście, lecz obierze jeden kierunek i zajdzie tak daleko, jak to możliwe. Ciekaw był, gdzie się kończy Penlocke, a zaczyna pustynia.&lt;br /&gt;Kilka razy Jimmy musiał zboczyć z drogi, aż w końcu dotarł do granic miasta. Nie miał co do tego żadnej wątpliwości, ponieważ stanął przed murem z czerwonawej cegły wysokim na pięć metrów, który ciągnął się w lewo i w prawo, jak okiem sięgnąć. Dlaczego taki wysoki? Aby chronić miasto przed burzami piaskowym? Przed napaścią dzikich zwierząt? Przed wrogami z... właściwie skąd? Z pustyni? Z innego miasta? Shandra nie wspominała o żadnym innym mieście, ale to nie znaczy przecież, że inne miasta nie istniały.&lt;br /&gt;Novak szedł wzdłuż muru, dopóki nie dotarł do wielkich drewnianych drzwi zamkniętych na kłódkę, nieco niższych niż mur i szerokich na co najmniej dwa metry. Zastanawiał się, kto był uprawniony do otwierania tych drzwi. Miał ochotę sprawdzić, co się znajduje po drugiej stronie, lecz uznał, że to nie jest odpowiedni moment. Nie opuści Penlocke, zanim nie uzyska pewności, że Ai tu nie ma. Dopiero wtedy ruszy jej szukać, gdziekolwiek się znalazła. Żaden mur, żadna brama zamknięta na kłódkę go przed tym nie powstrzyma.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-3466642914564764220?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/3466642914564764220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/05/purpurowy-cien-4.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3466642914564764220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3466642914564764220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/05/purpurowy-cien-4.html' title='Purpurowy cień (4)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-2883677655574105407</id><published>2011-04-29T16:27:00.000+02:00</published><updated>2011-04-29T16:28:32.380+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Purpurowy cień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Purpurowy cień (3)</title><content type='html'>PENCLOCKE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jimmy Novak otworzył oko. Wokół niego panowały całkowite ciemności. Czuł się lekko, jego ciało unosiło się na powierzchni letniej wody. Powoli poruszył ramionami i nogami, jego mięśnie były rozluźnione, serce biło normalnie. Jedyny ból, jaki odczuwał, umościł się w centrum splotu słonecznego.&lt;br /&gt;Aia, pomyślał.&lt;br /&gt;Novak naprężył ciało, by zmienić pozycję w wodzie. Stopami natrafił na grunt. Stanął pewnie, góra jego ciała wystawała powyżej linii, jak mu się zdawało, wody.&lt;br /&gt;- Aia? – szepnął.&lt;br /&gt;Gdzie był? Co się wydarzyło, po tym jak zanurkował w rzece Test? &lt;br /&gt;Novak poruszał się w ciemnościach. Zrobił trzy kroki i jego uda dotknęły czegoś twardego. Pomacał dłonią. Wydawało mu się, że dotyka drewna, że to zarys jakiejś platformy. Nacisnął, ale nic się nie poruszyło, Jimmy podciągnął się na pomost, wolno rozprostował długie ciało. Jego głowa otarła się o sufit. Przypuszczał, że się znajduje w piwnicy.&lt;br /&gt;Miał zamiar zbadać przestrzeń, w której się znalazł, ale ból w splocie słonecznym przykuwał go do miejsca. Wrażenie było inne niż przy fizycznej ranie, to był ból moralny zlokalizowany w miejscu, do którego je przesłał, ból spowodowany rozłąką z Aią i Turą.&lt;br /&gt;Novak skupił całą swoją energię na tym, by odizolować i uśpić chwilowo ten ból. Głęboko wdychał i wydychał powietrze, dobre dziesięć razy, aż wreszcie ucisk w splocie słonecznym zaczął słabnąć. Nie zdoła go całkiem pokonać, dopóki nie odnajdzie dwóch najważniejszych osób w swoim życiu. Teraz jednak przynajmniej nad nim panował.&lt;br /&gt;Jimmy ruszył po omacku przed siebie. Jego bose stopy trafiły na wzniesienie, potem na kolejne. Palcami stóp omiótł powierzchnię pomostu od lewej do prawej strony, by sprawdzić szerokość tego, co mu się zdawało być bardzo wąskimi schodami. Tylko jedna osoba mogła na nich stanąć. Novak zaczął się wspinać po schodach. Jego ręce dotykały ścian po obu stronach, ścian z desek przybitych gwoździami.&lt;br /&gt;Po dobrej minucie dotarł do drzwi. Znalazł klamkę, nie mógł jej jednak otworzyć. Rozważał możliwe hipotezy: w ciemnościach, bez narzędzi, próba rozebrania zamka, jeśli taki w ogóle istniał, byłaby absurdem. Mógł kopnąć w drzwi w nadziei, że się otworzą. Jednak wtedy jego wejście nie należałoby do najdyskretniejszych, on zaś nie miał pojęcia, co się znajduje po drugiej stronie.&lt;br /&gt;Wybierając ostrożność Novak przyłożył ucho do drzwi i zastukał trzy razy. Odczekał kilka sekund. Panowała martwa cisza. Zastukał raz jeszcze z nieco większą siłą, ale i ta próba spotkała się z brakiem reakcji. Jimmy nie potrafił czekać bezczynnie, zszedł więc kilka stopni, mocno zaparł się o ścianę i wymierzył solidnego kopniaka. Drzwi stawiały opór i musiał się przymierzyć jeszcze kilka razy, zanim wreszcie ustąpiły.&lt;br /&gt;Po drugiej stronie panowały równie głębokie ciemności. Przez dobrą chwilę Novak stał nieruchomo nadstawiając ucha na najmniejszy dźwięk, który mógł być wskazówką. Ale niczego nie słyszał. Ruszył przed siebie, tym razem korytarzem niewiele szerszym niż schody. Wreszcie dostrzegł w mroku zarys kształtu. Na końcu korytarza zwisał materiał, a przez jego brzegi przesączało się słabe światło. Podszedł do zasłony i odchylił tylko tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie.&lt;br /&gt;Stojąc na lekko rozstawionych nogach z ramionami wzniesionymi nieco do góry, wysoka kobieta o krótkich blond włosach patrzyła z przerażeniem na zasłonę. W prawym ręku trzymała kandelabr. Przedmiot musiał być ciężki dla jej kruchej dłoni. Z pewnością usłyszała hałas, jaki spowodowało wyważenie drzwi.&lt;br /&gt;- Kim jesteś? – zapytała stanowczym głosem.&lt;br /&gt;Novak odsunął zasłonę i ruszył w stronę młodej kobiety, która szybko wycofała się o kilka kroków. Jimmy zdawał sobie sprawę, że z przepaską na lewym oku, nagi do pasa i na bosaka, nie może budzić zaufania. Znieruchomiał.&lt;br /&gt;- Nazywam się Jimmy Novak. Nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem. Możesz mi pomóc?&lt;br /&gt;- Którędy wszedłeś?&lt;br /&gt;- Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić, jak tu dotarłem.&lt;br /&gt;Novak wiedział, że nie uspokaja jej tymi słowami, więc spojrzał jej szczerze w oczy próbując dać do zrozumienia, że nie chce wyrządzić najmniejszej krzywdy. Po kilku sekundach zauważył, że jej ciało się odpręża. Kobieta zrezygnowała z defensywnej postawy i odstawiła kandelabr na stół.&lt;br /&gt;- Jestem Shandra – powiedziała ujmującym głosem. – Znajdujesz się w Tumono House.&lt;br /&gt;Pomieszczenie oświetlała tylko jedna świeca. Shandra potarła zapałkę i zapaliła wszystkie świece w odstawionym kandelabrze, dzięki czemu Novak mógł się przyjrzeć otoczeniu. Był to salon podzielony na kilka części, a w każdej stała kozetka, kanapa albo dwa fotele. Ściany były ozdobione draperiami o żywych barwach, a z sufitu zwisały kadzielniczki. Na stolikach stały kandelabry, lampiony, wszystkie jednak wygaszone. Dywany o egzotycznych motywach pokrywały podłogę.&lt;br /&gt;- Co to jest Tumono House?&lt;br /&gt;- Dom prostytutek.&lt;br /&gt;Co ja robię w burdelu? – zastanawiał się Novak uznając zarazem, że ma jednak szczęście, bo mógł wylądować w miejscu znacznie mniej przyjaznym.&lt;br /&gt;- Chodź za mną – powiedziała Shandra chwytając znów kandelabr.&lt;br /&gt;Novak ruszył za młodą kobietą. Uznał, że długa ciemnoniebieska suknia o surowym kroju, która skrywała jej ciało, wcale nie kojarzy się z wyzywającymi ubraniami, jakie zwykle nosiły prostytutki. Być może jednak Shandra nie była jedną z nich?&lt;br /&gt;Minęli salon i weszli w inny wąski korytarz. Ściany pokrywały delikatne, przezroczyste materiały haftowane złotą nicią, a po obu stronach korytarza było wiele drzwi. Następnie weszli na górę schodami, minęli znowu mnóstwo innych korytarzy, które zdawały się tworzyć bardzo skomplikowany labirynt. Zeszli po innych schodach, skręcili w lewo, potem w prawo... Novak zastanawiał się, co to za labirynt. Jedno było pewne: aby móc przemieszczać się z taką pewnością siebie jak Shandra, należało przebywać tu – albo żyć – od dłuższego czasu.&lt;br /&gt;Nikogo po drodze nie spotkali. Drzwi, najpewniej prowa-dzące do pokojów, były pozamykane i w całym domu panowała cisza. Gdzie więc były dziewczęta i klienci?&lt;br /&gt;Shandra popchnęła wreszcie któreś drzwi, weszła do po-mieszczenia, a za nią Novak. Dziewczyna zamknęła drzwi.&lt;br /&gt;Nie znajdowali się w pokoju, ale raczej w małym salonie z kuchnią, gdzie stała komoda, okrągły stół, dwa krzesła. Był też zlew i niewielki blat, na którym stała kuchenka. Na ścianie, na wprost blatu wisiały długie suknie podobne do tej, którą miała na sobie Shandra, ale w różnych kolorach, od najbardziej pastelowych do najżywszych. Niektóre były haftowane.&lt;br /&gt;- Możesz usiąść – powiedziała odstawiając kandelabr na komodę.&lt;br /&gt;- Mam mokre spodnie.&lt;br /&gt;Novak dostrzegł błysk wahania w wielkich, zielonych oczach Shandry.&lt;br /&gt;- Zdejmij je, szybciej wyschną.&lt;br /&gt;Jimmy zdjął jeansy. Pod spodem nie miał niczego, Shandra powiesiła spodnie na oparciu krzesła, po czym zdjęła szarą suknię zawieszoną na ścianie i podała ją gościowi. Był wystarczająco szczupły, by ją założyć bez najmniejszego problemu. Usiadł.&lt;br /&gt;- Chcesz się czegoś napić? Wódka? Gin?...&lt;br /&gt;- Herbatę, jeśli masz.&lt;br /&gt;- Koftee?&lt;br /&gt;- Co to jest?&lt;br /&gt;- To mieszanka kawy, herbaty i przypraw. Jest wspaniała albo ohydna, zależy od upodobań.&lt;br /&gt;- Spróbuję.&lt;br /&gt;Shandra zajęła się przyrządzaniem koftee. Jimmy skorzystał z okazji i rzucił okiem za gęstą, czarną zasłonę, obok której siedział. Zaskoczyło go nagle jaskrawe światło dnia, które wpadło przez wąskie okno bez szyb. Zamrugał oczami, by spróbować się przyzwyczaić, ale światło było zbyt intensywne. Zaciągnął zasłonę.&lt;br /&gt;- Jak to możliwe, żebyś tylko ty usłyszała, że wyważyłem drzwi?&lt;br /&gt;- Nie usłyszałabym cię, gdybym była w pokoju, ale zasnęłam w salonie. Czasami to mi się zdarza.&lt;br /&gt;- Zgoda, a gdzie są inni? Dziewczęta, klienci? Dlaczego mam wrażenie, że w tym domu nie ma nikogo?&lt;br /&gt;- Ponieważ jest dzień, a w dzień wszyscy śpią – odparła Shandra, która wydawała się zdziwiona, że Jimmy nie wie o czymś tak oczywistym.&lt;br /&gt;Novak był jeszcze bardziej zdziwiony niż ona. Gdzie się do diabła znalazł?&lt;br /&gt;- Gdzie się znajduje Tumono House?&lt;br /&gt;Shandra odwróciła się do niego.&lt;br /&gt;- W mieście Penlocke.&lt;br /&gt;- Mieście Penlocke – wyszeptał zamyślony.&lt;br /&gt;- A ty, Jimmy, skąd pochodzisz?&lt;br /&gt;- Ze Stockbridge.&lt;br /&gt;Czajnik zaczął gwizdać. Shandra zdjęła do z kuchenki.&lt;br /&gt;- Nigdy nie słyszałam o mieście Stockbridge.&lt;br /&gt;- To miasteczko w Anglii.&lt;br /&gt;- Nigdy też nie słyszałam o Anglii.&lt;br /&gt;Zalała wrzącą wodą jakiś proszek, który wsypała do delikatnych filiżanek. Podała filiżankę swojemu gościowi, a potem usiadła na brzeżku krzesła, na którym suszyły się spodnie.&lt;br /&gt;- Nadal nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie – zauważyła. – Jak wszedłeś do Tumono House?&lt;br /&gt;- Obudziłem się w tej wodzie na dole.&lt;br /&gt;- W piwnicy jest woda?&lt;br /&gt;- Nie wiedziałaś o tym?&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;Shandra zmarszczyła brwi.&lt;br /&gt;- Właściwie – uściśliła – kiedyś słyszałam, że Tumono House został wybudowany na wodzie, ale myślałam, podobnie jak inni, że to legenda.&lt;br /&gt;Jimmy przełknął łyk koftee. Mieszanka miała gorzkawy smak, ale jemu smakowała.&lt;br /&gt;- A gdzie jest Anglia? – spytała Shandra.&lt;br /&gt;- A gdzie jest Penlocke? – odparł Novak z lekkim uśmie-chem.&lt;br /&gt;- Pośrodku pustyni.&lt;br /&gt;- Anglia jest wielką wyspą.&lt;br /&gt;- Co to jest wyspa?&lt;br /&gt;- To kawałek lądu otoczony wodą.&lt;br /&gt;Shandra cały czas się zastanawiała.&lt;br /&gt;- Jak dotarłeś z Anglii aż tutaj?&lt;br /&gt;- Powiedziałem ci, że nie wiem, część odpowiedzi znajduje się prawdopodobnie w piwnicy.&lt;br /&gt;Przez chwilę pili w milczeniu. Jimmy spoglądał ukradkiem na Shandrę. Była ładną dziewczyną, od której biła raczej łagodność i uprzejmość niż seksualność. Co robiła w burdelu? Intrygowało go to, ale na razie ważniejsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, co on tu robi i co robi w Penlocke.&lt;br /&gt;- Chciałbym się przejść po mieście – oznajmił.&lt;br /&gt;- Jeśli sobie życzysz, ale w dzień temperatura jest bardzo wysoka i trudna do zniesienia. Poza tym wszędzie jest pustynia. To nudne.&lt;br /&gt;Wobec pytającego spojrzenia Jimmy’ego Shandra sprecyzowała:&lt;br /&gt;- Nie tylko Tumono House śpi w dzień. Całe miasto śpi.&lt;br /&gt;Novak pomyślał, że to jest właśnie idealny moment, by zwiedzić Penlocke. Pozna trochę miasto, zanim spotka się z jego mieszkańcami.&lt;br /&gt;Dopił herbatę i wstał.&lt;br /&gt;- Doskonała koftee.&lt;br /&gt;Shandra uśmiechnęła się i również wstała.&lt;br /&gt;- Jeśli któryś z obywateli zobaczy cię w tumono, możesz ściągnąć na siebie nieprzyjemności.&lt;br /&gt;Jimmy odnotował słowo „obywatel”. Pociągnął za materiał sukni.&lt;br /&gt;- To jest tumono?&lt;br /&gt;- Tak. I noszą je tylko dziewczęta z Tumono House.&lt;br /&gt;Ponieważ Shandra nosiła tumono, Novak wyciągnął wniosek, że jednak była jedną z „dziewcząt”. Być może prostytutki w Penlocke miały więcej uroku niż zmysłowości.&lt;br /&gt;- W takim razie założę spodnie.&lt;br /&gt;- Jeszcze nie wyschły.&lt;br /&gt;- Nic nie szkodzi – powiedział Jimmy zdejmując tumono i odkładając je na krzesło.&lt;br /&gt;Gdy zakładał swoje jeansy, Shandra zajrzała do jednej z szuflad komody.&lt;br /&gt;- Masz, załóż też to – powiedziała podając mu ciemnozieloną koszulę bez rękawów. – Choć trochę ochroni cię przed słońcem.&lt;br /&gt;Novak założył koszulę.&lt;br /&gt;Kilka minut później, minąwszy kolejne kręte korytarze za swoją gospodynią, Jimmy wyszedł przez główne drzwi Tumono House. &lt;br /&gt;Shandra położyła mu dłoń na przedramieniu.&lt;br /&gt;- Wróć, kiedy tylko zechcesz. Uprzedzę pana Sing Songa, żeby cię wpuścił.&lt;br /&gt;- Dziękuję Shandro.&lt;br /&gt;Novak ruszył nie pytając, kim jest pan Sing Song.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-2883677655574105407?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/2883677655574105407/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-3.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2883677655574105407'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2883677655574105407'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-3.html' title='Purpurowy cień (3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4161240808577833477</id><published>2011-04-23T11:30:00.001+02:00</published><updated>2011-04-23T11:31:54.447+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Purpurowy cień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Purpurowy cień (2)</title><content type='html'>STOCKBRIDGE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noc rozciągała się nad angielską wsią na południowy zachód od Londynu. Aia, stojąc bosymi stopami na zimnym i wilgotnych trawniku White House, obserwowała owce skubiące trawę na ziemi sąsiada. Chodziła tam czasem razem z ojcem i głaskała gęstą wełnę. Zwierzęta brzydko pachniały, ale były piękne. W swoim pokoju Aia miała kilka baranków. Siedziały na parapecie okiennym, a przy łóżku stał jeden, duży i czarny, na którym można było jeździć.&lt;br /&gt;- Beeee... – zabeczała dziewczynka o długich, białych włosach w nadziei, że w ten sposób przyciągnie zwierzęta bliżej drewnianego płotu.&lt;br /&gt;Owce pozostały obojętne na jej wołanie. Trudno. Aia postanowiła odwiedzić innych przyjaciół. Podbiegła aż do brzegu rzeki Test płynącej wzdłuż terenu White House. Aia nie umiała zasnąć nie słysząc szumu rzeki. Gdy było zbyt chłodno, by pozostawić otwarte okno, matka włączała jej płytę z nagranym chlupotaniem fal rzeki.&lt;br /&gt;Dziewczynka weszła na drewniany mostek dla pieszych, który łączył oba brzegi rzeki Test. Był porośnięty bluszczem, ale ojciec wyciął część roślin, aby mogła wystawić głowę między belkami barierki. Widziała wtedy pstrągi tęczowe płynące w przejrzystej wodzie i białe łabędzie. Jednak tego ranka nie było ani ryb ani łabędzi.&lt;br /&gt;Aia, w koszuli nocnej, usiadła na mostku, a nogi zwiesiła machając nimi swobodnie nad wodą.&lt;br /&gt;- Aia małą owieczkę miała...&lt;br /&gt;Siedziała tak kilka długich minut machając nogami i podśpiewując, aż zobaczyła w oddali samotnego, czarnego łabędzia, który pływał po rzece.&lt;br /&gt;- Mirion! – zawołała wstając.&lt;br /&gt;- Dlaczego mu nadałaś to imię? – spytała ją kiedyś matka.&lt;br /&gt;- Bo to znaczy: „zawsze będziemy przyjaciółmi”.&lt;br /&gt;Aia opuściła swoje stanowisko na moście i zeszła po stromym brzegu. Przez gałęzie wierzby płaczącej widziała czarnego łabędzia, który płynąc z prądem podążał w jej stronę. Ależ robił na niej wrażenie! Dla Ai był to największy ptak, chociaż matka mówiła, że istnieją znacznie większe od niego.&lt;br /&gt;Czasem dziewczynka wyobrażała sobie, że zamienia się w czarnego łabędzia i razem z Mirionem pływa po wodzie. Ale wiedziała, że to niemożliwe. Zmęczyłaby się pływając cały dzień. No i trzeba by się jeszcze nauczyć latać.&lt;br /&gt;Łabędź był tuż obok Ai. Zazwyczaj płynął w swoją stronę, tym razem jednak skręcił w kierunku dziewczynki i zatrzymał się jakiś metr od niej. Po raz pierwszy Aia widziała Miriona z tak bliska. Zafascynowana ruszyła do przyjaciela. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie i zmoczyła dół koszuli nocnej, ale nie przejęła się tym ani trochę. Wyciągnęła rękę do łabędzia i dotknęła delikatnie piór. Były miększe niż włosy mamy.&lt;br /&gt;- Mos ti mina, Mirion.&lt;br /&gt;Rozmawiała z nim w tajemnym języku, który sobie wymyśliła i mówiła mu, że jest piękny.&lt;br /&gt;Ptak pozwalał się głaskać. Aia była dumna; będzie miała coś ważnego do opowiedzenia rodzicom.&lt;br /&gt;Gładziła pióra Miriona od kilku minut, gdy niedaleko niej woda zaczęła wirować. Zaciekawiona dziewczynka ruszyła w tę stronę, woda sięgała jej teraz do ud. Co dziwne łabędź ruszył za nią, ale szybko ją wyprzedził, jakby wir, z którym nie mógł, albo nie chciał walczyć, przyciągał go i wabił.&lt;br /&gt;Aia widziała, jak Mirion przepływa przed nią nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Potem poczuła, że jej nogi odrywają się gwałtownie od dna rzeki i zanim zdążyła zareagować wir porwał i ją. Dopiero znalazłszy się w jego centrum próbowała uchwycić się przyjaciela. Chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. Oboje z Mirionem obracali się gwałtownie i kilka sekund później zniknęli pod powierzchnią wody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jimmy Novak obudził się gwałtownie. Czoło miał pokryte potem, a jego serce biło szybko. Zbyt szybko. Coś musiało się wydarzyć.&lt;br /&gt;- Aia – wyszeptał.&lt;br /&gt;Nie budząc śpiącej towarzyszki wyszedł z łóżka, założył czarne jeansy i szybko ruszył do pokoju dziewczynki. Ai nie było w łóżeczku. Dotknął dłonią pościeli – jeszcze letnia. A więc dziecko wstało niedawno. Zajrzał szybko do innych pokoi na piętrze, potem na parterze. Dziewczynki nie było w White House. &lt;br /&gt;Nie tracąc czasu na zakładanie butów wyszedł z willi tylnym wyjściem. Spojrzał w dal usiłując dostrzec, czy Aia bawi się z owcami. Nie. Może poszła nakarmić łabędzie? Ruszył w stronę rzeki Test.&lt;br /&gt;Gdy Novak zauważył ciało dziewczynki unoszące się na wodzie, miał wrażenie, że uderzył w niego piorun. Przeszył go straszny ból; myślał, że go nie przeżyje. Krew krążyła w jego ciele z taką prędkością, jakby serce miało pęknąć.&lt;br /&gt;Jimmy zamknął prawe oko – to, które mu pozostało – i skoncentrował się, by odnaleźć w sobie jedyną strefę uodpornioną na cierpienia. Gdy do niej dotarł, zaczął odzyskiwać kontrolę nad ciałem.&lt;br /&gt;Potem otworzył oko i rzucił się do wody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tura Sherman nie zauważyła, kiedy wyszedł Jimmy. Przetoczyła się na tę część łóżka, na której spał. Poczuła przyjemny zapach lekko piżmowy, korzenny. Z czasem przyzwyczaiła się, że zasypia i budzi się sama. Jimmy potrzebował niewiele snu i wydawało się, że przekazał tę cechę ich córce.&lt;br /&gt;Leżąc w poprzek na łóżku towarzyszka Novaka przeciągnęła się z błogością. Już teraz marzyła o chwili, gdy, w ciągu dnia znajdzie się okazja by być sam na sam z kochankiem. Ich spotkanie było często krótkie, ale intensywne, wykradzione chwile, gdy Aia zasypiała na krótko późnym rankiem albo po południu. Tura szła do atelier Jimmy’ego. Pobudzał ją zapach farby olejnej i płócien, które pokrywały ściany. Tura wiedziała, że w otoczeniu artystycznego świata mężczyzny, którego kochała, może się oddać wszelkim fantazjom pojawiającym się w jej umyśle. Czasami Jimmy zbyt skoncentrowany na sztuce nie bardzo odbierał jej sygnały. Wówczas pozwalała mu pracować. Ale w ciągu dnia, często w chwili, gdy się tego najmniej spodziewała, następował ciąg dalszy.&lt;br /&gt;Tura wstała i założyła czarny szlafrok. Pomyślała, że ma szczęście, bo jej związek miłosny był coraz bogatszy w przeciwieństwie do związków większości par, które na ogół słabły wraz z upływem lat.&lt;br /&gt;Na piętrze było rześko. Sprawdziła okno na końcu korytarza, które często zostawało otwarte na noc, ale nie tym razem. Tura zeszła po imponujących schodach willi i dopiero na parterze ogarnął ją niepokój. Było naprawdę zimno.&lt;br /&gt;- Jim? Aia?&lt;br /&gt;Tura zdała sobie sprawę z ciszy panującej w White House.&lt;br /&gt;W kuchni podniosła pokrywkę czajnika. Zwykle, kiedy tylko Jimmy wstał, przygotowywał w nim herbatę. Czajnik był zimny i pływały w nim liście wczorajszej herbaty.&lt;br /&gt;Tura szybko przeszła przez kuchnię zaciskając poły szlafroka. W korytarzu stwierdziła, że drzwi prowadzące do ogrodu są szeroko otwarte. Ogarnięta złym przeczuciem wyszła na zewnątrz.&lt;br /&gt;- Jim? Aia? – zawołała.&lt;br /&gt;Zaczekała jeszcze kilka sekund w nadziei, że jej ukochany i córka, którzy być może poszli aż na ziemie sąsiada, odpowiedzą. Ale nie dawali żadnych oznak życia.&lt;br /&gt;Tura dobiegła na skraj obszaru White House. Wpatrywała się w rozległy, płaski teren sąsiada, ale jej lewe oko, jedyne, które widziało, dostrzegało wyłącznie owce skubiące trawę. Zaniepokojona zawróciła do willi, lecz nagle zmieniła zdanie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rzeki.&lt;br /&gt;Najpierw zobaczyła długie, białe włosy i nocną koszulę, również białą unoszące się obok mostu.&lt;br /&gt;I zaraz obok nagie plecy Jimmy’ego.&lt;br /&gt;Tura Sherman poczuła się nagle pusta i zlodowaciała.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4161240808577833477?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4161240808577833477/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4161240808577833477'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4161240808577833477'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-2.html' title='Purpurowy cień (2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4416080704267708947</id><published>2011-04-20T20:33:00.001+02:00</published><updated>2011-04-20T20:37:21.186+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Purpurowy cień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Purpurowy cień (1)</title><content type='html'>LONDYN&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gęsta mgła od kilku dni otulała Londyn. Ze wszystkich okien rozciągał się widok podobny do tego, który widać przez iluminator samolotu przelatującego w chmurach.&lt;br /&gt;Przechodnie nie widzieli kształtów. Udawało im się orientować w przestrzeni dzięki miejscom oświetlonym przez latarnie, światłom na przejściach i neonom sklepów. Nie było mowy, by dostrzec, kto jeszcze porusza się po chodniku w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Każdy był otoczony duchami, które podobnie jak on sam wyłaniały się nagle z nicości. Ludzie wiedzieli, że ktoś jest obok, gdy słyszeli głosy lub stukot butów o chodnik. W pubach East Endu widmo Kuby Rozpruwacza zyskało na popularności w rozmowach wiedzionych późnym wieczorem. Żartobliwie i z ironią, by przegnać strach, mówiono że może nowy seryjny morderca wykorzysta okazję i zacznie działać.&lt;br /&gt;Pojazdy, z których jedynym widocznym elementem były światła, poruszały się w zamglonym sercu Londynu. Media radziły mieszkańcom pozostanie w domach, ale to nie wystarczyło, żeby zniechęcić Brytyjczyków do codziennej wizyty w pubie.&lt;br /&gt;Borys Wagner, który wyglądał nienagannie w ciemnoniebieskim garniturze z wełny merynosa, wychodził właśnie z galerii Sotheby’s trzymając w ręku czarną skórzaną aktówkę. Mgła nie przeszkadzała mu ani trochę. Łysy mężczyzna zrobił ledwie kilka kroków po New Bond Street, gdy pojawiła się przed nim czerwona plama.&lt;br /&gt;- Proszę mi wybaczyć. Uczestniczyłem w licytacji, podczas której kupił pan wystawione tam pamiętniki.&lt;br /&gt;Borys faktycznie zapłacił właśnie sześćset pięćdziesiąt funtów sterlingów za dziennik paryskiego szlachcica, który bawił w Londynie w 1888 r. Zatrzymał się i popatrzył na młodego mężczyznę. Jego twarz okalały długie dredy w żywym, czerwonym kolorze.&lt;br /&gt;- Wydaje mi się, że i ten pamiętnik pana zainteresuje – dodał mężczyzna podając Wagnerowi trzymane pod lewą pachą szerokie pudło.&lt;br /&gt;Oczy młodego człowieka lśniły niebieską intensywną barwą zmieszaną z ciemnoczerwonymi refleksami. Jego twarz była ozdobiona mikroskopijnymi czarnymi kamieniami; kilka z nich umieszczono na linii zgolonej brwi, inne tworzyły dziwny symbol na lewym nozdrzu, a ostatni tkwił kokieteryjnie niczym pieprzyk tuż nad wargą. Wagner uznał, że jego rozmówca jest nieco podobny do lorda Byrona, który miał jednakowoż bardziej szpiczasty nos, zmysłowe usta i dziurkę w brodzie. Czarny garnitur od Gucciego z kamizelką, a do tego biała koszula na wzór wiktoriański przydawały mężczyźnie arystokratycznego wyglądu.&lt;br /&gt;Borys odłożył aktówkę na chodnik, wziął pudło z brązowej skóry i otworzył je. Odwinął kawałek zamszu, również w brązowym kolorze, który przykrywał książkę o rozmiarach mniej więcej trzydzieści pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Mimo że rogi były nieco zniszczone, sztywna, twarda okładka zachowała się w dobrym stanie. Cierpki zapach pozwalał jednak przypuszczać, że dokument był rzeczywiście bardzo stary. Wagner wolał nie wyjmować go z pudła.&lt;br /&gt;- Dostałby pan za niego dobrą cenę na aukcji – powiedział.&lt;br /&gt;- Nie chcę pieniędzy. Chcę go podarować osobie, która jest rzeczywiście zainteresowana tego rodzaju dziełami, to wszystko.&lt;br /&gt;- Jeśli takie jest pańskie życzenie, dziękuję. Zapewniam, że pański dar zostanie otoczony staranną opieką.&lt;br /&gt;- Jestem o tym przekonany – odparł młody człowiek. – Do widzenia panu.&lt;br /&gt;Nieznajomy zniknął we mgle równie szybko, jak się pojawił.&lt;br /&gt;Borys Wagner zamknął pudło, podniósł swoją aktówkę i skierował się do czarnego bentleya zaparkowanego nieco dalej na New Bond Street.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4416080704267708947?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4416080704267708947/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-1.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4416080704267708947'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4416080704267708947'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/purpurowy-cien-1.html' title='Purpurowy cień (1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-3701706129028972944</id><published>2011-04-03T16:12:00.004+02:00</published><updated>2011-04-03T16:36:57.617+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Purpurowy cień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Miasta wewnętrzne</title><content type='html'>Pora wrócić do gotyckiej trylogii Kanadyjki Natashy Beaulieu, ponieważ jej trzecia część powinna się ukazać już w maju. "Purpurowy cień" to Księga prawd, a więc w niej znajdziemy odpowiedzi na... prawie wszystkie pytania. No cóż na wszystkie pytania chyba jeszcze żadna księga nie zdołała odpowiedzieć, co nie przeszkadza autorom powieści i czytelnikom nadal poszukiwać owych prawd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fenomen miast-światów wewnętrznych stworzonych przez autorkę w tej trylogii polega na tym, że właściwie w żadnym z nich nie czujemy się ani całkiem jak w domu, ani też całkiem jak w obcym świecie. Bohaterowie - niekoniecznie ludzie, ale jednak zrozumiali dla nas pod względem emocjonalnym i psychologicznym - krążą pomiędzy światami i środowiskami z taka łatwością, że przestaje nas dziwić dziwny ziemski świat, jak i nie wstrząsa nami nieziemskie środowisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość opiera się na pomyśle ścisłej zależności między światami, swego rodzaju obiegu zamkniętego. Tak jak nasz świat można porównać do wielkiego Organizmu, tak całość Miast wewnętrznych funkcjonuje w ścisłej wzajemnej zależności.&lt;br /&gt;Bohaterowie - zwyczajni i niezwyczajni = czują, żyją, kochają się i nienawidzą, Mają swoje słabości, nadzwyczajne moce i tajemnice. Te, jako się rzekło, znajdą swoje rozwiązanie w "Purpurowym cieniu".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dowiemy się co łączy Kaguesnę z Montrealem i z Penlocke, skąd się wzięła Predatorka w Mieście Bez Nazwy, jaki los spotka jej Stworzenia powstałe z wyobraźni i jak długo jeszcze będzie żył Dawid Fox, który mimo wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu ma już ponad czterysta lat.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-3701706129028972944?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/3701706129028972944/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/miasta-wewnetrzne.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3701706129028972944'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3701706129028972944'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/04/miasta-wewnetrzne.html' title='Miasta wewnętrzne'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-2353536566337584846</id><published>2011-03-21T15:44:00.004+01:00</published><updated>2011-03-21T15:54:15.387+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kochajmy się jak pies z kotem'/><title type='text'>Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm 5 i ostatni)</title><content type='html'>KŁAMSTWO&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor. &lt;br /&gt;I zadał studentom pytanie: &lt;br /&gt;- Kto przeczytał moją książkę? &lt;br /&gt;Wszyscy studenci podnieśli ręce. &lt;br /&gt;- A więc to był właśnie przykład kłamstwa.  Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy. &lt;br /&gt;Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-MAzVmRK3xBA/TYdkuqDn1bI/AAAAAAAAAW0/_cVvLj0gWbg/s1600/klamstwo2.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 283px; height: 283px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-MAzVmRK3xBA/TYdkuqDn1bI/AAAAAAAAAW0/_cVvLj0gWbg/s400/klamstwo2.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5586544615502632370" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.&lt;br /&gt;Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.&lt;br /&gt;Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami.  No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju. &lt;br /&gt;Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”.  „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.&lt;br /&gt;Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie. &lt;br /&gt;Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron. &lt;br /&gt;To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim. &lt;br /&gt;Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-2353536566337584846?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/2353536566337584846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm-5-i.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2353536566337584846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2353536566337584846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm-5-i.html' title='Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm 5 i ostatni)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-MAzVmRK3xBA/TYdkuqDn1bI/AAAAAAAAAW0/_cVvLj0gWbg/s72-c/klamstwo2.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4529932171994122032</id><published>2011-03-07T21:43:00.003+01:00</published><updated>2011-03-07T21:51:35.512+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kochajmy się jak pies z kotem'/><title type='text'>Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm4)</title><content type='html'>LĘKI MĘSKIE, LĘKI KOBIECE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.&lt;br /&gt;Przerażony wraca do barmana i prosi: &lt;br /&gt;- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.&lt;br /&gt;Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.&lt;br /&gt;Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.  &lt;br /&gt;W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.&lt;br /&gt;I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść     i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-PY3kQn1mJgU/TXVFPuBS0tI/AAAAAAAAAWs/nBAorGJU6eY/s1600/leki%2Bmeskie%2Bkobiece.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 227px; height: 227px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-PY3kQn1mJgU/TXVFPuBS0tI/AAAAAAAAAWs/nBAorGJU6eY/s400/leki%2Bmeskie%2Bkobiece.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5581443449549411026" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.&lt;br /&gt;Ile kobiet wie o tych lękach?  Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów  z  powodu  gospodarki  hormonalnej  organizmu.  Chyba  najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.&lt;br /&gt;Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?&lt;br /&gt; Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze. &lt;br /&gt;Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...&lt;br /&gt;Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz? &lt;br /&gt;Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4529932171994122032?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4529932171994122032/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm4.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4529932171994122032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4529932171994122032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm4.html' title='Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm4)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-PY3kQn1mJgU/TXVFPuBS0tI/AAAAAAAAAWs/nBAorGJU6eY/s72-c/leki%2Bmeskie%2Bkobiece.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5505224628238423762</id><published>2011-03-02T16:40:00.002+01:00</published><updated>2011-03-02T16:44:17.758+01:00</updated><title type='text'>Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm3)</title><content type='html'>NA POCZĄTKU BYŁ MÓZG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia Bóg oznajmił Adamowi: &lt;br /&gt;- Mam dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?&lt;br /&gt;- Powiedz mi najpierw tę dobrą – odrzekł Adam.&lt;br /&gt;- Dostaniesz  ode mnie dwa  nowe organy. Pierwszy nazywa się mózg. Pozwoli ci on&lt;br /&gt;wymyślać i tworzyć nowe rzeczy, rozwiązywać problemy i wykazywać się inteligencją  &lt;br /&gt;w rozmowach z Ewą.&lt;br /&gt;- Świetnie! – ucieszył się Adam. – A drugi?&lt;br /&gt;- Mój drugi dar nazywa się penis. Zapewni ci dużo fizycznej przyjemności, a Ewa też&lt;br /&gt;będzie z niego zadowolona, bo da jej wielką rozkosz. Dzięki temu będziecie mogli mieć dzieci i ziemia zaludni się istotami rozumnymi.&lt;br /&gt;Zachwycony Adam wykrzyknął:&lt;br /&gt;- Dzięki ci, Boże, to najwspanialsze z twoich darów! Ale... jaka jest ta zła wiadomość?&lt;br /&gt;Bóg spojrzał ze smutkiem na Adama i rzekł:&lt;br /&gt;- Nie możesz używać obu naraz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś każdy dobrze wie, że mózg kobiety i mózg mężczyzny różnią się nieco wielkością, wagą, budową i funkcjonują inaczej, znakomicie spełniając swoje zadania. Te odkrycia poprzedziły jednak długie i żmudne badania. Doprowadziły one naukowców do przekonania, że wykształcenie zmysłów w kierunku pożądanym przez daną płeć, a więc w konsekwencji charakterystycznych dla każdej płci zachowań i predyspozycji, zależy w znacznej mierze od płci mózgu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A było to tak:&lt;br /&gt;Już w czasach prehistorycznych mózg cieszył się wielkim zainteresowaniem. Jak wskazują badania antropologiczne, jedni upatrywali w nim przysmak, inni nadawali mu znaczenie rytualne.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-yipmlGe5NLw/TW5lrMi7vnI/AAAAAAAAAWc/Sg5DUG59n4Q/s1600/na%2Bpoczatku%2Bbyl%2Bmozg1.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 283px; height: 283px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-yipmlGe5NLw/TW5lrMi7vnI/AAAAAAAAAWc/Sg5DUG59n4Q/s400/na%2Bpoczatku%2Bbyl%2Bmozg1.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5579508781135150706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W kulturach prymitywnych wierzono, że zjadając mózg, przejmuje się moc   i wiedzę jego właściciela. Lekarze w starożytnym Egipcie przeprowadzali trepanacje czaszki w poszukiwaniu duszy, uważając, że to mózg jest jej siedliskiem. Potem badaniami zajęli się fachowcy. Należał do nich grecki filozof Platon (427-347 p.n.e.), a także prekursor współczesnej medycyny Hipokrates (ok. 460-377 p.n.e.)  –  obaj zgodzili się co do tego, że mózg jest siedliskiem myśli. W II w. naszej już ery Galen (129-199) – uważany za ojca fizjologii doświadczalnej rzymski lekarz greckiego pochodzenia i anatom – pracując w charakterze medyka gladiatorów, odkrył bezbarwny płyn mózgowo-rdzeniowy. Od tego czasu lista uczonych usiłujących rozwikłać tajemnice ludzkiego ciała i umysłu wydłużała się nieustannie i pęczniała.&lt;br /&gt;Tak się jednak składało przez długie wieki, że badania ludzkiego mózgu przeprowadzano przeważnie na zwłokach mężczyzn: gladiatorów, żołnierzy, więźniów. Badacze założyli, że skoro kobiety i mężczyźni należą do tego samego gatunku, to ich mózgi są identyczne. Jakież było ich zdziwienie, gdy pewnego dnia po zważeniu i zmierzeniu mózgu kobiety stwierdzili, że jest on nieco mniejszy  i  lżejszy.  Pierwszy  wniosek?  Kobieta  musi  być głupsza. Taki zapadł wyrok, zanim naukowcy pojęli, że to nie rozmiar jest najważniejszy, ale sposób funkcjonowania.&lt;br /&gt;Dopiero kiedy medycyna osiągnęła odpowiedni poziom rozwoju, można się było pokusić o dokładne badania i bardziej wiarygodne wnioski. Na tę wiedzę złożyło się wiele nauk medycznych – im zawdzięczamy wielkie odkrycie: że mianowicie ogromny wpływ na rozwój i płeć mózgu mają zarówno geny, jak i hormony. (...)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-5505224628238423762?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/5505224628238423762/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm3.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5505224628238423762'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5505224628238423762'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/03/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm3.html' title='Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-yipmlGe5NLw/TW5lrMi7vnI/AAAAAAAAAWc/Sg5DUG59n4Q/s72-c/na%2Bpoczatku%2Bbyl%2Bmozg1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-750310245944691799</id><published>2011-02-22T17:45:00.003+01:00</published><updated>2011-02-22T17:54:48.084+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kochajmy się jak pies z kotem'/><title type='text'>Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm2)</title><content type='html'>WODA I OGIEŃ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kulturze europejskiej zwykło się podkreślać różnice u osób odmiennej płci, ale to wcale nie znaczy, że inni widzą sprawę tak samo. Cywilizacja azjatycka – za chińską – woli używać pojęcia wzajemnie się uzupełniających przeciwieństw – yin i yang. Brzmi niewątpliwie lepiej, choć nie ma pewności, czy w codziennych kontaktach damsko-męskich ludziom Wschodu jest łatwiej niż nam.&lt;br /&gt;Dla ułatwienia  życia nam wszystkim powstały teorie klasyfikujące cechy jako typowo męskie i typowo żeńskie. Jednak ten idealistyczny punkt wyjścia spalił na panewce, ponieważ szybko okazało się, że nie ma typów czystych, idealnie pasujących do owych teorii. Co to tego świat nauki jest zgodny, ale mimo wielu prób logicznego wyjaśnienia tego zjawiska ustalono z całą pewnością jedynie to, że przyczyn jest wiele. Tak czy inaczej ideały z definicji nie do końca zgadzać się będą z obserwowaną rzeczywistością.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-sQO0PZhL3zA/TWPpdE5PgZI/AAAAAAAAAWU/2RiDSE4tobo/s1600/woda%2Bi%2Bogien1.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 221px; height: 221px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-sQO0PZhL3zA/TWPpdE5PgZI/AAAAAAAAAWU/2RiDSE4tobo/s400/woda%2Bi%2Bogien1.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5576557449354117522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Osobnicy odmiennych płci szamoczą się między sobą od wieków, dostarczając pożywki dla stereotypów i najwredniejszych seksistowskich dowcipów, które mają tę zaletę, że trafiają w sedno, punktując wady, słabości i śmieszności zarówno pań, jak i panów. Jeśli je potraktować z przymrużeniem oka i humorem, bo – jak się dalej przekonamy – stereotypy mogą być tak silnie zakorzenione w psychice ludzi, że niektórym naprawdę trudno się wyzwolić spod ich wpływu. Jednak zamiast rwać włosy z głowy i starać się je za wszelką cenę wykorzenić, wykorzystajmy wspomnianą ich zaletę. Użyjmy ich jako standardowego punktu odniesienia. Naszym zamiarem nie jest przecież wywrócenie do góry nogami sposobu myślenia o kobietach i mężczyznach. Popadanie z jednej skrajności w drugą przeważnie nie kończy się dobrze. Wykorzystajmy lepiej naszą wiedzę na ten temat. Przecież od dawna już nie jest dla nikogo tajemnicą, że się różnimy, że każda płeć ma swoje słabości i punkty mocne, śmieszności i zalety. Zważywszy na to, że się jednak jakoś dogadujemy od czasów jaskiniowych, chyba nie &lt;br /&gt;w samej różnicy leży problem. &lt;br /&gt;Umawiamy się: nie czepiamy się maniakalnie różnic. Owszem, przypomnimy je sobie – i przekonamy się, jak świetnie się dzięki nim uzupełniamy. Na zdrowy rozum powinien z nich wynikać dialog – niech nawet niełatwy – a nie walka płci.&lt;br /&gt;Do czasów rewolucji feministycznej kobieta rzeczywiście uważana była za słabsze ogniwo. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje już jej zdolności, możliwości ani zalet. Ba! Doszło nawet do tego, że to mężczyźni bywają zagubieni w świecie coraz silniejszych i – nie ma co kryć – coraz bardziej agresywnych kobiet. Marzą wtedy o kobietach kobiecych, czyli może niekoniecznie słabszych, ale czułych, opiekuńczych i... ubranych jak kobiety. Ale przede wszystkim marzą o tym, że to oni są silni, opiekuńczy i męscy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu od razu wpadamy w stereotypy.&lt;br /&gt;Tymczasem jesteśmy jak wtyczka i gniazdko. Jedno bez drugiego raczej działać nie będzie i choć tak różne, te dwa elementy pasują do siebie jak ulał. Może więc słuszniej byłoby skupić się na dopasowywaniu, zamiast uparcie dowodzić, że jesteśmy odmienni? Wykorzystujmy różnice. To lepsze niż wieczne spory.&lt;br /&gt;Przypomnijmy sobie to, o czym większość z nas doskonale wie, ale z jakiejś przyczyny czasami zapomina. Szkoda, bo pamiętając, mielibyśmy większe szanse, by uniknąć gwałtownych skoków ciśnienia. Ale który mężczyzna, rozwścieczony sytuacją, pomyśli sobie: „No tak, mam w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż kobieta. Testosteron to hormon seksu i agresji. Jeśli pozwolę, by rządziły mną hormony, trudno mi będzie panować nad swoimi reakcjami”. I która kobieta, widząc, że jej luby, a właściwie jego głowa, odwraca się za piękną dziewczyną, pomyśli sobie: „No tak, on ma w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż ja. Testosteron to hormon seksu. Nic więc dziwnego, że głowa czasem nie myśli, tylko się odwraca, ale to przecież niczego nie zmienia między nami. Ja przynajmniej, jako kobieta, jestem wyposażona w szerokokątne widzenie i nie muszę się cała odwracać za tym przystojniakiem, żeby ze wszystkimi detalami widzieć jego  wdzięki”.&lt;br /&gt;Czy w gruncie rzeczy kobiety i mężczyźni nie marzą o tym samym? Czy nie chcemy udanego życia, pełnego znaczących sukcesów, gorących uczuć, świetnego seksu, najwspanialszych rozrywek, cudownych podróży, wiernych przyjaciół i oddanej rodziny, na którą zawsze można liczyć? A do tego poczucia swobody, wolności, szacunku partnera dla naszej indywidualności, dla naszych marzeń i potrzeb? Koncert życzeń jest długi, a postulaty przedstawicieli obu płci całkiem podobne. Co więc nam przeszkadza w ich realizacji? Zupełnie nic. Tylko czasem coś nam umyka.&lt;br /&gt;Różnice między paniami a panami są na pozór widoczne gołym okiem, ale te widoczne to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa odmienność tkwi głęboko w nas. W psychice, w emocjach, a przede wszystkim w sposobie ich okazywania, w podejściu do problemów i ich rozwiązywaniu, w nastawieniu do zadań, w rolach odgrywanych w życiu, w podziale obowiązków, choć ten już dawno się zatarł w codziennej gonitwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy podobni, a zarazem inni, jesteśmy sobie równi, funkcjonując odmiennie. Jesteśmy tak samo dobrzy w pewnych dziedzinach i tak samo marni w innych w zależności od obszaru działań i myśli, indywidualnych predyspozycji, zdolności, zainteresowań, umiejętności. I co najważniejsze, nikt z nas nie jest stuprocentową kobietą ani stuprocentowym mężczyzną. Dlatego niektóre kobiety zachowują się jak prawdziwi faceci, a niektórzy mężczyźni mają kobiecą wręcz wrażliwość. &lt;br /&gt;Czy kogoś to jeszcze dziwi?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-750310245944691799?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/750310245944691799/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/02/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm2.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/750310245944691799'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/750310245944691799'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/02/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-fragm2.html' title='Kochajmy się jak pies z kotem  (fragm2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-sQO0PZhL3zA/TWPpdE5PgZI/AAAAAAAAAWU/2RiDSE4tobo/s72-c/woda%2Bi%2Bogien1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7735832281547705242</id><published>2011-02-17T15:12:00.003+01:00</published><updated>2011-02-17T15:28:34.264+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kochajmy się jak pies z kotem'/><title type='text'>Kochajmy się jak pies z kotem - z dedykacją dla kotów w dniu kota (fragm1)</title><content type='html'>DROGA CZYTELNICZKO, SZANOWNY CZYTELNIKU,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ jeszcze nie bardzo się znamy, zaczniemy ostrożnie, zgodnie z zasadami dobrego wychowania, co jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Wprawdzie wystarczyłoby napisać „drogi Czytelniku” i przedstawiciele obu płci zdawaliby sobie doskonale sprawę z tego, że przekaz jest adresowany do osoby czytającej bez względu na płeć, ale sami wiecie, co się ostatnio porobiło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do rzeczy! Czy nie masz wrażenia, drogi Czytelniku, że mimo całej wiedzy, jaką posiadasz, mimo przeczytanych mądrych książek i artykułów w czasopismach, mimo godzin przegadanych z przyjaciółmi, mimo własnych doświadczeń i mozolnie wypracowanej znajomości reguł i praw rządzących relacjami męsko-damskimi zewsząd jesteś otoczony przez wyjątki, które w żaden sposób nie chcą pasować do niczego?&lt;br /&gt;Niespodzianek w dziedzinie kontaktów męsko-damskich z pewnością nie da się uniknąć. Ludzkość boryka się z nimi od czasów jaskiniowych. Zastępy naukowców starają się je wyjaśnić, ale nie jest to takie proste, jak każdy wie z praktyki. Dodatkowo do sprawy mieszają się czynniki natury cywilizacyjnej, kulturowej, politycznej i gospodarczej, a w ostatnim, powiedzmy pięćdziesięcioleciu, nastąpiło kilka gwałtownych zmian światopoglądowych. &lt;br /&gt;Spójrzmy prawdzie w oczy. Nikt nam nie da recepty na udany związek. Nikt nam nie wyjaśni wszystkich wątpliwości, ale w końcu od czego człowiek ma swój rozum? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuacja wyjściowa wygląda mniej więcej tak:&lt;br /&gt;Uwaga psychologów – to przynajmniej widać wyraźnie na rynku książek i poradników – skupiła się na kobietach i ich potrzebach psychicznych, życiowych i emocjonalnych. Należało im się po wiekach dobijania się praw, przyznajmy to uczciwie. Nie ma dziś chyba człowieka na ziemi, który by nie był świadom, że kobieta „w tych dniach” ma prawo być wściekła i rzucać garami. Ale wahadełko historii i sprawiedliwości dziejowej wychyliło się tak mocno, iż można odnieść wrażenie, że to mężczyzna utracił swoją pozycję. A czy On też ma jakieś dni? I owszem. Ale ile spośród nas o tym wie? Nie napisano zbyt wielu tomów na temat męskiej wrażliwości, pragnień, odmienności ani na temat „tych dni”, które w wypadku mężczyzny należy raczej liczyć w cyklu rocznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książki książkami, psychologia psychologią, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie! Ta prosta zasada sprawia, że choć mamy wszystkie dane w garści, przeważnie pozwalamy, by stare przesądy nadal były górą. Zwłaszcza gdy do głosu dochodzą emocje.&lt;br /&gt;Tymczasem współczesny mężczyzna ma wszystkie swoje odwieczne prawa i obowiązki, a dodatkowo otrzymał misję rozumienia kobiety. Poprzeczka powędrowała tak wysoko, że niektórzy zwyczajnie nie potrafią sprostać nowym zadaniom. Przyznajmy: nie jest łatwo być mężczyzną z kobiecą wrażliwością, a przy tym koniecznie bardzo męskim, być ojcem, ale i matką,mężem,kochankiem,myśliwym, skarbonką...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kłopot po części polega na tym, że nowe pokolenia mężczyzn są wychowywane przez kobiety.  Można zaryzykować takie uogólnienie. Zdecydowanie zanika model, w którym chłopak mniej więcej siedmioletni przechodził pod opiekę mężczyzn i to oni uczyli go walczyć, polować, podejmować decyzje i zapewniać kobietom bezpieczeństwo. Uczyli go męskiej hierarchii wartości i męskich zachowań. Kobiety, choćby nie wiem jak bardzo wszechstronne, mają prawo mieć problemy z wpajaniem męskich wzorców swoim synom. Dziś rolę nauczycieli męskości częściowo przejmują trenerzy sportowi i nauczyciele. Ba! Ale nauczycieli płci męskiej w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum jest jak na lekarstwo. To zawód mocno sfeminizowany. Mężczyźni pojawiają się w większej liczbie dopiero na poziomie edukacji akademickiej. Trochę za późno, by z maminsynka zrobić mężczyznę.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-GSEPucyaYaM/TV0wBJczrrI/AAAAAAAAAVs/4xkNDjje8gk/s1600/2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 283px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-GSEPucyaYaM/TV0wBJczrrI/AAAAAAAAAVs/4xkNDjje8gk/s400/2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5574664710029291186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jest to problem, którego nie potrafimy rozwiązać: jak otoczeni kobietami i pozbawieni solidnego męskiego wzorca chłopcy mają się przeistoczyć w prawdziwych mężczyzn, których pragną kobiety?&lt;br /&gt;Zafundowaliśmy sobie nowy obyczajowo-kulturowy podział ról przy nadal obowiązujących starych rolach społecznych i funkcjach biologicznych – i to się tak prędko nie zmieni. Bo ani polityka, ani tym bardziej poprawność polityczna nie sprawią, by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki organizmy, które ewoluują od setek tysięcy lat, dostosowały się do wymogów dyktowanych przez określone środowiska społeczne &lt;br /&gt;i polityczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla własnego spokoju, Drogi Czytelniku, nie zważając na poprawność, przesądy i politykę, opracuj własne zasady. Ten ołówek jest dla Ciebie, ta strona również. Sięgnij do swojej wiedzy, przekop zakamarki umysłu, gdzie kryją się wspomnienia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;skreślaj, krytykuj i pisz. Miłej zabawy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7735832281547705242?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7735832281547705242/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/02/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-z.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7735832281547705242'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7735832281547705242'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/02/kochajmy-sie-jak-pies-z-kotem-z.html' title='Kochajmy się jak pies z kotem - z dedykacją dla kotów w dniu kota (fragm1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-GSEPucyaYaM/TV0wBJczrrI/AAAAAAAAAVs/4xkNDjje8gk/s72-c/2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-2952718636859148134</id><published>2011-01-19T17:10:00.003+01:00</published><updated>2011-01-19T17:14:03.697+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='groza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Na Progu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='horror'/><title type='text'>Na Progu, fragm. 4</title><content type='html'>Na dworze owiewa mnie chłodne powietrze. Dobrze mi to robi. Delikatny deszcz orzeźwia moją twarz. Idę w stronę samochodu chwiejnym krokiem, zupełnie jakbym był pijany. Pijany szalonymi, sprzecznymi emocjami. Już mam otworzyć drzwi, ale raz jeszcze spoglądam na kościół.&lt;br /&gt;Wygląda imponująco na tle czarnego nieba. Wcześniej wydawał mi się spokojny i malowniczy, teraz – przerażający i groźny. Mam wrażenie, że kryje ohydne tajemnice i gdybym otworzył jego drzwi, to potok krwi i trupów wylałby się aż do moich stóp.&lt;br /&gt;Krzywiąc się, wsiadam do samochodu i ruszam. Jadę bardzo szybko i przez całą drogę usiłuję uspokoić umysł. Moje samopoczucie trochę się poprawia, ale nadal pozostaje we mnie dotkliwy lęk. Wyobrażam sobie ojca Lemaya siedzącego w salonie w tej samej pozycji, z głową pochyloną ku ziemi, pochłoniętego przez ciemności. I stojącą obok Gervaise, która nad nim czuwa... na wieczność...&lt;br /&gt;Odrzucam tę myśl daleko od umęczonego umysłu.&lt;br /&gt;W pokoju hotelowym myślę o tym, żeby zadzwonić do Jeanne, ale czuję się zbyt rozdygotany, zbyt zagubiony. Jeszcze nie wiem, co jej powiedzieć. Siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach.&lt;br /&gt;Patrzę na ścianę przed sobą. W uszach mi brzęczy, jakby tysiące głosów próbowały wyjawić mi rzeczy nie do przyjęcia. Niemożliwe!&lt;br /&gt;Zwolna brzęczenie się oddala i wyraźnie słyszę jeden głos, coraz czystszy. Głos Jeanne.&lt;br /&gt;„Powiedziałeś, że jesteś gotów przyjąć dowolne wyjaśnienie, Paul, racjonalne lub nie”.&lt;br /&gt;Potrząsam głową, burcząc pod nosem. Nawet jeśli zaakceptuję tę historię, to czy ona wszystko wyjaśnia?&lt;br /&gt;Ojciec Lemay ma rację. Cała prawda pozostaje w cieniu.&lt;br /&gt;A nawet gdybym był zdolny dotrzeć do tej prawdy, to czy potrafiłbym ją przyjąć? Czy ona jest w ogóle do przyjęcia?&lt;br /&gt;Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Dlaczego trafiłem na Roya? Dlaczego? Czemu nie zawieźli go tamtej nocy do innego szpitala? Moje życie byłoby ponure i puste, ale spokojne! A teraz?&lt;br /&gt;Teraz...&lt;br /&gt;W poniedziałek Roy skończy czterdzieści lat. Tak jak Pivot skończył czterdzieści lat w chwili ostatniej odprawianej ceremonii.&lt;br /&gt;Czy wrócę do szpitala w poniedziałek? A jeśli tam pójdę, czy to nie będzie oznaczało przyznania się do tego, że uwierzyłem, iż rzeczywiście coś się wydarzy?&lt;br /&gt;Opadam do tyłu, a moja głowa ląduje na poduszce. Wpatruję się w sufit kompletnie zagubiony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed sobą widzę dwoje drzwi. Te, które były uchylone, otwierają się jeszcze szerzej, czy tego chcę, czy nie.&lt;br /&gt;Nie będę mógł dłużej tkwić na progu. Zresztą tego właśnie chciałem, przejść przez któreś drzwi. Wszystko jedno które.&lt;br /&gt;Ale teraz nie jestem pewien, czy tak bardzo tego chcę. Po prostu nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wchodzę do kościoła. Wewnątrz panuje chaos. Wszędzie krew, krzyki i ludzie... Archambeault strzela do przechodzących przed nim dzieci... Boisvert biega z wyłupionymi oczami... Dwóch punków zarzyna się nawzajem w jakimś kącie. Kobieta wlecze trupy dwójki niemowląt, trzymając je za włosy... Spaleni, utopieni, zamordowani, samobójcy... Idę środkiem makabrycznego tłumu. Rozpoznaję stojącego przed ołtarzem ojca Pivota. Wysoki, łysy... Wygląda jak na zdjęciu, które widziałem w gazecie. Jego twarz jest posępna, a uśmiech zły. Unosi zakrwawione dziecko nad głowę i wrzeszczy do mnie:&lt;br /&gt;- Zło nie umiera nigdy, doktorze! Nigdy! A jego moc jest niezwykła!&lt;br /&gt;Dziecko w jego rękach zaczyna rosnąć, dojrzewać, staje się dorosłym Royem. Mimo pełnego cierpienia wycia konających ludzi, którzy mnie otaczają, wołam do niego:&lt;br /&gt;- Kim jesteś? Kim się stałeś? Co się wydarzyło tej okropnej nocy? Powiedz mi wszystko!&lt;br /&gt;Pivot patrzy na mnie płonącymi oczami. Nadal trzyma nad głową dorosłego Roya. Ja zaś krzyczę:&lt;br /&gt;- Chcę prawdy!&lt;br /&gt;- Prawdy? – ryczy ksiądz. – Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć! &lt;br /&gt;W tym momencie ciska Roya w moją stronę. Słyszę przerażający wrzask pisarza. Jego oczy... jego oczy stają się coraz większe, ogromne... Coś pojawia się w zdrowym oku... Ten znajomy cień, który widywałem tyle razy, nie mogąc go zrozumieć, a który teraz chce mi się objawić w całej swej ohydzie... w całej...&lt;br /&gt;Zło! Zło! Zło!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budzę się z krzykiem. Naprawdę krzyczę w ciemnym, hotelowym pokoju.&lt;br /&gt;Omal nie zobaczyłem! Omal nie zobaczyłem! Jeszcze jedna sekunda i zobaczyłbym! Zobaczyłbym!&lt;br /&gt;„I nie zniósłbyś tego”, dodaje głos w mojej głowie.&lt;br /&gt;Opadam na wilgotną pościel zlany potem. Wydaje mi się, że płaczę, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.&lt;br /&gt;Czy to prawda? Czy nie byłbym zdolny doznać objawienia?&lt;br /&gt;Archambeault, Boisvert, Roy... i tylu innych...&lt;br /&gt;Pivot nie tylko widział... on...&lt;br /&gt;„Prawda? Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!”.&lt;br /&gt;To nie był sen. To było coś więcej. To było... to było...&lt;br /&gt;Zakrywam ręką oczy i zaczynam jęczeć niczym dziecko zagubione w lesie z daleka od matki, od domu.&lt;br /&gt;I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna naprawdę się boję. Boję się nieprzytomnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-2952718636859148134?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/2952718636859148134/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/01/na-progu-fragm-4.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2952718636859148134'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2952718636859148134'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/01/na-progu-fragm-4.html' title='Na Progu, fragm. 4'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-6737796214789805134</id><published>2011-01-15T15:57:00.003+01:00</published><updated>2011-01-15T16:02:31.093+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Na Progu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='horror'/><title type='text'>Powrót do korzeni, czyli "Na progu" fragm. 3</title><content type='html'>Rozmównica przypomina szkolną świetlicę. To uspokaja odwiedzających. Jest tu kilka stolików, a wokół nich stoją ławki. W kącie są nawet dystrybutory napojów gazowanych i słodyczy. Na jednej ścianie znajdują się duże okna prowadzące na wewnętrzny dziedziniec, przez które wpada mnóstwo światła. Krótko mówiąc, całkiem banalne pomieszczenie, gdzie raczej spodziewasz się widoku uczniów niż psychopatów.&lt;br /&gt;Prowadzę Bélaira do jednego z niskich stolików i siadamy obok siebie na ławce. Policjant rozgląda się, jakby czegoś szukał.&lt;br /&gt;- Już niedługo – mówię.&lt;br /&gt;Bélair wyciąga z kieszeni koszuli notesik i ołówek; zaczyna coś nerwowo bazgrolić. Ja patrzę na drzwi w głębi pokoju. Nie te, przez które weszliśmy. Te drugie. Te, które prowadzą do innego świata.&lt;br /&gt;Wreszcie się otwierają, a ja wstrzymuję oddech. Wchodzi Archambeault eskortowany przez dwóch uzbrojonych strażników. Ma na sobie spodnie z szarej bawełny i białą koszulę. Czysty, ogolony i uczesany. Wygląda dokładnie tak jak na zdjęciach w gazetach. Okrągła twarz, małe brązowe oczy, dołeczek w brodzie, spłaszczony nos. Jest całkiem banalny. Tyle że na zdjęciach się uśmiechał, a tutaj ani trochę: te zdjęcia zrobiono, gdy jeszcze należał do innego świata.&lt;br /&gt;Ma kajdanki na nadgarstkach i kostkach, co zmusza go do stawiania małych kroków. Lekko kuleje; przypominam sobie, że kolega strzelił mu w nogę.&lt;br /&gt;Zatrzymuje się przed stołem, patrzy na nas nieporuszony, a potem siada naprzeciwko. Dwaj strażnicy siadają przy innym stole, nieco dalej. Odruchowo Bélair lekko się cofa, ale Archambeault nie patrzy na policjanta. Patrzy na mnie. Intensywnie. Przyglądam się jego oczom. Są niewzruszone. Zmęczone. Może trochę smutne. Czy ja wiem? &lt;br /&gt;Ale widzę w nich również ten nieokreślony błysk, tajemniczy cień, który widziałem parokrotnie w ciągu dwudziestu pięciu lat; błysk, którego nigdy nie zdołałem określić ani zrozumieć.&lt;br /&gt;Widziałem go także w oczach Boisverta tuż przed tym, nim je sobie wyłupił.&lt;br /&gt;„Co pan widzi?”.&lt;br /&gt;Przeganiam ohydne wspomnienie i wracam do siedzącego przede mną Archambeaulta.&lt;br /&gt;Ten mężczyzna z zimną krwią zabił jedenaścioro dzieci.&lt;br /&gt;Mój żołądek zaciska się z jeszcze większą siłą. Po cichu biorę kilka głębokich oddechów. Uspokajam się.&lt;br /&gt;Bélair odchrząkuje. Gdy zaczyna mówić, jego głos jest nieco ostrzejszy, niż powinien być, ale w gruncie rzeczy policjantowi idzie całkiem nieźle. Słyszę coś w tonie jego głosu, jakąś dyskretną emocję, której nie udaje mi się jeszcze wyłapać.&lt;br /&gt;- Panie Archambeault, sierżant detektyw Bélair. To ja zajmuję się tym dochodzeniem. Przedstawiam panu doktora Paula Lacasse’a, psychiatrę. Jest tutaj, by mi pomóc.&lt;br /&gt;Archambeault, skupiony cały czas na mnie, ani przez chwilę nie spojrzał na Bélaira.&lt;br /&gt;- Byłem pewien, że pan nie jest policjantem – mówi.&lt;br /&gt;W filmach psychopaci, którzy siedzą pod kluczem, zawsze mają głos łagodny, inteligentny, spokojny, głos człowieka wykształconego. Głos Archambeaulta jest zupełnie inny. Raczej miękki, trochę wiejski. I lekko nosowy. Za to spokojny, bardzo spokojny.&lt;br /&gt;- A to dlaczego? – pytam.&lt;br /&gt;Uśmiecha się. Gdybyśmy się spotkali w jakimś barze, Archambeault mógłby się wydawać niezwykle sympatyczny. Ten uśmiech z pewnością przysporzył mu wielu przyjaciół i działał uspokajająco na kryminalistów. Uśmiech ze zdjęć w gazetach. Ale dziś jest tylko pozorny, To cień przyzwyczaje-nia. Uśmiech jest pusty i mechaniczny. Archambeault uśmie-cha się bez uśmiechu.&lt;br /&gt;- Przez dziesięć lat byłem gliną. Rozpoznajemy się między sobą.&lt;br /&gt;Teraz ja się do niego uśmiecham grzecznie, ale jednocześnie wyobrażam sobie, jak celuje do dzieci z obu rewolwerów. Gdy przez jakiś czas miało się do czynienia z takimi pacjentami, reakcje wobec nich są bardzo złożone. W przeciwieństwie do przeciętnego człowieka nie odczuwam jedynie niesmaku albo nienawiści. Jest także ciekawość. I fascynacja. To mnie przeraża najbardziej: okropieństwa fascynują. A ja nie chcę, by mnie fascynowały. Zrozumiałem to wówczas, gdy oczy Boisverta wypływały na moją twarz.&lt;br /&gt;A dzisiaj, kiedy siedzę przed Archambeaultem, którego nie rozumiem i którego nikt nigdy nie zrozumie, ta fascynacja powraca wbrew mojej woli jak stary odruch, który drzemał przez wiele lat, podczas gdy ja uważałem go za pokonanego na zawsze. Ohydna fascynacja.&lt;br /&gt;- Panie Archambeault, chciałbym panu zadać kilka pytań – odzywa się Bélair.&lt;br /&gt;Bélair nie odczuwa fascynacji. Udaje mi się wreszcie pojąć to uczucie, które sierżant usiłuje ukryć od chwili wejścia Archambeaulta. To nienawiść. Zwykła ludzka nienawiść. I choć kompletnie niepotrzebna i nieważna, to zazdroszczę mu jej, bo ona pozwoliłaby mi uwolnić się całkowicie od Archambeaulta.&lt;br /&gt;Zabójca patrzy wreszcie na sierżanta. Onieśmielony nagle tym spojrzeniem Bélair pochyla się nad notesem i zaczyna pisać, zadając jednocześnie pytanie:&lt;br /&gt;- Czy pan zna Thomasa Roya?&lt;br /&gt;Pytanie jest bezpośrednie. Bélair ma nadzieję, że to wywoła jakąś reakcję u Archambeaulta. Ten marszczy lekko brwi. Waha się tylko przez sekundę.&lt;br /&gt;- Wie pan, że on tam był, gdy zabijałem dzieci?&lt;br /&gt;Obojętność, z jaką mówi o tej okropnej zbrodni... Nawet jeśli Bélair jest zaskoczony odpowiedzią, nie daje nic po sobie poznać:&lt;br /&gt;- Możliwe. A był tam?&lt;br /&gt;- Doskonale pan wie, że tak. W przeciwnym razie nie mówiłby pan o nim.&lt;br /&gt;- Zna go pan?&lt;br /&gt;- Ze słyszenia, jak wszyscy.&lt;br /&gt;- Osobiście?&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;Żadnego wahania w tym „nie”. Kategoryczne i pewne siebie. Bélair podnosi lodowaty wzrok znad notatnika:&lt;br /&gt;- Więc co tam robił?&lt;br /&gt;- Nie mam najmniejszego pojęcia.&lt;br /&gt;- Przechodził przypadkiem?&lt;br /&gt;Tym razem Archambeault nie odpowiada. Jego skute kajdankami ręce leżą skrzyżowane na stole, a on patrzy niewzruszony w oczy swego rozmówcy. Obaj strażnicy siedzący nieco dalej zupełnie przestają zwracać uwagę na naszą rozmowę.&lt;br /&gt;Bélair wysuwa głowę do przodu. Znów jest pewny siebie, a wszelkie obawy się ulotniły. Pozostała jedynie nienawiść, której nie jest w stanie kontrolować w pełni.&lt;br /&gt;- Archambeault, jeśli Roy jest umoczony w tej spra-wie, nie ma powodu, żeby pan był jedyną osobą, która za to zapłaci.&lt;br /&gt;Ku mojemu wielkiemu zdumieniu Archambeault śmieje się nosowo szczerze rozbawiony, choć bez cienia radości.&lt;br /&gt;- Co mi pan tu opowiada? Myśli pan, że Roy i ja razem zorganizowaliśmy tę jatkę?&lt;br /&gt;Bélair nie daje się zbić z tropu:&lt;br /&gt;- Ale wiedział pan, że on tam był? Sam pan to powiedział.&lt;br /&gt;- Tak. Widziałem go.&lt;br /&gt;- W którym momencie?&lt;br /&gt;Archambeault unosi prawą dłoń i skrobie się po policzku; lewa dłoń porusza się po tej samej trajektorii, połączona z prawą kajdankami.&lt;br /&gt;- Tuż przed pierwszym wystrzałem. Gdy uniosłem broń, żeby strzelić, zauważyłem go po drugiej stronie ulicy. Rozpoznałem go, a potem zacząłem strzelać.&lt;br /&gt;- To wszystko?&lt;br /&gt;- To wszystko.&lt;br /&gt;Krótka chwila ciszy. Bélair cały czas mu się przygląda, a Archambeault wytrzymuje jego spojrzenie z tą samą obojętnością.&lt;br /&gt;- Widział go pan wtedy po raz pierwszy w życiu?&lt;br /&gt;- Osobiście, tak.&lt;br /&gt;- Nigdy nie rozmawialiście?&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;- A więc był tam przypadkiem, zgadza się?&lt;br /&gt;Archambeault ponownie nie odpowiada na to pytanie. Ten szczegół mnie intryguje.&lt;br /&gt;- Zadałem panu pytanie, panie Archambeault.&lt;br /&gt;- Dlaczego pan uważa, że Roy jest w to zamieszany? – pyta były policjant.&lt;br /&gt;Bélair się waha. Patrzy na mnie pytająco. Rozumiem jego intencje i po chwili zastanowienia decyduję, że możemy o tym powiedzieć. Zaczynam więc:&lt;br /&gt;- Tego samego wieczoru po strzelaninie znaleziono Thomasa Roya w jego własnym mieszkaniu, wiszącego za oknem...&lt;br /&gt;Opowiadam mu pokrótce, jaki jest stan Roya. W jakiś przedziwny sposób mówienie o tym pomaga mi i chociaż brzuch nadal mnie boli, to ból staje się do zniesienia. Archambeault słucha mnie bardzo uważnie. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że moje opowiadanie go pasjonuje, ale maska na jego twarzy zabarwia się delikatnie ciekawością. Gdy skończyłem mówić, zastanawia się kilka chwil, potem pyta:&lt;br /&gt;- Gdy go znaleźliście, rozpoczął pisanie powieści, której tematem była moja historia?&lt;br /&gt;- Nie całkiem pańska, ale była do niej bardzo podobna. Policjant, który szykuje się do zabicia dzieci. Z tego, co mi powiedziano...&lt;br /&gt;- Ale ja niczego nie przygotowywałem. To był impuls i tyle.&lt;br /&gt;Zimna krew, przerażająco zimna krew.&lt;br /&gt;- To bez znaczenia. Pan Roy widział tę scenę i ona prawdopodobnie go zainspirowała.&lt;br /&gt;- Chyba że przygotowaliście tę jatkę razem – dodaje Bélair.&lt;br /&gt;Były policjant przygląda mu się z niedowierzaniem.&lt;br /&gt;- Wyrażę się całkiem jasno. Thomas Roy i ja się nie znamy. Niczego razem nie przygotowywaliśmy, a poza tym nie widziałem go nigdy w życiu aż do tego dnia. Zgoda?&lt;br /&gt;- A więc twierdzi pan, że Roy się tam znalazł przypadkiem?&lt;br /&gt;Milczenie Archambeaulta. Uporczywe milczenie w odpowiedzi na to właśnie pytanie coraz bardziej mnie intryguje. Pytam znacznie łagodniej niż Bélair:&lt;br /&gt;- Panie Archambeault, czy pan uważa, że Thomas Roy znalazł się tam przypadkowo?&lt;br /&gt;Obiecałem sobie, że nie będę się wtrącał bezpośrednio, ale trudno. Archambeault się waha. Po raz pierwszy wydaje się zaniepokojony. Obserwuje swoje dłonie przez kilka chwil, zwilża usta.&lt;br /&gt;A ja czekam. Jestem zdenerwowany jak pacjent, który się spodziewa ostatecznej diagnozy lekarza. Z całego serca, z całej duszy pragnę, żeby odpowiedział „tak”. Oczywiście, że odpowie „tak”! Co ma niby powiedzieć innego? Czy w ogóle potrzebuję odpowiedzi tego maniaka, czy bez niej nie mam pewności, że siedzę tu całkiem niepotrzebnie?&lt;br /&gt;Wreszcie Archambeault odpowiada:&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;Czuję ładunek elektryczny przepływający przez mój kręgosłup. Bélair unosi ołówek i przygotowuje się do notowania. Bunt w moim żołądku narasta. Jakby strzelił we mnie piorun. Nie znajduję żadnej odpowiedzi. Sierżant przejmuje pałeczkę.&lt;br /&gt;- W takim razie co tam robił?&lt;br /&gt;Archambeault odwraca się do niego. Zastanawia się, jakby sam sobie zadawał to pytanie. Wreszcie wyjaśnia obojętnym głosem:&lt;br /&gt;- Tego dnia wszystko układało się dobrze. Byłem w formie, czekałem z niecierpliwością na powrót do domu, na spotkanie z żoną i dzieciakami. Gdy Boisclair wysiadł z samochodu, by sprawdzić dokumenty gościa, którego właśnie zatrzymaliśmy, ja czekałem spokojnie. A potem zobaczyłem dzieci, które ustawiały się w jednej linii przed ogrodem botanicznym. I wtedy powiedziałem sobie: zabij je.&lt;br /&gt;Zwraca się do mnie. Ma kamienną twarz, a jego spojrzenie jest puste.&lt;br /&gt;- Zabij je. Ot tak, bez żadnej przyczyny.&lt;br /&gt;Robi i się sucho w ustach.&lt;br /&gt;- Dlatego wysiadłem, zabierając rewolwery: swój i ten zapasowy z samochodu. Ruszyłem w stronę parku, a potem się zatrzymałem. Przez chwilę nie rozumiałem, jak się tu znalazłem. A potem zobaczyłem Roya. I wtedy zrozumiałem, że muszę to zrobić, że jestem tu właśnie po to. Wycelowałem więc do dzieci i zacząłem strzelać... Wystrzeliłem wszystkie kule.&lt;br /&gt;Zapada długa cisza. Nie widzę Bélaira, ale czuję, że siedzi obok mnie kompletnie sparaliżowany. Moje spojrzenie jest stopione ze wzrokiem Archambeaulta. Ani jeden mięsień na jego twarzy się nie porusza. Tylko w jego oczach pojawia się jakiś niewyraźny smutek. Ale czy to rzeczywiście smutek?&lt;br /&gt;I ten błysk, ten przeklęty błysk, którego ciągle nie mogę zrozumieć... którego nigdy nie rozumiałem.&lt;br /&gt;Brzuch mnie już nie boli. Boli mnie wszystko.&lt;br /&gt;Bélair odchrząkuje i pyta:&lt;br /&gt;- Czy pan... Czy to znaczy, że Roy zachęcał pana do strzelania spojrzeniem?&lt;br /&gt;- Nie – odpowiada Archambeault, patrząc na sierżanta. – Nic takiego nie powiedziałem. Roy nie zachęcał mnie w żaden sposób. Mówię tylko, że wysiadłem z samochodu z zamiarem zabicia tych dzieci bez żadnego powodu... Gdy się znalazłem na miejscu, zawahałem się, a potem, widząc Roya, poczułem, że moje wątpliwości znikają.&lt;br /&gt;- Ponieważ zobaczył pan zachętę w jego oczach – upiera się Bélair.&lt;br /&gt;- Nie. Nie! – poirytowany Archambeault macha gwałtownie ręką. – Nic nie widziałem w jego oczach. Ani zachęty, ani przyzwolenia! Nawet nie wiem, czy patrzył akurat na mnie!&lt;br /&gt;- W takim razie dlaczego pan mówi, że na jego widok wyzbył się pan wątpliwości? – denerwuje się policjant. – Dlaczego mówi pan, że on nie był tam przypadkiem?&lt;br /&gt;Archambeault mruży oczy zamyślony.&lt;br /&gt;- Właściwie przyszło mi to do głowy po fakcie... Gdy znalazłem się tutaj. Przypomniał mi się Roy, a potem pomyślałem sobie, że on tam był jako...&lt;br /&gt;Milknie. Znów się zastanawia, a na koniec uzupełnia:&lt;br /&gt;- ... jako świadek.&lt;br /&gt;To dla mnie szok. Wbrew mojej woli echo spotkania z Monette’em pobrzmiewa mi w głowie.&lt;br /&gt;- Świadek pańskiej zbrodni? – pyta Bélair niepewnym głosem.&lt;br /&gt;- Nie wiem. Po prostu świadek.&lt;br /&gt;Milknie, a jego spojrzenie błądzi gdzieś w przestrzeni.&lt;br /&gt;Dlaczego zrobiło to na mnie tak wielkie wrażenie? Ten człowiek jest niezrównoważony i to, co opowiada, powinno być uznane za czysty wymysł. Tak jak w przypadku zbrodniarzy, którzy twierdzą, że otrzymali rozkaz od samego Boga. Odzyskuję panowanie nad sobą. Użycie słowa „świadek” wytrąciło mnie z równowagi na krótką chwilę. Odzyskuję kontrolę nad sobą i zadaję pytanie:&lt;br /&gt;- Co pan miał zamiar zrobić po tej strzelaninie, panie Archambeault, gdyby zdążył pan naładować rewolwery i zabić wszystkie dzieci? Co by pan zrobił potem?&lt;br /&gt;Unosi głowę zaskoczony.&lt;br /&gt;- No... popełniłbym samobójstwo.&lt;br /&gt;Tak się często zdarza. Szalony zabójca po dokonanej zbrodni zwraca broń przeciwko sobie. W przebłysku świadomości i wyrzutów sumienia zabija sam siebie. Ale Archambeault stwierdza to z obojętnością, która mnie zdumiewa.&lt;br /&gt;- Miał pan więc wyrzuty sumienia? – pyta Bélair.&lt;br /&gt;- Nie chodzi o wyrzuty sumienia. To, co odczuwam, jest znacznie silniejsze.&lt;br /&gt;- Co pan zatem odczuwa?&lt;br /&gt;Długo milczy, wreszcie mówi bardzo wyraźnie:&lt;br /&gt;- Zło.&lt;br /&gt;Znów patrzy na mnie, cały czas tak samo niewzruszony. Ciągle widzę ten zamglony blask czający się w jego oczach.&lt;br /&gt;Wraca wspomnienie Boisverta.&lt;br /&gt;„Widzę go! Widzę go! Widzę go!”.&lt;br /&gt;Zadaję pytanie nieomal wbrew sobie:&lt;br /&gt;- A czym jest Zło, panie Archambeault?&lt;br /&gt;Przygląda mi się ze zdziwieniem, a nawet, jak mi się zdaje, z pewną ironią.&lt;br /&gt;- Jak to, doktorze? Po tylu latach jeszcze pan nie wie?&lt;br /&gt;Jego odpowiedź jest jak cios pięścią. Nagle mam wrażenie, że to nie Archambeault mówi do mnie, ale ktoś znacznie bliższy, znacznie lepiej mi znany. Ktoś, kto szedł za mną przez całe życie i śmiał się za moimi plecami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-6737796214789805134?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/6737796214789805134/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/01/powrot-do-korzeni-czyli-na-progu-fragm.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6737796214789805134'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6737796214789805134'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2011/01/powrot-do-korzeni-czyli-na-progu-fragm.html' title='Powrót do korzeni, czyli &quot;Na progu&quot; fragm. 3'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-6257235262265323509</id><published>2010-12-26T19:54:00.003+01:00</published><updated>2010-12-26T20:32:53.314+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Wiwisekcja w wydaniu Patricka Senecala</title><content type='html'>Korzystając ze świąt, w spokoju - na tyle na ile to jest możliwe, gdy się czyta Patricka Senecala - zagłębiłam się lekturze "Prawa talionu", kolejnej powieści tego autora, której polska premiera jest przewidziana na wiosnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że po wydaniu czterech pozycji tego autora warto się pokusić o kilka uwag na temat jego pisarstwa. Z Senecalem sprawa wygląda mniej więcej tak:&lt;br /&gt;Bez wątpienia można stwierdzić, że kusi go tajemnica, mroczne sprawy, niewyjaśnione i nie do wyjaśnienia. O ile jednak rozpoczął karierę pisząc prawdziwy, straszny horror (Na progu) - z elementami sił nieczystych - to już od drugiej powieści, a tym bardziej trzeciej i czwartej w kolejności(Ulica Wiązów 5150, Pasażer, Alicya) doszedł do wniosku, że najbardziej przerażające historie rodzą się w ludzkich umysłach i zajął się poważnie thrillerem psychologicznym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tamtej pory Patrick Senecal otwiera kolejne mózgi i dokonuje metodycznego rozbioru dziwactw, nieoczekiwanych motywacji, stanów ekstremalnych nigdy nie określając czy jesteśmy już w krainie szaleństwa, czy też mieścimy się w "normie". A żeby jeszcze bardziej uprawdopodobnić swoje postacie, ciągle przesuwa granice.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielbiciele mrocznej strony ludzkiej duszy powinni szczególnie docenić to pisarstwo, ponieważ autor jest wymagającym partnerem, i traktuje swojego czytelnika jak jednostkę bardzo inteligentną, której nie trzeba wykładać kawy na ławę, można dopuścić różne interpretacje, podsuwa wiele możliwości, bawi się, puszcza oko. Choć bywa, że to oko jest przekrwione i łypie ponuro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ma też zwyczaj przywoływania w kolejnych powieściach miejsc, nazwisk, postaci znanych już z poprzednich książek. Tworzy tym sposobem świat kręgu "wtajemniczonych" nagradzając wierność czytelników błyskiem porozumienia. Czasem to znacznie więcej niż błysk, bo tych czytelników, którzy znają Ulicę Wiązów 5150, a potem wzięli do ręki Alicyę, czeka raczej uderzenie pioruna niż zwykły błysk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do tej wiwisekcji, to czytelnicy powinni być na nią przegotowani w równym stopniu co bohaterowie powieści Senecala, bo autor dłubie nie tylko w mózgach stworzonych przez siebie (zaczerpniętych z życia?) postaci, ale z dużym zainteresowaniem dotyka różnych obszarów naszej wrażliwości, odporności, wyobraźni testując wiedzę o nas samych.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-6257235262265323509?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/6257235262265323509/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/12/wiwisekcja-w-wydaniu-patricka-senecala.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6257235262265323509'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6257235262265323509'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/12/wiwisekcja-w-wydaniu-patricka-senecala.html' title='Wiwisekcja w wydaniu Patricka Senecala'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-1213037468565250334</id><published>2010-11-16T17:55:00.002+01:00</published><updated>2010-11-16T18:02:41.300+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Alicya (fragm.5) mistrzostwo absurdu, groteski i grozy</title><content type='html'>Wracam do siebie krokiem automatu. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co mi się przytrafiło. W to, co zrobiłam. A jutro mam zacząć. Nie mogę się nadziwić, że Andromacha przyjęła mnie mimo tak słabego pokazu.&lt;br /&gt;Jest dokładnie piąta. Zajrzę do Liszaja i opowiem mu. Ot tak sobie, nie wiem po co.&lt;br /&gt;Bo jest jedyną osobą, z którą mogę porozmawiać...&lt;br /&gt;Wchodząc do niego słyszę gwar dochodzący z pokoju. Ma gości. Co najmniej trzy osoby. Nie wygląda na to, żeby Liszaj był w dobrym nastroju. Dyskusja ożywiona i niezbyt miła.&lt;br /&gt;- Przeklęci zdrajcy! Przecież powiedziałem, że nie chcę widzieć lekarza!&lt;br /&gt;- To prawda, ale są pewne granice, Liszaj!&lt;br /&gt;- Zdechniesz, jeśli czegoś nie zrobimy.&lt;br /&gt;- Oni mają rację. Czy pan wie, że ma pan czterdzieści cztery stopnie gorączki?&lt;br /&gt;Doktor? A więc są w tej okolicy lekarze? Nie zauważyłam przecież ani jednego gabinetu! Pewnie się ukrywają albo co!&lt;br /&gt;Wchodzę do pokoju. Są tu Misha i Hugo. Bez piwa i bez skręta wręcz trudno ich rozpoznać. Razem z nimi przyszedł mężczyzna ubrany w garnitur, pod krawatem, prawie łysy, w okularach i z małą bródką. A Liszaj jak zwykle siedzi na podłodze. Ma wściekłą minę. Z radia ledwo dochodzi jakaś kolejna wspaniała piosenka wielkiego Michela Louvain. Wszystkie spojrzenia odwracają się w moją stronę.&lt;br /&gt;- Tylko jej tu brakowało – zauważa Misha z westchnieniem.&lt;br /&gt;- Taaa, trudno się od niej odczepić – dodaje Hugo.&lt;br /&gt;- Co tu się dzieje? – pytam kompletnie ignorując oboje cwaniaków.&lt;br /&gt;- Ten rzeźnik chce mnie zabrać do siebie! – pomstuje Liszaj.&lt;br /&gt;- Rzeźnik, ha, ha, ha. Bardzo zabawne – mówi lekarz siląc się na uśmiech. – Proszę mnie posłuchać, panie Liszaj. Jeśli nie dokonamy pilnie operacji, to straci pan nie tylko nogę, ale całą resztę. Wdała się gangrena. Rozumie pan co to znaczy? Gangrena: gnicie i obumieranie tkanek.&lt;br /&gt;Oceniam spojrzeniem zakażoną kończynę. Spodnie od piżamy zostały rozcięte, więc dokładnie widać nogę. Jeśli można to jeszcze nazwać nogą. Jest opuchnięte, rozdęte, wilgotne od ropy, żółtawe i zarazem czerwone. Z krateru po kolanie wypływa coś, co wygląda jak flaki, mieszanina majonezu i sosu pomidorowego. Nie znajduję słów, żeby to określić. Wtrącam się zaniepokojona:&lt;br /&gt;- Słyszałeś, Liszaj? Gangrena! Teraz nie masz wyboru.&lt;br /&gt;- Mała nowa ma rację – potakuje Hugo.&lt;br /&gt;- Czasem potrafi powiedzieć coś z sensem, jak widzisz – dodaje jego towarzyszka.&lt;br /&gt;- Nie ruszę się stąd! – upiera się stary waląc dłonią w podłogę, a w jego głosie brzmi zawadiactwo osłabione gorączką. – Nie chcę zniszczyć mojego kokonu! Już niedługo nastąpi wyklucie, nie chcę wszystkiego popsuć!&lt;br /&gt;- Jeśli zostawimy nogę, umrze pan przed upływem trzech dni. Sprawa jest prosta.&lt;br /&gt;Liszaj zamyka oczy i wzdycha. Wygląda jakby miał trzysta lat. Po raz pierwszy jest mi go naprawdę żal. To uczucie do, którego on sam nie jest jednak zdolny. Kracze z zamkniętymi oczami:&lt;br /&gt;- Jeśli chcecie mi obciąć tę nogę, zróbcie to tutaj!&lt;br /&gt;Misha i Hugo wzdychają zniechęceni. Lekarz natomiast zastanawia się chwilę i pyta:&lt;br /&gt;- Właścicielka mieszka na dole, prawda?&lt;br /&gt;- Tak – odpowiadam – pod numerem pierwszym.&lt;br /&gt;- Zaraz wracam.&lt;br /&gt;Wychodzi. Czego też może chcieć od właścicielki?&lt;br /&gt;- To nierozsądne, Liszaj – strofuje go łagodnie Misha.&lt;br /&gt;- Niepotrzebnie się upierasz – dodaje Hugo.&lt;br /&gt;- Jak osioł.&lt;br /&gt;- Jak muł.&lt;br /&gt;- I pogrążasz się.&lt;br /&gt;- Toniesz.&lt;br /&gt;- Przegrasz.&lt;br /&gt;- Sam się przekonasz.&lt;br /&gt;Liszaj wzrusza ramionami. Ja nie za bardzo wiem, co powiedzieć. W każdym razie to nie jest odpowiednia chwila, żeby mu opowiadać o przesłuchaniu.&lt;br /&gt;Michel Louvain nadal fałszuje.&lt;br /&gt;Doktor wraca i oznajmia:&lt;br /&gt;- Wasza właścicielka była tak uprzejma i pożyczyła mi to.&lt;br /&gt;„To” jest siekierą. Z pewnością jakiś kiepski żart.&lt;br /&gt;- Co to jest? – prawie się duszę.&lt;br /&gt;- To? Siekiera przecież. Przyrząd, który służy do rąbania. Składa się z ostrza tnącego, w różnym kształcie przymocowanego do trzonka.&lt;br /&gt;- Nie mówi pan poważnie?!&lt;br /&gt;- Ależ przysięgam, że to siekiera.&lt;br /&gt;- Nie ma pan chyba zamiaru obciąć mu nogi przy pomocy tego?&lt;br /&gt;- A ma pani jakiś lepszy pomysł?&lt;br /&gt;- Bez znieczulenia? Bez narzędzi? Bez usypiania go? Tak bez niczego?&lt;br /&gt;- W torbie mam wszystko co potrzebne, żeby odkazić nogę, zamknąć ranę i obandażować kikut. Jeśli zaś chodzi o znieczulenie, musielibyśmy jechać do mnie. Wybór należy do pana.&lt;br /&gt;- Tutaj – mamrocze ponuro Liszaj. – Zróbmy to tutaj i nie mówmy już o tym!&lt;br /&gt;Pochylam się przerażona nad starcem.&lt;br /&gt;- Liszaj, majaczysz przez tę gorączkę. To niemożliwe! Widzisz przecież, że domniemany doktor jest szaleńcem!&lt;br /&gt;- Nie jest pani zbyt uprzejma, moja panno! Studiowałem na Uniwersytecie Montrealskim! I pracowałem przez dwanaście lat w szpitalu Montreal’s Children!&lt;br /&gt;- Nie rób tego Liszaj! To wykończy cię szybciej niż gangrena! Poza tym będziesz cierpiał. Pomyślałeś o tym, że będziesz cierpiał?&lt;br /&gt;Liszaj chwyta mnie za bluzkę i przysuwa pobrużdżoną twarz do mojej. Jego cuchnący oddech omal mnie nie powalił. Zjadł chyba truchło psa, daję słowo! &lt;br /&gt;- Mam to gdzieś! Ciągle jeszcze nie zrozumiałaś! Ważne jest tylko wyklucie! Koniec, kropka!&lt;br /&gt;Podnoszę się wstrząśnięta. Liszaj rzuca chłodnym tonem.&lt;br /&gt;- Niech pan robi swoje, doktorze.&lt;br /&gt;- Mógłby pan jednak wziąć coś, co pomoże panu znieść cierpienie. Nawet jeśli „ma pan to gdzieś”, jak pan mówi – proponuje pseudo-lekarz. – Nie ma pan czegoś na znieczulenie? Jakiegoś środka uśmierzającego, który zmniejsza wrażliwość na ból?&lt;br /&gt;Liszaj szpera po kieszeniach, wyciąga fiolkę Makro i połyka trzy pigułki na raz!&lt;br /&gt;Dość tego, muszę położyć kres temu szaleństwu! Podchodzę do lekarza wyciągając ręce:&lt;br /&gt;- Halo, panie chory, proszę mi to dać!&lt;br /&gt;- Chce pani sama operować? Nie jestem pewien, czy ma pani odpowiednie kwalifikacje.&lt;br /&gt;- Misha, Hugo, zajmijcie się nią! – rzuca Liszaj.&lt;br /&gt;Tamtych dwoje łapie mnie, każde za jedno ramię, i mocno mnie przytrzymują, a ja się szarpię jak w kiepskim filmie.&lt;br /&gt;- Hej, wy dwoje! Puśćcie mnie natychmiast!&lt;br /&gt;- Uspokój się, mała histeryczko.&lt;br /&gt;- Bądź grzeczna.&lt;br /&gt;- Nie szalej.&lt;br /&gt;- Wyluzuj.&lt;br /&gt;- Odetchnij.&lt;br /&gt;- Posłuchaj śpiewu ptaków.&lt;br /&gt;- Pomyśl o łące kwitnącej.&lt;br /&gt;Przestaję się szamotać ledwo łapiąc oddech... Błagalne spojrzenie w stronę Liszaja... Ale on już mnie nie widzi. Taka dawka Makro działa bardzo szybko. I porządnie! Jego oczy robią się wielkie, prawie eksplodują niczym dwa słupy sztucznych ogni. Całe jego ciało się wypręża, na ustach pojawia się grymas. Mam wrażenie, że odmłodniał o dziesięć lat, a on zaczyna krzyczeć:&lt;br /&gt;- Doskonale, jest doskonale! Dalej, doktorze! Obetnij mi tę nogę! Obetnij i do śmieci z nią! Chcę mieć zdrowe ciało do wyklucia! Ciało czyste! Dalej, obcinaj, ja się nie boję! Gardzę moją nogą, gardzę moim strachem, gardzę cierpieniem, gardzę siekierą! Tobą też gardzę, konowale! I wszystkimi wami gardzę! Gardzę wszystkim co jest ludzkie! Obcinaj! Dalej, jazda! Obcinaj, obcinaj!&lt;br /&gt;- A zatem przystąpię do zabiegu – zauważa spokojnie doktor.&lt;br /&gt;Unosi siekierę wysoko nad głową.&lt;br /&gt;- Przestańcie! – wrzeszczę szamocząc się znowu. – Na litość boską, przestańcie!&lt;br /&gt;I siekiera opada. Nie zamykam oczu, zupełnie jakbym się spodziewała, że siła mojego spojrzenia zmieni tor ruchu siekiery i że ta wbije się w podłogę obok nogi.&lt;br /&gt;Ale nie.&lt;br /&gt;Ostrze wchodzi w nogę nieco powyżej kolana. Słyszę nieprawdopodobny trzask. Bluzga potężny strumień krwi. Wydaję okrzyk, ponieważ czuję ból! Czuję go w sercu, czuję go w duszy! Zagryzam mocno usta, żeby przestać krzyczeć. Ale nadal słychać wrzask. To Liszaj! Długie i potężne wycie. Liszaj wyje i drapie podłogę, ale ma nadal siłę i energię na wyzwiska:&lt;br /&gt;- Aaaaaaaaa! Tak jest! Obcinamy, obcinamy! Jeszcze raz doktorze, tnij jeszcze raz i skończmy z tym! Aaaa, cholera jak boli! Ale mam to gdzieś, mam to gdzieś! Pluję na cierpienie i sram na ból!&lt;br /&gt;Doktor podrywa siekierę, a razem z nią podrywa się też noga, bo ostrze się zaklinowało. Lekarz potrząsa narzędziem, noga drga, krew bryzga wkoło. Dobry boże! To jakiś koszmar! Wydając głuchy pomruk, niezadowolony lekarz zapiera stopę w nogę Liszaja i ciągnie ze wszystkich sił. Coś trzeszczy i Liszaj wyje ze zwielokrotnioną siłą. A ja robię się miękka, coraz bardziej miękka i wszystko zaczyna się kręcić... Ostrze wreszcie wychodzi.&lt;br /&gt;Zaraz zemdleję, to pewne, wydaje mi się, że jeszcze słyszę wycie Liszaja... oraz Michela Louvaina...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A cause d’un regard,&lt;br /&gt;Maintenant plus rien ne nous separe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Misha i Hugo puszczają mnie, a ja padam bezwładnie na podłogę. &lt;br /&gt;- Lepiej, żebyś sobie stąd poszła.&lt;br /&gt;- Tak, idź sobie gdzie indziej.&lt;br /&gt;- Zajrzyj do innego pokoju.&lt;br /&gt;- Albo odetchnij powietrzem.&lt;br /&gt;- Wyjdź.&lt;br /&gt;- Idź.&lt;br /&gt;Pokój zaczyna wirować. Mimo to widzę lekarza, który z poważną miną, skupiony, znów unosi ociekającą krwią siekierę.&lt;br /&gt;... wyjść... czym prędzej…&lt;br /&gt;Poruszając się na czworakach wychodzę z pokoju. W kuchni czepiam się krzesła i podnoszę się z trudem. Wstaję, głowę mam opuszczoną i staram się powstrzymać odruch wymiotny. &lt;br /&gt;Słyszę drugie uderzenie siekiery. Odgłos jest lepki i suchy zarazem. Kolejne wycie Liszaja, przerażające, zwierzęce.&lt;br /&gt;Misha zaczyna krzyczeć:&lt;br /&gt;- Żesz do cholery, doktorze, mógłby pan przynajmniej uderzyć w to samo miejsce!&lt;br /&gt;- To samo miejsce, to samo miejsce, łatwo powiedzieć. Może się zamienimy?&lt;br /&gt;Liszaj bulgocze jakieś niezrozumiałe słowa. Wydaje mi się, że słyszę „obcinaj” i „gardzę”. Mam nawet wrażenie, że słyszę śmiech między jednym a drugim rzężeniem pełnym cierpienia...&lt;br /&gt;... hałas tłuczonej żarówki... krzyk Liszaja... Michel Louvain niewzruszony.&lt;br /&gt;A ja nadal nie wymiotuję.&lt;br /&gt; Chwiejnym krokiem wychodzę na korytarz. Drzwi tańczą przede mną. Udaje mi się dosięgnąć klamki. Dociera do mnie odgłos kolejnego uderzenia siekierą i jeszcze jedno wycie.&lt;br /&gt;- Już prawie koniec! Jeszcze raz albo dwa i powinniśmy skończyć! Odwagi, mój drogi! Odwagi!&lt;br /&gt;Wyjść, wyjść...&lt;br /&gt;Otwieram drzwi, rzucam się do moich drzwi naprzeciwko. Wchodzę do mieszkania, wędruję zygzakiem i opadam na łóżko.&lt;br /&gt;Przez ścianę, głuche wycie Liszaja ściga mnie i dogania. Zatykam uczy, zamykam oczy i krzyczę.&lt;br /&gt;Szaleni! Wszyscy tutaj poszaleli. Banda wariatów, wariatów, wariatów!&lt;br /&gt;W głowie mi huczy. Co chwila oślepia mnie fioletowy rozbłysk, a mimo to słyszę cichy, drwiący głos:&lt;br /&gt;No jakże to, Alicyo. Jesteś przecież gdzie indziej. Nie zapominaj o tym... Gdzie indziej...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-1213037468565250334?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/1213037468565250334/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm5-mistrzostwo-absurdu.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1213037468565250334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1213037468565250334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm5-mistrzostwo-absurdu.html' title='Alicya (fragm.5) mistrzostwo absurdu, groteski i grozy'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-1734552195367759107</id><published>2010-11-12T15:37:00.000+01:00</published><updated>2010-11-12T15:38:24.583+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='groza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Alicya (fragm.4)</title><content type='html'>Biorę potężny wdech i znów rzucam się w naszą dyskusję.&lt;br /&gt;- No dobrze. kiedy więc Andromacha odeszła, Księżniczka kazała się nazywać Czerwoną Królową.&lt;br /&gt;- Jak najbardziej.&lt;br /&gt;- Troja stała się Pałacem?&lt;br /&gt;- Jak najbardziej.&lt;br /&gt;- Ten nędzny budynek?&lt;br /&gt;- Nie daj się zwieść pozorom. Pałac ma szerokość trzech budynków. Królowa dokonała pewnych przeróbek.&lt;br /&gt;- Pałac stał się najbardziej wziętym burdelem w dzielnicy?&lt;br /&gt;- Pałac nie jest tylko burdelem. Już ci to mówiłem.&lt;br /&gt;- A czym jest?&lt;br /&gt;- To Pałac.&lt;br /&gt;Wybitna precyzja.&lt;br /&gt;- Ale Czerwona Królowa jest więcej niż... niż właścicielką klubu? Jest... dzierży twardą ręką całą dzielnicę.&lt;br /&gt;- Jeśli tak chcesz to widzieć...&lt;br /&gt;- Jak się za to zabrała?&lt;br /&gt;- Stworzyła ekipę, przejęła kontrolę, narzuciła reguły. Tak jest od dwóch lat.&lt;br /&gt;Rozmarzyłam się.&lt;br /&gt;- Czy jest lubiana?&lt;br /&gt;- To zależy. Jedni ją lubią, inni nienawidzą. Niektórzy szanują, inni się jej boją.&lt;br /&gt;- W każdym razie, jeśli dobrze zrozumiałam, nie bardzo macie wybór?&lt;br /&gt;- Zawsze jest wybór, Alicyo.&lt;br /&gt;Nagle spoza uśmiechu mruga do mnie okiem. Chess nie poruszył się ani o jotę, odkąd zaczął mówić. Mam wrażenie, że gdyby uczynił najmniejszy ruch rozsypałby się na drobne kawałki.&lt;br /&gt;- Ty, który widywałeś ją wiele razy, Chess...&lt;br /&gt;- Kogo?&lt;br /&gt;- Przecież Królową, do diabła!&lt;br /&gt;- A, no tak.&lt;br /&gt;- Powiedz mi. Jaka ona jest?&lt;br /&gt;- To pytanie nie jest jasne.&lt;br /&gt;Wkurza mnie, kiedy tak mówi! Zupełnie jak HAL, komputer z filmu „Odyseja kosmiczna 2001”!&lt;br /&gt;- Czym się różni od innych?&lt;br /&gt;- Nie zna granic.&lt;br /&gt;Myślę o Liszaju.&lt;br /&gt;- To czyste zło?&lt;br /&gt;- Tego nie powiedziałem. Powiedziałem, że nie zna żadnych granic, a to co innego.&lt;br /&gt;Przychodzi mi na myśl zdanie z Nietzschego: „przezwyciężać samego siebie...”. Kiwam głową z uśmiechem.&lt;br /&gt;Ledwo zdając sobie sprawę z tego, co robię, mamroczę:&lt;br /&gt;- To dlatego, że ona jest nadkobietą.&lt;br /&gt;- Nadkobietą? Zabawne sfeminizowanie nadczłowieka Nietzschego. Bo o tym przecież mówisz, prawda?&lt;br /&gt;- Oczywiście. To ona! To przecież oczywiste!&lt;br /&gt;Czym jest ten błysk w jego spojrzeniu? Ironia?&lt;br /&gt;- Może powinnaś jeszcze raz przeczytać Nietzschego, Alicyo. Nie jestem pewien, czy go dobrze zrozumiałaś...&lt;br /&gt;Teraz on! Teraz jemu się wydaje, że nic nie rozumiem. Ani chybi apostoł Laurenta Lévy!&lt;br /&gt;- Wytłumacz mi w takim razie, o czym mówi Nietzsche, jeśli jesteś taki dobry!&lt;br /&gt;- Ho! To by była bardzo długa i bardzo skomplikowana dyskusja.&lt;br /&gt;Tak jest, wyłgaj się teraz. I wróćmy do tematu. Mocno zaciągam się skrętem.&lt;br /&gt;- Opowiedz mi jeszcze o Królowej.&lt;br /&gt;- Byłoby najlepiej, gdybyś ją zobaczyła.&lt;br /&gt;- Ale jak? Jeszcze mnie nie wpuszczają do Pałacu!&lt;br /&gt;- Znajdziesz sposób. Kiedy człowiek długo idzie, to wreszcie dociera do celu. &lt;br /&gt;Jego spojrzenie naprawdę błądzi po innym świecie.&lt;br /&gt;- W każdym razie wiedz, że Królowa nie znajduje się aż tak bardzo daleko od ciebie.&lt;br /&gt;- Pałac jest dokładnie naprzeciwko mojego domu, ale...&lt;br /&gt;- Nie to chciałem powiedzieć. Nawet poza Pałacem, towarzyszy ci obecność Królowej, choć nie zdajesz sobie z tego sprawy.&lt;br /&gt;- Przestań mówić zagadkami, Chess. Nic nie rozumiem!&lt;br /&gt;- Dobrze znasz lokatorów w twoim budynku?&lt;br /&gt;Zmiana tematu zbija mnie z tropu.&lt;br /&gt;- Znam jednego, ale odszedł.&lt;br /&gt;- A widziałaś kiedykolwiek pozostałych?&lt;br /&gt;Dziwne, że o tym mówi. Dziś rano sama zastanawiałam się nad wyjątkową dyskrecją moich sąsiadów.&lt;br /&gt;- Nie, nigdy.&lt;br /&gt;- Dziwne, prawda? Sześć mieszkań, a ty, nigdy nie spotkałaś żadnego lokatora.&lt;br /&gt;Dokąd on zmierza? I jak to się dzieje, że zna mój dom?&lt;br /&gt;- Nadkobieta nie może wyłącznie przeć do przodu z opuszczoną głową, Alicyo. Musi mieć czas obserwować to, co się dzieje wokół.&lt;br /&gt;Od jego uśmiechu kręci mi się w głowie. Gdy się pozostaje dłuższy czas w kontakcie z tym gościem, człowiek czuje się oszołomiony. Wyrzucam niedopałek skręta do popielniczki. Wstaję. Nie mogę się powstrzymać i zadaję jeszcze jedno pytanie, choć wiem, że to bezcelowe.&lt;br /&gt;- Powiedz mi. Chess, gdzie jesteśmy? Gdzie jest tutaj?&lt;br /&gt;- W restauracji przecież. &lt;br /&gt;Cholera! Naprawdę jest przyciężki na umyśle, albo udaje takiego. Albo jedno i drugie!&lt;br /&gt;- Przestań Chess. Gdzie jest ta dzielnica?&lt;br /&gt;- To nie jest odpowiednie pytanie.&lt;br /&gt;Byłam pewna, byłam przekonana, dałabym sobie rękę uciąć, założyłabym się o ostatnią koszulę, że to mi właśnie odpowie.&lt;br /&gt;- O, mam was wszystkich dość! Jakie jest więc to odpowiednie pytanie?&lt;br /&gt;- Ależ, Alicyo, sama musisz je znaleźć.&lt;br /&gt;To zaczyna być nużące. A jednak coś mi mówi, że on ma rację.&lt;br /&gt;- Do zobaczenia, Chess.&lt;br /&gt;- Do widzenia, Alicyo. Z całą pewnością spotkamy się na wielkim święcie w Pałacu w przyszłą sobotę.&lt;br /&gt;- Nie, nie zostałam zaproszona.&lt;br /&gt;- Ho! I tak tam będziesz. Przecież bardzo ci na tym zależy.&lt;br /&gt;Przyglądam mu się dłuższą chwilę i na koniec wreszcie pytam:&lt;br /&gt;- Kim ty jesteś tak naprawdę?&lt;br /&gt;- Ja?&lt;br /&gt;Jego uśmiech staje się po prostu kosmiczny.&lt;br /&gt; - Ja jestem wszystkim.&lt;br /&gt;Parskam śmiechem, ale zarazem czuję dreszcz. Dreszczowy śmiech. Ruszam w stronę łazienki, żeby się umalować. Za moimi plecami Chess rzuca:&lt;br /&gt;- Mam nadzieję, że nie masz zamiaru używać toalety, bo jest zajęta przez kogoś, kto może tam zostać na dłużej.&lt;br /&gt; O czym on mówi? A on się uśmiecha jak zwykle.&lt;br /&gt;Wchodzę.&lt;br /&gt;Stawiam torbę na brudnym blacie, a potem rzucam okiem na toaletę. Kabina jest zamknięta. W przestrzeni pod drzwiami widzę stopy. Z całą pewnością ktoś tam siedzi.&lt;br /&gt;Co chciał powiedzieć Chess?&lt;br /&gt;Maluję się i przeglądam w lustrze. Świetnie. Znów rzucam okiem na kabinę. Nogi się nie poruszyły. Żadnego dźwięku.&lt;br /&gt;- Wszystko w porządku? - pytam.&lt;br /&gt;Nic. Wreszcie ośmielam się popchnąć drzwi.&lt;br /&gt;Kobieta ma około trzydziestu lat. Jest ubrana w spódnicę i bawełnianą koszulkę. Siedząc na sedesie patrzy w niebo z nieobecnym wyrazem twarzy. To jasne, że nie żyje. Igła nadal tkwi w jej lewym ręku.&lt;br /&gt;Kurwa! Co mam zrobić? Jakie są instrukcje na wypadek spotkania z dziewczyną martwą z przedawkowania? &lt;br /&gt;Chess! On wiedział.&lt;br /&gt;Wychodzę szybko z łazienki.&lt;br /&gt;Przy stoliku pusto, jego już nie ma.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-1734552195367759107?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/1734552195367759107/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm4.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1734552195367759107'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1734552195367759107'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm4.html' title='Alicya (fragm.4)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5942999796612087336</id><published>2010-11-07T13:50:00.001+01:00</published><updated>2010-11-07T13:53:18.452+01:00</updated><title type='text'>Alicya (fragm.3)</title><content type='html'>Schodzę po schodach nieco oszołomiona. Mijam chłopaka, który wchodzi na górę. Ma mniej więcej dwadzieścia lat, czarne, długie włosy związane w koński ogon, skórzana marynarka. Śliczny jak nie wiem co. Nie mogę się powstrzymać i świdruję go spojrzeniem. Kiedy jakiś facet mi się podoba,  bez wahania daję mu to do zrozumienia. Przyjaciółki zawsze mnie uważały za zuchwałą w tych sprawach. Często chłopcy opuszczają głowę zawstydzeni. To mnie bawi. On jednak nie tylko wytrzymuje moje spojrzenie, ale rzuca mi bardzo śmiały uśmiech. Odprowadzam go wzrokiem zaskoczona, zmieszana i zachwycona. To ten rodzaj spojrzenia, które mógłoby nas zaprowadzić bardzo daleko, gdybyśmy spotkali się w jakimś barze. Chłopak wchodzi na trzecie piętro do mieszkania numer 6 i słyszę jak woła:&lt;br /&gt;- To niemożliwe, znowu słuchasz tego szajsu!&lt;br /&gt;Zamyka za sobą drzwi.&lt;br /&gt;Czy tu mieszka? Taki przystojny sąsiad bardzo by mnie urządzał. A ten drugi? Mieszkają razem? Śmiech brzmiał dość staro. Może to jego ojciec?&lt;br /&gt;Po wyjściu z budynku ruszam w stronę Lutwidge, prawdopodobnie głównej ulicy w tym rejonie. Na wprost widzę czerwony budynek z metalowymi drzwiami.&lt;br /&gt;Koniecznie muszę odkryć, co się za nimi kryje.&lt;br /&gt;Na fasadzie sąsiedniego budynku, jakieś sześć metrów nad ziemią wisi ogromna imitacja klucza z napisem: ŚLUSARZ. Podsuwa mi to myśl, żeby sobie dorobić klucz do nowego mieszkania.&lt;br /&gt;Wchodzę do warsztatu: długa lada, wszędzie na ścianach wiszą klucze. Za ladą stoi kobieta. Ma skupioną minę i ogląda przez lupę jakiś klucz.&lt;br /&gt;- Dzień dobry.&lt;br /&gt;Podnosi głowę. Włosy ma zmierzwione. Jest po czterdziestce. Przygląda mi się, najpierw zaskoczona, wreszcie się uśmiecha:&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Chciałabym dorobić klucz.&lt;br /&gt;Ona przytakuje.&lt;br /&gt;- Wybrłaś najlpsze miesce do tgo. Ślsarz numr jedn w dzielncy to ja, pni Letndre.&lt;br /&gt;A to co? W jakim języku ona mówi? Zrozumiałam, co powiedziała, ale mam wrażenie, że to jakiś bełkot. Odłożyła lupę i mówi do mnie:&lt;br /&gt;- Dj tyn klcz. Zrbię to od rynki.&lt;br /&gt;Co to za dialekt? Całkiem jakby przybysze z kosmosu naśladowali nasz język. Podaję jej klucz wpatrując się w nią, jakbym patrzyła na kalekę.&lt;br /&gt;- Pani jest panią Letendre?&lt;br /&gt;- Letndre, tk, to ja.&lt;br /&gt;Jest bardzo miła i bierze ode mnie klucz.&lt;br /&gt;- Dskonle, to zamie tlko chwilczkę.&lt;br /&gt;Pochyla się nad maszyną odwrócona do mnie plecami. Niesamowite, to musi być jakaś choroba atakująca wymowę albo coś w tym rodzaju.&lt;br /&gt;- Prsz brdzo. Należ się cły dolr i pdziesiąt cntów.&lt;br /&gt;Biorę klucze i płacę wpatrzona w nią jak cielę. W końcu uzna mnie za niegrzeczną. Ale nie, bierze pieniądze jakby niczego nie zauważała i uśmiecha się do mnie.&lt;br /&gt;- Dzkuję, mja panno. Dwidznia.&lt;br /&gt;Idę do drzwi, a za moimi plecami pani ślusarz rzuca:&lt;br /&gt;- Jśli bdziesz jszcze czgokolwk potrzbwać, przjdź do mnie.&lt;br /&gt;- Czegokolwiek? Przecież pani robi klucze, prawda?&lt;br /&gt;- A czy jst coś wżniejszgo niż klcz, mja panno? On otwira wszstko.&lt;br /&gt;Uśmiecham się z pobłażaniem; chyba zbyt poważnie traktuje swoją pracę.&lt;br /&gt;- dziękuję pani Let... hm, dziękuję pani.&lt;br /&gt;Wychodzę. Coś takiego! To dopiero dziwaczka! Docieram do ulicy Lutwidge, trafiam na małą restaurację. Zjadam lasagnę. Całkiem niezła. W restauracji jest prawie pusto. Tylko kelnerka dziwnie się zachowuje i koniecznie usiłuje mnie przekonać, że posiłek nie będzie mi smakował.&lt;br /&gt;Kawa i chwila refleksji. Co będę robiła pierwszego wieczoru w Montrealu? Wyjdę gdzieś? Do kina? Do klubu? Poczytam książkę? Właściwie na nic nie mam ochoty. Jestem zmęczona, wykończona. To był ciężki dzień. &lt;br /&gt;Wracam więc do mojego nowego mieszkania, rozpakowuję walizkę, wieszam te kilka ubrań, które przywiozłam, układam książki, płyty.&lt;br /&gt;A potem zanurzam się w „Hygiene de l’assassin” powieści Amelie Nothomb. Lektura na kilka dobrych godzin.&lt;br /&gt;Docierają do mnie dźwięki muzyki. Płyną z mieszkania nr 6 obok. Znowu jakiś beznadziejny kawałek. Czy ten gość pali słuchając tych knotów?&lt;br /&gt;Zastanawiam się, czy przystojny chłopak jest teraz razem z nim.&lt;br /&gt;- Ścisz trochę, do cholery, albo zabieram się stąd! – rozlega się głos przytłumiony ale całkiem wyraźny.&lt;br /&gt;Mam odpowiedź.&lt;br /&gt;Muzyka gra ciszej, a towarzyszy jej ten sam chropowaty śmiech co wcześniej.&lt;br /&gt;Staję przy otwartym oknie, opieram się łokciami o parapet i wyglądam na zewnątrz. Obserwuję ulicę słabo oświetloną latarniami. Pusto.&lt;br /&gt;Widzę przechodnia. Znika.&lt;br /&gt;Nieco dalej w prawo, po drugiej stronie ulicy, stoi czerwony budynek. Nad metalowymi drzwiami płonie żarówka, również czerwona. &lt;br /&gt;Wypisz, wymaluj burdel.&lt;br /&gt;Otwierają się drzwi do pozaziemskiej bazy. Ho, ho! Robię się czujna. Kto się pojawi w drzwiach? Karol? Odźwierny? Przybysz z kosmosu?&lt;br /&gt;Dwaj mężczyźni przystają na chodniku. Światło czerwonej żarówki jest dyskretne, niełatwo ich więc zobaczyć. W każdym razie jeden z nich ma dziwny kapelusz. Można by pomyśleć, że to cylinder. Rozmawiają chwilę, potem głośno się śmieją i odchodzą razem w stronę ulicy Lutwidge.&lt;br /&gt;Znów spoglądam na czerwony budynek. To burdel, teraz jestem tego pewna, a ci dwaj, którzy stamtąd wyszli to pewnie klienci.&lt;br /&gt;Karol chodzi do burdelu? Kompletnie nie pasuje...&lt;br /&gt;Chciałabym go znów spotkać.&lt;br /&gt;Ziewam. Godzina dziesiąta, a ja jestem zmęczona. Pora do łóżka. Jutro naprawdę rozpocznę nowe życie, a dzisiaj już się wyłączę.&lt;br /&gt;Łóżko to kolejne wyzwanie. Coś skrzypi, brzęczy, jest zbyt miękkie i z całą pewnością nie jest nowe. Na pewno stało tu już podczas wojny w Korei. Długo leżę z otwartymi oczami.&lt;br /&gt;Pojawiają się drobne igiełki lęku. Ulotne myśli dla taty i mamy.&lt;br /&gt;Trochę obaw. Trochę strachu.&lt;br /&gt;Nie ma co przesadzać, to normalne. Moja pierwsza noc w nowym miejscu. Muszę sobie dać szansę.&lt;br /&gt;Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie myśleć o rodzicach, o Brossard, o college’u. A potem zaczynam się cofać: liceum, mój pierwszy chłopak... Cofam się jeszcze: lekcje gry na pianinie. Podstawówka. Już kiedy miałam osiem lat, byłam odważna i wszystkiego chciałam spróbować.&lt;br /&gt;Wielkie drzewo stojące na szkolnym podwórku. Zakazane.&lt;br /&gt;Tak je nazywaliśmy, bo nauczyciele nie pozwalali na nie wchodzić. Ale ja, uparciuch, stanęłam kiedyś podczas przerwy pod drzewem i pomyślałam sobie: „No dalej, właź!”. Wiedziałam, że czeka mnie za to kara, a jednak chciałam to zrobić. Na przekór wszystkim i wszystkiemu. Pewnie, że jest wiele takich dzieci, jednak ja, jeśli już byłam nieposłuszna, to wcale się z tym nie kryłam. Robiłam to na oczach wszystkich. Z dumą afiszowałam  moje nieposłuszeństwo.&lt;br /&gt;Już miałam się wspiąć na drzewo, kiedy podeszła dozorczyni. To była zabawna kobieta. Z nikim nie rozmawiała, ale wcale nie wygląda na niedobrą. Spojrzała na mnie i powiedziała łagodnie:&lt;br /&gt;- Jeśli chcesz, dziewczynko, wejdź na to drzewo. Nie jest ważne, czy to dozwolone czy zakazane. Ważne, żebyś umiała ponieść konsekwencje własnych czynów.&lt;br /&gt;Dla ośmioletniej dziewczynki to było dziwne zdanie.&lt;br /&gt;Wlazłam więc na drzewo, na samą górę, na najwyższą gałąź. Tryumfowałam, podczas gdy na dole uczniowie patrzyli na mnie z zachwytem, a nauczyciele wrzeszczeli, żebym natychmiast zeszła.&lt;br /&gt;I spadłam! Ano tak! Paskudny upadek! Upadłam na rękę i ją złamałam. Wrzeszczałam, ryczałam jak bóbr. Myślałam, że wypluję płuca. Wszyscy wpadli w panikę, ale mimo łez i bólu widziałam dozorczynię. Nie denerwowała się ani trochę tylko patrzyła na mnie u uśmiechem. To nie był uśmiech kpiący ani moralizatorski, nie, nie. Tym uśmiechem zdawała się zadawać mi pytanie. A pytała: „No i jak, dziewczynko? Umiesz ponieść konsekwencje swojego czynu?”. Prawie natychmiast przestałam płakać. Właśnie coś zrozumiałam.&lt;br /&gt;Przez trzy tygodnie nosiłam gips na ręku, ale nigdy nie żałowałam, że wlazłam na to drzewo. Nigdy. Zniosłam konsekwencje.&lt;br /&gt;Kiedy wróciłam do szkoły, dozorczyni już tam nie pracowała. Krążyły na jej temat różne historie. A to, że była szalona, a to że popełniła straszną zbrodnię, że uciekła z więzienia. Gadali, co im ślina na język przyniosła. Dzieci wszystko wyolbrzymiają.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-5942999796612087336?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/5942999796612087336/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm3.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5942999796612087336'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5942999796612087336'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/11/alicya-fragm3.html' title='Alicya (fragm.3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-8468580828822183158</id><published>2010-10-29T14:55:00.000+02:00</published><updated>2010-10-29T14:56:26.446+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Alicya (fragm.2)</title><content type='html'>Powinnam może pomyśleć o jakimś konkretnym miejscu i tam rozpocząć poszukiwania.&lt;br /&gt;Niedaleko przede mną ulica Sainte-Catherine. Na rogu stoją punki i skiny, „młodzież ulicy”, jak ich nazywają w programie „Enjeux” i innych bardzo, bardzo poważnych audycjach.&lt;br /&gt;Wyciągając ręce żebrzą o pieniądze.&lt;br /&gt;- Może trochę drobnych? Poproszę...&lt;br /&gt;Jeden z nich jest nawet dość nachalny:&lt;br /&gt;- Proszę pana, proszę mi dać trochę drobnych, chociaż ze trzydzieści centów...&lt;br /&gt;Zatrzymuję się i obserwuję ich przez chwilę. Pewnie oni też opuścili domy spragnieni absolutu. Tyle że niczego nie zrozumieli. Ja nie tego szukam, nie chcę się stać taka jak oni. Zgodzę się na wszystko z wyjątkiem inercji. Zarówno ciała jak i umysłu.&lt;br /&gt;Jakiś mężczyzna przechodzi szybkim krokiem obok młodych. Trzy dłonie wyciągają się w jego stronę.&lt;br /&gt;- Może się znajdzie trochę drobnych, proszę pana?&lt;br /&gt;Mężczyzna przystaje, przygląda się im z wahaniem. Nie odchodzi. Wreszcie wyciąga portfel. Klik! Trzy pary oczu zapalają się niczym reflektory samochodu. Mężczyzna wyciąga banknot i podaje go ot tak, nikomu konkretnie. A przecież nie wygląda na bogacza. Ma na sobie zniszczone, stare ubranie, które z pewnością kiedyś było bardzo ładne. Ale od tamtej pory musiało mieć spory przebieg.&lt;br /&gt;Współczująca dusza, litościwa jak sądzę. Osoba z sumieniem.&lt;br /&gt;Czyjaś ręka chwyta banknot. Byle jakie podziękowania. Mężczyzna rusza w swoją stronę krokiem dwa razy szybszym niż przed chwilą. Spoglądam za nim odruchowo. Wsuwa roztargnionym ruchem portfel do kieszeni i siup! Portfel leży na ziemi.&lt;br /&gt;Facet idzie dalej. Niczego nie zauważył. &lt;br /&gt;Kilku przechodniów sunie chodnikiem, ale nikt nie spostrzegł portfela, a mężczyzna jest coraz dalej.&lt;br /&gt;Podnoszę portfel. W środku może być jakieś pięćdziesiąt dolarów, a tamten przechodzi właśnie na drugą stronę Saint-Denis. Bez zastanowienia, trzymając portfel w jednym ręku a walizkę w drugim, rzucam się w pogoń za nim.&lt;br /&gt;Jednocześnie w głowie dudni mi głos mojego profesora filozofii:&lt;br /&gt;Dlaczego nie zatrzymasz tych pieniędzy, Alicjo?&lt;br /&gt;Jak dlaczego? Bo to nie w porządku. Nie są moje! Muszę je oddać.&lt;br /&gt;Rozumiem. Przestrzegasz zatem pewnej społecznej i moralnej umowy, w tym konkretnym przypadku – uczciwości.&lt;br /&gt;A co to za ironia? Znikaj, Laurent Lévy! Nie jesteś już moim nauczycielem, więc nie wciskaj się do mojej świadomości! Chwytam wirtualny rewolwer i pakuję mu kulkę w łeb. Nareszcie będę miała z nim spokój.&lt;br /&gt;Mężczyzna przeszedł na drugą stronę i prawie biegiem zdąża do metra Berri. Chcę mu oddać ten portfel, ale mógłby mi trochę pomóc. W dodatku taszczę walizkę! Zanim przeszłam przez ulicę, on już zniknął. Z pewnością wszedł do metra. Ruszam więc tą samą drogą co on. Zjeżdżam ruchomymi schodami, idę szybko podziemnym korytarzem wytapetowanym reklamami, pełnym ludzi. W dali widzę go, jak kupuje bilet w okienku. Przyśpieszam kroku, wołam nawet „Hej, proszę pana!” całkiem głośno, ale tamten nie słyszy. Kiedy docieram do okienka on jest już za bramką i schodzi na perony.&lt;br /&gt;No to trudno! Przecież nie zapłacę jeszcze za bilet metra, żeby mu oddać portfel! W końcu są jakieś granice!&lt;br /&gt;No ale pięćdziesiąt dolców. Może się poczuć nieszczęśliwy, kiedy sobie zda sprawę, że już ich nie ma. Naprawdę nie wygląda na bogatego.&lt;br /&gt;Ach to wahanie, wahanie, wieczne wahanie.&lt;br /&gt;Płacę wreszcie za bilet, mijam bramkę i wchodzę na perony. Tak czy inaczej kiedyś bym w końcu wsiadła do metra, prawda? Podjeżdża pociąg. Szukam wzrokiem tego pana. Jest tam! Wchodzi do wagonu, szybko, szybko. Rzucam się za nim i pruję w stronę wagonu. Niczym Indiana Jones wślizgnęłam się między drzwiami, który się już, już zamykały. &lt;br /&gt;Stawiam walizkę na podłodze i śmieję się z zadowolenia. Kiedy on zobaczy, ile zrobiłam, żeby go złapać, może mi da dziesięć dolarów w ramach podziękowania. Nigdy nie wiadomo...&lt;br /&gt;W wagonie jedzie czterech innych pasażerów, w tym rzecz jasna i on. Siedząc zaciera nerwowo ręce. Nie wygląda na zbyt pewnego siebie.&lt;br /&gt;- Proszę pana...&lt;br /&gt;Nie słyszy.&lt;br /&gt;- Hej, proszę pana.&lt;br /&gt;Wreszcie spogląda na mnie. Jasny szatyn o kędzierzawych włosach, zdziwione niebieskie oczy. Moim zdaniem ma koło czterdziestki. Jego niepewne spojrzenie zatrzymuje się na mnie, ale zupełnie nie zwraca uwagi na portfel, który mu trzymam tuż przed nosem.&lt;br /&gt;- Zgubił pan to, proszę pana.&lt;br /&gt;Podaję mu „to” nalegając. Wreszcie widzi. Ale nie rozumie. Szuka w kieszeniach starej marynarki, starych spodni. Ma czarny krawat tak samo powycierany jak reszta ubrania. Typ gościa, który pomimo ubóstwa chce zachować  wygląd faceta z klasą. Komiczne i smutne zarazem.&lt;br /&gt;Wreszcie zajarzył.&lt;br /&gt;- O! Ja... o! Nooo... coś takiego!&lt;br /&gt;Wyciąga rękę, żeby odebrać swoją własność.&lt;br /&gt;- Dzię... dzię...kuję... baa...baaa... bardzo pa...pa...paaa...&lt;br /&gt;Jąkała. Sprawa nie będzie prosta.&lt;br /&gt;- ...paaaani.&lt;br /&gt;Jego oczy znów spoczywają na mnie i teraz mam wrażenie, że faktycznie mnie widzi. Dłoń, która prawie dotarła do celu nagle zamiera w bezruchu. I w jego oczach dostrzegam przemianę. Zupełnie jakby ktoś wkręcił nową żarówkę. Dłoń opada nie odebrawszy portfela.&lt;br /&gt;- Bardzo pani dziękuję.&lt;br /&gt;No nareszcie. Nie było tak strasznie, co? Stary Krawacie.&lt;br /&gt;Cały czas patrzy na mnie z miną pełną fascynacji, a potem rzuca od niechcenia:&lt;br /&gt;- Uczciwość jest dziś tak rzadką cechą. Zwłaszcza u młodych, którzy odrzucając całkowicie zdanie starszych, odrzucili zarazem podstawowe wartości reprezentowane przez nich.&lt;br /&gt;Ja cię kręcę! Książka! Gadam z książką! Mówi trochę przez nos, ale jakby nie patrzeć to książka.&lt;br /&gt;- Nie trzeba tak uogólniać – zauważam rozbawiona. – Są też młodzi, którzy potrafią się zachować.&lt;br /&gt;- Oczywiście, ma pani rację. Uogólnianie jest niebezpiecznym skrótem intelektualnym. To grubiański błąd z mojej strony. Ale cóż errare humanum est!&lt;br /&gt;Niemożliwe. Musi być profesorem literatury na uniwersytecie, albo pracuje w sekcji kultury Radia Kanada. Jednak w przeciwieństwie do tej bandy pozerów nie ma w nim nic pretensjonalnego, żadnej sztuczności. Jest absolutnie naturalny pewnie sobie nawet nie zdając z tego sprawy.&lt;br /&gt;Metro zatrzymuje się na następnej stacji. Dwóch pasażerów wysiada, jeden wsiada.&lt;br /&gt;- W takim razie życzę miłego dnia.&lt;br /&gt;Już mam wysiąść, gdy sobie uświadamiam, że nadal trzymam w ręku portfel. Podchodzę do Starego Krawata. Za mną drzwi się zamykają. Trudno, wysiądę na kolejnej stacji. Wyciągam do niego portfel.&lt;br /&gt;- Za chwilę zgubi  go pan po raz drugi!&lt;br /&gt;- Jak się pani nazywa?&lt;br /&gt;Nie zwraca uwagi na portfel. Chce pogadać. Czyżbym mu wpadła w oko? Ta myśl mnie rozbawiła.&lt;br /&gt;- W sumie nie musi pan mówić do mnie pani. Dopiero skończyłam osiemnaście lat.&lt;br /&gt;- Jak sobie życzysz. W takim razie, jak się nazywasz?&lt;br /&gt;- Alicja.&lt;br /&gt;A to ci reakcja! Gdybym powiedziała „Romuald” pewnie by mniej wytrzeszczył oczy!&lt;br /&gt;- Alicja – wymamrotał – to... to bardzo ładne imię.&lt;br /&gt;- A pan jak się nazywa?&lt;br /&gt;Ma taką minę, jakby nie był pewien, czy nadal powinien ze mną rozmawiać. Na koniec znów się uśmiecha.&lt;br /&gt;- Karol.&lt;br /&gt;- W takim razie, Karolu, oto pański portfel.&lt;br /&gt;I wyciągam do niego ten przeklęty portfel myśląc, że kiedyś go w końcu odbierze, ale on go nawet nie widzi! Pożera mnie wzrokiem. To się już staje prawie kłopotliwe.&lt;br /&gt;- A co Alicja robi w życiu, jeśli mogę sobie pozwolić na taką niewinną niedyskrecję?&lt;br /&gt;- Właśnie opuściłam dom w Brossard, żeby rozpocząć życie tutaj, w Montrealu.&lt;br /&gt;- Ach tak? A szkoła? Wyobrażam sobie, że chodzisz do college’u, prawda?&lt;br /&gt;- Prawda i właśnie już nie będę chodziła. To mnie owszem wzbogaciło, ale było dość mdłe jak na mój gust.&lt;br /&gt;- Co zatem będziesz robić?&lt;br /&gt;- Przeżyję coś innego. Odkryję inne życie. dotrę aż do końca.&lt;br /&gt;- Do końca? Do końca czego?&lt;br /&gt;I tu mnie zaskoczył. Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, więc wzruszam ramionami i rzucam niedbale:&lt;br /&gt;- Do końca wszystkiego.&lt;br /&gt;W porządku, wiem, że to nie jest zbyt błyskotliwa odpowiedź, zgadzam się. Lévy rechocze za moimi plecami. Zamknij gębę, trupie jeden!&lt;br /&gt;- Można zajść bardzo daleko na ten koniec wszystkiego, moja panno. Bardzo daleko, czasem za daleko. Do miejsc, których istnienia nawet się nie podejrzewało.&lt;br /&gt;O nie, tylko bez morałów, proszę. Wyjechałam od taty i mamy właśnie po to, żeby przestać żyć w świecie Walta Disneya! A w ogóle co we mnie wstąpiło, że mu o tym opowiadam? &lt;br /&gt;- A pan, co pan robi?&lt;br /&gt;Znów jest zakłopotany.&lt;br /&gt;- Z wykształcenia jestem matematykiem. Przez piętnaście lat uprawiałem ten trudny, lecz pasjonujący zawód. Nawet przez kilka lat uczyłem w Anglii.&lt;br /&gt;- Tak? Jest pan Anglikiem?&lt;br /&gt;- Nie, ani trochę. Jestem rodowitym Quebekerem. Zaproponowano mi ciekawy kontrakt w kraju mgły...&lt;br /&gt;Kraj mgły! No, no!&lt;br /&gt;- ... i spędziłem tam prawie pięć lat.&lt;br /&gt;- Wrócił pan uczyć tutaj?&lt;br /&gt;- Nie... Powiedzmy, że... Właściwie to już skończyłem z nauką...&lt;br /&gt;- Tak? Dlaczego?&lt;br /&gt;Do licznych oznak braku pewności siebie Karol dodał jeszcze jeden: zaczął zagryzać dolną wargę. Nie wiem czy miał zamiar odpowiedzieć, tymczasem jakiś chłopak wyciągnął go z opresji. Wysoki, chudy, wyglądał na Hiszpana, ubrany super modnie.&lt;br /&gt;- Nie wiesz, która godzina?&lt;br /&gt;Metro zwalniało, w końcu stanęło. To już trzecia albo czwarta stacja od początku naszej rozmowy. W wagonie pozostał tylko Karol, Modny Latino i ja. Wreszcie Karol zrozumiał pytanie skierowane do niego i spojrzał na zegarek.&lt;br /&gt;- Je... jeeeest... sze...eee... snasta... dwa... dwaaa... naście.&lt;br /&gt;Facet podziękował i wyszedł. Drzwi się zamknęły a metro ruszyło dalej. Ale Karol nadal wpatrywał się w zegarek, jakby ten pokazywał mu coś wyjątkowo obscenicznego.&lt;br /&gt;- Sze...szeee... snasta... dwa... dwaaa... naście! Słodki Jezu!&lt;br /&gt;I hop! Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po pustym przedziale. Wrócił stres i wróciło jąkanie. Przestałam istnieć, a on mówił sam do siebie.&lt;br /&gt;- Poo.. powie... działa, że eee... po sze...eee... snastej... trzyyy... dzieści juuuż jej nieee bę...bę...dzie. A ja... jaaa mu....szę jeee... jeeszcze wpaść dooo do... mu!&lt;br /&gt;- Spóźniony na spotkanie?&lt;br /&gt;Nagle sobie o mnie przypomniał. Stanął jak wryty.&lt;br /&gt;- Nie!... To znaczy tak! To nieco skomplikowane.&lt;br /&gt;Stanął przed drzwiami, a więc wysiada na następnej stacji. Szkoda. Chciałabym się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Wydaje mi się dość zabawny.&lt;br /&gt;- Dlaczego właściwie pan już nie uczy matematyki?&lt;br /&gt;Metro zwalnia. Karol patrzy mi w oczy. Z wielką powagą.&lt;br /&gt;- Nie ma już żadnej logiki.&lt;br /&gt;Chwytam to zdanie, rozkładam na stole operacyjnym, kroję na kawałki, przeszukuję i nie znajduję w nim nic. Absolutnie nic.&lt;br /&gt;Co to za odpowiedź?&lt;br /&gt;Metro stanęło, drzwi się otworzyły i Karol wysiada.. zerwałam się i rzuciłam w jego stronę:&lt;br /&gt;- Miłego dnia!&lt;br /&gt;Odwrócił się do mnie. Długo patrzymy na siebie przez drzwi. Drzwi, które zresztą pozostają otwarte.&lt;br /&gt;Coś się dzieje. Czas stanął w miejscu. Zawsze mi się wydawało, że ta metafora jest idiotyczna, ale po raz pierwszy zrozumiałam, co ona znaczy.&lt;br /&gt;Karol i ja nadal patrzymy na siebie stojąc nieruchomo. On na peronie, jakby chciał mi coś powiedzieć, lecz nie śmie, ja w przedziale, pełna różnych przeczuć i niezdecydowana, co mam robić.&lt;br /&gt;A drzwi nadal się nie zamykają.&lt;br /&gt;Nagle Karol rusza przed siebie, prawie biegiem.&lt;br /&gt;Co ja trzymam w ręku? Cholera! Niemożliwe! Portfel!&lt;br /&gt;- Hej, Karolu!&lt;br /&gt;W tejże chwili czas ruszył ponownie i podjął bieg, bo drzwi zaczęły się powoli zasuwać. Chwyciłam walizkę i powtórzyłam numer Indiany Jonesa tyle że w drugą stroną. Ledwo wyskoczyłam z przedziału, a metro za moimi plecami ruszyło.&lt;br /&gt;- Karolu!&lt;br /&gt;Odwrócił się wreszcie stojąc już u wylotu korytarza prowadzącego do wyjścia. Pomachałam portfelem, zrozumiał. Wrócił do mnie. Punkt styczny. Wymiana towarowa. Wreszcie!&lt;br /&gt;- Dziękuję. Roztargnienie to mój najstarszy towarzysz.&lt;br /&gt;- Nic się nie stało – odparłam głupio.&lt;br /&gt;Znowu się zawahał. Ten facet chyba spędza połowę życia w takim stanie. Spojrzał na zegarek i wpadł w panikę.&lt;br /&gt;- Naprawdę muszę lecieć. Do widzenia, Alicjo i... wracaj do siebie.&lt;br /&gt;Co za niemiły, zimny prysznic! Karol ruszył truchtem. Zniknął w korytarzu pędząc w kierunku wyjścia a stukot jego butów pobrzmiewał jeszcze chwilę, aż całkiem ucichł.&lt;br /&gt;Wrócić do siebie? Też mi coś!&lt;br /&gt;Usiadłam na ławce i czekałam na następne metro. Wydaje mi się, że to spotkanie było mimo wszystko dobrą wróżbą dla mojego nowego życia w Montrealu. Jakby portfel, który znalazłam, był znakiem od losu. Zabawne. Bardzo zabawne.&lt;br /&gt;Rozejrzałam się wkoło. Nic. Kompletnie nikogo, zupełna pustka. Prawie słychać jak świerszcze śpiewają. I gdzie ja w ogóle jestem? Patrzę na ścianę za sobą. Nigdzie nie widzę nazwy stacji. Patrzę na peron po przeciwnej stronie torów. Też pusty. I też nie ma nazwy. Kiedy wyjeżdżałam z Berri nie zwracałam uwagi na stacje. Wiem tylko, że jestem na zielonej linii, ale nie wiem, w którym kierunku.&lt;br /&gt;O, widzę kogoś po drugiej stronie, na końcu peronu. Jakaś dziewczyna ubrana w gorset i krótką spódniczkę. Nie wygląda najlepiej. Jej ubranie jest w strzępach a włosy potargane, ciemne długie włosy tak jak moje. Zastanawiam się, czy ślady na jej twarzy i nogach nie są przypadkiem śladami krwi. Siada, a właściwie opada na ławkę. Wydaje się, że jest mniej więcej mojego wzrostu i ma tyle lat co ja, albo coś koło tego...&lt;br /&gt;Wręcz można by powiedzieć, że...&lt;br /&gt;Całkiem jakby ona...&lt;br /&gt;Wpatruję się w nią z niedowierzaniem.&lt;br /&gt;To przecież jakieś szaleństwo? Nie widzę jej dokładnie, ale mogłabym przysiąc, że...&lt;br /&gt;... zupełnie jakby ona...&lt;br /&gt;Wstaję nie spuszczając z niej wzroku. To niemożliwe! Muszę to sprawdzić! Ruszam na drugi koniec peronu, chcę dotrzeć na jej wysokość. Oddzielona tylko torami nie powinnam mieć kłopotu z odróżnieniem rysów twarzy.&lt;br /&gt;Im bardziej się zbliżam, tym wyraźniej ją widzę. Siedzi na ławce jak bezwładny pakunek. Jest naprawdę wykończona. Wygląda, jakby ją przejechał autobus. Nagle z drugiej strony nadjeżdża metro i zasłania dziewczynę. Zaczynam biec. Muszę się jej przyjrzeć przynajmniej przez szybę wagonu. Widzę ją w dali, jak wsiada chwiejnym krokiem do metra. Szybciej, szybciej! Ale metro rusza. Biegnę najszybciej jak umiem, ale metro przyśpiesza! Chwila! Muszę ją zobaczyć! Zaczekajcie! Pociąg jedzie, rzecz jasna, szybciej niż ja biegnę i kiedy trzy sekundy później docieram wreszcie na koniec peronu, kpiące światło reflektorów jest już daleko w tunelu.&lt;br /&gt;Trochę zdyszana wzruszam ramionami, No cóż, trudno. Prawdopodobnie gdybym ją zobaczyła z bliska podobieństwo byłoby mniej uderzające.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-8468580828822183158?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/8468580828822183158/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/alicya-fragm2.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/8468580828822183158'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/8468580828822183158'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/alicya-fragm2.html' title='Alicya (fragm.2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7802976698308215994</id><published>2010-10-25T09:26:00.000+02:00</published><updated>2010-10-25T09:28:18.979+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Alicya (fragm.1)</title><content type='html'>ALICYA&lt;br /&gt;czyli&lt;br /&gt;„życie jest gdzie indziej” oraz inne niepokojące prawdy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nasza opowieść rozpoczyna się, jak przystało na taką opowieść, od wyjściowej pozornej równowagi. Jest maj, świeci słońce i zapowiada się wspaniały dzień. Jeśli się jednak przyjrzymy sprawom z bliska, zauważymy, że nasza bohaterka, Alicja, już podjęła decyzję, która naruszyła tę równowagą i doprowadzi do wielkich zmian w jej życiu. O jaką decyzję chodzi? Podejdź, drogi czytelniku, podejdź bliżej! Alicja jest tu, w tym samochodzie. Jedźmy jej śladem na spotkanie przygody!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejeżdżam przez most.&lt;br /&gt;Zabawne uczucie. Nie sam przejazd przez most Jacques-Cartier jako taki, przejeżdżałam przecież tędy setki razy, ale świadomość, że jadę na drugą stronę i już nie wrócę. Przynajmniej nieprędko. Rzeka Świętego Wawrzyńca, metalowe belki całkiem pordzewiałe, wieża Radia Kanada, wielki emblemat piwa Molson, wieżowce w centrum miasta... Nigdy się im nie przyglądałam z taką uwagą.&lt;br /&gt;- Gdzie mam się zatrzymać, moja panno?&lt;br /&gt;- Byle gdzie.&lt;br /&gt;Po raz pierwszy również jechałam autostopem. Gdyby rodzice wiedzieli, nie byliby zadowoleni. Zresztą i tak nie są zadowoleni. Obwieściłam im wreszcie wielką nowinę. Decyzję podjęłam już dwa tygodnie temu, ale czekałam do końca szkoły. A przede wszystkim czekałam do dziś, dwudziestego piątego maja, dnia moich urodzin. Dziś kończę osiemnaście lat. Uważam, że to interesujące z punktu widzenia symboliki. W dodatku jest rok 2000. Skończyć osiemnaście lat w roku 2000 to nie przypadek. To znak. Dowód, że podjęłam właściwą decyzję.&lt;br /&gt;Gdy zapytali mnie, do jakiej restauracji chcę iść świętować urodziny, odpaliłam bombę. Tato, mamo nie wracam do college’u w sierpniu. A w ogóle mam zamiar wyjechać do Montrealu.&lt;br /&gt;Nie uwierzyli. Myśleli, że się wygłupiam. Ha, ha, Alicja jak zwykle żartuje. Ale nie śmieli się długo. W końcu zrozumieli, że to wcale nie są wygłupy.&lt;br /&gt;Wtedy zaczęły się krzyki. Nie moje tylko ich. Można się było tego spodziewać. Zachowałam spokój prawie przez cały czas, nawet próbowałam im coś wyjaśnić. Podkreślam „próbowałam”, bo jeśli mam być całkiem szczera, dla mnie samej decyzja nie była całkiem jasna. Powiedziałam im, że od jakiegoś czasu zadaję sobie mnóstwo pytań i że długo nad tym rozmyślałam. Z pewnością zauważyli, prawda? Powiedziałam, że ich kocham, że kocham moich przyjaciół i że nie było mi źle w życiu, które wiodłam tutaj, ale...&lt;br /&gt;- Ale co? – zagrzmiał ojciec. – Jaki masz z tym problem?&lt;br /&gt;Tata udawał złego i surowego, chciał mnie przestraszyć, ale doskonale widziałam, że był zbity z tropu. Zachowałam spokój. Powiedziałam, że muszę poznać coś innego, bo są przecież inne rzeczy. Wiem o tym. Istnieją inne sposoby życia, inne podejścia do niego. Chcę doświadczyć, jak jest gdzie indziej, poznać własne możliwości aż do końca. Dowiedzieć się, co jest tam na zewnątrz, poza moją rodziną,  przyjaciółmi i szkołą, a przede wszystkim poza konwencjami, regułami, poza konformizmem. W czym to życie jest lepsze niż inne? W czym ta linia prosta, którą staramy się podążać, jest słuszniejsza lub ciekawsza niż linia kręta? W tym momencie zobaczyłam, że nie bardzo za mną nadążają i nie wszystko rozumieją... Zeszłam więc na ziemię i zmieniłam temat;&lt;br /&gt;- Może wcale mi się to nie spodoba, może osiądę tutaj. Ale muszę przynajmniej zobaczyć, spróbować, muszę doświadczyć, w przeciwnym razie przez resztę życia nie będę widziała. A na to nie mogę się zgodzić. Znacie mnie przecież dobrze, jestem zbyt ciekawa, zbyt zachłanna. Po prostu chcę spróbować i tyle.&lt;br /&gt;Przyszła kolej na matkę. Jej atutem nie jest złość, ale rozczarowanie, rozżalenie, kiwanie głową, opadanie na krzesło, chowanie twarzy w dłoniach i cały ten cyrk. I w jej przypadku gra była uczciwa. Czułam to. &lt;br /&gt;- Nie poznaję cię, Alicjo. Co ci się stało? Chcesz porzucić naukę?&lt;br /&gt;Sprostowałam: nie porzucam, tylko robię przerwę, spróbować czegoś innego. Może znów wrócę do szkoły, zobaczymy. To wcale nie pocieszyło mojej mamy. Ale za co będziesz żyła w Montrealu, Alicjo? Nie martw się, mamo, znajdę sobie pracę. Ale dlaczego, Alicjo, dlaczego chcesz popełnić takie szaleństwo? Czego właściwie szukasz? Nie wiem, mamo, nie wiem, ale chcę poszukać. Chcę spróbować. Koniec, kropka. A jeśli się pomyliłam, to przecież wrócę. I tyle!&lt;br /&gt;W oczach mojej matki pojawiły się łzy. Ojciec gotował się coraz bardziej. Krążył bez słowa jak lew w klatce. Było mi naprawdę przykro, że wpędziłam ich w taki stan, że ich tak zawiodłam. Nigdy by im nie przyszło do głowy, że podejmę taką decyzję. Po prostu mnie nie poznają, ale może zawsze widzieli tylko to, co było widoczne na powierzchni. Gdyby wiedzieli, co już zrobiłam do tej pory. Rzeczy, o których nie mieli pojęcia.&lt;br /&gt;Znów zadudnił niski głos taty. Tylko kilka słów.&lt;br /&gt;- Nie ma mowy!&lt;br /&gt;Słowa absurdalne, groteskowe. Słowa zgodne z zasadami, a ja, mała grzeczna dziewczynka, przecież zawsze, przynamniej z pozoru, przestrzegałam tych zasad. Ale teraz się skończyło. Mam osiemnaście lat tato. Teraz nie możesz mi niczego zabronić. Jestem dorosła i robię, co chcę. Nie miałam zamiaru prosić was i pozwolenie. Chciałam was tylko uprzedzić, to wszystko. Daję sobie dwa tygodnie na znalezienie mieszkania i pracy w Montrealu, a potem wyjeżdżam, jeśli z waszym błogosławieństwem, będzie cudownie, ale to nie jest konieczne.&lt;br /&gt;- Posłuchaj moja panno. Jadę na ulicę Rachel, a potem Saint-Denis aż do Jean Talon... jedziesz ze mną do końca czy chcesz wysiąść wcześniej?&lt;br /&gt;Krótka chwila namysłu.&lt;br /&gt;- Wysiądę... wysiądę na Saint-Denis.&lt;br /&gt;Co za różnica, skoro i tak nie mam pojęcia, dokąd idę. Bo ostatecznie wyjechałam znacznie wcześniej niż planowałam, na tym właśnie polega problem. Możesz sobie planować różne rzeczy, ale nigdy nie wychodzi tak, jak sobie człowiek wymyśli. Przewidziałam, że rodzice będą smutni i że mnie nie zrozumieją, ale nigdy nie przypuszczałam, że mój ojciec posunie się aż do tego:&lt;br /&gt;- Posłuchaj mnie, Alicjo, słuchaj mnie uważnie! Jeśli natychmiast nie zaniechasz tego szaleństwa, to wyjedziesz nie za dwa tygodnie ale w tej chwili!&lt;br /&gt;To mną wstrząsnęło. A przecież tata zna mnie dość dobrze, żeby wiedzieć, że nie grozi się dziewczynie tak dumnej jak ja! Tak? Świetnie! Mój spokój i smutek ulotniły się w mgnieniu oka. Bez zastanowienia coś wrzasnęłam i poszłam spakować walizkę. Naprawdę małą. A potem było całkiem beznadziejnie. Ojciec mi groził, matka płakała i błagała, żebym się zastanowiła, a ja się czułam wyklęta, obrażona, zraniona, pakowałam walizkę wykrzykując coś w rodzaju: „Wiedziałam, że nie zrozumiecie, ale nie przypuszczałam, że będziecie mi grozić!”, albo „To, co mi powiedziałeś, tato, dowodzi, że słusznie chcę stąd wyjechać!” i inne wielkie słowa godne najbardziej beznadziejnego melodramatu.&lt;br /&gt;Na progu matka błagała mnie po raz ostatni. Ucałowałam ją. Na ojca popatrzyłam i pomimo żalu, który czułam powiedziałam całkiem spokojnym ale i chłodnym tonem:&lt;br /&gt;- Jeśli się pomyliłam, wrócę!&lt;br /&gt;- Jeśli wyjedziesz, nie masz po co wracać!&lt;br /&gt;Co za cholerny atak dumy. To oczywiste, że nie miałam wyboru! Wiem, że nie myślał, co robi, że to była desperacka próba, by mnie zatrzymać, ale też najgorsza rzecz, jaką mógł mi powiedzieć. Wyszłam już bez jednego słowa. Całkiem nieświadomie ojciec dał mi najlepszy powód, żeby odjeść.&lt;br /&gt;No i tak. A wszystko to zdarzyło się niecałe trzy kwadranse temu. Przez całą drogę byłam nabuzowana. Nabuzowana, kiedy zatrzymywałam samochody, nabuzowana, kiedy gość mnie zabrał, nabuzowana, kiedy jechaliśmy bulwarem Taschereau. Zaczęłam się powoli uspokajać dopiero ma moście Jacques-Cartier. Teraz na ulicy Saint-Denis odzyskałam wreszcie panowanie nad sobą. Uświadomiłam sobie, co się wydarzyło i nie mogłam w to uwierzyć.&lt;br /&gt;- Tu będzie dobrze?&lt;br /&gt;- Doskonale.&lt;br /&gt;Wysiadłam trzymając moją małą walizkę i podziękowałam mu.&lt;br /&gt;Rozejrzałam się wkoło. Oto jestem w Montrealu. Na dobre. Nikt o tym nie wie, poza moimi rodzicami, wyjechałam w takim pośpiechu, że nie zdołałam nikogo uprzedzić, ani Melanie ani Juliena, nikogo. Pomyśleć, że dziś wieczór Julien zorganizował u siebie imprezę z okazji moich urodzin! No to się zdziwią. &lt;br /&gt;Będę musiała zadzwonić do Juliena i powiedzieć mu, co się stało. Albo  do Melanie. Ale nie chce mi się dzwonić, tłumaczyć, usprawiedliwiać... Nie czuję się teraz na siłach. Zadzwonię później, jak już osiądę, jak sobie znajdę miejsce.&lt;br /&gt;Jest czwarta po południu, a ja stoję w samym środku Montrealu bez mieszkania, bez pracy.&lt;br /&gt;Poczułam lęk, taki prawdziwy.&lt;br /&gt;Lęk był tak silny, że wdarła mi się do głowy podstępna myśl: natychmiast wrócić do domu. W końcu nie byłam w Brossard aż tak nieszczęśliwa. Kilka rzeczy mnie może ograniczało, ale nieszczęśliwa nie byłam. Miałam przed sobą piękną przyszłość, miałam... &lt;br /&gt;Zmusiłam tę część siebie, żeby natychmiast zamilkła. Hej, przecież chciałaś przyjechać do Montrealu. Jesteś tu niecałe pięć minut i już chcesz wracać do taty i mamy?&lt;br /&gt;Pomyślałam wtedy o panu Laurent Lévy, moim profesorze filozofii. Dlaczego właśnie myśl o nim przyszła mi do głowy? Widzę go z tym uśmieszkiem pełnym wyższości i znudzoną miną, która oznacza: znowu coś ci się poplątało, Alicjo. Ale z wiekiem zrozumiesz.... Nic mi się nie poplątało do cholery! To on nie rozumie! Może już nie rozumie? On też był młody i na pewno chciał podbić świat. A teraz się zestarzał, ma stałą pracę, a mając do czynienia z młodymi, którzy przypominają mu jego własną młodość, ukrywa rozczarowanie pod tonem wyższości i ironią! Gdyby wiedział, co teraz robię, jestem pewna, że powiedziałby moim rodzicom: „Nie martwcie się, to chwilowy kryzys, normalny bunt młodej, bystrej dziewczyny, która jeszcze nie rozumie wszystkiego.” Odpieprz się, Laurent Lévy. Odpieprz się pseudointelektualisto, który już nie masz śmiałości!&lt;br /&gt;Próbuję się uspokoić. Okej, sprawy mają się tak, że jestem sama, nieprzygotowana i nie mam niczego. Ale przecież jestem bystra i zaradna, mam też trochę oszczędności. W gruncie rzeczy wyzwanie będzie po prostu większe i ciekawsze! Gdybym wróciła teraz do domu, już bym nigdy nie wyjechała. Nie miałabym odwagi, tego jestem pewna. Wystarczyło sobie wyobrazić zwycięski uśmiech ojca! I matkę mówiącą: „Bardzo dobrze, Alicjo, to mądra decyzja”.&lt;br /&gt;Mądra decyzja! Hej, ale ja właśnie już nie chcę być mądra!&lt;br /&gt;Chwytam walizkę i ruszam przed siebie obserwując przychodniów mijanych po drodze, tę całą faunę montrealską, tak różnorodną, którą zawsze lubiłam.&lt;br /&gt;Trzy miesiące. Daję sobie trzy miesiące, żeby spróbować innego sposobu życia. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli będę nieszczęśliwa, jeśli nie dam rady, wrócę do rodziców. Mimo tego, co powiedział ojciec wiem, że pozwolą mi wrócić.&lt;br /&gt;Ale muszę przynajmniej spróbować.&lt;br /&gt;Skoro więc rzuciłam sobie wyzwanie, dotrę do końca. Jeszcze dziś muszę znaleźć mieszkanie, wszystko jedno jakie. Jeden warunek: potrzebuję dwóch pokoi, salon i sypialnia osobno, niedrogo i właściciel musi się zgodzić na podpisanie najmu na trzy miesiące. Biorę pierwsze, które mi będzie pasowało. Potem znajdę pracę (nie chcę zbytnio nadwerężyć oszczędności). Spróbuję przez te trzy miesiące, a potem zobaczymy.&lt;br /&gt;Po prostu przygoda.&lt;br /&gt;Doskonała decyzja. Maszerując uśmiecham się do siebie. Nie wiem, dokąd idę, ale idę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7802976698308215994?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7802976698308215994/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/alicya-fragm1.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7802976698308215994'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7802976698308215994'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/alicya-fragm1.html' title='Alicya (fragm.1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4923883295651077906</id><published>2010-10-23T09:54:00.003+02:00</published><updated>2010-10-23T10:21:38.622+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alicya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thriller psychologiczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='groza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Senecal'/><title type='text'>Proszę państwa, oto Alicya</title><content type='html'>Odkąd Lewis Carroll napisał swoją "Alicję w krainie czarów", a było to w roku 1865 powstało całkiem sporo interpretacji, krytyk, a także "wariacji" i polemik literackich na temat tej niezwykłej książki.&lt;br /&gt;O kolejną pokusił się autor z Quebeku, znany już co nieco czytelnikom tego bloga, Patrick Senecal. On jednak jako mistrz grozy i tym razem pozostał w swoich ulubionych klimatach. Absurd i groteska, których tak chętnie używał Carroll w swojej baśni, tutaj - posunięte do granic dosłowności - jawią się jako koszmar.&lt;br /&gt;Osobiście uważam tę książkę za okrutną, ale mądrą przypowiastkę filozoficzną, zaś jej wielkim atutem jest obserwacja zachowań. Za każdym razem, gdy nam się wydaje, że nie, nie niemożliwe, żeby ludzie... Otóż możliwe jak najbardziej i kiedy tylko my sami przestajemy żyć w krainie czarów, widzimy to doskonale.&lt;br /&gt;Senecal bawi się w "Alicyi" także w rozważania nad pojęciami dobra i zła, ale przywołuje jednych z najbardziej kontrowersyjnych filozofów i pisarzy: Fryderyka Nietzschego i markiza de Sade'a.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Alicya" aż roi się od skojarzeń literackich i filozoficznych wplecionych w historię, od której jeżą się włosy na głowie. &lt;br /&gt;Dodatkowo czytelników Senecala, którzy znają jego "Ulicę Wiązów 5150" czeka ogromna niespodzianka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamiast jednak pisać o książce, zamieszczę lada dzień kolejne fragmenty. Niech groza broni się sama.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4923883295651077906?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4923883295651077906/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/prosze-panstwa-oto-alicya.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4923883295651077906'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4923883295651077906'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/prosze-panstwa-oto-alicya.html' title='Proszę państwa, oto Alicya'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5476256992551584066</id><published>2010-10-05T21:04:00.005+02:00</published><updated>2011-04-03T16:38:20.215+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna woda na finiszu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/TKt4TwV2C2I/AAAAAAAAATk/2MU3BC1-RiU/s1600/ok%C5%82adka+Czarna+woda.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/TKt4TwV2C2I/AAAAAAAAATk/2MU3BC1-RiU/s320/ok%C5%82adka+Czarna+woda.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524641648689417058" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Napisanie trylogii zajęło Natashy Beaulieu dziesięć lat. Może to jakieś usprawiedliwienie, bo wydawanie drugiego tomu Miast wewnętrznych trochę trwa. Ale już całkiem niedługo. Na samym początku listopada książka powinna być w księgarniach.&lt;br /&gt;Chyba więc warto jeszcze dwa słowa dla przypomnienia i zanim się rzucę na kolejną książkę - a już czeka w kolejce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kanadyjska autorka jest godną spadkobierczynią takich twórców jak Clive Barker i Anne Rice, lecz jej trylogię jest bardzo trudno przypisać do konkretnego rodzaju fantastyki. To opowieść pełna niepokojów, mrocznych fantazji, zmysłowej seksualności i dziwnych przestrzeni. Jej bohaterowie to skomplikowane typy psychologiczne bez względu na to czy są ludźmi czy nie-ludźmi. Kim lub czym są? Wielka niewiadoma aż do końca. Przypominają pewne istoty zaludniające powieści fantastyczne i powieści grozy, ale... to nie one. W każdym razie nie są to typowe postacie. Autorka słynie ze swojego zamiłowania do poznawania „dziwnych środowisk”, ludzi o niekonwencjonalnych skłonnościach seksualnych, fetyszystów, osób o niespotykanych talentach żyjących wśród nas jednak bardzo odmiennych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Beaulieu kładzie wielki nacisk na wiarygodność swoich postaci. Mogą odbiegać od normy, mogą zadziwiać, ale ich zachowania i wybory pozostają dla czytelnika zrozumiałe. Mówi o swoich bohaterach: „Skupiłam się na ewolucji postaci tak, aby dokładnie rozumiano co przeżyli i co przeszli w dwóch pierwszych tomach. Jeśli moi czytelnicy polubili napięcie dwóch pierwszych części, w „Purpurowym cieniu” czekają ich jeszcze większe i bardziej fantastyczne emocje. Jestem przekonana, że przygody moich bohaterów trzymać będą w napięciu i nie sprawią zawodu.”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pierwszej części trylogii rozpoczynamy wędrówkę po Miastach Wewnętrznych i poznajemy bohaterów tej historii, która rozpoczęła się w Londynie w 1664 r. Wtedy to Dawid Fox, który żyje już ponad trzysta lat spotkał tajemniczego osobnika i dostał od niego nieśmiertelność w zamian za bardzo nietypową przysługę. Teraz jednak zaistniała realna perspektywa utraty cennego przywileju. A tego Dawid nie chce i nie cofnie się przed najgorszym, by zachować dar. W poszukiwaniu rozwiązania swojego problemu trafia na młodego malarza, Jimmy’ego Novaka, który, choć jeszcze o tym nie wie, jest związany z inną rzeczywistością. Dopiero spotkanie z pewną dominą zapoczątkuje w Jimmym proces gwałtownej transformacji, która odsłoni jego prawdziwą naturę. Naturę nie zawsze piękną, bo często mroczna strona osobowości bierze górę. Wędrując wraz z Jimmym w jego poszukiwaniu własnej tożsamości i prawdy o tym, kim jest i skąd pochodzi, poznajemy stopniowo kolejnych bohaterów, podobnie jak malarz w pewnym sensie bezradnych wobec rzeczywistości, w której żyją, ale uparcie poszukujących, nie godzących się na to, by ich życiem kierowały niezrozumiałe dla nich przypadki. Trochę tak, jakby nagle obudzili się z głębokiego snu i próbowali pojąć lub przypomnieć sobie, skąd się wzięli i kim są otaczające ich krajobrazy i istoty, dlaczego w ich życiu zachodzą konkretne wydarzenia i dokąd one prowadzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy z trzech tomów ma własny specyficzny nastrój i prowadzi nas do odrębnego świata, przy czym stopniowo odkrywamy, jak bardzo te światy – w tym również nasz – są ze sobą powiązane. Kolejni bohaterowi przejmują ciężar prowadzenia czytelnika przez własne istnienie i własną rzeczywistość. Trochę jakbyśmy przez pryzmat życia każdego z bohaterów trylogii obserwowali błędne koło przyczyn i skutków, a opowieść prowadziła nas stopniowo do wyjaśnienia zagadki Wewnętrznych Miast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Księdze tajemnic Dawid Fox sprawujący od trzech stuleci pieczę nad jednym z miast wewnętrznych będzie musiał zdecydować, czy nieśmiertelność jest rzeczywiście tą wartością, na której mu najbardziej zależy i czy jest warta życia innych ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każda część tej złożonej historii jest zaskakująca i przewrotna, bo gdy wydaje się nam, że wiemy, dokąd zmierzamy razem z bohaterami, nagle zostajemy rzuceni w całkiem  inny wymiar i następuje kolejny zwrot. Być może dzięki temu postacie stworzone przez Natashę Beaulieu są tak barwne i intrygujące. Nie zawsze i nie wszystkich można darzyć sympatią, nie z każdym można się identyfikować. Bohaterowie, których, jak nam się zdaje, poznaliśmy nagle pokazują całkiem inne oblicze. Okazują się nie być tymi, za których ich uważaliśmy i nie tymi, za których uważali sami siebie. Również światy, w których żyją nie są ani przyjazne ani piękne. To dziwne i okrutne rzeczywistości, mroczne i niesprzyjające żyjącym w nim istotom choć pozornie, na powierzchni miast życie toczy się zwykłym trybem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Struktura tej wyjątkowej trylogii i jej bohaterowie nie dają się ani łatwo sklasyfikować, ani też porównać z innymi, znanymi nam zjawiskami literackimi. Taka jest właśnie specyfika twórczości francuskojęzycznych twórców z Quebeku. Ani to amerykańskie ani europejskie pisanie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-5476256992551584066?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/5476256992551584066/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/czarna-woda-na-finiszu.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5476256992551584066'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5476256992551584066'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/10/czarna-woda-na-finiszu.html' title='Czarna woda na finiszu'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/TKt4TwV2C2I/AAAAAAAAATk/2MU3BC1-RiU/s72-c/ok%C5%82adka+Czarna+woda.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7198042476602002198</id><published>2010-09-07T12:53:00.002+02:00</published><updated>2011-04-03T16:39:34.578+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna Woda (5)</title><content type='html'>Jacques Moreau trzasnął drzwiczkami czarnej Toyoty. Cztery policyjne samochody, jeden ambulans i garstka ciekawskich byli już na miejscu.&lt;br /&gt;Rozglądając się wkoło nie zauważył ani jednego samochodu prasy. Tym lepiej, pomyślał, muchy kompostowe jeszcze się nie zleciały do gówna.&lt;br /&gt;Wielkimi krokami ruszył ścieżką prowadzącą do północnego stawu w parku LaFontaine. Przywitało go po drodze kilku kolegów, lecz on się nie zatrzymał sunąc prosto do mężczyzny o siwiejących skroniach, który dyskutował z kimś z ekipy technicznej.&lt;br /&gt;Gdy Moreau pojawił się w zasięgu jego wzroku, Guy Leblond przeprosił swojego rozmówcę i ruszył na spotkanie kolegi.&lt;br /&gt;- No i co? – zapytał Jacques.&lt;br /&gt;- Chodź, zobacz.&lt;br /&gt;Sierżant ruszył za lekarzem sądowym aż do miejsca, gdzie nasiąknięta wodą biała płachta zakrywała kształt, który mógł być tylko zwłokami. Bez słowa Guy Leblond pochylił się i uniósł jej skraj zasłaniający twarz trupa. Jacques Moreau również się pochylił.&lt;br /&gt;To, co zobaczył pod płachtą, zrobiło na nim potężne wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alex wszedł przez okno. Dygoczący, rozgorączkowany, nawet nie zdjął płaszcza, tylko usiadł przed komputerem. Jego dłonie nadal drżały, gdy zaczął pisać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi Samie Rozpruwaczu,&lt;br /&gt;Znajduję się obecnie w posiadaniu dowodu, który czyni mnie członkiem CFC. Ponieważ dopiero co go zdobyłem, musi minąć kilka dni, zanim go do ciebie przyślę. Najpierw go sfotografuję, wprowadzę zdjęcie do komputera i przekażę ci wraz z artykułem z gazety, w którym mowa o samobójstwie lub morderstwie, tego jeszcze nie wiem. Już się cieszę na myśl, że wkrótce oficjalnie będę jednym z was.&lt;br /&gt;Oddany ci Alex z Montrealu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nacisnął na „wyślij”, a potem wsunął dłoń do prawej kieszeni płaszcza. Wyjął z niej przezroczystą, plastikową saszetkę, w której znajdował się duży pukiel mokrych włosów i położył ją na biurku.&lt;br /&gt;Nie mógł się pozbierać. Jakim cudem zdobył się na odwagę, by obciąć włosy trupowi? A jednak to zrobił. I był dumny. Na szczęście cały czas nosił przy sobie niezbędnik członka CFC: rękawiczki, żeby nie pozostawić śladów, scyzoryk, nożyczki i saszetki na próbki.&lt;br /&gt;Alex zdjął płaszcz i wyciągnął się na łóżku. Jego ręce nadal drżały. Był zdenerwowany nie tyle czynem, który popełnił, ile myślą, że może zostać przyłapany. Czy ktoś go widział? Czy będzie można go odnaleźć i oskarżyć? Przecież obcięcie włosów zmarłemu nie może być uznane za kradzież! Niektórzy CFC  wykazywali się znacznie większą zuchwałością zbierając trofea. Przynajmniej tak mówili. W każdym razie po wykonaniu powinności członka CFC, Alex dopełnił też obowiązku obywatelskiego dzwoniąc z kabiny telefonicznej pod 911, żeby zgłosić obecność trupa w parku, a następnie biegiem wrócił do domu.&lt;br /&gt;Chłopak nie był w stanie wyjaśnić, jak to się stało, że trup pojawił się nagle na powierzchni wody tuż obok niego. Może to była nagroda za uporczywe starania, by wejść w szeregi CFC? Tego przynajmniej oczekiwał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noc była piękna i gorąca, toteż François nie myślał, żeby się kłaść spać. Skórzaną kurtkę przewiesił przez ramię i wędrował na wschód ulicą Rachel uśmiechając się kącikiem ust; specjalnie zostawił paczkę papierosów na stoliku w Delikatessen.&lt;br /&gt;Już miał skręcić na rogu Saint-André, gdy zobaczył błyski policyjnych świateł nieco dalej przed sobą. Postanowił sprawdzić, co się dzieje.&lt;br /&gt;Skrzyżowanie Rachel i alei przy parku LaFontaine było zablokowane przez policyjny samochód. François wmieszał się w tłumek ciekawskich zebranych na rogu ulicy.&lt;br /&gt;- Znaleźli trupa! – powiedziała kobieta w średnim wieku ubrana w różowy szlafrok.&lt;br /&gt;- A skąd pani o tym wie? – spytał wąsacz trzymający na smyczy dobermana.&lt;br /&gt;- Na ziemi leży ciało przykryte białym prześcieradłem – wyjaśniła kobieta. – Widziałam je, zanim odgrodzili to miejsce żółtymi taśmami.&lt;br /&gt;Policjanci nie wpuszczali nikogo do parku, przynajmniej od tej strony. Zaciekawiony François ruszył alejką i skręcił na ścieżkę prowadzącą do kładki, która oddzielała obydwa stawy. I tutaj ludzie usiłowali zobaczyć, co się dzieje. Udało mu się prześlizgnąć aż do rampy. Obok niego dwóch młodzieńców dyskutowało podnieconymi głosami.&lt;br /&gt;- Za daleko, nie da się zrobić zdjęcia!&lt;br /&gt;- Tak czy inaczej ma prześcieradło na głowie. Trzeba się było zjawić wcześniej, szkoda, była okazja, żeby zobaczyć trupa.&lt;br /&gt;François już miał im zasugerować, żeby sobie kupili jakiegoś szmatławca, ale pomyślał tylko, że widać ludzie w każdym wieku miewają zamiłowanie do ponurych widoków.&lt;br /&gt;Faktycznie był trup i sądząc po wilgotnym płótnie wyłowiono go ze stawu. Ten szczegół nie umknął François. Przypomniał mu, że poprzedniej jesieni siostra bliźniaczka Jana Béluterre’ a zatonęła w tym samym miejscu.&lt;br /&gt;Wiedziony ciekawością młody człowiek ruszył w prawo. Okrążył drzewa owinięte żółtą taśmą, nie spuszczając oka z tego, co działo się nieco niżej, nad stawem. Gdy rozpoznał sylwetkę ojca stojącego tyłem, prześlizgnął się szybko pod taśmą policyjną.&lt;br /&gt;- Hej, cofnij się młody – zawołał policjant w jego wieku.&lt;br /&gt;Lekceważąc ostrzeżenie François zszedł w dół i dołączył do ojca stojącego obok trupa.&lt;br /&gt;- Cześć!&lt;br /&gt;Sierżant detektyw odwrócił się, spostrzegł syna i dał znak policjantowi, że wszystko w porządku po czym znów się odwrócił do François. Ten wyjaśnił w odpowiedzi na nieme pytanie:&lt;br /&gt;- Przechodziłem niedaleko.&lt;br /&gt;Przez chwilę Jacques przyglądał się synowi przypominając sobie liczne pytania, jakie ten zadawał na temat zwłok wyłowionych w tym samym miejscu kilka miesięcy wcześniej. Pytań, na które nie mógł odpowiedzieć. „Szkoda marnować czas próbując zrozumieć rzeczy, których się zrozumieć nie da,” – powiedział w końcu synowi.&lt;br /&gt;Jacques zastanawiał się czasami, dlaczego ten trup tak bardzo interesował François. Uznał jednak, że lepiej nie dyskutować, ponieważ był to ten „przypadek”, o którym należało raczej zapomnieć.&lt;br /&gt;- Kobieta czy mężczyzna? – podjął François patrząc na białe prześcieradło.&lt;br /&gt;- Kobieta.&lt;br /&gt;- Młoda?&lt;br /&gt;- Dlaczego chcesz to wiedzieć?&lt;br /&gt;- Bo jestem ciekawy i tyle – odparł François wzruszając ramionami.&lt;br /&gt;Jacques pochylił się i, tak jak uczynił to kilka minut wcześniej Guy Leblond, lekarz sądowy, uniósł płótno zakrywające twarz topielicy.&lt;br /&gt;Stojący obok François otworzył szeroko oczy:&lt;br /&gt;-  Przecież to niemożliwe! – rzucił.&lt;br /&gt;- Co jest niemożliwe? – zapytał sierżant Moreau bardzo zaintrygowany gwałtowną reakcją syna.&lt;br /&gt;François odwrócił się do ojca. W jego oczach malowały się sprzeczne uczucia.&lt;br /&gt;- Nie wiem – odparł. Niemożliwe, żeby umierać tak młodo – bąknął.&lt;br /&gt;- Czy coś jest nie w porządku, François?&lt;br /&gt;- Nic, nic. Po prostu nie jestem przyzwyczajony do widoku trupów – dodał patrząc cały czas na twarz topielicy.&lt;br /&gt;Cofnął się kilka kroków i powiedział.&lt;br /&gt;- To ja już pójdę. Musisz pracować.&lt;br /&gt;Nie czekając na reakcję ojca François ruszył szybkim krokiem. Lekarz sądowy, który był świadkiem sceny, podszedł do Jacques’a.&lt;br /&gt;- Wiesz dlaczego François zareagował tak żywo? – zapytał.&lt;br /&gt;- Pojęcia nie mam – odparł sierżant. – Ale postaram się dowiedzieć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7198042476602002198?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7198042476602002198/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/09/czarna-woda-5.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7198042476602002198'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7198042476602002198'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/09/czarna-woda-5.html' title='Czarna Woda (5)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4238627183558050440</id><published>2010-08-25T09:32:00.001+02:00</published><updated>2011-04-03T16:40:34.175+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna Woda (4)</title><content type='html'>Głos Roberta Smitha zamilkł. Z głośników dobiegał teraz dark metal. Nastolatki goth metal rzuciły się na parkiet. Alex, który nie znosił tego rodzaju muzyki, porzucił swój spokojny kąt, w którym zawsze tańczył odwrócony twarzą do ściany. Spojrzał na Swatcha. Nie było jeszcze trzeciej, ale miał już dość. Postanowił wrócić do domu.&lt;br /&gt;W ciągu krótkiego wieczoru wypił dwa piwa, ponieważ jednak nie zjadł kolacji, poczuł ich działanie. W milczeniu rozegrał partię bilardu z chłopakiem sprytniejszym od siebie. Potem rozmawiał z jakąś dziewczyną, ale alkohol nie wystarczył, by pokonać nieśmiałość. Ponieważ rozmowa zmierzała do nikąd, młoda gotka uznała, że nie interesuje Alexa i wróciła do swoich przyjaciółek. Tak bardzo chciał wiedzieć, co należy mówić. Marzył o dziewczynie o długich czarnych włosach i białej skórze. Zająłby się nią tak troskliwie, że nigdy nie chciałaby go opuścić. Byłaby w nim tak zakochana, że cierpiałaby na samą myśl o spędzeniu kilku godzin bez niego. Byliby tak mocno złączeni, że tylko śmierć mogłaby ich rozdzielić...&lt;br /&gt;Aleksander zabrał skórzany płaszcz, który schował za jednym z głośników i wyszedł. Wolał przejść się spacerem do domu niż jechać taksówką, choć to było daleko. Dyskretny niczym miejski Nosferatu szedł słabo oświetlonymi ulicami i zaułkami w nadziei, że spotka na swej drodze siostrzaną duszę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy policjantka odzyskała świadomość, nadal stała przed otwartym oknem. Tkwiła w tej pozycji jeszcze kilka sekund szukając w pamięci logicznego wyjaśnienia tego, co się właśnie wydarzyło. Zauważyła młodą kobietę w białej peruce i srebrnym ubraniu kierującą się w stronę toalet. Poszła za nią i przyłapała na próbie ucieczki przez okno. Ostrzegła ją, że to niemożliwe, ale ponieważ uciekinierka wydawała się bardzo zdecydowana, próbowała chwycić ją za kostkę. Jednak nie zdołała uczynić najmniejszego ruchu. Między chwilą, w której zdecydowała się działać, a tą, gdy odzyskała świadomość, była pustka. Co się wydarzyło? Ile czasu minęło między tymi dwiema sytuacjami? Wydawało się, że niecała minuta.&lt;br /&gt;Policjantka wspięła się na rezerwuar i rzuciła okiem na zewnątrz. Żadne ciało nie zdobiło chodnika cztery piętra niżej. Odległość do ziemi była imponująca. Nawet kaskader odmówiłby skoku  z tej wysokości bez siatki zabezpieczającej.&lt;br /&gt;Sprawdziła, czy nie było jakiegoś sznura zaczepionego przy oknie, lecz nie dostrzegła niczego. Ani sznura, ani drabinki ani haków, które mogłyby pomóc wspiąć się lub zejść po ścianie. Gdzie się więc podziała młoda kobieta?&lt;br /&gt;Następne pół godziny funkcjonariuszka spędziła na przeszukiwaniu wszystkich zakamarków Obutego Androida i pytaniu kolegów:&lt;br /&gt;- Nie widziałeś przypadkiem drobnej dziewczyny w białej peruce i srebrnym kombinezonie?&lt;br /&gt;Nikt jej jednak nie widział. Policjanci zaczęli wreszcie sami zadawać pytania, bo ich koleżanka wydawała się bardzo poruszona. Co mogła powiedzieć? Że szukała kobiety, która „zniknęła” a ona nie była w stanie wytłumaczyć, jak to się stało?&lt;br /&gt;W policji źle przyjmowano nieprawdopodobne historie. Zainteresowana wspinaniem się po kolejnych szczeblach kariery, która wydawała się jej całkiem kusząca, młoda policjantka postanowiła umieścić incydent w tajemnej skrytce własnego mózgu. Nie było mowy o zrujnowaniu sobie obiecującej przyszłości!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aleksander ruszył ścieżką prowadzącą do stawów w parku LaFontaine, jednego z ulubionych miejsc jego nocnych wypraw. Wiedział, że po północy nie wolno było przebywać w parku, ale ponieważ nikt go dotychczas nie przyłapał, więc wracał.&lt;br /&gt;Nagle bardzo wysoka postać o długich włosach spływających na plecy wyprzedziła Alexa z prawej strony. Nastolatek aż podskoczył z wrażenia. Nie tylko nie słyszał, jak ten ktoś nadchodzi, ale nie spodziewał się, że można chodzić tak szybko (właściwie prawie biegiem) i być o tej porze w parku. Nawet nie wiedział czy to kobieta czy mężczyzna.&lt;br /&gt;Alex odwrócił się, żeby sprawdzić, czy ktoś nie ściga tajemniczej postaci, ale nikogo nie zobaczył. Raczej zaintrygowany niż wystraszony, szedł dalej nie przejmując się zbytnio tym spotkaniem zatopiony w rozmyślaniach o bratniej duszy. Czego właściwie oczekiwał? Że to będzie dziewczyna ubrana na czarno, która lubi taką samą muzykę jak on? Czy powinna była przeczytać Drakulę, Frankesteina i wszystkie książki Anny Rice? Czy powinna również interesować się CFC? Alex uznał, że to wszystko jest niezbędne i jeszcze coś ponadto. Tylko co? Co się dzieje, gdy się spotykają dwie bratnie dusze?&lt;br /&gt;Z głową pełną myśli, okrążał teraz północny staw parku. Powierzchnia wody, czarna i gładka, połyskiwała w bezwietrzną noc. Młody człowiek przesunął dłonią po wilgotnym karku. Poczuł, że musi się ochłodzić. Uklęknął na skraju stawu i zanurzył dłoń w letniej wodzie. Potem pochylił głowę i przycisnął zmoczoną dłoń do karku. Poczuł się rześko, wyprostował i w tym momencie, niecały metr od niego na powierzchnię wody wypłynęło ciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Karolina Moreau już miała ugryźć swoją mini pizzę, gdy drzwi do kuchni się otworzyły i stanął w nich sierżant detektyw Jacques Moreau z policji miejskiej Montrealu.&lt;br /&gt;- Cześć, tato! – powitała go z szerokim uśmiechem i jak zwykle w dobrym nastroju.&lt;br /&gt;- Cześć, Karo.&lt;br /&gt;Jacques zdjął kurtkę. Dziewczyna spojrzała najpierw na zegar, który wskazywał trzecią trzydzieści, a potem na twarz ojca o ściągniętych rysach, zmarszczonym czole, podkrążonych oczach. Z powodu wakacji w ostatnich tygodniach miał mnóstwo godzin nadliczbowych.&lt;br /&gt;- Czemu nie śpisz o tej porze? – zapytał Jacques opadając na krzesło.&lt;br /&gt;- Oglądałam film. Chcesz coś zjeść? Zostało jeszcze.&lt;br /&gt;- Świetna myśl.&lt;br /&gt;W niecałe pięć minut Karolina odgrzała makaron z serem. Wyłożyła go do miseczki i postawiła ją na kwiecistym obrusie przed ojcem. Popchnęła w jego stronę ketchup.&lt;br /&gt;- Nie lej za dużo, bo to niedobre na wrzody.&lt;br /&gt;- Jakie wrzody?&lt;br /&gt;- Jeśli będziesz tyle pracował, to się ich w końcu dorobisz!&lt;br /&gt;Karolina ugryzła wreszcie kawałek pizzy i odłożyła ją na talerz. Krzywiąc się machała dłonią przed otwartą buzią, skąd wydobywała się para.&lt;br /&gt;Patrząc na nią, taką kobiecą i pełną uroku, Jacques poczuł nagle, że serce mu się ściska. Jasne blond włosy, niebieskie oczy, zadarty nosek, kuszące usta, radosny uśmiech... Karolina była tak podobna do Heleny.&lt;br /&gt;To było w 1970 roku. Jacques miał wtedy dwadzieścia lat. Podczas jakiejś imprezy na basenie u przyjaciół uratował Helenę przed utonięciem. Dziewczyna była od niego dwa lata młodsza. Gdy ją wyciągnął z wody i ułożył na trawniku wydała mu się tak krucha, że miał ochotę chronić ją już zawsze. Chodzili ze sobą przez rok, a potem poprosił ją o rękę, zaś ona powiedziała tak. Dwa lata później urodził się François, upragniony syn. Dziesięć lat później wpadka z Karoliną nie zdołała już uratować pary, której groziła rozłąka. Brat i siostra dorastali między sfrustrowaną i mało serdeczną matką, a ojcem, który coraz więcej czasu poświęcał pracy. Helena spotkała wreszcie innego mężczyznę i zostawiła Jacques’a. Na szczęście dzieci pozostały mu wierne. Bez François i Karoliny, Jacques nie zdołałby pokonać etapu, który uważał za największą porażkę swojego życia.&lt;br /&gt;Mała rodzina radziła sobie całkiem dobrze. Mieszkali w sporym mieszkaniu na parterze kompleksu złożonego z trzech budynków przy ulicy Saint-André. Każdy miał własny pokój. Jacques przeznaczył czwarte pomieszczenie na biuro wyposażone w komputer z Internetem. Od czasu do czasu wszyscy zbierali się w salonie, żeby wspólnie obejrzeć jakiś film, ale od rozwodu nigdy  nie jedli wspólnie w jadalni pełnej wspomnień, o których wszyscy woleli zapomnieć.&lt;br /&gt;- Wiesz, tato, masz mocno podkrążone oczy. Kiedy za dużo pracujesz, wydajesz się starszy niż jesteś.&lt;br /&gt;Jacques uśmiechnął się przepraszająco, a potem zanurzył widelec w pomarańczowych kluskach. Nie było przyjemnie usłyszeć, że się wygląda starzej niż na swoje pięćdziesiąt lat. Już tę pięćdziesiątkę trudno było przełknąć. Czas mijał, kiedyś przejdzie na emeryturę, dzieci odejdą, a co jemu pozostanie? Jacques nie chciał dożyć końca swoich dni w samotności. Zaczynał rozważać możliwość znalezienia sobie nowej towarzyszki życia. Nie mając jednak żadnego doświadczenia w tej dziedzinie, nie wiedział, jak się za to zabrać. Trudno mu było wyobrazić sobie siebie w klubie organizującym spotkania towarzyskie dla singli, a jeszcze trudniej sprawdzać anonsy w Internecie. Jak by to wyglądało, gdyby przyłapali go na tym Karo albo François?&lt;br /&gt;Przełknął kolejny łyk, gdy zadzwonił telefon.&lt;br /&gt;- Och nie! – rzuciła Karolina. – Żadnych pilnych spraw. Nie powinieneś odbierać.&lt;br /&gt;Telefon o tej porze mógł oznaczać tylko nagły przypadek i dotyczyć wyłącznie jego.&lt;br /&gt;Sierżant detektyw Moreau wstał i odebrał telefon. Rozmowa trwała zaledwie dziesięć sekund.&lt;br /&gt;- Już jadę – zakończył.&lt;br /&gt;Odłożył słuchawkę, złapał kurtkę i ruszył w stronę drzwi.&lt;br /&gt;- Co się dzieje? – spytała Karolina walcząc nadal ze zbyt gorącą pizzą.&lt;br /&gt;- Wyjątkowy przypadek – odparł wychodząc z domu.&lt;br /&gt;A wrzód coraz bliżej, pomyślała dziewczyna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mercury wchodziła po metalowych schodach wlokąc się z trudem z jednego stopnia na drugi i trzymając się poręczy. Odległość dzielącą jej dom od Obutego Androida przebyła kuśtykając.&lt;br /&gt;Na trzecim i ostatnim piętrze westchnęła z ulgą. Wsunęła klucz do zamka drzwi kuchennych, weszła do środka i opadła na najbliżej stojące krzesło. Zaraz potem rozpięła długi zamek błyskawiczny srebrnego kombinezonu, z niejakim trudem odkleiła cienki materiał od wilgotnej skóry i uwolniła się z ubrania, które ułożyła na stole. Wyciągnęła lewą nogę i oparła ją na tapicerowanym krześle stojącym obok. Siedząc w samej bieliźnie i czarnych skarpetkach, znieruchomiała.&lt;br /&gt;Odpoczywała w ten sposób jakiś czas, a potem zgięła nogę i delikatnie zdjęła z niej skarpetkę zniszczoną długim marszem po asfalcie. W samym środku stopy tkwił odprysk szkła wielkości dziesięciocentówki. Na szczęście rana nie była jakoś szczególnie skomplikowana. Zwykła pęseta do regulowania brwi powinna wystarczyć. Mercury zdjęła drugą skarpetkę. Wstała i przeszła przez kuchnię poruszając się na piętach. Kilka minut później odłamek szkła leżał na dnie śmietniczki w toalecie. Siedząc na skraju wanny, dziewczyna dezynfekowała ranę.&lt;br /&gt;Musiała po drodze wyrzucić perukę do pojemnika na śmieci. I tak w srebrnym kombinezonie wyglądała niezbyt dyskretnie. W dodatku nie mogła biec, ale nie miała wielkiego wyboru. Nie mogła podjąć ryzyka, że zostanie zatrzymana. Unikanie policji było częścią strategii przetrwania, której musiała ściśle przestrzegać. Mercury nie mogła więc wrócić do Obutego Androida. Przynajmniej niezbyt prędko. Tak czy inaczej zostawiła za sobą niewiarygodne buty lego, w pewnym sensie paszport, który pozwalał jej na wstęp do tego specyficznego baru.&lt;br /&gt;Gdy rana była już zakryta szerokim, wodoodpornym plastrem, Mercury wślizgnęła się pod prysznic. Namydlając drobne ciało, pomyślała, że dzięki szczególnym talentom, ale także odrobinie szczęścia, ta noc zakończyła się bez większych komplikacji. Tak naprawdę mogła nie nieć okazji do wykorzystania swojej mocy, albo policja mogła podążyć jej tropem. Co gorsze, rana mogłaby się okazać groźna i wymagać opieki szpitalnej. A Mercury unikała szpitali co najmniej tak samo pilnie jak komisariatów.&lt;br /&gt;Wyszła spod prysznica, wytarła się szybko i sprawdziła, czy opatrunek się trzyma. Zadowolona wyszła z łazienki. Po lewej stronie korytarza drzwi były uchylone. Mercury popchnęła je.&lt;br /&gt;Pokoik, mały ale urządzony z wdziękiem, pachniał przyjemnie świeżą lawendą. Okno z firankami z bladoniebieskiej organdyny, było szeroko otwarte. W łóżku spała stara kobieta leżąc na wznak. Jej dłonie szwaczki, jeszcze ładne i zręczne, spoczywały na liliowej pościeli. Głowa, okolona gęstą, białą czupryną, sprawiała wrażenie, jakby spoczywała na kłębku waty. Spokojny wyraz jej twarzy dodawał otuchy; Rosaline czuła się dobrze. Mercury przymknęła drzwi wychodząc z pokoju.&lt;br /&gt;Po tej samej stronie wąskiego korytarza nieco z prawej, naprzeciwko łazienki znajdował się jej własny pokój. Trudno go było nazwać ładnym. Był raczej praktyczny. Ściany pomalowane na kolor ciemnej zieleni i fiolet sprawiały, że pokój wydawał się mniejszy niż pokój Rosaline. Był za to wypchany do granic możliwości. Poza miejscem, na którym znajdowały się drzwi do garderoby i drzwi wejściowe oraz okno, poza prostym łóżkiem i biurkiem do pracy, ściany były pokryte półkami, na których stały książki i starannie rozmieszczone pudełka. Mercury sama zrobiła te półki.&lt;br /&gt;Chociaż Rosaline zostawiła włączony wentylator, który stał na rogu biurka, w pokoju było bardzo gorąco. Mercury założyła białe, bawełniane wdzianko, a potem usiadła na łóżku. Jedną po drugiej wyjęła z oczu soczewki kontaktowe w kolorze ametystu, które skrywały jej naturalne tęczówki, włożyła je do roztworu soli i zamknęła w pojemniczku.&lt;br /&gt;Mercury Chesterfield oparła łysą głowę na białej poduszczę. Zanim zamknęła oczy jej srebrzyste tęczówki zalśniły w półmroku niczym rtęć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4238627183558050440?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4238627183558050440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/08/czarna-woda-4.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4238627183558050440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4238627183558050440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/08/czarna-woda-4.html' title='Czarna Woda (4)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-311086654674870573</id><published>2010-08-07T13:29:00.003+02:00</published><updated>2011-04-03T16:42:07.918+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miasta Wewnętrzne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna Woda (3)</title><content type='html'>MONTREAL&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;François Moreau wszedł do Delikatessen na rogu Mont-Royal i Saint-Denis. Przywitał się z szefem lokalu, Robertem, szpakowatym Włochem, który stał niewzruszony za kasą, po czym ruszył do „swojego” stolika, ostatniego po lewej, obok okna. Rzucił rudobrązową skórzaną kurtkę na ławkę obitą pomarańczowym winylem i usiadł.&lt;br /&gt;Późnym wieczorem w ten piątek pod koniec sierpnia, w restauracji siedziało zaledwie dziesięciu klientów. Największy ruch zaczynał się około trzeciej trzydzieści, zaraz po zamknięciu barów. François przychodził do Delikatessen prawie każdego wieczoru. Zapach podawanych tu frytek z sosem był mu tak samo znajomy jak zapach mini pizzy, którą odgrzewał u siebie w domu.&lt;br /&gt;Zapalił papierosa w chwili gdy Anna, która wyszła z kuchni trzymając jeden talerz w ręku z drugim ustawionym w doskonałej równowadze na przedramieniu, mrugnęła do niego okiem. Ulubiona kelnerka François, niegdyś ruda, od lata miała włosy w kolorze złotego blondu. Krążąc w swoim nieśmiertelnym, zbyt dopasowanym stroju, rozstawiła talerze i zniknęła za wahadłowymi drzwiami do kuchni. Minutę później przyniosła czarną kawę swojemu wiernemu klientowi.&lt;br /&gt;- Wszystko w porządku, mój śliczny François?&lt;br /&gt;- Jak zwykle, moja Złota.&lt;br /&gt;Anna usiadła naprzeciwko François. Była najstarszą z kelnerek i czasem mogła sobie pozwolić na krótką pauzę bez docinków Roberto. Miała czterdzieści dwa lata i choć nigdy nie żywiła złudnych nadziei, zawsze czuła lekkie podniecenie, kiedy jej spojrzenie krzyżowało się z pięknymi, ciemnoniebieskimi oczami François. Jego ciemne, niesforne włosy i twarz prawie nigdy nie ogolona na gładko nadawały mu wygląd łobuziaka. Jednak przychodził do Delikatessen już od tak dawna, że nie zdołałby wyglądem zmylić Anny. François był porządnym gościem.&lt;br /&gt;- Widziałeś ostatnio jakieś filmy? – spytała wiedząc o jego pasji do kina.&lt;br /&gt;- Widziałem sporo, ale żaden nie był tak ekscytujący jak filmy wytwórni FantAsia.&lt;br /&gt;François spędził część lata w kinie Imperial, gdzie odbywał się festiwal filmów fantastycznych.&lt;br /&gt;- A ja w tym tygodniu widziałam film, który bardzo mi się nie podobał – powiedziała Anna. – Przyszedł brat, żeby wspólnie spędzić wieczór i wypożyczył film dla wariatów! „Mad Max. Pod kopułą gromu”.&lt;br /&gt;François się roześmiał.&lt;br /&gt;- W życiu nie widziałam nic równie absurdalnego – ciągnęła Anna. – Wiesz co było najgorsze w tym wszystkim? Że mój brat po raz trzeci oglądał ten stary film!&lt;br /&gt;- Hm, nawet Mel Gibson ci się nie podobał?&lt;br /&gt;- Całe szczęście, że tam był, bo ta cała reszta... Szczerze mówiąc... Wiesz kogo mi przypominali ci wielcy faceci ogoleni na łyso i przebrani za coś w rodzaju pustynnych gwiazd rocka?&lt;br /&gt;- Bo ja wiem? Chyba nie.&lt;br /&gt;- Tego gościa, który przychodził napić się z tobą herbaty zeszłej jesieni.&lt;br /&gt;Jan Béluterre, który wyglądał na wojownika przyszłości w długim płaszczu i w butach na grubej podeszwie nie mógł przejść niezauważony.&lt;br /&gt;- Nie wiesz, co się z nim dzieje? – ciągnęła Anna.&lt;br /&gt;Po raz pierwszy François spotkał Jana Béluterre’a niecały rok wcześniej. Dziwny mężczyzna usiadł naprzeciwko niego w tym samym miejscu, w którym siedziała teraz Złota. I zaczęli ze sobą rozmawiać. Stopniowo ich rozmowy przekształciły się w swego rodzaju zażyłość, która niestety zakończyła się trzy tygodnie później, dziewiętnastego października. Tamtego dnia, samochodem swojego najlepszego przyjaciela Stefana, François wywiózł Béluterre’a i jego towarzyszkę, Turę Sherman alias Szkarłatnego Anioła, daleko od Montrealu. Półtora miesiąca później, dokładnie czwartego grudnia, dostał krótki list:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi François,&lt;br /&gt;U nas wszystko w porządku. Mam nadzieję, że u ciebie też jest okej. Jeszcze raz dziękuję za to, co zrobiłeś dla Tury i dla mnie. Życzę ci, byś spotkał fascynującą kobietę.&lt;br /&gt;Nie zapomnę cię.&lt;br /&gt;Jan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tamtej pory nic.&lt;br /&gt;- Nie – odparł François. – Właściwie nic o nim nie wiem. Był w Montrealu tylko przejazdem. Ale wygląda na to, że Hugh Grant i Julia Roberts też zajrzeli do Montrealu – dodał patrząc na parę, która właśnie weszła.&lt;br /&gt;Anna odwróciła się szybkim ruchem. Nowoprzybyłymi gośćmi było dwóch solidnie zbudowanych mężczyzn. Spojrzała na François z uśmiechem.&lt;br /&gt;- Żartowniś. Przynieść ci frytki z sosem?&lt;br /&gt;- Bądź tak miła.&lt;br /&gt;Kelnerka wstała. Czas wrócić do obowiązków. Odeszła kręcąc biodrami nieco zbyt ostentacyjnie.&lt;br /&gt;Z uśmiechem w kąciku ust François zgasił papierosa w czystej popielniczce. Obserwował niedopałek zastanawiając się, dlaczego zawsze odkłada do jutra zerwanie z nałogiem. Zniechęcony własnym brakiem silnej woli odsunął od siebie paczkę niebieskich gauloise’ów i usiadł bokiem podciągając jedną nogę pod siebie. Postawił na udzie filiżankę z kawą i przyglądał się ludziom na zewnątrz. Patrzył właściwie nie ich widząc. Myślał o czymś innym.&lt;br /&gt;Całymi tygodniami, które  nastąpiły po wyjeździe Jana Béluterre’a i Tury Sherman, François sądził, że odnalazł cel swojego istnienia: odkrycie, kim był zadziwiający Béluterre. Na koniec jednak się poddał. Poznanie prawdziwej tożsamości Jana nie miało najmniejszego znaczenia, skoro jego samego już tu nie było! A w chwili obecnej, on i jego towarzyszka mogli się znajdować w dowolnym miejscu na świecie. Nawet jeśli François czasem o tym myślał, to i tak wiedział, że nie będzie próbował ich odnaleźć, przynajmniej nie bez solidnej przyczyny. Pomimo sympatii, jaką Béluterre żywił do niego, François zgadywał, że jest mało prawdopodobne, by starał się go znowu spotkać.&lt;br /&gt;Bez Jana życie François znów się stało monotonne. Banalne. Stefan Brazeau był niestety tak bardzo przewidywalny. Żyli jak  bracia. Przyjaciele z dzieciństwa, razem chodzili do szkoły podstawowej i średniej. Potem ich drogi nieco się rozeszły. Stefan zaczął studiować komunikację i skończył szkołę z ogromną łatwością. Trzy lata później miał w garści dyplom uniwersytetu. Życie François nie było równie proste. Pasjonat kina, miał zamiar studiować tę dziedzinę, gdy zachwiał się jego rodzinny wszechświat. To było w 1990. Miał wtedy dziewiętnaście lat, a Karolina, jego siostra, była ledwie siedmiolatką, kiedy rodzice się rozeszli. W życiu Heleny, ich matki, pojawił się inny mężczyzna. Ponieważ nigdy nie była szczególnie wylewna ani czuła, nie zwróciła się o opiekę nad dziećmi. Nie chciała ich w swoim nowym życiu. Tak czy inaczej François by się nie zgodził, żeby on i jego siostra mieszkali z niby ojcem. Zbyt wielu kolegów z jego klasy żyło w rozbitych rodzinach, by on sam nie zdawał sobie sprawy ze skutków takiego nieszczęścia. Był już całkiem dorosły i mógł się jeszcze jakoś z tym pogodzić, ale nie było mowy o tym, żeby Karolina miała jeździć z jednego miejsca w drugie, od jednego weekendu do następnego, nie czując się nigdzie we własnym domu. Tak więc, podczas gdy Stefan pracował nad karierą, François zajmował się siostrą i wspierał – raczej w sposób praktyczny niż emocjonalny – ojca, który przez dwa lata po rozwodzie był kompletnie rozbity. Tylko praca w policji nie pozwoliła mu popaść nieodwołalnie w depresję.&lt;br /&gt;Minęło osiem lat, odkąd Helena zniknęła z portretu rodzinnego i jeśli Jacques się z kimś spotykał, to nic nie mówił dzieciom. Karolina i François uważali, że ojcu przydałaby się obecność kobiety, lecz nie mieli odwagi rozmawiać z nim na ten delikatny temat. Ciągle żywili nadzieję, że pewnego dnia przedstawi im swoją wybrankę.&lt;br /&gt;Karolina miała teraz piętnaście lat i darzyła brata bezgranicznym uczuciem. On ją wychował, on się nią opiekował, on odbierał ją ze szkoły aż do dwunastego roku życia. On słuchał jej śmiechu albo płaczu, jemu mogła zadać wszystkie pytania na temat życia, prosić o radę i do niego mogła dzwonić, wieczorem, żeby ją odebrał od koleżanki, jeśli bała się wracać do domu sama.&lt;br /&gt;François nie podjął studiów po szkole średniej. Nigdy też naprawdę nie pracował. Latem zarabiał trochę kieszonkowego pomagając w przeprowadzkach albo pracach ogrodniczych. Resztę roku jakoś sobie radził dzięki drobnym remontom, naprawom i malowaniu mieszkań. No i rzecz jasna dostawał pieniądze od ojca. Jacques Moreau nigdy nie wypominał synowi, że ten nie pracuje. Jednak François uznał, że sytuacja staje się trudna. Miał dwadzieścia pięć lat, był bez pracy, nie miał dziewczyny i nie miał celu.&lt;br /&gt;Opróżnił filiżankę kawy i odwrócił się; zobaczył Stefana, który żwawym krokiem zdążał w jego stronę ubrany w zielone polo, luźne, beżowe spodnie i sportowe buty z całą pewnością bielsze od jego butów.&lt;br /&gt;Przyjaciele byli w tym samym wieku, tego samego wzrostu, ale na tym podobieństwa się kończyły. Pełne policzki Stefana zdradzały skłonność do tycia. Jego wielkie, orzechowe oczy otwierały się na świat szczerze, a w spojrzeniu nie było złośliwości. Zupełnie różny od introwertycznego i niespokojnego François, który nigdy nie wydawał się zadowolony z życia.&lt;br /&gt;Stefan usiadł na ławce naprzeciwko przyjaciela. Ten zaś uniósł pustą filiżankę i dał znak Annie, by przyniosła dwie kawy.&lt;br /&gt;- Telecomnica organizuje wieczór integracyjny. Mam dla ciebie zaproszenie.&lt;br /&gt;Od trzech lat Brazeau pracował w grupie telekomunikacyjnej noszącej nazwę Telecomnica.&lt;br /&gt;- A co ja tam niby będę robił?&lt;br /&gt;- Bawił się?&lt;br /&gt;François nie potrafił zmylić Anny, a ze zmyleniem przyjaciela szło mu jeszcze gorzej. Nie było sensu próbować go przekonać, że bawi go łażenie po barach, upijanie się i flirty z kobietami, które były mu w głębi duszy obojętne.&lt;br /&gt;Anna przyniosła frytki i kawę.&lt;br /&gt;- Chcesz coś? – zapytała Stefana, który był stałym klientem w każdy piątek wieczór.&lt;br /&gt;- Nie, dziękuję.&lt;br /&gt;Puściła oko do swojego faworyta i odwróciła się na pięcie.&lt;br /&gt;- Co to właściwie za impreza? – spytał François.&lt;br /&gt;-  Nazywa się „Plumisteria” i wygląda na to, że będzie nieźle odjechana.&lt;br /&gt;Rzucając nerwowe spojrzenia na paczkę gauloise’ów roztargniony François słuchał przyjaciela, który opisywał mu „imprezkę”. Wszystko niby zapowiadało się obiecująco, ale czy było warte tyle co spotkania z Janem Béluterre? O tym jednak Stefan nie mógł wiedzieć. Nigdy nie spotkał Béluterre’a, a François nigdy mu o nim nie mówił.&lt;br /&gt;- No to jak? Przyjdziesz?&lt;br /&gt;- Tak, tak. Przyjdę na tę twoją „Plumisterię”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aleksander Trottier zamknął ostatni numer „Rencontres-chocs”. W świetle kilku czarnych świec przeczytał właśnie czwarty artykuł na temat brytyjskiego ruchu Crazy for Corpes.&lt;br /&gt;Alex dobrze znał londyńskich CFC. Od wielu tygodni prowadził korespondencję mailową z ich przywódcą o przydomku Sam Rozpruwacz. Chciał przystąpić do klanu, ale mimo dobrych intencji i nienagannej angielszczyzny (matka była angielskojęzyczna), nie posiadał najważniejszego elementu, który by mu pozwolił zostać jednym z CFC. Jeszcze go nie posiadał.&lt;br /&gt;Spojrzał na stertę czarnych ubrań leżących na krześle i zastanawiał się, co założyć. Już dawno powinien był wrzucić wszystko do pralki, ale wybierze coś jeszcze na ten wieczór. Wyjął ze sterty obcisłe jeansy i przejrzysty sweter. Rzucił je na łóżko, a potem włożył do czytnika CD w swoim komputerze płytę Mask zespołu Bauhauss. Odkręcił dźwięk do oporu. Jakiś czas wcześniej, gdy rodzice zauważyli, że znosi wszystkie swoje rzeczy – z wyjątkiem mebli z pokoju – z drugiego piętra do piwnicy, miał usprawiedliwienie:&lt;br /&gt;- Wrzeszczycie, kiedy muzyka gra za głośno. Z piwnicy nie będziecie jej słyszeć!&lt;br /&gt;Alex objął w posiadanie pokój gościnny (czy ktoś tu kiedykolwiek spał?). Jeśli zaś chodzi o inne powody, dla których wolał mieć pokój w piwnicy, to nie wyjawił ich rodzicom, nie zrozumieliby go. Nawet by nie słuchali.&lt;br /&gt;Założył jeansy i sweter, po czym wszedł do łazienki przyległej do nowego pokoju. Stojąc przy zlewie przyglądał się sobie w lustrze, rozzłoszczony trzema pryszczami, które przetrwały przemywanie płynem gwarantującym zniknięcie wszystkich krostek. Na szczęście, kiedy jego twarz pokryje podkład w kolorze „kostnego proszku” nie będzie ich widać. Prawie nie będzie ich widać.&lt;br /&gt;- Alex? – zawołał nosowy, kobiecy głos.&lt;br /&gt;Matka. Czego też mogła chcieć?&lt;br /&gt;Wyszedł z łazienki i otworzył drzwi do pokoju na tyle szeroko, na ile pozwalał założony łańcuch.&lt;br /&gt;- Co robisz w ciemnościach? – spytała po angielsku.&lt;br /&gt;Nie chciało mu się przypominać jej po raz kolejny, że woli światło świec niż żarówek. Tak czy inaczej matka nie oczekiwała odpowiedzi na swoje pytanie, bo natychmiast podjęła:&lt;br /&gt;- Wyjeżdżam na weekend. Twój ojciec powinien niedługo wrócić. Dasz sobie radę?&lt;br /&gt;Pani Trottier nie doczekała się żadnej reakcji syna. Widziała zresztą tylko połowę jego twarzy w uchylonych drzwiach.&lt;br /&gt;- Odpowiedz, kiedy do ciebie mówię, Alex! – zdenerwowała się. – Staję na głowie, więc może i ty mógłbyś się trochę postarać? Już od dwóch tygodni proszę, żebyś zdjął ten łańcuch z drzwi!&lt;br /&gt;Alex zamontował łańcuch w dniu swoich osiemnastych urodzin.&lt;br /&gt;- Nie czekaj aż powiem o tym ojcu – ciągnęła nieświadoma jak bardzo żałosna jest to groźba. – Muszę już iść, czekają na mnie. Bądź grzeczny!&lt;br /&gt;Pani Trottier weszła po schodach tak szybko, jak pozwalały jej na to krótkie nogi. Spieszyło się jej nie tyle, żeby zdążyć na czas, ile żeby uciec przed tym nienormalnym synem.&lt;br /&gt;Rodzice Alexa właściwie nie mieszkali w imponującym domu naprzeciwko parku LaFontaine. Raczej przebiegali przezeń w galopie, żeby zabrać jakieś ubrania albo dokumenty, przejrzeć pocztę i zapłacić rachunki, włożyć zakupy do lodówki i zostawić w szufladzie w bufecie pieniądze dla syna. No i przespać się, jeśli nie przebywali akurat poza Montrealem w związku z interesami. Alex nie znał przyjemności rodzinnego posiłku, a w tych rzadkich przypadkach, kiedy to miało miejsce, jego rodzice kłócili się i na koniec każde z nich szło w swoją stronę pozostawiając go samotnego w jadalni. Zupełnie jakby nie istniał. Aleksander wracał wówczas do swojego pokoju, do tajemnego świata, do którego nikt nie miał dostępu. Słuchał muzyki i surfował po necie w poszukiwaniu czegoś, co pozwoli mu zostać jednym z CFC.&lt;br /&gt;Gdy już pokrył twarz kostnym proszkiem i zaczesał na żel czarne włosy – były trochę zbyt długie, by się chciały same trzymać – Alex sprawdził godzinę na zegarze wieży stereo: dwudziesta trzecia trzydzieści. Dotrze na imprezę do Ezry, najnowszego baru gotyckiego mieszczącego się przy Avenue du Parc, nieco po północy. Doskonała pora. Parkiet będzie już zapełniony i łatwo będzie się przemknąć między tańczącymi pozostając niezauważonym. Wróci późno, ale przecież matki nie będzie, a jeśli ojciec zdąży wrócić, to Alex wejdzie do swojego pokoju przez okno i nikt niczego nie zauważy.&lt;br /&gt;Poszperał w kieszeniach długiego płaszcza z czarnej skóry. Znalazł tam pięć banknotów dwudziestodolarowych. Nie mogąc dać mu tego, czego rzeczywiście potrzebował, rodzice czuwali, by mu nigdy nie zabrakło pieniędzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głośniki w klubie Obuty Android trzeszczały z powodu rekordowej ilości decybeli. W tym nielegalnym barze o futurystycznym wystroju tancerki nosiły niesamowite botki prześcigając się w ekstrawagancji. Tańczyły na specjalnym parkiecie zgodnie z dziwacznym rytmem muzyki, której nie można było usłyszeć nigdzie indziej. Monochromatyczne i punktowe światło, fioletowe, zielone, a najczęściej czerwone nurkowało w tłumie pośród innych, jaskrawych świateł.&lt;br /&gt;W opiętym kombinezonie z winylu, który wyglądał jak folia aluminiowa, Mercury Chesterfield poruszała się niczym android nękany mechanicznymi spazmami. Jej ciężkie botki na czerwonych platformach z naklejonymi drobnymi klockami lego w tym samym kolorze pozwalały poruszać wyłącznie tułowiem. Na głowie miała perukę i spod długich, białych dredów, jej oczy o fioletowych tęczówkach połyskiwały srebrnymi cieniami. Na ustach lśnił czarny błyszczyk. Wokół niej kobiety ubrane i umalowane równie starannie poruszały w tańcu górną częścią ciała gładząc się wzajemnie po twarzach, ramionach lub talii gestami pełnymi gracji. Lalki-roboty wykonywały na parkiecie dziwny balet.&lt;br /&gt;Po kawałku bardziej szalonym niż poprzednie, Mercury przeszła wolno na skraj parkietu, gdzie tancerki spragnione chwili wytchnienia mogły przysiąść na ławeczkach, których kolor zmieniał się z zielonego na czerwony pod wpływem dotyku. Mercury usiadła i zdjęła botki, a następnie wsunęła je do szuflady pod ławką. Rzuciła okiem na kontuar, gdzie zostawiła butelkę wody i stwierdziła, że butelka zniknęła. Kodeks honorowy nakazywał, by nikt nie kradł butów. Co do reszty było jak wszędzie. Żadnej gwarancji.&lt;br /&gt;Niższa o piętnaście centymetrów Mercury chodziła w samych rajstopach. Buty wolno było nosić wyłącznie na parkiecie do tańca. Ruszyła do toalety, żeby się nieco odświeżyć, gdy nagle muzyka umilkła. Białe światło zapłonęło ostrym blaskiem. Zewsząd rozległy się protesty. W Obutym Androidzie pojawiła się policja.&lt;br /&gt;Nie tracąc ani sekundy, lekka i szybka, a także przekonana, że tylne wyjście było już strzeżone, Mercury ruszyła błyskawicznie tam, dokąd zmierzała pierwotnie. Znalazłszy się w łazience, weszła do kabiny na samym końcu, jedynej, w której znajdowało się okno wychodzące na przeciwną stronę niż wyjście bezpieczeństwa. Prawdopodobieństwo, że policja obstawi również tę stronę było nikłe. Kto wpadłby na pomysł ucieczki skacząc z czwartego piętra?&lt;br /&gt;Mercury Chesterfield wspięła się zręcznie na rezerwuar. Już miała wyjść przez okno przymykane na łańcuch, kiedy drzwi do toalety otworzyły się z kukiem. Policjantka dopadła do niej w kilku susach. Mercury się odwróciła.&lt;br /&gt;-  Naprawdę myślisz, że tędy wyjdziesz, moja śliczna?&lt;br /&gt;Zanim jednak przedstawicielka władzy zdołała dodać cokolwiek, zanim nawet zdołała wykonać choćby jeden gest, Mercury popchnęła okno, podciągnęła się na jego skraj i wyskoczyła pozostawiając tamtą skamieniałą niczym posąg.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-311086654674870573?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/311086654674870573/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/08/czarna-woda-3.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/311086654674870573'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/311086654674870573'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/08/czarna-woda-3.html' title='Czarna Woda (3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4142506478210620146</id><published>2010-07-30T16:58:00.002+02:00</published><updated>2010-07-30T17:02:34.753+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna Woda (2)</title><content type='html'>PENLOCKE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Różne dziwadła widywałem w Sensatrip, ale nigdy nie widziałem nikogo podobnego do istoty, która weszła tego wieczoru. Trąciłem łokciem ciastowatą rękę Buldoga, który odwrócił się w stronę drzwi tak szybko, jak mu na to pozwalały zwały tłuszczu. Nie byłbym w stanie powiedzieć, co wyrażało jego spojrzenie w tej chwili, ani zresztą w żadnej innej, ponieważ oczy Buldoga były wiecznie schowane pod krzaczastymi, czarnymi brwiami, które wyglądały jak okapy.&lt;br /&gt;- W tych ciuszkach długo nie pożyje w naszej dzielnicy – stwierdził Buldog.&lt;br /&gt;To detektyw Keen kiedyś tak ochrzcił Henry’ego. „Buldog” się przyjął, bo Henry miał rzeczywiście faflaste policzki i wystającą szczękę.&lt;br /&gt;Ja się nazywam Randy. To znaczy gorący chłop. Nikt nie pomyślał, żeby mi dać jakiś przydomek, bo to imię pasuje do mnie jak ulał.&lt;br /&gt;Istota miała na sobie obcisły fioletowy sweter, spod którego było widać płaski brzuch o niezwykle białej skórze. Długie nogi wystające spod czarnej winylowej spódniczki oblekał nylon. Ale bardziej niż to dziwkarskie przebranie fascynowała mnie fryzura. Długie, czarne włosy były zebrane na górze głowy w czarną skórzaną tulejkę, przebitą dwiema chińskimi pałeczkami w zielonym fluorescencyjnym kolorze. Istota wyglądała jak perwersyjny demon, który bardzo mi się podobał. A kiedy wspaniałe, ciemne oczy podkreślone cieniami napotkały moje spojrzenie natychmiast  stwardniałem w erekcji. A potem patrzyłem, jak się oddala na tyły Sensatrip w szpilkach wysokich jak pantofle tancerek.&lt;br /&gt;Wieczór mijał jak zwykle: klienci popijali trunki, ci którzy byli tu zadomowieni, rozmawiali między sobą, inni interesowali się panienkami.&lt;br /&gt;Miałem nadzieję, że istota usiądzie przy barze, lecz ona wolała siedzieć sama w ciemnym kącie. Zapaliła pierwszego papierosa i siedziała tak paląc bez przerwy i popijając whisky. Zazdrościłem Scanowi, który tego wieczoru obsługiwał stoliki.&lt;br /&gt;Mijały długie minuty, a istota paliła, piła i rzucała na lewo i prawo spojrzenia pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Nie interesowała się nikim w szczególności ani też nie ciekawiły jej kolejne przedstawienia na scenie Sensatrip. Sprawiała wrażenie kruchej lalki, co zupełnie nie pasowało do jej drapieżnego wyglądu. Nikt się nie przysiadł do jej stolika. Dużo później, gdy napełniałem szklankę poczułem jak łokieć Buldoga wbija się przyjacielsko w moje nerki.&lt;br /&gt;- Obsłużysz cudowną istotę? – zaproponował cichym głosem.&lt;br /&gt;Odwróciłem się: skóra twarzy, którą zobaczyłem naprzeciwko, była tak biała i czysta, że jej widok mnie oślepił. Potem pochłonęło mnie intensywne czarne spojrzenie, w którym lśnił jakiś niepokojący blask. I niezwykle podniecający. Zamiast zapytać na co ma ochotę, podałem whisky. Podziękowała cynicznym uśmiechem. Następnie zaciągnęła się mocno papierosem i wypuściła dym odchylając głowę do tyłu.&lt;br /&gt;Byłem zahipnotyzowany fluorescencyjnymi pałeczkami, które krzyżowały się na czubku jej głowy. U kogoś innego wyglądałyby idiotycznie. Ale u tej istoty wyglądały jak element niezbędny do zharmonizowania kreacji.&lt;br /&gt;- Do jutra, Randy – powiedział Buldog.&lt;br /&gt;- Cześć – odpowiedziałem nie odrywając wzroku od istoty.&lt;br /&gt;Kilku klientów jeszcze zostało, ale spektakle już się skończyły. Scan sprzątał stoły. Lalka skorzystała z chwili względnego spokoju i przemówiła:&lt;br /&gt;- Poproszę jeszcze jedną.&lt;br /&gt;Miała niski, zmysłowy głos. Podałem jej jeszcze jedną whisky i podparłem się łokciami o ladę stając naprzeciwko.&lt;br /&gt;- Jak się nazywasz?&lt;br /&gt;Długim paznokciem pomalowanym czerwonym lakierem pstryknęła w jedną z zielonych pałeczek.&lt;br /&gt;- Stick.&lt;br /&gt;Stick. Nawet mi się podobało. Mogło to być imię męskie albo żeńskie, albo trochę takie i takie. Nieważne. Miałem ochotę przelecieć tę istotę i chyba ochota była wzajemna, bo jakieś dwadzieścia minut później wychodząc w towarzystwie istoty o imieniu Stick, żegnałem się ze Scanem, który zamiatał podłogę.&lt;br /&gt;Tylne drzwi Sensatrip wychodzą na jedną z brzydkich i przerażających uliczek Penlocke. Ledwo cokolwiek tam widać, ponieważ większość żarówek w latarniach jest przepalona i nikt ich nie wymienia. Jeśli chodzi o śmieci to jeszcze inna sprawa. Owszem przyjeżdża od czasu do czasu ciężarówka, ale nie ma żadnej gwarancji, że śmieciarze wszystko pozbierają.&lt;br /&gt;Poruszając się zadziwiająco wdzięcznie na szpilkach Stick wisiała na moim ramieniu. Nocny wiatr rozdmuchiwał jej włosy pachnące egzotyczną wonią, która tłumiła okoliczny smród.&lt;br /&gt;Minęliśmy doktora Scotcha, a potem tancerkę, której imienia nie pamiętam i pana Sing Songa, właściciela Tumono House. Rzucił mi pełne ciekawości spojrzenie, lecz nie zdołałem go rozszyfrować. Nikt z tej trójki nie był niebezpieczny. Mogliśmy jednak trafić na zwyrodnialców. Gdyby oni mieli ochotę zabawić się z lalką, nawet będącą w moim towarzystwie, to dziewczyna nie dotarłaby żywa do końca uliczki.&lt;br /&gt;Wielki szczur przemknął nam nagle między nogami i istota o imieniu Stick straciła równowagę. Zanim zdołałem ją podtrzymać, upadła na wilgotny bruk tuż obok kałuży błota. Spódniczka uniesiona na udach odsłaniała podwiązki. Wyciągnąłem rękę, żeby się jej pomóc podnieść, ale ona zignorowała mój gest, ze śmiechem tarzając się w błocie. Gdy znieruchomiała leżąc na brzuchu z twarzą przytuloną do bruku, rękami wyciągniętymi nad głową i tyłkiem prawie na wierzchu, nie zdołałem się oprzeć. Rozpiąłem pasek, opuściłem spodnie i położyłem się na niej.&lt;br /&gt;Cały czas, kiedy ja się uwijałem, on się śmiał.&lt;br /&gt;Potem, Stick tam został. Leżąc w uwalanym błotem ubraniu dziwki.&lt;br /&gt;Wróciłem do domu i wziąłem zimny prysznic. Położyłem się na moim nędznym materacu i zapaliłem papierosa. Wolną dłonią turlałem w palcach jedną z zielonych fluorescencyjnych pałeczek, którą wyjąłem z włosów lalki z jajami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sensatrip był tak pełny, że aż pękał w szwach. Buldogowi, w nadzwyczajnej dziś formie umysłowej, gęba się nie zamykała.&lt;br /&gt;- No i co? Dziwka warta była zachodu?&lt;br /&gt;- Paskudne dmuchanko - odpowiedziałem nie precyzując, że Stick okazał się facetem i przez cały czas się śmiał.&lt;br /&gt;- Widziałeś kto do nas dziś zawitał? Tam w głębi po lewej. Stół pod oknem.&lt;br /&gt;Zmarszczyłem brwi, żeby wyostrzyć wzrok i spojrzałem w kierunku wskazanym przez Buldoga. Rozpoznałem pana Sing Songa.&lt;br /&gt;Scan, wyposażony w tacę pełną zamówionych trunków, pochylił się do mnie.&lt;br /&gt;- Ten gość nie przemieszcza się bez wyraźnej przyczyny – powiedział. – Musi mieć solidny powód.&lt;br /&gt;Nieco później, kiedy Scan przyszedł mi powiedzieć, że pan Sing Song chciałby ze mną porozmawiać, wcale nie byłem tym zdziwiony. A to dlatego, że poprzedniej nocy patrzył na mnie tak intensywnym wzrokiem. Powiedziałem Buldogowi, że zostawiam mu bar na kilka minut. Przemknąłem się do stolika Chińczyka i usiadłem. Pan Sing Song, drobny i kruchy, narzucał jednak respekt.&lt;br /&gt;- Gdzie jest mężczyzna, z którym byłeś wczoraj wieczorem? – zapytał z dziwnym akcentem jednocześnie śpiewnym i urywanym.&lt;br /&gt;- Nie wiem.&lt;br /&gt;Chińczyk świdrował mnie spojrzeniem.&lt;br /&gt;- Wiesz jak się nazywa?&lt;br /&gt;- Stick.&lt;br /&gt;- Znajdź go i przyprowadź do mnie, do Tumono House.&lt;br /&gt;Tej nocy leżąc na materacu z papierosem w kąciku ust pomyślałem sobie, że odnalezienie Sticka będzie interesujące z dwóch przyczyn. Jedną z nich była ta, że podobnie jak wielu mieszkańców Miasta miałem ogromną ochotę zobaczyć, co się kryje za intrygującą fasadą Tumono House.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślałem naiwnie, że łatwo będzie w Penlocke odnaleźć transwestytę. Ale Miasto jest aglomeracją, w której chaotycznie przecina się ze sobą nieskończona ilość ulic, uliczek i zaułków, a ja nie miałem najmniejszej wskazówki co do kierunku poszukiwań. Po sześciu tygodniach, kiedy cały wolny czas spędziłem błądząc w labiryncie Miasta, dałem sobie wreszcie spokój. Byłem zawiedziony tym, że się nie dowiem, czemu pan Sing Song interesuje się Stickiem i zawiedziony, ponieważ w związku z tym nie zobaczę wnętrza Tumono House.&lt;br /&gt;Moje życie toczyło się nadal własnym trybem: spałem w dzień, pracowałem wieczorami, a potem, prawie każdej nocy, pieprzyłem się z kim popadło, kto sobie tego życzył. Nieważne mężczyzna czy kobieta.&lt;br /&gt;Tego wieczoru wyszedłem sam z Sensatrip. Odległy brzęk łańcuchów, ulubionej broni zwyrodnialców, skłonił mnie, by przyśpieszyć kroku, gdy nagle inny dźwięk, słabszy ale znacznie bliżej, przyciągnął moją uwagę. Zatrzymałem się i znieruchomiałem. Coś toczyło się w moją stronę po bruku. Pałeczka w zielonym fluorescencyjnym kolorze zatrzymała się tuż przed moim butem. Spojrzałem w kierunku, z którego rzucono przedmiot. Stick stał tam oparty o ścianę z czerwonej cegły. W kilku susach znalazł się przy mnie. Ciemne rozpuszczone włosy, twarz o androgenicznych rysach i ciało ukryte pod długim, czarnym płaszczem. Stick wyglądał jak zagadka seksualna, dla tych, którzy tak jak ja nie mieli okazji sprawdzić, kim jest.&lt;br /&gt;Podniósł pałeczkę i wsunął ją do lewej kieszeni mojej kurtki. Kącikiem szkarłatnych warg pocałował mnie w usta, a potem wsunął mi rękę pod ramię.&lt;br /&gt;Dziwne, ale przez te tygodnie, gdy szukałem Sticka, nigdy mi nie przyszło do głowy, że to on przyjdzie do mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W porze, gdy całe Miasto jest pogrążone we śnie, ktoś stukał do moich drzwi. Wstałem i otworzyłem niezbyt entuzjastycznie nastawiony. Stoickie spojrzenie pana Sing Songa podziałało na mnie jak zimny prysznic.&lt;br /&gt;Stick mieszkał u mnie od tygodnia. Skróciłem godziny pracy w Sensatrip, aby większą część nocy móc spędzać na pieprzeniu się z nim. Skoro znalazłem kochanka równie niezmordowanego jak ja, myśl, żeby zawiadomić pana Sing Songa o jego powrocie nie była dla mnie najważniejsza.&lt;br /&gt;- Gdzie on jest?&lt;br /&gt;- W moim łóżku.&lt;br /&gt;Chińczyk nie czekał na zaproszenie. Wszedł. Wyprostowany jak struna, ubrany w ciemnogranatową tunikę stanął przed zamkniętymi drzwiami i dał mi znak szybkim ruchem palców, żebym obudził Sticka.&lt;br /&gt;Istota spała jak zabita. Potrząsnąłem nim trochę, potem klepnąłem delikatnie w twarz, lecz na próżno. Próbowałem powiedzieć coś bardziej konstruktywnego niż stek przekleństw, kiedy właściciel Tumono House podszedł do łóżka. Szybkim ruchem ściągnął kołdrę i ze spojrzeniem, w którym lśnił spryt, chwycił Sticka za jądra. Ten zerwał się szybko jak zwierzę i z zadziwiającą siłą złapał dłoń, która go dotykała. Chińczyk i istota patrzyli na siebie ponurym wzrokiem, potem obaj zwolnili uścisk. Pan Sing Song wyprostował się dumnie, podczas gdy istota zasiadła na łóżku ze splątanymi włosami i okiem podbitym tuszem.&lt;br /&gt;- Ubieraj się – rozkazał Chińczyk.&lt;br /&gt;Stick podniósł paczkę papierosów, która leżała na podłodze obok łóżka. Oparł się o spękaną ścianę podciągając kolana pod brodę i zapalił.&lt;br /&gt;- Zaczekam w korytarzu – powiedział pan Sing Song, po czym wyszedł.&lt;br /&gt;Zadowolony, że nie muszę dłużej znosić obecności właściciela Tumono House w moim domu usiadłem na łóżku naprzeciwko Sticka.&lt;br /&gt;- Możesz wyjść przez okno – zasugerowałem&lt;br /&gt;Spojrzał na mnie, ale nie zdołałem wypatrzyć najmniejszej emocji w jego czarnych, nieprzeniknionych oczach. Nie miałem pojęcia, o co chodziło, a Stick wolał palić niż mówić. Nie wiedziałem o nim nic, a ponieważ on nie zadawał pytań, nie wiedział też nic o mnie.&lt;br /&gt;Teraz ja zapaliłem papierosa i zacząłem gładzić chude nogi Sticka. Wynagrodził mnie kopniakiem. Spróbowałem złapać go za kostkę, ale wtedy kopnął mnie po raz drugi nieco mocniej. Poczułem nagle ochotę na seks, ale nie nalegałem.&lt;br /&gt;Stick wyszedł z łóżka, wziął swoją winylową spódnicę i sweter leżące na oparciu jednego z krzeseł. Przez chwilę patrzył na nie – miałem wrażenie, jakby się zastanawiał, czy to ubranie rzeczywiście należy do niego – i rzucił je na podłogę. Następnie wszedł do maleńkiej łazienki nie zamykając drzwi. Widziałem go, jak czesze swoją długą grzywę, sprawdza, w jakim stanie znajdują się paznokcie i odświeża twarz zmoczonym ręcznikiem, kobiecy rytuał nagle został przerwany siknięciem spływającym z wysokości do sedesu. Ten kontrast wywołał uśmiech na mojej twarzy. Wtedy zastanowiłem się od jak dawna już się nie uśmiechałem.&lt;br /&gt;Stick wyszedł z łazienki. Jego oczy nadal były podbite cieniami, a członek prężył się w pełnym wzwodzie. A więc i on miał na to ochotę? Jego odmowa była tylko natury praktycznej; pan Sing Song czekał.&lt;br /&gt;- Potrzebne mi ubranie.&lt;br /&gt;Nie zapytałem, dlaczego nie chce założyć swojego.&lt;br /&gt;- Zajrzyj za kotarę.&lt;br /&gt;Odsunął kawałek materiału w kolorze khaki, za którym wisiały moje ubrania i wybrał jedyny garnitur, ciemnoszary w drobne prążki. Założył spodnie i marynarkę na gołe ciało. Do nieco za dużego stroju, w którym mimo to wyglądał bardzo dobrze, założył parę sfatygowanych butów w wojskowym stylu. Zarzucił na ramiona swój długi płaszcz i podszedł, by mnie pocałować w usta. Pozwoliłem sobie na szybką i śmiałą pieszczotę, której mi nie odmówił.&lt;br /&gt;Stick dołączył do pana Sing Songa czekającego w korytarzu. Kiedy znów znalazłem się sam w łóżku, uśmiechnąłem się po raz drugi; przez te kilka tygodni, kiedy szukałem Sticka, nigdy nie pomyślałem, że mógł mieć na sobie męskie ubranie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następne dwa miesiące minęły mi jak zwykle. Nie miałem żadnej wiadomości od Sticka ani od pana Sing Songa. Ponieważ to Chińczyk przyszedł do mnie po istotę, z pewnością straciłem jedyną okazję, żeby znaleźć się we wnętrzu Tumono House.&lt;br /&gt;Potem, pewnej chłodnej nocy, kiedy prowadziłem do siebie jakąś dziewczynę, zobaczyłem Sticka krążącego wokół mojego domu.&lt;br /&gt;Niczego nie wyjaśniając dziewczynie, powiedziałem tylko, by sobie poszła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otworzyłem oczy; Stick mnie obserwował. W jego czarnych źrenicach lśniły niejasne i niewypowiedziane pomysły.&lt;br /&gt;Oparte o ścianę, z podciągniętymi pod brodę kolanami, androgeniczne stworzenie o białej twarzy paliło papierosa. Zastanawiałem się, dlaczego jego ciało, chude i niezbyt pociągające, wywoływało we mnie silniejsze podniecenie niż inne ciała. A przecież pieprzyłem się już ze znacznie ładniejszymi od niego.&lt;br /&gt;- Mieszkam w Tumono House – powiedział nagle. – Będziesz mógł mnie odwiedzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak wieść niesie mniej więcej dwanaście lat wcześniej pewien Chińczyk zainteresował się terenem na północno-wschodnim krańcu Miasta. Wciśnięty między dwie ulice, jedną z przodu drugą z tyłu, mając po obu stronach budynki mieszkalne, plac był na tyle szeroki, by wybudować na nim dom... gdyby nie to, że w samym jego środku znajdowało się bajoro. Nigdy żaden mieszkaniec Miasta Penlocke nie wykazał ochoty, by zbudować cokolwiek w tym miejscu, więc nikt nie sprzeciwił się i Chińczyk, dla którego woda nie wydawała się być przeszkodą, został właścicielem działki. Rozpoczął wówczas wędrówkę po uliczkach przeszukując sterty odpadów. Odzyskał wszystko, co mogło się choć trochę przydać: kawałki drewna, cegły, kamienie, metalowe płytki, łańcuchy, krzesła na trzech nogach, strzępy materiałów, kawałki szyb, itd. na własnych, drobnych lecz silnych plecach, zaledwie w kilka tygodni zdołał przetransportować w okolicę wody imponującą ilość materiałów. Następnie rozpoczął budowę zwykłego – jak sądzili mieszkańcy Miasta – domu. Wykonywał to zadanie powoli i dokładnie śpiewając cicho we własnym języku. Ponieważ nikt nie znał jego imienia, Chińczyk został panem Sing Song.&lt;br /&gt;Całymi miesiącami jego praca była ulubionym widowiskiem mieszkańców Miasta. Każdej nocy dziesiątki osób przychodziły przyglądać się, z przodu lub z tyłu, jak dom zwolna rośnie. Wielu oferowało pomoc, jednak Chińczyk nigdy jej nie przyjął. Pracował bez wytchnienia całą noc, a o świcie kładł się na lichym wyrku. Przykryty lekkim kocem zasypiał niewrażliwy na słońce i wiatr.&lt;br /&gt;Kiedy struktura zewnętrzna domu została ukończona, Chińczyk zniknął na wiele tygodni. Wreszcie pewnego wieczoru wyszedł z domu i na ścianie z cegły i kamienia obok drzwi wejściowych zamontował metalowy pręt skierowany czubkiem w stronę ulicy. Na krótkich kawałkach łańcucha zawiesił drewniany szyld z napisem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tumono House&lt;br /&gt;Wstęp tylko za zaproszeniem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stałem teraz przed szyldem Tumono House. W drzwiach nie było klamki, tylko zamek. Znajdował się w nich również niewielki zakratowany otwór w kształcie prostokąta i grube żelazne kółko, którego już miałem użyć, by obwieścić, że przyszedłem z wizytą. Trzymając jednak w ręku to kółko stwierdziłem, że jest ono przywiązane do sznura i nie służy, by nim uderzać w drzwi, lecz by za nie pociągnąć. Pociągnąłem więc i usłyszałem, jak wewnątrz rozbrzmiewa dźwięk dzwonka. Kilka sekund później skośne oko pana Sing Songa pojawiło się w zakratowanym otworze. Odemknął drzwi nie zadając pytań. Lekkim ruchem głowy dał mi znak, bym wszedł szybko do środka. Zamknął za mną drzwi i porozumiewając się cały czas znakami, zachęcił mnie, bym podążył za nim.&lt;br /&gt;Minęliśmy kilka wąskich korytarzy oświetlonych latarenkami. W ich świetle pojawiały się ściany pokryte delikatnymi materiałami w kolorze ciemnoczerwonym lub fioletowym z wyhaftowanymi na złoto chińskimi znakami. Nie często widywałem równie wyrafinowane wnętrza.&lt;br /&gt;Idąc za panem Sing Songiem skręciłem w prawo, potem w lewo. Wszedłem po kilku stopniach, a następnie zszedłem po kilku innych. Wkrótce straciłem orientację i nie potrafiłem powiedzieć, gdzie się znajduje wejście do domu. Zapach dymu kadzidlanego unoszący się w powietrzu przyprawiał mnie o lekki zawrót głowy. Weszliśmy po krętych schodach i dotarliśmy do zamkniętych drzwi. Pan Sing Song skinął mi głową i ulotnił się w chwili, gdy do nich zapukałem.&lt;br /&gt;Drzwi otworzył Stick. Uliczna lalka przemieniła się w lalkę domową ubraną skromnie w długą szatę z czarnego materiału. Włosy miał zaczesane w ciężki kok, w którym krzyżowały się dwie pałeczki w tym samym jaskrawoczerwonym kolorze co usta. Jego twarz, choć bielsza niż zwykle i jaśniejąca, wyrażała tajemnicę.&lt;br /&gt;W pokoju androgenicznej istoty wszystko było czarne. Drewno na suficie i na podłodze, kamień na ścianach, kotary zwisające przy wąskich oknach bez szyb, pościel na łóżku ustawionym pośrodku pokoju.&lt;br /&gt;Stick pocałował mnie bez słowa. Jego usta smakowały delikatną miętą. Jego włosy pachniały podobnie jak podczas naszego pierwszego spotkania. Materiał jego ubrania był zadziwiająco miękki.&lt;br /&gt;W tym dziwnym czarnym pokoju zmysłowość Sticka przebudziła się w zaskakujący sposób. Długie godziny głaskał moje ciało i obdarowywał pieszczotami tak subtelnymi i urzekającymi jak tylko zręczne kobiece dłonie to potrafią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tej nocy w Penlocke padał ulewny deszcz. Sensatrip był prawie pusty. Nawet stali bywalcy nie mieli ochoty wychodzić w tak paskudną pogodę. Wierny swojemu stanowisku za barem Buldog rozmawiał z jedną z tancerek. Scan i ja siedzieliśmy przy stole sącząc wódkę.&lt;br /&gt;- Już ponad miesiąc nie wychodzisz z nikim po pracy – powiedział Scan. To mnie intryguje.&lt;br /&gt;- Mam stałego kochanka.&lt;br /&gt;Scan się uśmiechnął.&lt;br /&gt;- Coś poważnego?&lt;br /&gt;- Wygląda na to, że tak – odpowiedziałem.&lt;br /&gt;Nigdy się nie zastanawiałem nad tym pytaniem, ale sam fakt, że ktoś mi je zadał skłonił mnie, bym sobie zdał sprawę, jak bardzo się uzależniłem od Sticka.&lt;br /&gt;Jakiś kwadrans później, zdjęty pilną potrzebą zobaczenia hermafrodyty, pożegnałem Scana i Buldoga, i wyszedłem z Sensatrip tylnymi drzwiami.&lt;br /&gt;Każdej nocy po pracy szedłem do Sticka, który mieszkał w Tumono House. Najpierw się pieprzyliśmy, a potem paliliśmy w milczeniu aż do pierwszych blasków świtu. Cały dzień spaliśmy, jak zresztą wszyscy mieszkańcy Penlocke. &lt;br /&gt;Tego wieczoru pan Sing Song otworzył mi drzwi Tumono House, a potem zaprowadził do swojej strefy, która wyglądała jak maleńki buduar mieszczący ledwie kozetkę, fotel i drewnianą skrzynię, na której stał zapalony lampion i żarzące się kadzidełka.&lt;br /&gt;- Stick przyjdzie po ciebie – powiedział, a potem zniknął za ciemnogranatową zasłoną haftowaną w barwne ptaki, która zastępowała drzwi.&lt;br /&gt;Po raz pierwszy nie zaprowadził mnie prosto do pokoju mojego kochanka.&lt;br /&gt;Usiadłem w fotelu i żeby zabić zapach kadzidła, którego nie lubiłem, zapaliłem papierosa. Niezwykle miękki materiał, na którym siedziałem przypominał mi materiał z płaszcza Sticka. Ale ten był koloru ochry, jak mi się zdaje. Trudno to było stwierdzić z powodu słabego oświetlenia.&lt;br /&gt;Moja lewa dłoń gładziła jeszcze aksamitny materiał, gdy duża dziewczyna o krótkich blond włosach i zielonych oczach odsunęła haftowaną w ptaki zasłonę. Przyglądała mi się kila sekund.&lt;br /&gt;- Czeka pan na kogoś?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;Ubrana w długą, czerwoną szatę, usiadła na kozetce.&lt;br /&gt;- Jestem Shandra. Czy mogę panu podać koftee?&lt;br /&gt;- A co to jest?&lt;br /&gt;- Ciepły napój.&lt;br /&gt;- Nie. Nie mam ochoty.&lt;br /&gt;- Życzy pan sobie, żebym panu dotrzymała towarzystwa przez ten czas, gdy pan będzie czekał?&lt;br /&gt;Nie byłem przyzwyczajony, by używać formy pan, pani.&lt;br /&gt;- Wszystko mi jedno.&lt;br /&gt;Uśmiechnęła się; była piękną dziewczyną jak wszystkie, które mijałem w tym luksusowym burdelu, jakim był Tumono House. Niewielu mieszkańców Miasta mogło poszczycić się tym, że je widziało. Prawie wszyscy klienci przybywali spoza Penlocke. Byli to dostawcy towarów, kupcy, podróżnicy. Bez znaczenia, w każdym razie wszyscy mieli paszporty, które im pozwalały na wejście do Miasta, pozostanie w nim tak długo, jak będą chcieli i wyjście. Przy czym nikomu nie wolno było zadawać żadnych pytań. Wszyscy ci mężczyźni, a czasami kobiety spędzali większość czasu u pana Sing Songa.&lt;br /&gt;- Wie pan, dlaczego to miejsce nazywa się Tumono House? – zapytała.&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.&lt;br /&gt;- Tumono to nazwa ubrania, które nosimy – powiedziała wstając. – To tunika, która, podobnie jak tradycyjne japońskie kimono została uszyta z jednego kawałka materiału. Jest bardziej dopasowana niż kimono, ale rękawy są równie szerokie. Kimono zapina się krzyżując je z przodu i owijając szerokim pasem noszącym nazwę obi. Tumono zapinamy na guziki, które się znajdują na nie zszytym boku.&lt;br /&gt;Shandra uniosła lewe ramię i odwróciła się nieco tak, bym mógł zobaczyć rząd małych czerwonych guzików, które zdobiły rękaw i bok długiego ubrania aż do obrębka na dole. Przypomniałem sobie, jak wielką przyjemność mi sprawiało odpinanie tych guzików na tumonach Sticka... &lt;br /&gt;- To hybryda między tuniką a kimonem. Pan Sing Song nazwał to ubranie tumono – dodała. – sam je szyje. Każde tumono jest unikalnym egzemplarzem.&lt;br /&gt;- Czy pan Sing Song nie jest Chińczykiem?&lt;br /&gt;- Owszem, ale zna się i na japońskiej kulturze.&lt;br /&gt;Pytanie, które zadałem było idiotyczne. Nie miałem zielonego pojęcia na temat różnic między kulturą chińską a japońską.&lt;br /&gt;Stick wszedł nagle do buduaru. Włosy miał rozpuszczone i ubrany był w tumono. Tego wieczoru nosił biały strój. Przy skórze koloru kredy i czarnych oczach wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie niż zwykle.&lt;br /&gt;- Zostawię was – powiedziała Shandra wychodząc z pokoju najwyraźniej przestraszona obecnością mojego kochanka.&lt;br /&gt;Kilka minut później byłem w pokoju Sticka. Zaciekawiony szeroką kartką przybitą do jednej ze ścian z czarnego kamienia, podszedłem bliżej. Na błękitnym tle widać było plamy w różnych kolorach pokryte mnóstwem drobnych napisów. Były też linie przecinające się w różnych miejscach i liczby wypisane drobnym pismem.&lt;br /&gt;- Co to jest? – zapytałem&lt;br /&gt;- Mapa – odparł Stick stojąc za mną.&lt;br /&gt;Nie znałem map. Podobne do nich, ale znacznie mniej skomplikowane były jedynie karty do gry.&lt;br /&gt;- Przedstawia inny świat, do którego mam dostęp – dodał.&lt;br /&gt;- Nie rozumiem.&lt;br /&gt;- Muszę wyjechać i udać się w pewne miejsce na tej mapie.&lt;br /&gt;- Ale, gdzie to jest?&lt;br /&gt;- Gdzie indziej.&lt;br /&gt;Odwróciłem się do Sticka, lecz zanim zdążyłem zadać mu jeszcze jedno pytanie, powiedział:&lt;br /&gt;- Wytłumaczę ci to innym razem.&lt;br /&gt;- A więc wrócisz?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;Uspokojony tym, że Stick powróci, bez względu na to, dokąd się udawał, wykorzystałem resztę nocy by go pieprzyć z wielkim zapałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazajutrz wieczorem biegłem plątaniną ulic prowadzących do Tumono House.&lt;br /&gt;Jak zwykle otworzył mi pan Sing Song i jak zwykle poszedłem za nim. Zaprowadził mnie do małego pomieszczenia, którego jeszcze nie miałem okazji widzieć. Jego wyposażenie stanowiła niska szafa, okrągły stół i cztery krzesła. Mój gospodarz zamknął za sobą drzwi.&lt;br /&gt;- Chcesz się czegoś napić?&lt;br /&gt;- Wódki.&lt;br /&gt;Usiadłem, a Chińczyk w tym czasie szperał w szafie. Latarenka zawieszona na jednej ze ścian pomalowanych na ciemnoniebieski kolor dawała złote, ciepłe światło. Wokół tego jednego źródła światła rysunki kwiatów oprawione w ramki zdobiły większą część ściany. Uznałem ten szczegół za dziwny, być może dlatego, że nigdy w Penlocke nie wiedziałem kwiatów. Nad szafą, w słoiku wypełnionym piaskiem, tkwiło kilka trociczek, na szczęście dla mnie nie zapalonych.&lt;br /&gt;Gospodarz postawił na stole pełną butelkę wódki i dwa kieliszki.&lt;br /&gt;- Stick wyjechał – oznajmił.&lt;br /&gt;- Wyjechał gdzie indziej?&lt;br /&gt;Po raz pierwszy, odkąd go znałem, pan Sing Song miał zaskoczoną minę.&lt;br /&gt;- Co masz na myśli mówiąc gdzie indziej?&lt;br /&gt;- Stick powiedział mi, że jest w stanie dotrzeć do innego świata.&lt;br /&gt;Chińczyk usiadł naprzeciwko mnie. Otworzył butelkę i nalał nam po kieliszku.&lt;br /&gt;- Jak udaje mu się dotrzeć gdzie indziej? – spytałem.&lt;br /&gt;- Nie mogę ci tego wytłumaczyć, bo sam nie rozumiem.&lt;br /&gt;- Z tego właśnie powodu pan się nim interesuje?&lt;br /&gt;- Tak. I mamy jedną cechę wspólną ty i ja, obaj go potrzebujemy. Ty zależysz od niego fizycznie, a ja zależę od niego, ponieważ od tej pory to on będzie mi regularnie przynosić z innego świata piękne materiały i rzadkie przedmioty, które widzisz w moim domu, a których nie znajdziesz nigdzie indziej w Penlocke. Dzięki Stickowi nie będę musiał czekać na ewentualnych przejezdnych, którzy trafią do mnie po to, bym mógł im odebrać ich dobra.&lt;br /&gt;W milczeniu opróżniliśmy kieliszki.&lt;br /&gt;- Dlaczego mi to opowiadasz?&lt;br /&gt;- Potrzebuję cię, Randy. Stick musi cały czas chcieć wracać do Penlocke.&lt;br /&gt;- Nie rozumiem, w jaki sposób mogę pomóc.&lt;br /&gt;Czarne oczka Chińczyka zmrużyły się chytrze.&lt;br /&gt;- Więzy ciała kryją czasami tajemnicze więzy duchowe.&lt;br /&gt;- Tak sądzisz?&lt;br /&gt;Nalał sobie i mnie drugi kieliszek, i pozwolił mi się nad tym zastanowić. Na koniec zrozumiałem, że tylko ja mogę sobie odpowiedzieć na to pytanie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4142506478210620146?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4142506478210620146/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/czarna-woda-2.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4142506478210620146'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4142506478210620146'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/czarna-woda-2.html' title='Czarna Woda (2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7777963711150497022</id><published>2010-07-26T12:23:00.004+02:00</published><updated>2010-07-26T12:30:48.555+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarna Woda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><title type='text'>Czarna Woda (1)</title><content type='html'>To tytuł drugiej części "Szkarłatnego Anioła" Natashy Beaulieu. W podtytule Księga tajemnic. Uchylę trochę rąbka tajemnicy. Książka powinna się ukazać jesienią, ale co nam szkodzi rzucić okiem na kilka fragmentów już teraz. Dziś prolog.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LONDYN&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powietrze było lodowate. Niebo, niczym ogromna ołowiana płyta wisiało groźnie nad Londynem. Londyńczycy jednak już nie takie rzeczy widzieli. Tego zimnego poranka siódmego stycznia 1998 roku przechodnie podążali żwawym krokiem zaabsorbowani wyłącznie tym, by jak najszybciej dotrzeć do celu. W końcu niebo już kiedyś spadło im na głowę. W pewnym sensie. Między 1940 a 1945.&lt;br /&gt;Owinięty w długie palto z czarnej alpaki o subtelnych bordowych refleksach Dawid Fox szedł w dół ulicą Museum Street w dzielnicy Bloomsbury. Ponieważ firma Blackwall znajdowała się zaledwie o kilka minut od jego mieszkania, uznał że nie ma potrzeby uruchamiania bentleya. Krótki spacer zawsze uważał za przyjemność.&lt;br /&gt;Na skrzyżowaniu Museum Street, Bloomsbury Way i New Oxford Street, Fox wraz z grupką pieszych przeszedł na drugą stronę. W jego żyłach płynęła londyńska krew, jednak Dawid różnił się od innych Londyńczyków nie tylko szlachetnym wyglądem i pięknymi rysami twarzy. W ciele czterdziestolatka krył się mężczyzna, który liczył sobie ponad trzysta lat.&lt;br /&gt;Szedł Museum Street, która kończyła się na rogu High Holborn. Znalazłszy się po drugiej stronie tej arterii wszedł w Drury Lane znajdującą się dokładnie naprzeciwko.&lt;br /&gt;Była to ta sama Drury Lane – uznana za jedną z najstarszych ulic otaczających Covent Garden – którą szedł młody Dawid Fox w nocy 4 grudnia 1664 roku, kiedy to nastąpiło nieoczekiwane spotkanie. Tajemnicza postać zawołała go po imieniu. Dawid podszedł zaciekawiony. Osobnik o bardzo białej skórze i czerwonych tęczówkach, który przeraziłyby kogoś mniej odważnego przedstawił mu się jako Listar. Twierdził, że Dawid był „inny” i z tej też przyczyny wybrał właśnie jego, by mu powierzyć szczególną misję chronienia swego Miasta, Kaguesny. Nie udzielił żadnego wyjaśnienia. Na pytania Dawida odpowiadał mętnie, a w jego głosie brzmiało zniecierpliwienie.&lt;br /&gt;Na Dryden Street Fox się na chwilę zatrzymał. Nie miał zwyczaju przystawać w tym miejscu, tu bowiem Listar położył swoje długie, szkieletowate dłonie na głowie młodego człowieka, którym wówczas był Dawid, a potem zniknął w mroku. Kilka minut później Dawid zauważył, że w jego umyśle pojawił się obraz – jak zrozumiał – Kaguesny, Miasta niezamieszkałego, które miał chronić przed wszelkimi intruzami. Jak jednak mógł chronić miasto znajdujące się w jego głowie i w dodatku całkiem obce? A jednak mu się udało. Zgodnie z obietnicą Listar powrócił dwadzieścia pięć lat później i obdarzył Dawida nieśmiertelnością. Dzięki nagrodzie Fox mógł kontynuować zadanie. Uważał za dziwne, że firma Blackwall mieściła się akurat tak blisko miejsca, gdzie los objawił mu się pod postacią, która kilkaset lat później nadal była dla niego zagadką.&lt;br /&gt;Przeszedł na tę stronę Dryden Street, gdzie domy były oznaczone parzystymi numerami. Ściśnięte ciasno jedne przy drugich stare czteropiętrowe budynki tej krótkiej uliczki mieściły różne biura. Zadzwonił do domu, w którym mieściła się firma Blackwall. Pięć sekund później usłyszał dyskretny szczęk zamka. Drzwi otworzyły się prawie bezszelestnie. Popchnął je i wszedł do środka. &lt;br /&gt;Fox znalazł w pomieszczeniu o skromnych rozmiarach, lecz nie pozbawionym charakteru. Ścianę po prawej, która była ścianą od ulicy pomalowano w taki sposób, by stworzyć efekt grubych płyt z białej kredy już to umieszczonych jedne obok drugich, już to nachodzących na siebie. Pośrodku tej ściany mieściło się podłużne okno. Pozostałe były czarne i pokryte kilkoma warstwami lakieru, co nadawało im połysk podobny do gładzonego marmuru. Na pierwszy rzut oka wykładzina również wydawała się czarna, lecz gdy się jej przyjrzało z bliska, okazywała się ciemnozielona. Wreszcie dwa fotele w stylu królowej Anny pokryte dumnie jaskrawym, pomarańczowym welurem stały niczym dwaj wspólnicy gotowi na przyjęcie nowych klientów.&lt;br /&gt;Dawid zrobił kilka kroków w stronę recepcji, gdzie stał imponujący i piękny mebel z hebanu, aluminium, szkła i czarnego marmuru.&lt;br /&gt;Widząc niezwykle przystojnego mężczyznę, którego włosy lśniły taką czernią, że z powodzeniem mogły konkurować z blaskiem lakierowanych ścian, Amelia Bellavance raz jeszcze poczuła zadowolenie, że zdecydowała się opuścić Brossard i przenieść do Londynu. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, Amelia była pod tak silnym wrażeniem, że nie mogła wykrztusić ani słowa. Minęło kilka sekund zanim wypowiedziała wreszcie zwyczajowe:&lt;br /&gt;- Dzień dobry panu. Czym mogę służyć?&lt;br /&gt;Fox rozpoznał angielski akcent z Quebeku.&lt;br /&gt;- Chciałbym się spotkać z panią Blackwall – odpowiedział niezwykle brytyjskim angielskim.&lt;br /&gt;Amelia nie od razu odpowiedziała. Zaskoczenie być może minęło, ale nie efekt złotych tęczówek. Nigdy nie widziała takich oczu.&lt;br /&gt;- Hm... Przykro mi, ale pani Blackwall jest nieobecna.&lt;br /&gt;Foxa, ani trochę nie zdziwił oszołomiony wyraz twarzy młodej kobiety. Przyzwyczaił się do tego rodzaju reakcji.&lt;br /&gt;- Czy mogę się umówić na spotkanie? – zapytał.&lt;br /&gt;- Obawiam się, że to może trochę potrwać, proszę pana. Wyjechała na roczny urlop.&lt;br /&gt;- A kiedy wraca?&lt;br /&gt;- Pod koniec lata. Czy mogę zaproponować spotkanie z panią Jane Barry, która zstępuje panią Blackwall?&lt;br /&gt;- Nie. Bardzo dziękuję. Czy zna pani dokładną datę powrotu pani Blackwall?&lt;br /&gt;- Tak, czternasty września.&lt;br /&gt;- Czy może pani zapisać moje nazwisko w jej kalendarzu spotkań? Na czternastego września o godzinie dziewiątej?&lt;br /&gt;- Będzie pan czekał tak długo?&lt;br /&gt;Amelia zakryła usta dłonią i poczuła, że czerwieni się aż po nasadę blond włosów. Ton, jakim to powiedziała absolutnie nie był stosowny do sytuacji. Nie powinna okazywać zaskoczenia tym, że klient ma życzenie raczej czekać na spotkanie z jej szefową, która była przecież architektem o międzynarodowej renomie, niż się spotkać z Jane Barry, młodą architekt, obdarzoną niewątpliwie wielkim talentem, skoro miss Blackwall ją zaangażowała, ale ze znacznie mniejszym doświadczeniem.&lt;br /&gt;- Les fautes comme des fétus de paille, flottent à la surface; qui veut chercher des perles doit plonger au fond – zadeklamował z uśmiechem w kąciku ust. &lt;br /&gt;Amelia odsunęła szybko dłoń od ust. Spróbowała przywołać zwyczajny wyraz twarzy i spokojną postawę. Przesunęła fotel w prawo i otworzyła kalendarz szefowej. Pod datą 14 września 1998 było zapisane „Powrót miss Blackwall”.&lt;br /&gt;- Pańska godność?&lt;br /&gt;- Dawid Fox.&lt;br /&gt;Obok godziny dziewiątej, Amelia zapisała „Pan Dawid Fox”. Ten zaś podziękował jej i wyszedł.&lt;br /&gt;Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Amelia głęboko westchnęła. Cóż z tego, że jej matka była Brytyjką, skoro wkrótce po jej narodzinach, rodzice postanowili zamieszkać w Quebeku. Od dość dawna nie przebywała więc w towarzystwie Londyńczyków i nie bardzo rozumiała ich poczucie humoru. Co właściwie pan Fox chciał jej dać do zrozumienia mówiąc po francusku? Że mówi po francusku i nic więcej? Chciał, żeby poczuła się swobodnie? Zakpił z niej? To ją dręczyło. Zapisała cytat, póki miała go jeszcze świeżo w pamięci. Pan Fox był z pewnością wykształconym mężczyzną, a więc pewnie cytował jakiegoś wielkiego klasyka literatury francuskiej. Amelia Bellavance zasiadła przed komputerem. Włączyła internet z zamiarem odnalezienia autora cytatu. W gruncie rzeczy niewiele więcej miała do zrobienia na początku tego raczej spokojnego roku.&lt;br /&gt;Znalazłszy się ponownie na Drury Lane Fox szedł teraz w przeciwnym kierunku. Jego poczucie czasu było odmienne od wyobrażenia zwykłych śmiertelników. Oczekiwać cierpliwie dziewięć miesięcy na spotkanie z osobą, której talent podziwiał, było dla niego jak najbardziej do przyjęcia. Żył przecież w takich czasach, gdy zakochany mężczyzna musiał czekać całymi tygodniami na list od ukochanej, a wędrowcy spędzali długie miesiące na podróży do celu. Zdarzało się, że Dawid tęsknił za przeszłością. Rewolucja przemysłowa obróciła cierpliwość w zapomnianą cnotę. Postęp był często synonimem pośpiechu ze szkodą dla jakości. Jednak Dawid wystrzegał się wygłaszania sądów na ten temat. Gdyby był zwykłym śmiertelnikiem, być może pośpiech nie wydawałby mu się tak okropny. Może on również ugiąłby się pod presją, by w tym krótkim czasie danym mu do dyspozycji, uczynić jak najwięcej. Niezależnie od jakości lub wartości swoich osiągnięć.&lt;br /&gt;W gruncie rzeczy Dawid Fox nie miał pewności, czy „koniec” był pojęciem, które by można całkiem wykluczyć z jego długiego istnienia. Stwierdziwszy to poczuł, że ma wielką ochotę spotkać się z miss Blackwall.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;687e34ff663e289c85913b96d5ca47ce&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7777963711150497022?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7777963711150497022/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/czarna-woda-1.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7777963711150497022'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7777963711150497022'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/czarna-woda-1.html' title='Czarna Woda (1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-932911676705227393</id><published>2010-07-15T10:45:00.002+02:00</published><updated>2010-07-15T10:46:45.217+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obyczajowe fantasy?'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><title type='text'>Dyrdymały , czyli fantastyki obyczajowej cz 5 i ostatnia, bo ile tak można kapać po kawałku?</title><content type='html'>Inżynier szalał.&lt;br /&gt;- Jak wyjeżdżacie? Dokąd wyjeżdżacie? A umowa?&lt;br /&gt;- Co umowa? Pracę wykonaliśmy – genialny wynalazca unikał wzroku inżyniera.&lt;br /&gt;- No prawie – odparł tamten z przekąsem. – Zastanówmy się chwilę spokojnie. Dane mamy, pozostaje ocena i sporządzenie raportu. Zrób ten raport i napisz w nim, czy warto tu wydobywać ropę. Proste, nie? Decyzja i tak nie należy ani do ciebie ani do mnie.&lt;br /&gt;Młody mężczyzna spojrzał na niego spokojniej. Westchnął i pokiwał głową.&lt;br /&gt;- W sumie racja – powiedział.&lt;br /&gt;- No widzisz. A powiedz mi coś jeszcze – inżynier wskazał ruchem głowy ekran z symulacją rozlokowania pokładów ropy. – Przecież te pokłady to nie bajoro w jednym miejscu, prawda?&lt;br /&gt;Tamten pokręcił przecząco głową.&lt;br /&gt;- Więc można dostać się do nich z innej strony, prawda?&lt;br /&gt;- Można – potwierdził wynalazca.&lt;br /&gt;- Czyli możemy się ustawić na terenach nie należących do kościoła, prawda?&lt;br /&gt;- I tam będzie bezpieczniej? – spytał młody z powątpiewaniem.&lt;br /&gt;- Nie wiem, może straszy tylko tutaj? Ale chyba warto spróbować. Zobacz – wskazał palcem na ekran – tu jest granica, zgadza się? Od tych skałek ziemia należy do... Nie wiem do kogo, w każdym razie nie do kościoła. Niech się Pąckiewicz martwi i wykupi albo co.&lt;br /&gt;Tamten kiwał głową. Inżynier położył dłoń na jego ramieniu.&lt;br /&gt;- Posłuchaj głosu rozsądku – powiedział uroczystym tonem. – Przeniesiemy prace i z innego miejsca sięgniemy do źródła. Powiedz uczciwie, kiedy twoim zdaniem trafi ci się następna taka okazja? Odpuścisz?&lt;br /&gt;Młody wynalazca uznał najwyraźniej pytanie za retoryczne, bo nadal tylko kiwał głową. Blask czerwonych oczu Wiktora jakoś przybladł w świetle dnia.&lt;br /&gt;- No dobrze. Zrobimy tak: ty spokojnie pakuj sprzęt, ale tak, żeby móc się przenieść dalej w każdej chwili. Nigdzie stąd nie wyjeżdżaj. Przed nami cały dzień. Ja jadę do Pąckiewicza i zdecydujemy, co robić. No! I bądź facetem! Miej jaja!&lt;br /&gt;Młody wynalazca przypomniał sobie, do jak żałosnych rozmiarów skurczyły się jego klejnoty, gdy w jaskini pojawili się nocni goście, ale w końcu inżynier miał trochę racji. Teraz był dzień. Może te cudaki nie łażą w dzień? O ile mu było wiadomo wampiry dnie spędzały w trumnach. Chyba...&lt;br /&gt;W każdym razie do wieczora mógł zaczekać, a nocy absolutnie nie zamierzał spędzać w jaskini. Skinął potakująco głową. Inżynier klepnął go po plecach i ruszył do samochodu.&lt;br /&gt;- Pogadaj z chłopakami! Wyjaśnij im sytuację, a ja daję znać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Edward Kulesiak stał przed wielkim lustrem w eleganckiej toalecie siedziby organizacji ekologicznej Zielony Gumiak przyczesując niesforną, grzywę. Wyjął z kieszonki czarnych jeansów ołówek i przysunął twarz do lustra. Stanowczo należało poprawić kreskę pod okiem. Tę kreskę, która nadawała mu mrocznego wyglądu. Edward z wprawą roztarł hennę palcem uzyskując efekt przydymionego oka i pomyślał z wdzięcznością o kinematografii amerykańskiej, dzięki której nie uchodził za dziwaka i niedojdę, lecz nieoczekiwanie stał się obiektem pożądania. Mlasnął z satysfakcją i przejechał językiem po białych kłach. Obejrzał ząbki w lustrze i uśmiechnął się do własnego odbicia. Nie będzie mi byle inkub podskakiwał do mojej Agusi, pomyślał z wyższością o Sylvio i jego nachalnym zachowaniu. Następnym razem dam w dziób, postanowił.&lt;br /&gt;Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.&lt;br /&gt;- Jesteś tam, Edwardzie? – usłyszał głos Joasi, filigranowej blond sekretarki.&lt;br /&gt;- Jestem – odpowiedział i odkręcił kurek z wodą.&lt;br /&gt;- Szef cię prosi – Joasia przekrzykiwała szum wody.&lt;br /&gt;- Już idę!&lt;br /&gt;Edward wytarł ręce i otworzył drzwi. Joasia spojrzała z podziwem. Jej podziw był dla dhampira równie cenny jak podziw licealistek, koleżanek Agusi, ale Edward kochał Agusię bez pamięci. Joasię zaś lubił, nawet bardzo. Była miłą, serdeczną dziewczyną i zawsze można było na nią liczyć.&lt;br /&gt;- Nie wiesz, o co chodzi? – spytał.&lt;br /&gt;Joasia pokręciła przecząco głową.&lt;br /&gt;Edward podszedł do drzwi gabinetu szefa i zapukał dyskretnie.&lt;br /&gt;- Proszę! – usłyszał w odpowiedzi.&lt;br /&gt;Nacisnął klamkę i wszedł z uśmiechem.&lt;br /&gt;- Szef wzywał?&lt;br /&gt;- Siadaj, Edwardzie.&lt;br /&gt;Edward usiadł w fotelu stojącym naprzeciwko biurka przewodniczącego i patrzył wyczekująco. Poza szperaniem w poczcie elektronicznej szefa nie miał sobie nic do zarzucenia, a szperania i tak mu nikt nie udowodni.&lt;br /&gt;- O jak dawna dla mnie pracujesz? – spytał Pąckiewicz.&lt;br /&gt;- Pół roku stażu – zauważył Edward.&lt;br /&gt;- No tak, tak... A miało być 3 miesiące?&lt;br /&gt;- Owszem. I podwyżka.&lt;br /&gt;- No właśnie.&lt;br /&gt;Pąckiewicz uśmiechnął się szeroko i zaczął szperać w papierach rozłożonych na biurku.&lt;br /&gt;- Właśnie dlatego cię wezwałem. Należy ci się podwyżka i pełen etat, Edwardzie. Spisywałeś się nieźle przez te pół roku i zasłużyłeś na to, żeby pracować nadal. Joasiu! – zawołał przewodniczący.&lt;br /&gt;Joasia weszła uśmiechnięta od ucha do ucha niosąc kilka kartek papieru i podała je przewodniczącemu. Odwróciła się i posłała Edwardowi promienny uśmiech, po czym wyszła z gabinetu.&lt;br /&gt;- Tu jest umowa dla ciebie – powiedział Pąckiewicz. – Teraz będziesz moim asystentem na cały etat. Pasuje?&lt;br /&gt;- Pasuje – Edward był przyjemnie zaskoczony.&lt;br /&gt;- To podpisz.&lt;br /&gt; Przewodniczący podpisał dwa egzemplarze umowy i odwrócił je na biurku w stronę Edwarda. Ten wstał z fotela, przejrzał pobieżnie tekst umowy, spojrzał uważniej na wysokość pensji i podpisał.&lt;br /&gt;- Spoko, szefie – powiedział odkładając długopis na biurko.&lt;br /&gt;Przewodniczący wstał zza biurka i wyszedł do Edwarda z ręką wyciągniętą do uścisku.&lt;br /&gt;- Gratuluję, młody. Obowiązki te same. No, to do roboty! – rzucił potrząsając energicznie dłonią Edwarda.&lt;br /&gt;Młody dhampir przyzwyczajał się stopniowo do myśli o awansie, który stał się jego udziałem. Nie bardzo wiedząc, jak się zachować w tej niecodziennej sytuacji, potrząsał głową z uśmiechem powtarzając na przemian „spoko” i „dziękuję”, wziął swój egzemplarz umowy, złożył go na pół i już kierował się do drzwi, gdy Pąckiewicz zapytał:&lt;br /&gt;- Mieszkasz tam, gdzie mieszkałeś Edwardzie prawda?&lt;br /&gt;Kulesiak stanął zdziwiony z dłonią na klamce.&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Wygodnie ci tam?&lt;br /&gt;- Owszem. Domek nie jest nowy i przydałby się solidny remont, ale teraz – zamachał umową – jakoś powoli sobie poradzę. Lubię ten domek – dodał.&lt;br /&gt;Pąckiewicz pokiwał ze zrozumieniem głową.&lt;br /&gt;- A ziemia?&lt;br /&gt;- Co ziemia? – spytał młody coraz bardziej zdziwiony.&lt;br /&gt;- No te tereny tam za miastem, skałki.&lt;br /&gt;- A! No są – młody wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Nie myślałeś, żeby sprzedać? Wtedy miałbyś na remont domu, stopa życiowa by ci się podniosła i prestiż. A ze skałkami co zrobisz? Kupa kamieni i tyle. Żaden prestiż.&lt;br /&gt;- Ojciec, zanim zniknął, chciał tam podobno budować park rozrywki. W wielkim stylu. A na razie ziemia jest i tyle. Nie boli, jeść nie woła...&lt;br /&gt;- Ja bym się tego pozbył na twoim miejscu.&lt;br /&gt;Edward uśmiechnął się do przewodniczącego.&lt;br /&gt;- Pomyślę, szefie.&lt;br /&gt;- Pomyśl i to szybko. Jakby co, chętnie kupię od ciebie.&lt;br /&gt;- Tę kupę kamieni? – Edward patrzył mu spokojnie prosto w oczy.&lt;br /&gt;- Tak – przytaknął Pąckiewicz. – Ze względu na nietoperze – dodał szybko.&lt;br /&gt;- Pan to kocha te nietoperze, szefie – Edward kręcił głową z podziwem.&lt;br /&gt;- Tak, natura jest mi bliska. Zastanów się, Edwardzie.&lt;br /&gt;- Jasne, szefie.&lt;br /&gt;Kulesiak pomachał trzymaną w dłoni umową i nacisnął klamkę. Za drzwiami, w sekretariacie powitał go radosny pisk Joasi, która ucałowała go siarczyście w oba policzki i gratulowała awansu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na ekranie komputera harpia przemieniła się w krwawą miazgę. To była szósta z kolei. Edward oparł się wygodnie o siedzenie fotelika w swoim pokoju w biurze organizacji Zielony Gumiak. Była za pięć czwarta. Zaraz koniec pracy. Składał papiery i wyłączał komputer myśląc z zadowoleniem, że teraz jest nie tylko piękny ale również nieprzytomnie bogaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przewodnicząca rady miejskiej w Dyrdymałach składała administracyjne plany miasta i okolic.&lt;br /&gt;- Jesteś genialna, Marylko – szepnął Zawada całując ją w ucho.&lt;br /&gt;Odstawiła segregator na miejsce i spojrzała na drzwi, bowiem rozległo się pukanie. Nie zdążyła otworzyć ust, kiedy drzwi się otworzyły i zajrzała sekretarka. Zawada cofnął się pół kroku.&lt;br /&gt;- Jeśli pani burmistrz nie ma nic przeciwko temu, to ja już pójdę – powiedziała sekretarka wskazując na zegarek na nadgarstku. – Jest czwarta.&lt;br /&gt;- Idź – odparła przewodnicząca. – Do widzenia.&lt;br /&gt;- Do widzenia pani. Do widzenia, panie Zawada – dziewczyna zawinęła się i trzasnęła drzwiami.&lt;br /&gt;Przewodnicząca zagryzła wargi, ale przemilczała. Mogła trafić gorzej. Dziewczyna może nie była najlepiej ułożona, ale przynajmniej nie rozpowiadała niczego. To była cenna cecha. Jak cenna, wiedziała tylko przewodnicząca wyznaczając kwartalne premie swojej sekretarce. W sumie i tak się opłacało.&lt;br /&gt;- Musimy się upewnić, czy warto kupować te grunty – zauważył Zawada.&lt;br /&gt;- Zażądam sprawozdania z postępu prac. Na pewno oficjalnie niczego nie powiedzą, więc pomyślę o jakiejś kontroli. I tak będziemy na miejscu przy przenoszeniu cmentarza. Może Sanepid?&lt;br /&gt;- W jaskini? – powątpiewał Zawada.&lt;br /&gt;- Nie bądź drobiazgowy – odparła przewodnicząca. – Każdy sposób jest dobry. Sam mógłbyś się trochę postarać. Nie możesz iść na wódkę z tym inżynierem i trochę go podpytać?&lt;br /&gt;- Mógłbym, ale on chyba nie darzy mnie ani wielką sympatią ani zaufaniem. Może mu kogoś podstawić?&lt;br /&gt;- Nie chcę nic o tym wiedzieć – szykowała się do wyjścia. – Ja działam z urzędu, a ty użyj własnych metod. W końcu jakoś każde z nas doszło do czegoś, prawda?&lt;br /&gt;- Prawda, Marylko.&lt;br /&gt;Zawada przyciągnął ją do siebie i wsunął dłoń pod spódnicę. Miał nadzieję, że razem zajdą dużo dalej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-932911676705227393?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/932911676705227393/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-czyli-fantastyki-obyczajowej.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/932911676705227393'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/932911676705227393'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-czyli-fantastyki-obyczajowej.html' title='Dyrdymały , czyli fantastyki obyczajowej cz 5 i ostatnia, bo ile tak można kapać po kawałku?'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-314730734587002915</id><published>2010-07-07T16:03:00.002+02:00</published><updated>2010-07-07T16:19:20.748+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obyczajowe fantasy?'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><title type='text'>Dyrdymały 4 cd</title><content type='html'>- No a co? Co niby miałem mu powiedzieć? Przecież ta maszyna stoi na środku jaskini jak wół. Nie da się udawać, że jej nie ma! – tłumaczył zdenerwowany inżynier przez telefon.&lt;br /&gt;Stał przed jaskinią w zapadającym zmroku i przez chwilę słuchał swego rozmówcy kiwając ponuro głową.&lt;br /&gt;- Dobrze – powiedział w końcu. – Postaram się nie denerwować. No tak – znowu kiwał głową. – Słusznie. Nie, proboszcz wcale nie wydawał się zły, tylko zaciekawiony. Powiedział, że rozumie. Nawet mówił, że go cieszy takie bogactwo naturalne w naszej okolicy, ale że od odkrycia do wydobycia droga jeszcze daleka, a on ma teraz głowę zajętą innymi sprawami. No poszedł. Przecież bym nie rozmawiał, gdyby był. Nie... Chyba nie podejrzewa niczego. Dobrze, panie Pąckiewicz, to my tu działamy. Tak, odezwę się, rzecz jasna. Do widzenia.&lt;br /&gt;Zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. Gdyby nie te cholerne komary, byłoby całkiem przyjemnie. Inżynier klepnął się zamaszyście w kark widząc oczyma wyobraźni kolejną plamę krwi rozbryzganą na sobie. Zjedzą mnie tu bestie, pomyślał i wszedł szybko do jaskini.&lt;br /&gt;- No, panowie! Nocna zmiana zostaje przy odwiercie, reszta się zbiera. Nie ma co tu wysiadywać.&lt;br /&gt;Po chwili wyjeżdżali samochodem terenowym inżyniera. Koła kolebały się na polnej drodze zostawiając ślady w piasku, a żuczki i koniki polne pierzchały byle dalej od drogi i jadącego nią potwora. Nad spokojną łąką między drzewami okalającymi teren przykościelny a skałkami powoli zapadała noc. Polne myszy wędrowały do norek, ostatnie ptaki zawracały nad starym suchym dębem świadome, że czas ustąpić miejsca tutejszym nietoperzom. Tu i ówdzie słychać jeszcze było ciche brzęczenie spóźnionych komarów, a gdzieniegdzie połyskiwały zimnozielone sygnały świetlików. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lamia chwyciła świecącego owada i przyjrzała mu się uważnie, a potem wypuściła z łagodnym uśmiechem na pięknej, bladej twarzy. Jej oczy lśniły w ciemnościach podobnym blaskiem, co światełka robaczków świętojańskich. W swej nieskończonej mądrości przyroda obdarzyła samiczki ciekawą cechą. Niektóre z nich potrafiły naśladować błyski innych gatunków i wabiły tym sposobem lekkomyślne samce, by je pożreć. Lamia czuła pokrewieństwo dusz z tymi samiczkami. Gładziła rude włosy zastanawiając się, dlaczego samce różnych gatunków są tak łase na wabienie. Wprawdzie w cichych i spokojnych Dyrdymałach nie zjadała mężczyzn, których jej się udało skusić ani też dzieci, jak to miał w zwyczaju jej gatunek i na ogół zadowalała się sporadycznymi odwiedzinami w wiejskich kurnikach albo upolowaną drobną zwierzyną, ale instynkt czasami dawał o sobie znać. W tę ciepłą majową noc pełną zapachów i dźwięków czuła rosnące podniecenie.&lt;br /&gt;Usłyszała trzask gałązek za plecami. Tak niezdarnie mógł się poruszać tylko ghul. Nie myliła się, bowiem nadeszli we trzech. Wiadomo, gdzie był ghul, tam musiał przebywać jego pan, martwiec Wiktor. Towarzyszył im Szymon w znacznie lepszej kondycji po okładach babki Maćkowiakowej, ale i tak trudno byłoby powiedzieć coś pochlebnego na temat jego urody.&lt;br /&gt;- A gdzie Alonzo i Stefan? – spytała Lamia.&lt;br /&gt;- Alonzo dziś nie pije – odparł Wiktor. – Zabrał się za projekty nowych witraży do kościoła. A Stefan chyba miał wyjść z wikarym, rozejrzeć się w mieście, posłuchać, co ludzie gadają.&lt;br /&gt;- O! – Lamia okazała zdziwienie. – To chyba dobrze?&lt;br /&gt;- Pewnie – kiwnął głową Szymon.&lt;br /&gt;- Hyhyhy – potwierdził ghul.&lt;br /&gt;Lamia nie chciała dyskutować z ghulem. Ghule nie uchodziły za mądre i nie bez przyczyny. To, że ich gamoń przemówił raz w nieżyciu po łacinie w niczym nie zmieniało sprawy. Był za to paskudny i silny, jak na trupojada przystało, a ta cecha zawsze się okazywała niezwykle przydatna do straszenia. I dobrze! Nikt niczego więcej od ghula nie wymagał.&lt;br /&gt;Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki upiory ruszyły zgodnie w stronę jaskiń. Szły bezszelestnie. No, prawie bezszelestnie, jeśli nie liczyć cięższych stąpnięć i sapania ghula. Ich oczy świeciły w ciemnościach, ale tylko oczy Lamii można było wziąć za unoszące się w powietrzu świetliki, bowiem ślepia wampirów połyskiwały krwawym blaskiem, a ghula jarzyły się piękną barwą indygo. Lamia trochę mu zazdrościła i zachodziła w głowę, jakim cudem tak piękne oczy znalazły się w tak szpetnym pysku. Wyobrażała sobie, jak doskonale by harmonizowały z jej rudymi włosami. Niestety babka Maćkowiakowa, która powołała ghula do życia przez przypadek, pomyłkę i roztargnienie – tak przynajmniej twierdziła – zupełnie nie mogła sobie przypomnieć składników, których wtedy użyła. Lamia próbowała ją namówić na transplantację, ale i to nie zdało egzaminu.&lt;br /&gt;- Trans co? – spytała babka, której Lamia nie dawała spokoju.&lt;br /&gt;- No babka mu wydłubie te oczy i da mnie. To tak w skrócie – wyjaśniła Lamia.&lt;br /&gt;- Z tej próżności miesza ci się w głowie – fuknęła babka. – To nie paciorki, żeby je wkładać i wyjmować. Nie da się i nie marudź, bo chłopy i tak za tobą latają. Nawet pewnie nie widzą, jak masz kolor oczu – mamrotała z dezaprobatą.&lt;br /&gt;Lamia postanowiła odpuścić temat, bo babka miała przecież rację. Ale gdzieś w głębi krwiożerczej duszy żywiła nadzieję, że może kiedyś Maćkowiakowa znów się pomyli.&lt;br /&gt;Stadko nietoperzy wyfrunęło z jaskini prosto na nich. Jasny krąg światła padał z wnętrza na piach przed wejściem i słychać było przytłumione głosy. Najwyraźniej nocna zmiana była gotowa do straszenia. Wiktor wyciągnął dłoń w stronę jaskini. W półmroku zadrżały zakrzywione  szpony wampira i jakby w odpowiedzi na niewidzialny sygnał, światła w środku zaczęły mrugać, jarzyć się i przygasać na przemian.&lt;br /&gt;- Coś się dzieje z zasilaniem, cholera! – upiory usłyszały stłumiony głos pełen troski. – Jeszcze pójdzie wiertło. Idź, sprawdź agregat!&lt;br /&gt;Szymon zachichotał i błysnął kłem, a Lamia wciągnęła ze świstem powietrze i oblizała blade usta. Ghul stał z miną charakterystyczną dla ghula, choć był pełen podziwu dla umiejętności swego pana.&lt;br /&gt;Z jaskini wyszedł młody mężczyzna i rozejrzał się niepewnie, ponieważ jego oczy nie były przyzwyczajone do panujących wkoło ciemności. Potrząsał trzymaną w ręku latarką, która się czemuś nie chciała palić, tylko mrugała nie dając światła. Mimo to ruszył w kierunku agregatu stojącego nieco dalej, za skalnym załomem. Słyszał znajome, nieprzyjemne buczenie maszyny. Przykucnął obok i otworzył klapę bezpieczników. Latarka zapaliła się na chwilę, więc skierował snop światła na urządzenie starając się wypatrzyć przyczynę ewentualnej awarii. Nagle poczuł za plecami czyjąś obecność, delikatne muśnięcie i słodkawy zapach. Zakręciło mu się w głowie. Przestał widzieć elementy maszyny. W umyśle miał obraz zmysłowej kobiety, rozkoszy, jakiej mógł zaznać w jej ramionach, zamiast dłubać w jakimś zepsutym agregacie tu, na tym zadupiu. Spojrzał w bok i zobaczył w kręgu światła latarki stopy obute w piękne, lekkie pantofelki, zgrabne kostki, smukłe łydki, długie nogi, szczupłą talię, całkiem wydatną pierś i ogromne zielone oczy w bladej twarzyczce okolonej burzą rudych włosów. Z wrażenia tkwił tak nieruchomo, przykucnięty z głową zadartą do góry. Kobieta, pochyliła się lekko i dotknąwszy palcem jego brody, skłoniła go, by jednak powstał. I powstał. A czy Ty byś nie powstał w takiej sytuacji, drogi czytelniku?&lt;br /&gt;- Uwielbiam mężczyzn, którzy potrafią coś naprawić – wyszeptała zmysłowym, leciutko schrypniętym głosem.&lt;br /&gt;- Ja też – odpowiedział, po czym się zreflektował. – Znaczy, ja potrafię.&lt;br /&gt;- To dobrze. Jak masz na imię?&lt;br /&gt;- Seba – wyszemrał Sebastian.&lt;br /&gt;- Nie czujesz się samotny na tym odludziu?&lt;br /&gt;- Strasznie – westchnął. – A ty, kim jesteś?&lt;br /&gt;- Lamia – uśmiechnęła się przywołując najbardziej uwodzicielski spośród wszystkich swoich uśmiechów.&lt;br /&gt;- To miło, że mnie odwiedziłaś Lamiu... Lamio... Lamia...&lt;br /&gt;- Przyśniłeś mi się, mój miły – wyszeptała całując go delikatnie w szyję i namierzając językiem aortę, a jednocześnie wodząc dłonią po ciele Seby. Było to przyjemne, ponieważ na wodzenie reagował niczym różdżka, która właśnie odkryła potężną żyłę wodną.&lt;br /&gt;- I co robiliśmy w tym śnie?&lt;br /&gt;- Ty nic – odparła Lamia. – Ja się wszystkim zajęłam.&lt;br /&gt;Zrezygnowała jednak z aorty przypomniawszy sobie, że ostatnim razem długo musiała spierać plamy z sukni i szukała językiem mniejszej żyłki. Sebastian objął Lamię i przyciągnął do siebie zbyt oszołomiony, żeby zadawać więcej pytań albo, żeby choć chwilę pomyśleć przytomnie. Poddał się uwodzicielskim zabiegom reagując na nie wdzięcznie i żywo, jak na młodego człowieka przystało. Nagle poczuł delikatne ukłucie tuż pod uchem, a potem znalazł się w oparach rudej rozkoszy o zielonych oczach. Świat zawirował i przestał istnieć. Nie przenikały do jego świadomości nawet okrzyki pełne przerażenia ani wołania o pomoc, które dobiegały z jaskini. Za to Lamia słyszała je doskonale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wynalazca genialnego wiertła i jego kolega siedzieli w kącie jaskini wparci plecami w skałę i patrzyli oczami wielkimi jak spodki na stojącego przed nimi Wiktora. Nie mieli już siły krzyczeć, zresztą i tak była niewielka szansa, że na tym pustkowiu ktokolwiek ich usłyszy i przybiegnie na ratunek, a Seba najwyraźniej nie reagował. Sylwetka potężnie zbudowanego wampira zdawała się przesłaniać nie tylko jaskinię, ale wręcz cały świat, który skurczył się do przeraźliwie klaustrofobicznych rozmiarów.&lt;br /&gt;- Hyhyhy – dobiegła ich z boku nie całkiem skoordynowana wypowiedź ghula.&lt;br /&gt;- Co tam masz? – spytał Szymon podchodząc do stolika, na którym stał otwarty laptop z wynikami pomiarów.&lt;br /&gt;Jednak nie na wyniki patrzył ghul, bo i nie one wyświetlały się na ekranie. Ghul przekrzywił głowę usiłując zrozumieć, obraz, który miał przed oczyma. Jego mózg bombardowany informacjami groził przeciążeniem. Miał wrażenie, że widzi ludzi, ale nigdy wcześniej nie widział tak dziwnych ludzi, choć przecież na co dzień spotykał Jurną Ankę i proboszcza, i wikarego, a czasem trafił się ktoś z miasteczka, choćby Zawada, który nie dalej jak po południu był przy jaskini i ghul go widział.&lt;br /&gt;Ale tego, co było teraz na ekranie, nie widział nigdy wcześniej. Nie rozumiał też, o czym mówiły dziwne postacie.&lt;br /&gt;- Och tak, tak! Mocniej, mocniej, och! Szybciej, kochanie!&lt;br /&gt;Dziwne kłębowisko na ekranie zmieniło konfigurację, więc ghul przekręcił łeb w drugą stronę.&lt;br /&gt;- Ty głupi! – wrzasnął Szymon. – Co ty oglądasz?&lt;br /&gt;- Yyyyy? – zapytał ghul w nadziei, że otrzyma wyjaśnienie.&lt;br /&gt;- Nie zajmuj się bzdetami – skarcił go wąpierz. – Nie po to tu jesteśmy.&lt;br /&gt;Podszedł do komputera i zaczął przyciskać co popadnie.&lt;br /&gt;- Nie! – krzyknął rozpaczliwym głosem genialny wynalazca.&lt;br /&gt;- Co nie? To podejdź tu i zrób coś z tym – warknął Szymon. – Interesują nas wyniki badań.&lt;br /&gt;Wynalazca spojrzał oszołomiony na Wiktora, który skinął tylko głową w milczeniu. Drżąc na całym ciele, ojciec metalowego pająka, podszedł do stolika i wyłączył obraz na ekranie.&lt;br /&gt;- Yyyy! – zaprotestował ghul.&lt;br /&gt;- Daj spokój – odezwał się Szymon. – Później sobie pooglądasz. Najpierw interesy.&lt;br /&gt;Wynalazca wystukiwał coś na klawiaturze, aż ukazały się tabele i wykresy kompletnie niezrozumiałe dla laika, choć bardzo efektowne. Wiktor stanął za jego plecami.&lt;br /&gt;- Wyjaśnij – zażądał. – Jak duże są złoża?&lt;br /&gt;- Bardzo duże – odparł tamten drżącym głosem. – Nawet trudno określić.&lt;br /&gt;- Jakie są zamiary Pąckiewicza?&lt;br /&gt;- Nooo, ja nie wiem dokładnie.&lt;br /&gt;- To po co tu jesteś?&lt;br /&gt;- Mam zrobić odwiert i ustalić, czy warto wydobywać.&lt;br /&gt;- I co? Warto?&lt;br /&gt;Wynalazca przełknął ślinę.&lt;br /&gt;- Ja bym wydobywał, gdybym miał na to pieniądze.&lt;br /&gt;- A Pąckiewicz ma? &lt;br /&gt;- On sam to może nie, ale jego stryj to łoi taką kasą, że mu na pewno nie zabraknie. Choćby chciał tu nie tylko wydobywać, ale i przerobić plebanię na rafinerię!&lt;br /&gt;Wiktor pokiwał głową w zadumie i spojrzał mu groźnie w oczy. Genialny wynalazca poczuł, że w głowie wirują mu czarne i czerwone kręgi. Były wielkie, ogromne, wypełniły całą jaskinię. Gdzieś z oddali słyszał monotonny głos:&lt;br /&gt;- Pójdziesz dziś na wódkę i zapomnisz o wszystkim, a rano spakujesz ten cały majdan i wyjedziesz stąd na zawsze. Zrozumiano?&lt;br /&gt;Kiwał tylko głową, ale niczego nie rozumiał. W głosie mu huczało, „na wódkę, na wódkę... zapomnisz”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd tak stał, gdy poczuł nagle czyjąś dłoń na ramieniu. To był Sebastian, jakiś blady i niezbyt przytomny. W kącie na ziemi siedział trzeci pracownik. Obejmował ramionami kolana i kiwał się miarowo w przód i w tym mamrocząc coś pod nosem. Po chwili wynalazca jakby się otrząsnął z odrętwienia.&lt;br /&gt;- Pierdzielić to wszystko, panowie. Muszę się napić. Zostawiamy ten majdan i jedziemy na wódkę.&lt;br /&gt;Tamci spojrzeli na niego niepewnie, ale po chwili pokiwali głowami.&lt;br /&gt;- Tak – powiedział Sebastian. – Ja też czuję, że muszę się odprężyć. &lt;br /&gt;Potarł dłonią szyję przy uchu i pokręcił niepewnie głową. Czuł się dziwnie słaby.&lt;br /&gt;Wszyscy trzej wsiedli do rozklekotanej toyoty i ruszyli w kierunku miasteczka.&lt;br /&gt;Wiktor stał z założonymi na piersiach rękami i patrzył za odjeżdżającym pojazdem. Potem czwórka upiorów ruszyła z powrotem ku plebanii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wikary Pawlak wracał ze Stefanem było już dobrze po północy. Wędrowali sobie spokojnie w świetle księżyca usiłując zebrać w logiczny ciąg plotki, które – sporo sobie wypiwszy – opowiadał w pubie pewien urzędnik. O wielkich złożach ropy na skałkach, o tym, że teraz w Dyrdymałach wszystko się zmieni, będzie metropolia, widoki jak w Teksasie, kasyna, domy rozpusty i rafinerie.&lt;br /&gt;- To okropne! – denerwował się Stefan.&lt;br /&gt;- Ja bym nie demonizował – odparł wikary. – Zaczekaj na mnie dwa kroki dalej. Te rafinerie to nie tak, hop i od razu.&lt;br /&gt;Wikary zszedł na bok ciemnej drogi, żeby ulżyć nieco pęcherzowi.&lt;br /&gt;- Zapomnieć! – rozległ się nagle wrzask, który przestraszył Pawlaka nie na żarty.&lt;br /&gt;- Co tam ksiądz mówi? – zawołał Stefan.&lt;br /&gt;- To nie ja! Podejdź no tu, ktoś leży w rowie.&lt;br /&gt;W świetle księżyca starali się rozpoznać trzech nieszczęśników leżących pokotem w zielonej trawie.&lt;br /&gt;- A to ci trzej inżynierowie z jaskini, co byli w pubie i opowiadali jakieś niestworzone historie o złym, co straszy – rozpoznał ich wikary.&lt;br /&gt;- Na szczęście nikt im nie uwierzył – uśmiechnął się pod nosem Stefan.&lt;br /&gt;- Na wódkę i zapomnieć! – wrzasnął znowu jeden z pijaków i zachrapał.&lt;br /&gt;- Co z nimi zrobimy? – zatroskał się Pawlak.&lt;br /&gt;- Nic – Stefan wzruszył ramionami. – Noc ciepła i spokojna. wyśpią się i rano pójdą do jaskini. Dobrze, że samochód zostawili pod pubem.&lt;br /&gt;Wikary i Stefan ruszyli w swoją stronę pozostawiwszy mamroczących w rowie mężczyzn. Dyrdymalska noc, ciepła i spokojna, jak słusznie zauważył Stefan, utuliła ich w troskliwych objęciach przykrywając liśćmi łopianu, a żabki kumkały dla ukojenia ich skołatanych nerwów. Czasami przeleciał sznur nietoperzy, a świetliki unosiły się błyskając zalotnie zielonym światłem. Sebastian zasypiał słodko patrząc w oczy świetlików, rudej Lamii, świetlików, rudej Lamii, świetlików...&lt;br /&gt;- Lamiu – wyszeptał jeszcze, zanim wypita wódka uniosła go do krainy ciężkiego snu i potężnego bólu głowy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-314730734587002915?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/314730734587002915/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-4-cd.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/314730734587002915'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/314730734587002915'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-4-cd.html' title='Dyrdymały 4 cd'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-7035445066125148343</id><published>2010-07-04T08:32:00.001+02:00</published><updated>2010-07-04T08:33:52.850+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obyczajowe fantasy?'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><title type='text'>Dyrdymały cd, czyli rozdział 4 częściowy ;)</title><content type='html'>Inżynier spojrzał mściwie na własne przedramię i uniósł je delikatnie. Wpatrzony hipnotycznym wzrokiem w krwiopijcę, który wbił cienką jak włos trąbkę wpasowując się dokładnie między włoski, wziął zamach, wymierzył precyzyjnie i uderzył się z całej siły.&lt;br /&gt;- A masz, ty suko! – inżynier wiedział, że samczyki komara żywią się nektarem, a gryzą tylko samice.&lt;br /&gt;Ścierając plamę krwi i resztki skrzydełek, a przy okazji masując zaczerwienione przedramię czuł, że bierze odwet za cały męski gatunek.&lt;br /&gt;- Zwijamy się panowie – rzucił do pracowników. – Te ścierwa nie dadzą nam teraz spokoju. Dość na dziś. Zgarnijcie sprzęt do jaskini. O, widzę, że proboszcz do nas zmierza.&lt;br /&gt;Inżynier patrzył w stronę drzew, skąd wychynął właśnie Mątwicki wędrując do nich przez łąkę. Proboszcz wymachiwał rękami. Inżynier pokiwał głową ze zrozumieniem. Gryzą ścierwa potępione, pomyślał.&lt;br /&gt;- Idźże sobie duszo potępiona – mamrotał tymczasem Mątwicki zmęczony obecnością strzygi.&lt;br /&gt;Monika upatrzyła sobie proboszcza. Polubiła go z przyczyn niewiadomych jej samej. Darzyła go zwyczajnie sympatią, a że była ciekawa z natury nie odstępowała księdza ani na krok. Kiedy czuła, że ma jej dość po prostu mu się nie pokazywała.&lt;br /&gt;- A wie ksiądz proboszcz, że strzygi mają dwie dusze?&lt;br /&gt;- Co też ty opowiadasz, nieszczęsna?&lt;br /&gt;- No tak! To wiadoma sprawa. Rodzimy się z dwiema duszami. Mamy też dwa serca i dwa rzędy zębów. O, niech proboszcz popatrzy – Monika rozwarła szeroko paszczę, żeby zademonstrować podwójny garnitur zębów.&lt;br /&gt;Mątwicki z lekkim obrzydzeniem rzucił okiem i przestraszył się nie na żarty. Strzyga wcale nie kłamała. Proboszcz przeżegnał się szybko.&lt;br /&gt;- Schowaj się przynajmniej. Nie chcę, żeby cię widzieli ci tam niewinni chłopcy – wskazał na ekipę, która zbierała narzędzia z terenu przyszłego cmentarza.&lt;br /&gt;- Niewinni! – prychnęła Monika. – Mogłabym proboszczowi opowiedzieć to i owo o ich niewinności. Nie dalej jak wczoraj w nocy...&lt;br /&gt;- Zamilcz już!&lt;br /&gt;- A o widzenie, niech się dobrodziej nie martwi. Oni mnie nie widzą.&lt;br /&gt;- Tylko ja cię widzę? – księdzu opadły ręce z desperacji.&lt;br /&gt;- Teraz tak – Monika uśmiechnęła się szeroko. – Jak zechcę to się im pokażę.&lt;br /&gt;- Ale dlaczego pokazujesz się właśnie mnie?&lt;br /&gt;- Lubię proboszcza – strzyga dłubała ptasim szponem między zębami.&lt;br /&gt;Mątwicki wolał się nawet nie domyśleć, co stamtąd wydłubuje. Miał nadzieję, że kawałek zwierzęcia, a nie tkanki ludzkiej. Na korzonki raczej nie liczył. Monika jakby czytała w jego myślach.&lt;br /&gt;- Niech się proboszcz tak nie jeży. To tylko noga konika polnego. Sucha taka jakaś i wlazła mi między zęby. Do ptaszka ksiądz przecież nie ma pretensji, że zje robaka, prawda? – Monika spojrzała oskarżycielsko w księże oczy.&lt;br /&gt;- Nie, nie. Stworzenie musi się żywić – mógł tylko przyznać jej rację. – Tak ten świat urządzony.&lt;br /&gt;- No właśnie – przytaknęła. – A ksiądz wierzy, że to siła wyższa tak wszystko urządziła?&lt;br /&gt;Mątwicki aż przystanął z oburzenia. Nie będzie przecież dyskutował z paskudą o boskim dziele! Tylko tego brakowało!&lt;br /&gt;- Posłuchaj no...&lt;br /&gt;- Moniko.&lt;br /&gt;- Posłuchaj no, Moniko – proboszcz wziął głęboki oddech. – Dlaczego nie idziesz ku światłu?&lt;br /&gt;- Co takiego? – strzyga była szczerze zdziwiona.&lt;br /&gt;- Ku światłu. Dusze po śmierci idą ku światłu.&lt;br /&gt;- A skąd proboszcz o tym wie? Szedł proboszcz?&lt;br /&gt;- Ja jeszcze żyję. Nie bądź bezczelna. Po śmierci dusze idą do lepszego świata.&lt;br /&gt;- Albo gorszego. A kto to wie? Jak ktoś nie był, to co się wymądrza? Zresztą ja przecież wcale nie jestem po śmierci. No i mam dwie dusze.&lt;br /&gt;Trudno było jej nie przyznać racji, jednak Mątwicki czuł się w obowiązku wyjaśnić:&lt;br /&gt;- Nie powinnaś tu się snuć. Twoje miejsce nie jest tutaj. W ogóle nie powinno was tu być!&lt;br /&gt;Proboszcz poczuł, że ogarnia go bezradność i lekkie zniecierpliwienie. To przez nich miał kłopoty. Mało, że natura w tym roku była nieżyczliwa, to jeszcze powyłaziły te dziwadła. Wbrew oczywistym faktom to się nie mieściło proboszczowi w głowie.&lt;br /&gt;- Wszyscy powinniście być w lepszym świecie! W każdym razie, gdzie indziej! Tam gdzie światło i dobroć. Nie snuć się tu i po kościele, po polach, po cmentarzu. Jeszcze jakiś wariat chciał, żebyście mieszkali w krypcie – proboszcz wymachiwał rękami z oburzenia.&lt;br /&gt;- To był hrabia Drake, ale jego nie ma od trzech dni. Czterech – sprostowała Monika. – W sumie to dobry pomysł z tą kryptą, dopóki nie będzie nowego cmentarza. Nie wiem, dlaczego proboszcz się tak upiera?&lt;br /&gt;- Upieram?! Ja się upieram? Niedoczekanie przecież, żebyście się snuli po domu bożym!&lt;br /&gt;- Przecież nic złego nie robimy. Chcemy tylko trochę spokoju. Światłości. Miłości – Monika patrzyła na proboszcza z miną tak żałosną, aż się zmieszał.&lt;br /&gt;W porę jednak sobie przypomniał, że ma do czynienia z duszą potępioną.&lt;br /&gt;- Przestań mi tu w głowie mącić, a kysz! – zawołał i zamachał znów rękami.&lt;br /&gt; Inżynier zmrużył oczy i przyglądał się z uwagą proboszczowi. Tu gryzą – pomyślał – ale tam w dole, to chyba jakiś zmasowany atak całego roju.&lt;br /&gt;- Prosimy, księże proboszczu! – zawołał głośno.&lt;br /&gt;Proboszcz spojrzał na inżyniera i pojął, że jego zachowanie może się wydać dziwne osobie postronnej. Ale kto tu był osobą postronną? Rozmawiał właśnie ze strzygą, którą widział tylko on. Może czas najwyższy, żeby się wycofać?&lt;br /&gt;- Nie – powiedziała stanowczo Monika. – I dobrodziej nie ma żadnych omamów. – Jestem tak samo prawdziwa jak on – wskazała głową na inżyniera.&lt;br /&gt;Mątwicki przesunął dłonią po twarzy i ruszył szybszym krokiem.&lt;br /&gt;- Wyobraża sobie proboszcz, co by to było, gdyby zrezygnował?&lt;br /&gt;- Kto? Co?&lt;br /&gt;- No proboszcz. Nie wolno się teraz załamywać. Trzeba przenieść cmentarz i dowiedzieć się dokładnie, co w tych skałkach piszczy.&lt;br /&gt;Strzyga podtrzymuje mnie na duchu. To już nawet nie jest ironia losu, to jakieś szaleństwo, pomyślał Mątwicki, ale wiedział, że uwaga była słuszna.&lt;br /&gt;- Bądź grzeczna przez chwilę – rzucił przez zęby i pomachał na powitanie inżynierowi.&lt;br /&gt;- Ksiądz dobrodziej z kimś rozmawia? – dopytywał się inżynier.&lt;br /&gt;- E, nie. Tak tylko sobie... pacierze powtarzam. Prace widzę postępują – powiedział Mątwicki zadzierając nogę, żeby przejść nad sznurkiem łączącym paliki.&lt;br /&gt;- Niedługo cały teren będzie wytyczony.&lt;br /&gt;Pracownicy witali się z proboszczem.&lt;br /&gt;- Jeszcze ze dwa, trzy dni i będzie można przenosić.&lt;br /&gt;Ksiądz kiwał głową zadowolony. Rzeczywiście teren przyszłego cmentarza był cały najeżony palikami, co wróżyło rychłą możliwość przeprowadzki. Tymczasem pracownicy zbierali drobny sprzęt i nieśli go do jaskini. Proboszcz postanowił skorzystać z okazji i ruszył ich śladem. &lt;br /&gt;- Dokąd proboszcz zmierza? – zapytał uprzejmie inżynier.&lt;br /&gt;- A skoro tu jestem, zobaczę, co tam robicie w jaskini.&lt;br /&gt;- A tam, nie warto – inżynier stanął przed Mątwickim zastępując mu drogę.&lt;br /&gt;- Może i nie, ale ja się nie zawsze kieruję tym co warto – zauważył kąśliwie proboszcz.&lt;br /&gt;- Tam sprzęt leży złożony. Za dwa trzy dni posprzątamy, wtedy można będzie dobrodzieja zaprosić do jaskini.&lt;br /&gt;- Nie spodziewam się, że w jaskini jest wysprzątane. To jaskinia.&lt;br /&gt;- No tak – bąknął inżynier.&lt;br /&gt;- W dodatku jaskinia na terenie kościelnym.&lt;br /&gt;- Jak najbardziej – przyznał inżynier.&lt;br /&gt;- Więc zajrzymy do jaskini – oznajmił proboszcz.&lt;br /&gt;Zrezygnowany inżynier ruszył za nim, a Monika dreptała obok proboszcza z taką miną, jakby go chciała poklepać protekcjonalnie po plecach. Proboszcz miał nadzieję, że tego nie zrobi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-7035445066125148343?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/7035445066125148343/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-cd-czyli-rozdzia-4-czesciowy.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7035445066125148343'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/7035445066125148343'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/07/dyrdymay-cd-czyli-rozdzia-4-czesciowy.html' title='Dyrdymały cd, czyli rozdział 4 częściowy ;)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4978658805342570547</id><published>2010-06-30T18:24:00.005+02:00</published><updated>2010-06-30T19:00:49.569+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nietoperz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mieszanie w tyglu'/><title type='text'>Kilka myśli, bynajmniej nie złotych...</title><content type='html'>Zanim Was rzucę ponownie w wir przygód upiorów i naszej abstrakcyjnej rzeczywistości, która niejednego normalnego człowieka przyprawia codziennie o ból głowy, podzielę się (a co!) kilkoma obserwacjami, które mi ostatnio czemuś towarzyszą. Na temat literatury rzecz jasna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy sobie łażę po księgarniach albo grzebię w internecie (pracowicie jednocześnie usuwając z poczty spam: książki na lato w cenie promocyjnej blablabla...) to widzę, że właściwie królują książki autorów o nazwiskach brzmiących zdecydowanie  z angielska. I to w każdym, śmiem twierdzić gatunku. Polacy właściwie znani są z tego, że się zwyczajnie snobują na pewnych autorów, ale kto i kiedy powiedział, że najlepsi to Amerykanie? Jest kilku dobrych, można nawet zaryzykować twierdzenie, że proporcjonalnie do ilości piszących będzie jak w totolotku: im więcej skreślonych kuponów, tym większa szansa trafienia. To jednak zupełnie - rzecz jasna moim prywatnym zdaniem - nie oddaje jakości samej literatury ani nie świadczy o talencie autorów. Amerykanie są dobrzy w wielu dziedzinach, ale bez przesady!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ba! Pamiętam, jak się np sprawy miały w fantastyce, zanim pojawił się Sapkowski. Nie było ani jednego polskiego pisarza fantasy! Oczywiście takiego, który, by się liczył. I uważam, że to wcale nie jest kwestia braku talentu, tylko grymaszenie wydawców, którzy oceniają książki na podstawie "co się łatwo sprzeda". Bo jest znane, bo ludzie reagują na znane nazwiska, bo niechętnie sięgają po nowe, bo nawet badziew znanego autora łatwo im wcisnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie nie są jednak tacy głupi i potrafią odróżnić dobrą książkę od złej... chyba, że nie da się im żadnej szansy i zatka rynek chłamem. Najchętniej angielskojęzycznym. To zjawisko zresztą perfekcyjnie funkcjonuje np w dziedzinie filmu. Proporcjonalnie oczywiście Amerykanie z ich kasą, studiami, dobrymi aktorami zawsze zrobią więcej lepszych filmów, ale dlaczego do licha nie można zobaczyć właściwie nic innego? Bo dystrybutorzy uważają, że to się sprzeda, a inne nie.&lt;br /&gt;Na moje oko to jest jakiś syndrom Joli Rutowicz i jej koziorożca, czyli ocenianie odbiorcy znacznie poniżej jego możliwości intelektualnych, a nawet stanowczo poniżej średniej krajowej. I ta myśl obsesyjna: byle nie za ambitnie, bo się nie sprzeda, byle nie nowe, bo jak nie znają, to nie kupią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sporo prawdy jest w takim podejściu. Wiem o tym doskonale, bo choć wydaję takiego np. Patricka Senecala okrzyczanego kanadyjskim Stephenem Kingiem od kilku lat, to nie mam wątpliwości, że jednak nie jest on równie znany jak King i jeśli czytelnik się do niego nie przekopie, to w zalewie książek lepszych i gorszych, trudno mu dotrzeć do akurat tego autora.&lt;br /&gt;Sama trafiłam na bardzo fajną pisarkę kryminałów z egzotycznej Islandii dzięki poczcie pantoflowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet mi przyszło do głowy, że gdybym wydała polskiego autora pod angielskim pseudonimem literackim, to księgarze braliby jego książki chętniej niż nazwiska polskie i inne obce. A czytelnicy z większym zaufaniem próbowaliby "świeżego autora". &lt;br /&gt;Kto się założy?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4978658805342570547?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4978658805342570547/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/kilka-mysli-bynajmniej-nie-zotych.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4978658805342570547'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4978658805342570547'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/kilka-mysli-bynajmniej-nie-zotych.html' title='Kilka myśli, bynajmniej nie złotych...'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-2494499866599271256</id><published>2010-06-26T12:02:00.002+02:00</published><updated>2010-06-26T12:16:37.694+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><title type='text'>Historia na razie jeszcze bez tytułu (3 cd)</title><content type='html'>Piękna majowa noc zawisła nad Dyrdymałami. Po ostatnich ulewach powietrze wciąż było wilgotne i ciepłe. Księżyc na niebie wypełnił się nieomal całkiem, co zapowiadało rychłe poruszenie wśród wilkołaków i podobnego tatałajstwa na ziemi. W blasku księżyca, leśną drogą mozolnie poruszał się cień objuczony innym cieniem uwieszonym na jego ramieniu.&lt;br /&gt;- Weź się w garść, Alonzo. To, że jesteś artystą a ja zwykłym hrabiowskim parobkiem, nie znaczy, że będę cię niósł.&lt;br /&gt;- A wiesz? Ja myślałem, że po śmierci, to się już nie można upić. Popatrz jak ten świat jest dziwnie urządzony.&lt;br /&gt;- Sprawdzasz to już kolejny raz i nic się nie zmienia – burknął Stefan podciągnąwszy nieco wyżej towarzysza, któremu plątały się nogi.&lt;br /&gt;- A gdzie zgubiliśmy wikarego?&lt;br /&gt;- Już dawno poszedł spać. Chyba jest bardziej odpowiedzialny niż my.&lt;br /&gt;- Ha! – zakrzyknął Alonzo. – Zobaczymy jak to z nim będzie po śmierci! Za życia to każdy mądry. Zatrzymaj się Stefan.&lt;br /&gt;- Po co?&lt;br /&gt;- Coś chyba słyszę.&lt;br /&gt;Postąpili w ciszy jeszcze kilka kroków, nagle przytomniejsi i czujni. Początkowo nic nie było słychać, ale nagle z boku rozległ się plusk, jakby ktoś wpadł w grząski grunt i ciche przekleństwo.&lt;br /&gt;- Co ty tu robisz? – wyszeptał Stefan.&lt;br /&gt;- Ciiii – Sylvio położył znacząco palec na ustach wskazując głową w przestrzeń przed sobą, za pobliskimi zaroślami.&lt;br /&gt;Alonzo oparł się drugą ręką o Sylvia i przechylił tak mocno, że omal nie upadł. Na szczęście wprawiony w bojach Stefan podtrzymał przyjaciela w samą porę.&lt;br /&gt;- Ale co ciiii? – spytał nadal szeptem.&lt;br /&gt;- Sam zobacz, tylko dyskretnie – uśmiechnął się Sylvio.&lt;br /&gt;Stefan skierował przenikliwe spojrzenie na polankę.&lt;br /&gt;Na niewielkiej wysokości nad ziemią unosił się lekko dziwny stwór. Stefan wytężył mocniej i tak przecież doskonały wilkołaczy wzrok i otworzył usta ze zdziwienia. W stworze rozpoznał splecione w uścisku  dwa ciała: Agusi i Edwarda. Nie dość, że były splecione, to się w dodatku całowały. Trzej podglądacze wstrzymali oddech. Oddechy tamtych dwojga przeciwnie przyśpieszyły. Wreszcie Agusia złożyła główkę na ramieniu dhampira.&lt;br /&gt;- Ach Edwardzie – szepnęła. – Gdybym mogła to opowiedzieć. Wszystkie dziewczyny w klasie by mi zazdrościły. Fruwać w ramionach prawdziwego wampira! Jak w filmie!&lt;br /&gt;- Dhampira – sprostował Edward. – Wiesz, że mama była bibliotekarką.&lt;br /&gt;- Nie psuj wszystkiego – fuknęła Agusia. – Wampir czy dhampir, wszystko jedno. Ważne, że jak w filmie.&lt;br /&gt;Edward wylądował bezpiecznie na łączce i postawił Agusię w trawie. Mimo swoich ledwie siedemnastu lat dziewczyna mogła niejednemu zawrócić w głowie. Na widok krągłych piersi, długich, nóg, wielkich oczu i zmysłowych ust, człowiek czy upiór, każdy tracił głowę. Sylvio głośno przełknął ślinę.&lt;br /&gt;- Kto tam jest? – wrzasnął natychmiast czujny Edward. – Czego tu szukasz, pętaku?&lt;br /&gt;Już sunął niebezpiecznie szybko w stronę trójki podglądaczy, którzy nie mogli uciec ze względu na osuwającego się Alonza.&lt;br /&gt;- Czołem – uprzejmie przywitał się Alonzo na widok rozsierdzonego dhampira. – Pójdziesz z nami na jednego?&lt;br /&gt;W ciemnościach błysnęły kły Edwarda.&lt;br /&gt;- Czy was kompletnie pogięło? Podglądacie nas?&lt;br /&gt;- My właściwie nie – rzucił Stefan. – Tylko przechodziliśmy, ale on owszem – wskazał głową Sylvia.&lt;br /&gt;- Co tu się dzieje? – spytała Agusia podchodząc bliżej.&lt;br /&gt;- Słodka Agusiu – wyszemrał Sylvio – marnujesz czas z tym nieopierzonym dhampirem. Toż to nawet nie jest wampir, tylko jakiś mieszaniec. Spróbuj rozkoszy ze mną.&lt;br /&gt;- Ty szujo! – ryknął Edward. – Chciałbyś co?&lt;br /&gt;- A chciałbym – przytaknął Sylvio. – I ona by chciała, gdyby wiedziała, ile rozkoszy kobiecie dają inkuby – zmrużył piękne oczy i wodził spojrzeniem po Agusi.&lt;br /&gt;Dziewczyna zadrżała i złożyła ręce na piersiach, a Edward natychmiast otoczył ją ramieniem.&lt;br /&gt;- Chodź, odprowadzę cię do domu. Późno już i nie będziemy się zadawać z tymi zboczeńcami.&lt;br /&gt;- O, przepraszam, jeśli już to jednym! – poprawił go Stefan mocniej podtrzymując Alonza.&lt;br /&gt;Wytoczyli się wreszcie we trzech na drogę.&lt;br /&gt;- Wierz mi Agusiu, warto spróbować – szepnął jeszcze Sylvio na pożegnanie – podpierając spitego wilkołaka z drugiej strony i cała trójka ruszyła raźno w stronę plebanii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inżynier zsunął nieco czapeczkę na tył głowy i podrapał się w czoło. Słońce wznosiło się coraz wyżej i dzień zapowiadał się upalny. Dobrze, że właściwe prace trwały w jaskini, miejscu zacienionym i przede wszystkim dyskretnym, ponieważ wykonanie tego zlecenia nie należało do najłatwiejszych.&lt;br /&gt;Po odsłoniętym terenie między pasmem drzew, łąkami a skałkami krzątali się geodeci wytyczając teren pod nowy cmentarz. Wyposażeni w stosowne przyrządy dokonywali pomiarów. To na nich miała się skupić uwaga, gdyby ktoś się zanadto interesował pracami na skałkach. Z tych prac inżynier zdawał sprawę proboszczowi Mątwickiemu. Zaś w jednej z jaskiń dyskretnie prowadził odwierty w poszukiwaniu cennego surowca. Czy ktoś z was, drodzy czytelnicy, próbował kiedyś dyskretnie robić odwierty? Inżynier żałował, że się zgodził, ale propozycja była bardzo intratna. No i tłumaczył sobie, że gdyby on się nie zgodził, to fuchę dostałby ktoś inny. Po co marnować taką okazję? W końcu nie ma w tym niczyjej krzywdy, uspokajał sumienie. I miał z tym spory kłopot.&lt;br /&gt;Podszedł do młodego człowieka pochylonego nad planem rozłożonym na prowizorycznym stole i obciążonym na rogach polnymi kamieniami dla pewności, że nie odfrunie.&lt;br /&gt;- Nie spieszcie się za bardzo. Pracujcie dokładnie – powiedział.&lt;br /&gt;Młody spojrzał zdziwiony, ale nie dyskutował z szefem.&lt;br /&gt;- Jasne, panie inżynierze. Wszystko dokładnie i bez pośpiechu.&lt;br /&gt;Inżynier  spojrzał mu przez ramię, oglądając plany, a potem przeniósł wzrok na pozostałych pracowników. Nagle spojrzał na nogawkę spodni i potrząsnął energicznie nogą. Obejrzał starannie nogawkę, potem podniósł głowę do nieba, znów spojrzał na nogawkę i dla pewności wierzgnął raz jeszcze na oczach zdziwionego pantomimą młodego pracownika.&lt;br /&gt;Fafuś drapał energicznie trawę wszystkimi łapami na przemian w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i satysfakcji z pomyślnego załatwienia potrzeby. Pąccy przyglądali się pupilowi rozbawieni tą zemstą zza grobu. Wprawdzie takie zachowanie nie byłoby dobrze widziane na salonach, ale przecież nie byli na salonach, a i pewne konwenanse wydawały się niewiele warte po śmierci. Inżynier stanowczo nie zyskał ich sympatii. Właśnie spojrzał raz jeszcze na nogawkę spodni, lecz tym razem się pochylił i strzepnął dłonią spodnie. Powąchał dłoń i strzepnął raz jeszcze. Wreszcie wyprostował się i odchrząknął.&lt;br /&gt;- Zajrzę do ciebie później – oznajmił pracownikowi i ruszył w kierunku jaskiń, gdzie trwały główne prace.&lt;br /&gt;Hrabiostwo postanowili mu towarzyszyć, żeby się na własne oczy przekonać o prawdziwości doniesień Edwarda. Poza tym bawiły ich miny  inżyniera, który najwyraźniej wyczuwał ich obecność, choć nie widział. Ale komu przychodzi do głowy, że może być w biały dzień obserwowany przez duchy? Inżynierowi w każdym razie nie przyszło.&lt;br /&gt;W jaskini było całkiem widno, sucho i przyjemnie. Nietoperze akurat spały, a ich spokoju nie zakłócali pracujący tu w skupieniu ludzie. Pod ścianą na stoliku stał otwarty laptop. Gdyby hrabiostwo się znali na analizie rezonansu akustycznego i potrafili prawidłowo odczytać wyniki, to by wiedzieli, że właśnie pod tą jaskinią znajdowało się prawdopodobnie największe źródło ropy. W miejscu wyznaczonym obliczeniami stała dziwna, niewielka maszyna. Wyglądała trochę jak kosmiczny pająk wzrostu człowieka. Groźnie połyskiwała metalowymi, solidnym odnóżami wbitymi w grunt. W centrum maszyny znajdowała się złota tulejka, a właściwie gruba rura wbita w grunt. Urządzenie wydawało ciche dźwięki. Czasem słychać było głośniejszy chrzęst i pająk wypluwał część zmiażdżonej i wyjętej na powierzchnię masy skał.&lt;br /&gt;- Jak tam? – spytał inżynier.&lt;br /&gt;Jeden z mężczyzn spojrzał na niego znad maszyny i dumnie wypiął pierś.&lt;br /&gt;- W dziesiątkę! – oznajmił. – Technologia kosmiczna, mój własny wynalazek. Za jakieś dwa, trzy dni przebijemy się pewnie do pierwszej warstwy.&lt;br /&gt;Inżynier kręcił głową z podziwem.&lt;br /&gt;- Niesamowite! I że tak cicho pracuje, no, no. Ciekawe jak wielkie jest to złoże.&lt;br /&gt;- Pewności nie ma, ale z analizy danych wynika, że może być po byku. Jeszcze się okaże, że to największe złoże w Polsce. A jeśli łączy się w głębszej warstwie z innymi...&lt;br /&gt;Inżynier rozmarzył się na samą myśl o przyszłym stanowisku i tarzaniu się w pieniądzach do końca swoich dni.&lt;br /&gt;- No dobrze, to wiercimy dalej, ale musimy się zwijać. Potrzebny nam wynik.&lt;br /&gt;- Jasne, szefie! Się zrobi.&lt;br /&gt;Inżynier podrapał się tym razem z satysfakcją w czoło, odwrócił na pięcie i przeszedł na wylot przez hrabiostwo stojące tuż za jego plecami. Poczuł dreszcz i otrząsnął się z dziwnym uczuciem, że coś jest nie tak, jak być powinno. Spojrzał podejrzliwie na nietoperze, by się przekonać, czy przypadkiem nie mają nic wspólnego z tym niemiłym wrażeniem, ale zwierzaki spały spokojnie zwieszone głowa w dół. Inżynier zerknął na zewnątrz. Widział z daleka, że młody pracownik wytyczający nowy cmentarz dyskutuje z jakąś babinką, a w dodatku od strony miasteczka nadjeżdżał ktoś na rowerze. Zdecydowanie należało unikać ciekawskich. Albo pacyfikować, skoro już się pojawili. Inżynier ruszył do boju.&lt;br /&gt;Nie zdążył dotrzeć do młodego, który miał zresztą całkiem zadowoloną minę przyjmując jakieś smakołyki przyniesione przez babinkę. Już wołał kolegów i najwyraźniej szykowali się do przerwy śniadaniowej. Drożdżówka babki Maćkowiakowej z całą pewnością warta była przerwy. Inżynier musiał się chwilowo obejść smakiem i miał nadzieję, choć nikłą, że młodzi nie zmiotą wszystkiego do ostatniego okruszka. &lt;br /&gt;Tymczasem podjeżdżał komendant miejscowej policji. Inżynier rozpoznałby go z zamkniętymi oczami i z daleka. Był to najbardziej znany komendant w całym województwie choćby z tego powodu, że nigdy żaden z podwładnych nie zgłosił go do plebiscytu Złotej Pały. To, że w Dyrdymałach posterunek był niezbyt wielki liczebnie w niczym nie umniejszało zasługi komendanta Tokarskiego.&lt;br /&gt;- Dzień dobry – przywitał się uprzejmie komendant zsiadając z roweru.&lt;br /&gt;- Dzień dobry – odparł równie uprzejmie inżynier salutując do czapeczki i wciągając brzuch łypnąwszy na nienaganną sylwetkę Tokarskiego.&lt;br /&gt;Komendant wskazał brodą młodych.&lt;br /&gt;- Jak idą pomiary? Trzeba się zwijać, żeby proboszcz mógł jak najszybciej przenieść cmentarz.&lt;br /&gt;- Oczywiście. Staramy się, ale sam pan wie, że to trudny teren. Tu łąki, tam skałki... ale rzecz jasna zwijamy się, jak w ukropie. Wszystko idzie zgodnie z planem.&lt;br /&gt;Komendant pokiwał głową i spojrzał na jaskinię.&lt;br /&gt;- A tam?&lt;br /&gt;- Co tam, panie komendancie?&lt;br /&gt;- Co robicie w jaskini?&lt;br /&gt;- Aaaa, w jaskini? W jaskini mamy sprzęt, bazę, ekipę badawczą. Uzgodnione z ekologami.&lt;br /&gt;- Tak, wiem – komendant szedł już w kierunku grupki młodych prowadząc rower.&lt;br /&gt;- Dzień dobry, Maćkowiakowo – przywitał się. – Witam panów,&lt;br /&gt;- Dzień dobry, dzień dobry. Może się pan komendant poczęstuje?&lt;br /&gt;- A z przyjemnością – sięgnął po porcję ciasta.&lt;br /&gt;- Matko! Jaki on przystojny – jęknęła Tamara dając szturchańca w bok babce Maćkowiakowej.&lt;br /&gt;- Hy – stęknęła babka i wymamrotała, - Co tu wieś robisz? A pódźże!&lt;br /&gt;- Co mówicie babko? – komendant wbił bielutkie zęby w kruszonkę.&lt;br /&gt;- A nic, kochanieńki. Wiesz ja tak sobie czasem gadam...&lt;br /&gt;- Do siebie?&lt;br /&gt;- Do kwiatków, do drzewek, motylków...&lt;br /&gt;- Gadajcie sobie babko, byleby wam ciasto zawsze takie pyszne wychodziło.&lt;br /&gt;- Bardzo pyszne – przytaknęła ochoczo reszta towarzystwa.&lt;br /&gt;- Moja żona – wyznał komendant – to wspaniała kobieta, ale piec nie potrafi za grosz.&lt;br /&gt;- Jego żona? – warknęła Tamara. – Ma żonę?&lt;br /&gt;- Ano, wszyscy wiedzą. Ale za to dzieci macie piękne i mądre, takie aniołeczki – pochwaliła babka.&lt;br /&gt;- Oj tak. Dzieciaki wspaniałe, choć może nie całkiem aniołeczki – komendant z dumą wyprężył pierś.&lt;br /&gt;- A dużo tego ma? – spytała Tamara znowu szturchając babkę w bok.&lt;br /&gt;- Chłopak na schwał – odpowiedziała babka masując bok – a dziewczynka śliczna po mamusi.&lt;br /&gt;- A żeby ich! – syknęła Tamara mściwie.&lt;br /&gt;- A ty, jaki masz z tym problem? – mruknęła babka pod nosem.&lt;br /&gt;- Słucham? – spytał komendant.&lt;br /&gt;- Mówię, że niejeden ma problem z dzieciakami, a komendant może spać spokojnie.&lt;br /&gt;- Toteż śpię – roześmiał się Tokarski.&lt;br /&gt;- No, na mnie już pora – babka postanowiła nie przedłużać rozmowy. – Zwłaszcza, że następny gość wam się tu szykuje.&lt;br /&gt;Spojrzeli wszyscy w kierunku, który babka wskazała ruchem głowy. Faktycznie w obłoku lekkiego kurzu polną drogą sunął ku nim piękny terenowy samochód.&lt;br /&gt;- Zawada! – jęknął inżynier.&lt;br /&gt;- Ciekawe, co go tu sprowadza – mruknął komendant.&lt;br /&gt;Młodzi spojrzeli po sobie, dokończyli ciasto i sięgnęli szybko po narzędzia.&lt;br /&gt;- To my wracamy do pracy, panie inżynierze.&lt;br /&gt;- Tak, tak – inżynier machnął ręką. – Wracajcie. A ja tu będę przyjmował wycieczki.&lt;br /&gt;Komendant spojrzał na niego z ukosa.&lt;br /&gt;- Znaczy nie rozumiem, po co tu Zawada – inżynier wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Zaraz się pewnie dowiemy – komendant machnął do babki, która oddalała się w stronę plebanii. – Zaczekajcie no chwilę! Chcę was o coś spytać.&lt;br /&gt;Komendant odwrócił do inżyniera.&lt;br /&gt;- Proszę przytrzymać na chwilę rower. Dosłownie na momencik, zaraz wracam.&lt;br /&gt;Ruszył dziarsko do babki. Przeszli jeszcze kilka kroków, jakby komendant chciał się upewnić, że nikt nie usłyszy ich rozmowy i odezwał się ściszonym głosem:&lt;br /&gt;- Dochodzą mnie słuchy o dziwnych zjawiskach na cmentarzu i w mieście. Czy jako kobieta wiedząca babka coś przypadkiem słyszała?&lt;br /&gt;Tamara nadstawiła pilnie ucha wpatrzona z zachwytem w komendanta.&lt;br /&gt;- A o czym niby? – upewniła się babka.&lt;br /&gt;- Ludzie widzą podobno różne rzeczy – komendant postanowił mówić bezpośrednio. – Ale nie wszyscy i nie zawsze.&lt;br /&gt;- A bo one się nie wszystkim i nie zawsze pokazują – babka pokiwała głową patrząc mu prosto w oczy.&lt;br /&gt;- Czy waszym zdaniem ma to związek z powodzią i tym, że część grobów została zniszczona?&lt;br /&gt;- Jasne jak słońce! – oznajmiła babka z całym spokojem. – Nieumarli potrzebują schronienia. Wie o tym nawet ksiądz proboszcz.&lt;br /&gt;Komendant  przyglądał się babce poważnie.&lt;br /&gt;- Daleki jestem od wiary w gusła i zabobony. Ale wydarzyło się ostatnimi czasy sporo rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić logicznie.&lt;br /&gt;Babka spojrzała z zaciekawieniem. Komendant zadał pytanie wprost:&lt;br /&gt;- Wiecie coś o tym babko?&lt;br /&gt;- O zaświatach? Niejedno, kochanieńki. Wiem też, że nasze upiory nie są złe, ale jeśli ktoś ich pozbawi spokoju, mogą się zdrowo wkurzyć i nabruździć żyjącym. Tak już to jest. My się nie mieszamy do ich świata, one się nie mieszają do naszego. Ostatnio równowaga została zakłócona. Sporo ciekawskich się pojawiło w naszej okolicy, szperają, szukają... Wiesz, o czym mówię? – spojrzała pytająco na komendanta.&lt;br /&gt;Ten skinął głową i machnął ręką, bo poczuł lekkie muśnięcie na szyi. Babka spojrzała karcącym wzrokiem na sukuba, ale Tamara, nic sobie z tego nie robiąc, lubieżnie liznęła komendanta raz jeszcze w ucho.&lt;br /&gt;- Proszę mnie informować dobrze? Gdyby się babka czegoś dowiedziała. Nie zależy mi na drakach w naszym mieście. Było spokojnie i niech tak pozostanie.&lt;br /&gt;- Dobrze, kochanieńki. Obiecuję – wskazała ręką w stronę jaskiń. – Jeszcze jednego ciekawskiego tam przyniosło. Musi chodzić o grubszą sprawę.&lt;br /&gt;- Tak – powiedział komendant w zadumie. – Zajmę się tym. Do zobaczenia.&lt;br /&gt;- Bądź zdrów – pożegnała się babka i wymierzyła koszykiem cios w Tamarę.&lt;br /&gt;Komendant odwrócił się i ruszył szybko skontrolować sytuację. Stanowczo zbyt wiele osób interesowało się nagle tą okolicą. Coś tu śmierdziało i Tokarski postanowił się dowiedzieć, o co w tym chodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawada bębnił niecierpliwie palcami po biurku pani naczelnik.&lt;br /&gt;- W każdym razie Pąckiewicz nie przywiózłby tutaj swojego księżowskiego tyłka, gdyby nie chodziło o naprawdę duże pieniądze. A młody krząta się koło jaskiń już od czasu tych nietoperzy. Niby chodzi mu o ochronę, ale... kto go nie zna, ten go kupi. No i ten cały ich inżynier! Jest jak bull terier. Na pewno coś ukrywa. Nawet Tokarskiego nie wpuścił do jaskini. Fakt, że komendant się nie pchał specjalnie, ale już ja wiem swoje!&lt;br /&gt;- Nie martw się, miasto przecież uczestniczy w przenoszeniu cmentarza. Trzymamy rękę na pulsie. To nie jest prywatne przedsięwzięcie.&lt;br /&gt;- Ale oddaliście wykonanie i nadzór prac temu hrabiczowi!&lt;br /&gt;- Bo jaskinie są pod ochroną, a młody ma fundusze. Ale to przecież nie znaczy, że nie będziemy wiedzieć, co się tam dzieje – naczelnik uśmiechnęła się, wyciągnęła stopę pod biurkiem i oparła ją o kolano Zawady.&lt;br /&gt;- Mówię ci – Zawada masował stopę – tam się coś kroi. Czuję to przez skórę. Już dawno przecież była mowa o pokładach ropy, ale nikt w to nie wierzył. &lt;br /&gt;- Badania kosztują duże pieniądze. Pozwól się tym zająć Pąckiewiczowi. Nie stracisz na tym, kochanie. Pamiętaj, że pozwolenia nie biorą się z księżyca. Niech się młody wykaże. Jeszcze nie ma wyników, nic nie jest przesądzone. Tymczasem jest cmentarz do przeniesienia.&lt;br /&gt;- Też niezły pieniądz.&lt;br /&gt;- Daj coś zarobić mojemu mężowi – naczelnik roześmiała się i szarpnęła nogę do siebie uderzając się boleśnie kolanem o biurko, bo rozległo się pukanie i sekretarka, nie czekając na zaproszenie, zajrzała do gabinetu.&lt;br /&gt;- Pan przewodniczący Zielonego Gumiaka prosi o dwa słowa!&lt;br /&gt;- Ile razy mam ci powtarzać, że trzeba zaczekać, aż usłyszysz „proszę”, zanim wejdziesz?&lt;br /&gt;Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.&lt;br /&gt;- To może wejść? – spytała.&lt;br /&gt;Zawada podniósł się z krzesła, a pani naczelnik dyskretnie założyła but.&lt;br /&gt;- Proś.&lt;br /&gt;Młody Pąckiewicz rzucił Zawadzie surowe spojrzenie, gdy mijali się w progu gabinetu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-2494499866599271256?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/2494499866599271256/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-3_26.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2494499866599271256'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2494499866599271256'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-3_26.html' title='Historia na razie jeszcze bez tytułu (3 cd)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-6870838487726064907</id><published>2010-06-25T21:23:00.001+02:00</published><updated>2010-06-25T21:25:28.386+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><title type='text'>Historia na razie jeszcze bez tytułu (3)</title><content type='html'>Maćkowiakowa pochyliła się nad parującym rondelkiem. Dosypała garść przypraw i mieszała łyżką obserwując pływające po powierzchni oczka tłuszczu, gdy usłyszała pukanie w okienną szybę. Z jasnej kuchni ledwo można było odróżnić gościa stojącego w mroku, więc babka przysunęła twarz do szyby. Jurna Anka kiwała dłonią na powitanie.&lt;br /&gt;- No wchodźże, wchodźże – Maćkowiakowa wpuściła Ankę i już miała zamykać drzwi, kiedy jakiś szary cień pisnął przyciśnięty w progu. – A ty tu czego?&lt;br /&gt;Wąpierz Szymon wyszczerzył nieśmiało kły, ale Anka już go przepychała przed siebie.&lt;br /&gt;- Babko trzeba mu pomóc. Przez tę powódź się poparzył. Wymyło go za dnia. Zaproście go.&lt;br /&gt;Babka wytrzeszczyła na nią oczy.&lt;br /&gt;- Czyś ty kobieto całkiem rozum postradała? U nas na wsi to się takie paskudy kołkiem osinowym przebijało! Czy dobrodziej wie, co wyczyniasz?&lt;br /&gt;- Nie wie – szczerze przyznała Anka. – Nawet chyba nie wie, że my je wszyscy widzimy. Wikary to myślał na początku, że wino mszalne jakieś lewe, ale już się przyzwyczaił. Popatrzcie no na niego – wskazała ruchem głowy na Szymona, który czym prędzej schował kły – nie żal wam? A pamiętacie, jak wam pomógł w zeszłym roku odpędzając urzędników, którzy chcieli wykazać, że nie spełniacie norm unijnych na zbieranie ziół?&lt;br /&gt;- Co prawda to prawda. Urzędnicy gorsi od wąpierza. A podejdź no tu, niebogo. Niech ci się przyjrzę. Tfu, paskudny jesteś jak licho, ale przyłożymy ci maseczkę z babki, może co pomoże.&lt;br /&gt;Szymon spojrzał nieufnie.&lt;br /&gt;- Bo ja wiem, czy babka się powinna przykładać – powątpiewał. – Moja uroda chyba nie jest najważniejsza.&lt;br /&gt;- Brzydki i głupi. Z babki lancetowatej przyłożymy.&lt;br /&gt;Drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie i do kuchnia wpadła nastolatka, a za nią młodzieniec o bladym obliczu i zaczesanej na oko czarnej czuprynie.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór! – zawołała dziewczyna i dodała. – Gości prowadzimy!&lt;br /&gt;Do kuchni wpłynęli sunąc nad podłogą hrabiostwo Pąccy, za nimi wkroczył martwiec Wiktor i jego wierny ghul niosąc pieczołowicie słoik.&lt;br /&gt;- Witajcie babko – przywitali się uprzejmie goście.&lt;br /&gt;- Witajcie, witajcie. Nie wiem, co was dziś tak naniosło, ale podobno gość w dom, Bóg w dom. A ty jesteś nareszcie – babka Maćkowiakowa powitała zjawy i wnuczkę. – Przynieś no Agusia ze spiżarki słoiczek z maścią z babki. Może i ciebie wysmarujemy przy okazji – babka spojrzała na młodzieńca krytycznym okiem.&lt;br /&gt;- Mnie nic nie jest – odparł stanowczo. – Ale mam dla was taką nowinę, że spadniecie ze stołków!&lt;br /&gt;Towarzystwo patrzyło bez słowa w oczekiwaniu na sensację.&lt;br /&gt;- No?  I co? – spytała po chwili milczenia Anka.&lt;br /&gt;- Mów nareszcie, w końcu po to nas tu ściągnąłeś – dodał hrabia.&lt;br /&gt;- Otóż było tak. &lt;br /&gt;Edward Kulesiak, sekretarz przewodniczącego miejscowej organizacji ekologicznej Zielony Gumiak nabrał głęboko powietrza do płuc. &lt;br /&gt;- Odbierałem pocztę szefa i rzuciłem okiem. Jak zwykle, bo przecież czasem przychodzą do nas informacje wymagające natychmiastowego działania. Jak te o bobrach, albo o nietoperzach, które mieszkały w naszych skałkach.&lt;br /&gt;- Mieszkają – zauważył Wiktor.&lt;br /&gt;- Hyhyhyhy – ucieszył się ghul wpatrzony w słoik, który trzymał w ręku.&lt;br /&gt;- No właśnie! I z tej korespondencji wynika, że podczas prac geologicznych prowadzonych już wcześniej na skałkach, a teraz podjętych na nowo, bo trzeba będzie przenieść cmentarz na tamtą stronę, znaleziono ropę!&lt;br /&gt;- Naftową?&lt;br /&gt;- Naftową. Nie wiadomo jak wielkie złoża, bo czemuś przewodniczący Pąckiewicz prowadzi prace bardzo dyskretnie. I jakoś nie wydaje mi się, żeby dbał o nietoperze. Ostatnio tajemniczy się zrobił i ma same sekrety. Przeznaczył spore fundusze organizacji na badania skałek. Ale konkretów żadnych jeszcze nie ma. A on nawet sam pisze listy, żebym nie zaglądał zbyt często do jego komputera!&lt;br /&gt;- To u nas może być wielkie bogactwo. Ksiądz będzie jak ten szejk, bo teren kościelny – zauważył hrabia.&lt;br /&gt;- Co mówisz? Mątwicki przyzwoity człowiek – strofowała go hrabina. – Całkiem nie jak ksiądz.&lt;br /&gt;- A jednak młody sprowadził stryja Pąckiewicza. Wszyscy go widzieliśmy. A to nie wróży nic dobrego! Niby potomek, ale czasem strach się przyznać – zasępił się Pącki.&lt;br /&gt;- Może odzyskają majątek rodowy za tę ropę? – hrabinie aż zabłysły oczy.&lt;br /&gt;- A na co ci to, moja duszko? – spytał hrabia.&lt;br /&gt;- Wrócimy do pałacu! Straszyć legalnie!&lt;br /&gt;- Aaaa – hrabia machnął ręką – przecież i tak robisz co chcesz. A jak urzędników nie będzie, to jaka radość ze straszenia?&lt;br /&gt;- Jeśli ta ropa rzeczywiście jest na skałkach, to tu się zrobi bardzo niespokojnie – stwierdził Wiktor.&lt;br /&gt;- Hyhyhyhy – wtórował mu ghul stukając palcem w słoik.&lt;br /&gt;- Co tam masz? – hrabina przysunęła się do ghula, który natychmiast zasłonił rękawem swój skarb. – Nie chcesz, to nie pokazuj.&lt;br /&gt;Hrabina wzruszyła ramionami i już sunęła w kierunku rondelka.&lt;br /&gt;- A co tu babko warzycie? Jakaś czarodziejska mikstura?&lt;br /&gt;- Nie wierć się – babka strofowała wąpierza, który koniecznie chciał się odwrócić do hrabiny. – Nic tam nie ma ciekawego dla was, upiory. Rosół gotuję.&lt;br /&gt;- A jeśli Amerykanie przyjadą nas wyzwalać? – zasępiła się Anka, która na bieżąco śledziła wydarzenia w kraju i na świecie.&lt;br /&gt;- Tylko ich brakowało w Dyrdymałach – zauważył Szymon krzywiąc się pod mazią z babki.&lt;br /&gt;- Albo się ekolodzy przykują do skałek w obronie nietoperzy – zauważył Wiktor, który także był zagorzałym obserwatorem życia politycznego i społecznego.&lt;br /&gt;- Byłoby co wziąć na ząb – rozmarzył się wąpierz Szymon.&lt;br /&gt;- Hyhyhy – przytaknął ghul ochoczo.&lt;br /&gt;- W każdym razie – zauważył hrabia – powinno się o tym uprzedzić proboszcza. Może to nic takiego, a może wielka afera się szykuje. Jeśli nas pozbawią grobów, to wolę nie myśleć, co się z nami stanie.&lt;br /&gt;Towarzystwo spoważniało. Sytuacja faktycznie nie była wcale do śmiechu. Wiadomo, że upiory bez miejsca spoczynku długo nie pociągną. A w takim razie to byłby koniec! Nieumarłych czekałoby nieistnienie! A w nieistnieniu wielka niewiadoma. Nawet ghulowi na samą myśl o niej wydłużyła się gęba i przestał się śmiać do słoika.&lt;br /&gt;- A co tam właściwie masz? – spytała babka przerywając ciężką ciszę.&lt;br /&gt;- Hyhyhy – ghul uśmiechnął się przymilnie i wyciągnął do niej słoik.&lt;br /&gt;Babka wytarła resztki mazi o fartuch i wzięła naczynie do ręki. W środku siedziała wielka ćma z wizerunkiem trupiej czaszki na odwłoku. Była dość osowiała, ale poruszała od czasu do czasu włochatą łapą. Upiory podeszły bliżej, żeby obejrzeć skarb. Nawet zmorom zrobiło się trochę nieswojo na widok dziwnego stworzenia. Powietrze było gęste od emocji i tylko bąbelki tworzące się na maseczce Szymona wydawały od czasu do czasu cichutki bulgot. Jak grom z jasnego nieba rozległ się nagle głos ghula:&lt;br /&gt;- Acherontia atropos – oznajmił z dumą.&lt;br /&gt;Zebranym z wrażenia odjęło mowę. &lt;br /&gt;- To mówi? – wydukała wreszcie hrabina.&lt;br /&gt;Za to Maćkowiakowa wydawała się wzruszona.&lt;br /&gt;- Zmierzchnica! – zawołała radośnie. – Dla mnie?&lt;br /&gt;Ghul skinął energicznie głową.&lt;br /&gt;- Niezastąpiona w magii. Bardzo skuteczna... – babka zawiesiła głos i spojrzała podejrzliwie na ghula. – Nie chcesz chyba, żebym ci zrobiła towarzyszkę?&lt;br /&gt;- Nie! – krzyknęli zgodnie zebrani.&lt;br /&gt;Ghul zatrzepotał rzęsami.&lt;br /&gt;- Ty jesteś nieporozumieniem – wyjaśniła babka. – Pomyliłam się wtedy. Stara już jestem i roztargniona, niedowidzę, niedosłyszę. Sam zresztą widzisz, żeś niepodobny do innych ghuli. To krwiożercze trupojady. A gdzie tobie do trupojada. Ty byś nawet muchy nie skrzywdził. I całe szczęście.&lt;br /&gt;Ghul zrobił smutną minę.&lt;br /&gt;- No przecież mówię! – zawołała babka tryumfalnie. – Ghule nie mają emocji, a ty? Co chwila się mażesz. Ale to miłe z twojej strony, że mi ją przyniosłeś. Zmierzchnica potrafi różne czary wyprawiać. Kto wie, kiedy się przyda.&lt;br /&gt;- Niech babka to wyrzuci, jeszcze babka coś przez dekoncentrację wyczaruje i kolejny dziwak nam tu przybędzie – zauważył Edward.&lt;br /&gt;- Phi! – prychnęła hrabina. – Znalazł się krytykant. Zastanów się, co mówisz, młody człowieku, bo sam jesteś ani z tego ani z tamtego świata.&lt;br /&gt;- Nie wyrzucę, to prawdziwy skarb i wielka rzadkość.&lt;br /&gt;Babka odstawiła słoik na półkę i przykazała Szymonowi:&lt;br /&gt; - A ty, zmyj to z siebie za dwie godziny. Prześpisz przyzwoicie jeden dzień w grobowcu i będziesz jak nowy! &lt;br /&gt;- No to zbieramy się, późno już! – Anka zareagowała na delikatną sugestię. – Musimy pomyśleć, jak powiedzieć o wszystkim proboszczowi. Lepiej go uprzedzić, zanim nam kościół w rafinerię zamienią. Dobranoc, babko, i wielkie dzięki.&lt;br /&gt;- Dobranoc, dobranoc – babka już wypychała gości za próg. – A ty gdzie? – zawołała do wnuczki.&lt;br /&gt;- Zaraz wracam, tylko kawałek go odprowadzę – odparła Agusia wskazując na Edwarda.&lt;br /&gt;- Naczyta to się głupot i potem takie skutki. Sagi jakieś... książę z bajki albo nieumarły im się marzy! Głupie te dziewczyniska teraz, jak nie wiem co – mamrotała babka. – A wracaj mi zaraz!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-6870838487726064907?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/6870838487726064907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-3.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6870838487726064907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/6870838487726064907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-3.html' title='Historia na razie jeszcze bez tytułu (3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4386666614202806611</id><published>2010-06-20T12:46:00.001+02:00</published><updated>2010-06-20T12:58:18.635+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dyrdymały'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książka'/><title type='text'>Historia na razie jeszcze bez tytułu (2 c.d)</title><content type='html'>- Proboszczu! Księże proboszczu!&lt;br /&gt;Jurna Anka przeskakiwała przez kałuże i groby przedzierając się do skarpy nad rzeką, nad którą stał proboszcz  Mątwicki. Proboszcz oderwał zatroskane spojrzenie od rzeki i ekipy sprzątającej, i spojrzał na rozemocjonowaną gospodynię. Na szczęście nie było powodu do paniki. Akcja przebiegała szybko i sprawnie. Więc skąd ten niepokój? Anka zatrzymała się przed proboszczem łapiąc oddech.&lt;br /&gt;- Coś jedzie do nas i świeci jak cholera! Rydwan jakiś piekielny albo co.&lt;br /&gt;- Oj, Anka, Anka. Pilnuj kobieto języka – strofował ją dobrotliwie.&lt;br /&gt;- Niech się ksiądz sam przekona! – Anka wskazywała ręką w stronę drogi, skąd faktycznie coś połyskiwało jaskrawymi promieniami spomiędzy drzew.&lt;br /&gt;Proboszcz podrapał się po policzku i ruszył w stronę kościoła. Mało miał kłopotów, teraz jeszcze jakieś nie wiadomo co. Rzucił okiem w prawo, gdzie zza przechylonego krzyża, który stał na mocno zniszczonym grobie wyglądała Monika. Strzyga patrzyła zmrużonymi złośliwie oczkami to na leśną drogę, to na proboszcza.&lt;br /&gt;- A kysz – syknął Mątwicki bez większego przekonania.&lt;br /&gt;- Że co? – dopytywała się Jurna Anka.&lt;br /&gt;- Nic, nic, Nie zwracaj uwagi – proboszcz podkasał sutannę i stąpał ostrożne po błocie. – Za co mnie to spotyka? – biadolił pod nosem idąc po śladach Anki.&lt;br /&gt;Jurna Anka tak naprawdę nazywała się Anna Jurna i była księżą gospodynią od czterech lat. Silna, zrównoważona, opiekuńcza, nie cackała się ani z losem ani z księdzem, ani tym bardziej z wikarym Pawlakiem, z którym sam Mątwicki nie zawsze sobie radził. Trzymała silną ręką całe gospodarstwo i nie straszne jej były żadne wyzwania. Potrafiła też skutecznie odstraszyć bardziej natrętnych parafian, za co proboszcz był jej w głębi duszy niezwykle wdzięczny. Nauczony doświadczeniem ufał Ance i nie podważał jej opinii. Zawsze się okazywało, że jej trzeźwy osąd sytuacji i szybkie decyzje były słuszne. Dlatego i tym razem podążał za Anką, bo skoro postanowiła, że tak trzeba, widać coś było na rzeczy.&lt;br /&gt;Gdy wyszli oboje na leśną drogę prowadzącą do kościoła i niewielkiej plebanii, od strony miasta nadjeżdżał powoli dziwny – jak się proboszczowi zdawało – samochód, połyskujący w promieniach słońca. Całe szczęście, że przestało wreszcie padać. Pogoda dawała nadzieję, na uniknięcie dodatkowych kataklizmów i doprowadzenie cmentarza do ładu. Nie do pomyślenia, żeby się nieboszczycy poniewierali po okolicy. W dodatku te łazęgi pozbawione grobów powyłaziły na światło dzienne. Z wyjątkiem różnego wampirzego tatałajstwa, które się teraz kryło po zamkniętych grobowcach i pewnie pełzało w kościelnej krypcie szukając schronienia przed światłem słonecznym. Proboszcz nijak nie był w stanie zrozumieć, dlaczego potępieńcy szwendali się bezkarnie po kościele i żaden piorun w nich nie strzelał. Z tego, co czytał na ten temat, święte miejsce było dla nich niedostępne. Niestety miejscowe upiory zdawały się o tym nie wiedzieć. Woda święcona również nie robiła na nich wrażenia, choć wikary na polecenie proboszcza używał jej całkiem obficie. „Może była przeterminowana?”, pomyślał proboszcz i westchnął. Jego samego też się nie bały. W dodatku pokazywały mu się najbezczelniej w świecie. Ciekawe, dlaczego je widział?&lt;br /&gt;Proboszcz Mątwicki stał na niewielkim placu, gdzie kończyła się droga i patrzył na podjeżdżające auto. Gdy pojazd stanął, otworzyły się drzwi i wyszedł zeń nie kto inny jak sławny na całe województwo, a może i dalej, ojciec Pąckiewicz we własnej osobie. Proboszcz starał się nie okazywać niechęci. Znał Pąckiewicza od wielu, wielu lat. Wychowali się razem w Dyrdymałach, ganiali po okolicznych lasach, łąkach i skałkach. Nawet razem trafili do seminarium duchownego, ale potem ich drogi się rozeszły. Pąckiewicza bardziej interesował biznes niż sprawy boskie, w czym nie byłoby nic złego, gdyby nie jego pazerność oraz wyjątkowe zakłamanie, które raziły  prostodusznego proboszcza. Złość i zazdrość były jednak niechrześcijańskie, więc przywitał gościa z otwartymi ramionami udając, że nie widzi pierścienia, który Pąckiewicz wyciągał do niego trochę bez sensu i na pewno z przyzwyczajenia.&lt;br /&gt;- Witaj, stary przyjacielu – zawołał radośnie gość zionąc koniaczkiem.&lt;br /&gt;- Witaj, Zdzisiu.&lt;br /&gt;Proboszcz odsunął się od ciężkiego krzyża wbijającego mu się boleśnie w brzuch przy tym szczerym uścisku.&lt;br /&gt;- Co się sprowadza do mojej skromnej parafii?&lt;br /&gt;- A tak wpadłem. Zobaczyć, co słychać. Wiem o powodzi i kłopotach. Pomyślałem, że może trzeba wspomóc starego druha?&lt;br /&gt;- Pracą? – zainteresował się proboszcz.&lt;br /&gt;- A choćby i dobrym słowem – odparł gość zacierając ręce. – Duże szkody?&lt;br /&gt;- No trochę kłopotu jest – przyznał Mątwicki. – Ale już ekipy porządkowe wysprzątały prawie wszystko. Czeka mnie przeniesienie części cmentarza, umocnienie skarpy. I takie tam. Fachowcy powiedzą co i jak.&lt;br /&gt;- A może przyślę ci moich fachowców? – ofiarował się z pomocą Pąckiewicz.&lt;br /&gt;Mątwicki nie kwapił się z odpowiedzią. Wiedział z doświadczenia, że od tej pomocy może się później nie pozbierać, ale nie wypadało przecież odmówić tak obcesowo.&lt;br /&gt;Pąckiewicz ujął go pod ramię i skierował w stronę przeciwną niż cmentarz. Wskazał dłonią skraj lasu przed nimi, łąki za lasem i pobliskie skałki.&lt;br /&gt;- Tutaj będziesz przenosił cmentarz?&lt;br /&gt;- Ano. Chyba tak. Trzeba się odsunąć od rzeki.&lt;br /&gt;- Przejdźmy się – zaproponował gość prowadząc proboszcza pod ramię w kierunku łąk.&lt;br /&gt;Mątwicki rzucił okiem na Jurną Ankę, która przyglądała się im podejrzliwie stojąc kilka kroków dalej i skinął do niej uspokajająco głową.&lt;br /&gt;- Wstaw nam wody na herbatę i wyjmij ciasto – poprosił. – Zajdziemy po spacerze.&lt;br /&gt;Anka odwróciła się na pięcie i ruszyła do budynku plebanii. Zza drzewa wyglądała Monika, która najwyraźniej podsłuchiwała rozmowę gościa z proboszczem. Mątwicki wykonał dyskretny ruch ręką, żeby odpędzić strzygę, lecz ta niewiele sobie z tego robiła. Szła kilka kroków z boku uważnie łowiąc szpiczastym uchem każde słowo. Zważywszy na doskonały słuch strzyg, nie miała z tym najmniejszego kłopotu. Proboszcz łypnął okiem na gościa, żeby sprawdzić, czy i on widzi Monikę, ale nic na to nie wskazywało. Pąckiewicz z szerokim uśmiechem patrzył przed siebie.&lt;br /&gt;- Jeśli potrzebujesz przyjacielu – zwrócił się do proboszcza – mogę ci przysłać moją ekipę do prac geologicznych. Zanim tu przeniesiesz cmentarz  trzeba zbadać teren. Młody  załatwi wszystko od strony ekologicznej. Wiesz, żeby nie było kłopotów z urzędem.&lt;br /&gt;Proboszcz starał się trzymać z daleka zarówno od urzędu jak i ekologów, ale musiał z nimi dobrze żyć. Na szczęście póki co nikt nikomu nie wchodził w drogę. Proboszcz musiał nawet przyznać, że urząd się spisał przy uprzątaniu cmentarza. Miał zamiar wziąć do pomocy miejscowego geodetę i bez wielkiej pompy przenieść te kilka grobów, których lokatorzy zresztą w większości i tak buszowali pomiędzy żywymi. Tak naprawdę, gdyby nie żywioł, proboszcz w ogóle by nie zauważył ich istnienia. Czasem padła gdzieś jakaś krowina albo zniknęło kilka kurczaków, ludzie chodzili niekiedy jakby trochę śnięci, ale zwalali to na karb niespokojnej aury. Tak było odkąd Mątwicki sięgał pamięcią. &lt;br /&gt; - Co ty na to? Hm? – Pąckiewicz trącił proboszcza łokciem pod żebro.&lt;br /&gt;- Pomyślę. I dziękuję ci, przyjacielu, za troskę.&lt;br /&gt;- Drobiazg – zapewnił gość. – Geodeci mogą przyjechać już w tym tygodniu.&lt;br /&gt;Proboszcz kiwał głową bez słowa. Znaleźli się na skraju lasu, a wyszedłszy na otwartą przestrzeń zobaczyli starą kobietę, która najwyraźniej czegoś szukała na łące. Towarzyszyła jej Mara. Zdążyła doprowadzić do ładu szykowną, koronkową suknię i teraz szła sobie najspokojniej w świecie zbierając kwiaty na łące. Pąckiewicz zmrużył oczy.&lt;br /&gt;- To babka Maćkowiakowa? – spytał.&lt;br /&gt;- Ano – potwierdził proboszcz.&lt;br /&gt;- Co ta stara czarownica tu robi? Pozwalasz się jej tak panoszyć?&lt;br /&gt;- Eee, nie jest ani groźna ani zła. Zbiera zioła i pomaga ludziom.&lt;br /&gt;Mątwicki przypatrywał się gościowi ciekaw, czy usłyszy jakąś uwagę na temat Mary. Lecz Pąckiewicz najwyraźniej jej nie widział. „Tym lepiej”, pomyślał proboszcz patrząc jak przez łąkę kłusuje ku babce strzyga Monika.&lt;br /&gt;- A ty gdzie tu, paskudo? – zawołała babka.&lt;br /&gt;- Stara tak do nas? – oburzył się gość.&lt;br /&gt;- Nie zwracaj uwagi. Ona czasem gada już od rzeczy. Wiek robi swoje. Wszystkich nas to czeka.&lt;br /&gt;- To od tego, że pije te swoje zioła o północy skacząc na jednej nodze! – prychnął dostojny gość.&lt;br /&gt;Strzyga zaglądała tymczasem do koszyka, żeby sprawdzić, co tam ciekawego babka zebrała. Babka szarpnęła koszykiem i machając ręką starała się odpędzić Monikę. Mara nie interweniowała wiedząc że Maćkowiakowa sobie ze strzygą poradzi. Ot zwykłe żarty. Nagle kosz zatoczył szeroki łuk w powietrzu i upadł niedaleko księżych nóg. Maćkowiakowa odwróciła się do lasu, gdzie stali duchowni.&lt;br /&gt;- Oooo! Pochwalony! – zawołała donośnym głosem. – Widział ksiądz dobrodziej, jak paskuda rozrabia? Odkąd potracili groby biedactwa, trochę im się poprzestawiało pod sufitem.&lt;br /&gt;Babka zataczała palcem kręgi przy skroni wskazując wymownie, że jej zdaniem miejscowe upiory sfiksowały. No tak! Proboszcza olśniło. Przecież babka Maćkowiakowa, choć już stara i trochę roztrzepana, miała kontakt z czarami i zaświatami od dziada pradziada. Tę umiejętność dziedziczyły wszystkie kobiety w jej rodzinie, o czym doskonale wiedziało każde dziecko w Dyrdymałach.&lt;br /&gt;- O czym mówi czarownica? – zainteresował się gość. &lt;br /&gt;Mątwicki westchnął.&lt;br /&gt;- Nic takiego. Mówiłem, nie zwracaj na nią uwagi.&lt;br /&gt;- O czym babko mówicie? – gość nie dawał za wygraną. – Komu się poprzestawiało? Co tu się wyprawia?&lt;br /&gt;- Nic poza tym, że wąpory, wilkołaki i inne potępieńce woda wymyła i latają teraz niebożątka, bo nie mają się gdzie skryć – usłużnie wyjaśniła babka.&lt;br /&gt;Mątwicki wzniósł oczy ku niebu. Jeśli chodzi o dyskrecję Maćkowiakowa była niezawodna.&lt;br /&gt;- A? – Pąckiewicz spiorunował wzrokiem kolegę po fachu. – Babka bredzi, czy masz tu Złe? W domu bożym?&lt;br /&gt;- Może nie tyle w domu bożym... – usiłował ratować sytuację proboszcz.&lt;br /&gt;- Egzorcysty ci trzeba! – ryknął gość tak głośno, że strzyga i Mara zamarły w bezruchu. – Podejdź no tu dobra kobieto – wyciągnął pierścień do babki – i opowiedz mi, co widzisz. Co tu się panoszy?&lt;br /&gt;Babka schyliła się po koszyk udając, że nie dostrzega pierścienia.&lt;br /&gt;- Iiiii – połapała się, że chlapnęła ozorem za dużo – ja tu tylko kwiatki zbieram.&lt;br /&gt;- A wąpory i wilkołaki? – gość nie mógł przepuścić takiej okazji.&lt;br /&gt;- Wąpory to tylko kwiat paproci w nocy zbierają, ale wilkołaki czasem pomagają i w dzień, owszem – przyznała.&lt;br /&gt;Proboszcz Mątwicki przygarbił się nieco. Monika i Mara słuchały z zapartym tchem. Gość spojrzał surowym wzrokiem na proboszcza.&lt;br /&gt;- Prowadź na tę herbatę. Musimy poważnie porozmawiać, jak widzę. Tobie by się tu nie tylko geolog, tfu... znaczy geodeta przydał, ale i dyplomowany egzorcysta!&lt;br /&gt;Popchnął Mątwickiego w kierunku plebanii.&lt;br /&gt;- Mam wszystko, czego ci potrzeba, drogi przyjacielu. Nie opuszczę cię w potrzebie. Możesz na mnie liczyć. &lt;br /&gt;Proboszcz Mątwicki przygarbił się nieco bardziej. Westchnął ciężko i razem ruszyli w stronę zabudowań.&lt;br /&gt;Za ich plecami babka Maćkowiakowa tłumaczyła coś Marze i Monice, które były najwyraźniej niezadowolone z obrotu spraw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec Pąckiewicz wytarł z ust resztki okruszków po cieście. Językiem wypolerował zęby, przepłukał herbatą i wstał od stołu.&lt;br /&gt;- Dziękuję za gościnę, przyjacielu i powiadam: możesz na mnie liczyć! – zagrzmiał. – Mam papiery egzorcysty. Już niejednego diabła się wypędziło z szaraczków, to i z tym sobie poradzimy. A o miejsce pod cmentarz też się nie martw. Wystarczy jedno słowo twoje, albo biskupa i moja ekipa już tu jest.&lt;br /&gt;Mątwicki kiwał głową.&lt;br /&gt;- Nie fatygujmy jego wielebności.&lt;br /&gt;- Ależ to dla mnie żadna fatyga!&lt;br /&gt;- Miałem na myśli biskupa. Ja tu sobie z miejscowymi poradzę. Zapewniam cię, Zdzisiu.&lt;br /&gt;- No jak chcesz! Ale przemyśl to jeszcze. Ja ci oferuję pełen pakiet usług!&lt;br /&gt;- Dziękuję, przyjacielu. Z Bogiem, z Bogiem.&lt;br /&gt;Wyszli przed budynek i wolnym krokiem wędrowali w stronę złotego rydwanu. Już na odchodnym Pąckiewicz pochylił się do ucha proboszcza:&lt;br /&gt;- A urząd lepiej trzymaj z daleka. Wiesz, jakie teraz czasy. To sprawa kościelna. Nie może wyjść na jaw, że Złe się czai w świętym przybytku. Już i tak nas oskarżają o różne występki i szarpią dobre imię, nie szanują tradycji. We łbach się ludziom poprzewracało! Ujada pospólstwo na święte prawa i przywileje, nie podoba się gawiedzi! A to, że molestacje jakieś, a to, że polityka... a dawać na tacę po dobrawoli to nie łaska! Trzeba wyduszać każdy grosz! Fundacja mi podupada ostatnio przez te nieroby, co nie szanują namiestników Pana naszego! A sami nic tylko o seksie i o seksie. Nauk przedmałżeńskich nie stosują i stąd całe zło!&lt;br /&gt;Pąckiewicz aż się trząsł z oburzenia. Proboszcz poklepał go uspokajająco po ramieniu.&lt;br /&gt;- Jedź ostrożnie, Zdzisiu. Nie denerwuj się. Ja tu sobie poradzę.&lt;br /&gt;- Mowy nie ma, żebym cię, przyjacielu zostawił samego w opałach! Ja tu wrócę niebawem!&lt;br /&gt;Trzasnął drzwiczkami i ruszył z impetem.&lt;br /&gt;Proboszcz patrzył w zadumie za złotym pojazdem sunącym niczym jeździec Apokalipsy. Jurna Anka i obie zjawy stanęły za jego plecami. Mątwicki odwrócił się do nich.&lt;br /&gt;- Wzięłybyście się do jakiej pożytecznej roboty – westchnął ciężko.&lt;br /&gt;- On nie odpuści, prawda dobrodzieju? – spytała Anka.&lt;br /&gt;Proboszcz potrząsnął tylko smutno głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad ogrodem zamku w Dyrdymałach zapadał powoli zmierzch. Ciepłe majowe powietrze parowało delikatnie w ostatnich promieniach słońca po rzęsistych opadach, które przemieniły tę spokojną okolicę w teatr zdarzeń gwałtownych i dziwnych. Jak to zwykle bywa w niespokojnym czasie, z zakamarków wyłaziły różne sprawy i sprawki dotychczas bulgoczące pod powierzchnią. Zmory snuły się po okolicy i za dnia i nocą, choć nie te same. Coś się szykowało w Dyrdymałach. Czuli to przez skórę panujący na urzędzie, zwłaszcza widząc zza firanek gorączkową krzątaninę potomka tutejszych hrabiów, a obecnego przewodniczącego organizacji ekologicznej. Nie bez znaczenia była też wizyta wielebnego gościa. Oj, nie wróżyło to dobrze miejscowym urzędnikom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hrabiostwo przechadzali się po parku. Ostatnie promienie słońca przenikały przezroczyste zarysy niegdyś cielesnych powłok. Niewprawne oko nie odróżniłoby ich od obłoków pary unoszących się nad trawami. Zdradzał ich może tylko nieco bardziej srebrzysty odcień i coś jakby ruchliwa chmurka biegająca wokół jaśniepaństwa. To duch Fafusia, polował na ostatnie koniki polne szukające w trawie przytulnego posłania na noc. Pąccy przechadzali się tak prawie od wieku. Hrabia lubił te magiczne chwile przed zachodem słońca. Były właściwie jedynymi, kiedy jego ukochana, ale nieco męcząca małżonka nie wypominała mu grzeszków i słabości. Pącki spojrzał z rozrzewnieniem na żonę, a ta poprawiła kokieteryjnie lok, który się wymknął z misternie upiętej fryzury. Taaaak. Mieli dobre życie. Śmierć może już nie tak zabawną, ale w końcu na każdego przychodzi jakiś koniec. Za to hrabia miał co wspominać. Uśmiechnął się pod wąsem do własnych wspomnień, a potem objął żonę ramieniem. Ona oparła głowę na leciutko wytartym rękawie aksamitnego stroju i wspomniała własną bujną przeszłość. Hrabiostwo uważali się za szczęśliwą parę nawet po śmierci. A może zwłaszcza po śmierci. W ich pięknym ogrodzie kropelki wieczornej mgły mieniły się kryształowo i tęczowo na źdźbłach trawy żegnając dzień, witając noc, królową sennych marzeń i mar wszelakich.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4386666614202806611?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4386666614202806611/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-2_20.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4386666614202806611'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4386666614202806611'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-2_20.html' title='Historia na razie jeszcze bez tytułu (2 c.d)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-1085659021658939067</id><published>2010-06-17T10:10:00.002+02:00</published><updated>2010-06-17T10:56:39.303+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nietoperz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książka'/><title type='text'>Historia na razie jeszcze bez tytułu (2)</title><content type='html'>Bugatti veyron w kolorze delikatnie podwędzanej sardynki zaparkował z fasonem na żwirku przed budynkiem ratusza w Dyrdymałach. Przed wojną był to pałac hrabiostwa Pąckich, ale już dawno temu przeszedł na własność państwa i gościł w swoich progach urząd miejski, bibliotekę oraz siedzibę organizacji ekologicznej Zielony Gumiak. Tę ostatnią wyłącznie ze względu na powinowactwo jej przewodniczącego Pąckiewicza z niegdysiejszym miejscowym hrabiostwem i z obawy władz, że a nuż młodemu, ambitnemu człowiekowi strzeli do łba, domagać się zwrotu majątku, jak mu radziła część rodziny. Tymczasem jednak Pąckiewicz urzędował w bocznym skrzydle pałacu. To właśnie on wybiegł rączo z budynku zapinając guzik od marynarki i kłusował w kierunku żwirowego podjazdu. Na widok samochodu nieco zwolnił tempa, ale już drzwiczki się otwierały, już stopa obuta w czarny sztylp stąpnęła stanowczo na żwirze, już za stopą podążała okazała reszta odziana w czarne spodnie, czarną marynarkę rozpiętą i odsłaniającą bogato zdobiony szlachetnymi kamieniami złoty krzyż. Skromna koloratka dopełniała wizerunku.&lt;br /&gt;Gość stanął w całej okazałości i pieścił spojrzeniem budynek pałacu, trzeba przyznać bardzo starannie utrzymany przez urząd. Młody Pąckiewicz wytarł nerwowo lekko spoconą dłoń o spodnie i przypadł do pierścienia.&lt;br /&gt;- Witaj, stryju!&lt;br /&gt;- Daj spokój, młody. Jestem tu incognito. Ale pierścień możesz ucałować - dodał gość łaskawie.&lt;br /&gt;- Incognito?&lt;br /&gt;Pąckiewicz rzucił niepewne spojrzenie na veyrona, który lśnił niczym wielkie UFO przed urzędem miejskim. Gość zrozumiał.&lt;br /&gt;- To prywatny – wyjaśnił. – Chodzi o to, że służbowy został na parafii.&lt;br /&gt;- Aha. To zapraszam stryja do biura.&lt;br /&gt;- Dawno nie byłem u ciebie. Pięknie tu, no, no. – gość wprawnym okiem szacował wartość budynków i przyległych terenów. – Muszę przyznać, że dbają urzędniki o naszą spuściznę.&lt;br /&gt;Pąckiewicz przytaknął nie wdając się w dyskusję. Dreptał wokół gościa chcąc go jak najprędzej wprowadzić do biura, by uniknąć sensacji. Już widział, poruszenie za biurowymi firankami. „Trudno, pomyślał, i tak nie da się tej wizyty utrzymać w tajemnicy.”. Pogodziwszy się  z faktami, uspokoił się wewnętrznie. Całe życie go uczono, że z losem się nie wygra, choć próbować czasem warto. Widać tak miało być. Otworzył pięknie rzeźbione drzwi, obok których widniała elegancka, emaliowana tablica z napisem „Zielony Gumiak” i przepuścił gościa.&lt;br /&gt;- Nigdy nie myślałeś o zmianie nazwy, synu? – spytał gość.&lt;br /&gt;- Nie, stryju. To kwestia tradycji. Wszak Zielony Gumiak widnieje w herbie Pąckich.&lt;br /&gt;- Chyba kalosz!&lt;br /&gt;- Z francuskiego „galoche”. To one przywróciły nasz ród do świetności gdyby nie fabryka ojca pra pra pra babki Pąckiej świętej pamięci... Szkoda gadać. Ale po wojnie przemianowano herb, żeby było bardziej ludowo, a mniej herbowo.&lt;br /&gt;- Jak zwał, tak zwał.&lt;br /&gt;Duchowny ze zrozumieniem skinął głową i przeparadował do kolejnych otwartych na oścież drzwi sekretariatu. Na jego widok stojąca tam prześliczna filigranowa blondynka runęła na kolana.&lt;br /&gt;- Bądź pozdrowiony, Ojcze Wszechmocny!&lt;br /&gt;- A tej co? – spytał gość odwracając się do młodego Pąckiewicza. – Głupia jakaś czy ateistka?&lt;br /&gt;- Ojcze Geologu? – poprawiła się niepewnym tonem sekretarka, a jej usteczka wygięły się w podkówkę.&lt;br /&gt;- Zrób nam kawę, proszę – Pąckiewicz próbował ratować sytuację.&lt;br /&gt;- I podaj no, dziecko koniaczek. Znużonym podróżą – rzucił łaskawie gość wparowując do gabinetu przewodniczącego. – Noooo – stwierdził z satysfakcją moszcząc się w skórzanym fotelu za biurkiem – ładnie tu.&lt;br /&gt;Obejrzał wszystkie przedmioty stojące na biurku, kilka poprzestawiał i rzucił życzliwszym okiem na krewnego.&lt;br /&gt;- No dobrze młody. Nie będę tu siedział wieki całe, bo mnie interesy gonią. Wiesz, że nie mam czasu na duperele, muszę moich owieczek doglądać, żeby mi się nie zbiesiły. Mów! Jak się sprawy mają? Bo tu wiesz, trzeba przypilnować. Toż to interes jest taki, że trafia się raz na sto lat! Nie możemy przepuścić okazji.&lt;br /&gt;- Oczywiście, stryju. Więc jest tak... Pamięta stryj te skałki kawałek za kościołem? Takie niezbyt wysokie, w sumie tam pusto, teren kościelny razem z cmentarzem i przyległą łąką.&lt;br /&gt;Gość kiwnął głową na znak, że pamięta.&lt;br /&gt;- U nas teraz wielka powódź była, jak stryj wie i pół cmentarza wymyło. Proboszcz Mątwicki musi pozbierać resztki nieboszczyków i przenieść groby. Najprawdopodobniej właśnie bliżej skałek, bo i gdzie miałby je przenieść? W każdym razie urzędowi się nie chciało pomiarów robić, a w dodatku tam mieszkają nietoperze pod ochroną, więc prace zlecili mnie. Że niby tacy dbający o ekologię, ale ja wiem, że nie chcą pieniędzy wydać. Już przy badaniach nietoperzy, dawniej, robiłem badania geologiczne i wyszło całkiem przypadkiem, że tamtejsze łupki mogą kryć w sobie złoża ropy. Teraz robiłem badania sejsmiczne, ale stryj wie, trzeba było dyskretnie.&lt;br /&gt;Gość kiwnął głową na znak, że wie.&lt;br /&gt;- Bo to przecież nie tylko proboszcz Mątwicki, ale i Zawada mógłby coś zwęszyć. A on wiadomo, bogaty biznesmen i trzyma z przewodniczącą urzędu. Rozumie stryj, ręka rękę myje.&lt;br /&gt;Gość kiwnął głową na znak, że rozumie.&lt;br /&gt;- No i są. Są te złoża jak nic. Trzeba ustalić dokładniej, jak duże. Pomyślałem w każdym razie, że może by tak wpłynąć na proboszcza. W końcu stryj zna władzę zwierzchnią, tereny należą do kościoła. Nie oddamy przecież naszych terenów, prawda? Starczy, że nam pałac zabrali swego czasu! – młody promieniował oburzeniem.&lt;br /&gt;Gość uniósł dumnie głową na znak, że nie odda i walnął pięścią w stół.&lt;br /&gt;- Młody! Masz rację jak cholera!&lt;br /&gt;Sekretarka weszła cichutko do gabinetu i postawiła tacę na stoliku. Podawała filiżanki dymiące rozkosznym zapachem świeżo parzonej kawy. Pąckiewicz poderwał się i wyciągnął kieliszki z barku.&lt;br /&gt;- Dziękuję ci, moje dziecko – gość łypnął w zgoła niedziecięcy dekolt filigranowej sekretarki i podał pierścień do ucałowania.&lt;br /&gt;Dziewczyna przyklękła ofiarując tym sposobem widok z lepszej perspektywy i szepnęła cichutko:&lt;br /&gt;- Na wieki wieków, ojcze Pogromco.&lt;br /&gt;- No głupia jakaś wyjątkowo – zauważył gość – ale ładne z niej dziecko – dodał łaskawie.&lt;br /&gt;Sekretarka wstała z klęczek i wycofała się dyskretnie za drzwi pozwalając mężom interesu na ustalenie strategii.&lt;br /&gt;Przewodniczący Pąckiewicz ustawił kieliszki na biurku i zajął się butelką. Złoty płyn wypełnił do połowy szklane bąble spływając kaskadą po ściankach i kłębiąc się niczym wzburzona fala, zanim wreszcie ucichł na dnie. Gospodarz odstawił butelkę, zatarł dłonie i sięgnął po kieliszek.&lt;br /&gt;- Zdrowie stryja!&lt;br /&gt;- Dziękuję ci, synu – gość z wyraźnym zadowoleniem smakował koniak. – Zrobimy tak: ja się zajmę stroną duchową, czyli pogadam z biskupem o tym, żeby roztoczyć opiekę nad zniszczonym cmentarzem. Nie można tak zostawić kolegi w opałach z nieboszczykami rozniesionymi przez rzekę po całej okolicy. Twoja organizacja przejmie nadzór i wszystko będzie ekologicznie. Urząd trzeba trzymać jak najdalej, żeby się te sępy nie zwiedziały o interesie, bo na pewno będą nam szły w szkodę. Ja zmobilizuję wiernych do pomocy, ogłosi się w radiu, telewizji, prasie, zrobi się składkę, wyznaczy chętnych do pracy. Zawsze można włączyć fundację i podnieść abonament na telefony. Już moja w tym głowa! Ty tymczasem załatw odwierty, ale po cichu, wiesz. Nie od razu na wielką skalę. Tak, żeby nic nie było widać. Wymyśl coś i wyślij ludzi na te skałki. Musimy mieć kontrolę. A potem koncesję, jeśli będzie warto rzecz jasna.&lt;br /&gt;Młody Pąckiewicz z entuzjazmem kiwał głową.&lt;br /&gt;- Odwiedzę jeszcze dziś Mątwickiego i wybadam co on tam wie.&lt;br /&gt;- Stryj zamierza jechać do kościoła tą bryką? – przewodniczący ekolog skinął głową w stronę podjazdu za oknem.&lt;br /&gt;- A czemu nie? Niech widzi potęgę łaski!&lt;br /&gt;- Proboszcz Mątwicki może tego nie pochwalać – zasępił się młody.&lt;br /&gt;- A, co ty się znasz! Od wieków bogactwo robi wrażenie! Działało przez dwa tysiące lat, nie przestanie tak ot teraz!&lt;br /&gt;- Stryj da potem znać coście ustalili?&lt;br /&gt;- Spokojna głowa. Zadzwonię i powiem dokładnie co i jak. A ty – gość dopił koniak, wsparł się obiema dłońmi o biurko i podniósł z fotela – zorganizuj po cichu ekipę. Weź najlepszych fachowców i dyskretnie!&lt;br /&gt;- Już mam. Tylko czekają na sygnał.&lt;br /&gt;- Tym lepiej, synu.&lt;br /&gt;Pąckiewicz odstawił kieliszek i śpieszył otworzyć drzwi przed stryjem. Wiedział, że kto pilnuje interesu, ten nie ma czasu na czcze pogaduchy. A stryj pilnował interesu aż furczało.&lt;br /&gt;Na ich widok sekretarka zerwała się na równe nogi i już miała ucałować pierścień, ale duchowny przepędził ją ruchem ręki.&lt;br /&gt;- Do zobaczenia, dziecko, daj już spokój z tymi pląsami. I lepiej nic nie mów! – dodał widząc, że otwiera usta, by się odezwać.&lt;br /&gt;Dziewczyna zamarła wpół gestu, wpół słowa.&lt;br /&gt;Podążając za stryjem w stronę samochodu, Pąckiewicz rzucił okiem na okna urzędu. Firanki opadły, a urzędnicy odskoczyli w głąb pokojów.  Młody uśmiechnął się chytrze pod wąsem. Otworzył przed stryjem drzwi auta.&lt;br /&gt;- To z Bogiem, stryju!&lt;br /&gt;Duchowny umościł się na skórzanym siedzeniu i zanim zamknął drzwiczki, skinął jeszcze do krewniaka dając znak, by ten się zbliżył. Przewodniczący Zielonego Gumiaka pochylił się do rozmówcy.&lt;br /&gt;- A ty, młody, pukasz z gumką czy bez? – spytał duchowny.&lt;br /&gt;Pąckiewicz poczerwieniał i z emocji nie mógł złapać tchu.&lt;br /&gt;- Ależ stryju!&lt;br /&gt;- Daj spokój – stryj machnął ręką – przecież wiem, że to robisz. Chodzi mi o potomka.&lt;br /&gt;- Stryj chce się dzielić dziedzictwem? – spytał Pąckiewicz jeszcze bardziej zaskoczony niż samym pytaniem o gumkę.&lt;br /&gt;- Zaraz tam dzielić! Ale myślę o rodzinie. Jesteś już dwa lata po ślubie, młody, a przychówku nie widać!&lt;br /&gt;- A bo myśleliśmy z Martusią...&lt;br /&gt;- Baby nie są od myślenia! Wiesz, że święty Kościół nie pochwala gumek! Masz mi zrobić dziedzica, ku chwale naszej i Pana!&lt;br /&gt;- Tak stryju, za chwilę – wybąkał Pąckiewicz.&lt;br /&gt;- No! To bywaj! – gość wykonał niedbały gest jakby błogosławieństwa i uruchomił silnik. – Odezwę się do ciebie. A ty mi tu pilnuj wszystkiego!&lt;br /&gt;I z tymi słowami ruszył.&lt;br /&gt;Pąckiewicz patrzył za pojazdem, który odbijał promienie słońca tak mocno, że zwykłemu śmiertelnikowi mogło się zdawać, że patrzy na zjawisko jakieś cudowne. Gdy się odwrócił w stronę pałacu w oknach nie drgnęła już ani jedna firanka. Urzędnicy obserwowali go wyjątkowo dyskretnie.&lt;br /&gt;Cieniasy, pomyślał młody i ruszył z powrotem do swojego biura zająć się sprawami nie cierpiącymi zwłoki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-1085659021658939067?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/1085659021658939067/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-2.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1085659021658939067'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/1085659021658939067'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-2.html' title='Historia na razie jeszcze bez tytułu (2)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-2916285002734415998</id><published>2010-06-17T10:08:00.002+02:00</published><updated>2010-06-17T10:57:34.177+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fu Kang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nietoperz'/><title type='text'>Historia na razie jeszcze bez tytułu (1)</title><content type='html'>Woda płynęła szerokim strumieniem. Porywała za sobą bezlitośnie wszystko, co stanęło na jej drodze. Po dwóch tygodniach deszczu spływające z gór potoki zmieniły się w dziki żywioł, który niszczył, wyrywał, szarpał, tarmosił i porywał. Wały ziemne nic nie pomagały, mosty ledwo zipały pod naporem wściekłej, spienionej brei.&lt;br /&gt;Mara spojrzała na swoją suknię zabrudzoną błotem. Delikatne koronki wyglądały jak psu z gardła wyjęte. Próbowała je choć trochę wygładzić i przyklepać na długich nogach, ale bez większego powodzenia. Nienawidziła wyglądać byle jak. Wiedziała, że nic tak nie dodaje kobiecie uroku jak ładny strój i pewność siebie. Teraz przynajmniej jeden element odpadał. Trudno, trzeba będzie coś z tym zrobić. Wyjęła z błota pantofelek i z westchnieniem rozejrzała się wkoło. Część grobów była zdewastowana. Walały się wieka albo drzazgi po wiekach od tych tańszych, tandetnych trumien, ale nie było widać mieszkańców cmentarza. Czyżby się pochowali w grobowcach bogaczy albo w krypcie?&lt;br /&gt;Nagle z tyłu znad samej skarpy rozległ się przeraźliwy wrzask i dało się słyszeć skwierczenie. To skwierczał wąpierz, który wypełzł nieopatrznie na powierzchnię, albo zostały wymyty. Nie było co do tego pewności. W każdym razie nie powinien był się pokazywać na zewnątrz, bo choć ciągle padało, noc jeszcze nie nastała. Jazgocząc paskudnie i dymiąc wąpierz pędził w kierunku jednego z dwóch najokazalszych grobowców w nadziei, że tym razem jeszcze zdoła uratować swój nędzny nieżywot. Mara patrzyła za nim ze złością i pomyślała, jaka to straszna szkoda, że nie skomli tak ta wredna, ruda Lamia, która się zawsze starała odbić któregoś z jej kochanków. Lamii jednak nie zagrażało światło dzienne. Może chociaż woda zniszczyła i jej sukienki?&lt;br /&gt;Mara stanęła na imponująco długich nogach. To im przede wszystkim zawdzięczała zainteresowanie mężczyzn. a także wiotkiej talii, jasnej skórze, prawie przezroczystej, długim, czarnym włosom i powłóczystemu spojrzeniu. Spowijała ją atmosfera zmysłowości, zagadki i obietnicy. No i Mara pchała się do łóżka. Taką miała naturę, a tej prawie żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. To dlatego tracili dla niej głowy. Niektórzy dosłownie, jeśli Mara nie żywiła się przez dłuższy czas. Czasami najzwyczajniej w świecie zapominała się z głodu i wtedy chłeptała nieco zbyt dużo. No cóż, shit happens, jak mawiał lord Drake. Ciekawe, gdzie był teraz ten domniemany Anglik z wyższych sfer.&lt;br /&gt;Z obrzydliwym ciamlaniem Mara postąpiła kilka kroków. Pantofelki grzęzły w błocie i trudno było się poruszać po zazwyczaj spokojnym cmentarzu w Dyrdymałach, niewielkiej wsi, niegdyś należącej do hrabiego Pąckiego. To była jednak daleka przeszłość i nie należało nią sobie zaprzątać głowy zwłaszcza w obliczu szalejącego żywiołu. Żywioł tymczasem szalał jak nigdy wcześniej, odkąd Mara, siódme dziecko rejenta i panny z dobrego domu, oddana w dzieciństwie na nauki do szkoły prowadzonej przez zakonnice, a potem żona miejskiego rajcy, ale przede wszystkim kochanka prawie całej męskiej części rady miejskiej, zeszła z tego świata i zamieszkała w miejscowych zaświatach, a konkretnie na cmentarzyku w Dyrdymałach. O ile już wcześniej cmentarzyk nie był specjalnie okazały, to teraz brakowało go w dobrej jednej trzeciej. Leżący na skarpie nad zwykle nieszkodliwą i spokojną rzeczką, był częściowo podmyty. Skarpa urywała się gwałtownie, a w dole burzyła się spieniona i brudna woda. W zapadającym zwolna zmierzchu było widać coraz gorzej, ale Marze się zdawało, że dostrzega jakieś kości. Pewnie nieboszczyk, który dokończył żywota i zamiast się cieszyć urokami zaświatów, pozwolił się pożreć robakom. Nie warto było teraz rozważać, czy to lepsze rozwiązanie, czy też gorsze niż to, które spotkało Marę i kilku innych umrzyków. Należało ich raczej odnaleźć i to szybko, bo deszcz nie ustawał. Jeśli tak będzie wymywać cmentarz, to co się z nimi stanie? Mara chwyciła pantofelki w garść i przytrzymując koronkową suknię utaplaną błotem ruszyła dziarsko w kierunku budowli z kamienia.&lt;br /&gt;Dwa kamienne grobowce stały obok siebie w tej lepszej części cmentarza. Oba piętrowe nie wiedzieć czemu, zupełnie, jakby nieboszczyk nie miał nic lepszego do roboty, jak ganiać po piętrach. Właściwie musiałby latać, bo schodów nie było. W sumie chodziło tylko o rozmiar, o przewagę. Choćby i po śmierci. Obaj fabrykanci konkurowali między sobą przez całe życie i – o, ironio! – ten, który zmarł jako drugi, miał wreszcie szansę na większy grobowiec niż imponująca budowla chroniąca doczesne szczątki jego odwiecznego konkurenta i wroga. Tak to sprawiedliwości stało się zadość, a zmagania obu wielkich mężów i ich ambitnych rodzin przeniosły się w zaświaty. Zyg, zyg marcheweczka. Jedyny pożytek z grobowców był taki, że umarlacza społeczność cmentarza w Dyrdymałach mogła się tam spotykać nie strasząc okolicznych mieszkańców włóczeniem się po nocy. Mara przeczuwała, że tym bardziej teraz, kto nieżyw, tam właśnie się schronił.&lt;br /&gt;Pchnęła ciężkie, zdobne okuciami drzwi do grobowca. Powitało ją radosne szczekanie Fafusia, białego szpica świętej pamięci hrabiny Pąckiej. Również Fafuś wyglądał mniej elegancko niż przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat. Sierść miał zmierzwioną i posklejaną, ale humor psinie dopisywał jak zwykle.&lt;br /&gt;- Fafulki moje, wracaj do pańci! – hrabina unosiła się nad posadzką ze szczotką w ręku. – Wyczeszemy futerko, nio, nio, malutki.&lt;br /&gt;Hrabia uniósł delikatnie brew. Szanowna małżonka okazywała czułość swojemu pupilkowi w sposób nieco egzaltowany, ale hrabia już dawno zdążył się do tego przyzwyczaić. Hrabina była w ogóle niezwykle życzliwą osobą, choć czasem lubiła wetknąć szpilę. Westchnął tylko pogodzony z losem i uśmiechnął się do Mary.&lt;br /&gt;- Witaj, moja droga. Jesteśmy prawie w komplecie.&lt;br /&gt;Mara potoczyła spojrzeniem po obecnych. Poza hrabiostwem był tu wąpierz Szymon, którego dopiero co widziała skwierczącego na cmentarzu, martwiec Wiktor i jego wierny ghul, ruda Lamia, Sylvio, który najwyraźniej szykował się do wyjścia, strzyga Monika zajęta piłowaniem swoich ptasich szponów i Tamara, wyjątkowej urody sukub. Mara lubiła Tamarę, choć była ona dla niej konkurencją, ale miała łagodny charakter, jeśli nie liczyć podsysanych z krwi młodzieńców i była miła wobec własnego gatunku. W przeciwieństwie do Lamii. Mara z przyjemnością zauważyła, że suknia Lamii była równie sponiewierana przez wodę i błoto jak jej własna. Choć tyle!&lt;br /&gt;- A gdzie Stefan i Alonzo? – spytała Mara.&lt;br /&gt;- Ten nicpoń Alonzo znowu wyciągnął Stefana na wódkę – odparł zatroskany hrabia. – Wykończy mi nieboraka pijaczyna przeklęta.&lt;br /&gt;- Gdyby Stefan nie chciał pójść, to by nie szedł – zauważyła chłodno i logicznie hrabina. – Zawsze same z nim kłopoty. Ostatni do roboty, pierwszy do kieliszka. Nie wiem po co go trzymasz.&lt;br /&gt;- Już go nie trzymam od dobrych dziewięćdziesięciu lat – odgryzł się hrabia.&lt;br /&gt;- A Drake? – Mara nie lubiła, kiedy Pąccy się kłócili w obecności innych upiorów. Uważała to za brak ogłady.&lt;br /&gt;- Nie widzieliśmy go od trzech dni – stwierdziła hrabina wyczesując starannie sierść swojego pupilka.&lt;br /&gt;- Kiedy ja go widziałam ostatni raz – włączyła się do rozmowy Monika – usiłował przekonać proboszcza, że należy mu się miejsce w krypcie.&lt;br /&gt;- I co? – zainteresował się Szymon, który również uważał kościelną kryptę za miejsce godziwe i bezpieczne dla wampira.&lt;br /&gt;- Zapomnij – ucięła Monika. – W proboszcza Mątwickiego jakby sam diabeł wstąpił. Wrzeszczał jak szalony, biegał z kropielnicą i groził, że sprowadzi egzorcystę, żeby wreszcie położyć kres bezhołowiu umarlaków. O nas tak mówił, wyobrażacie sobie?&lt;br /&gt;- Ba! Właściwie trudno mu się dziwić – zauważył przytomnie martwiec Wiktor.&lt;br /&gt;- Yyyyyy – przytaknął inteligentnie ghul.&lt;br /&gt;- Tak czy inaczej mamy poważny problem. Nasze groby są zniszczone, połowa cmentarza zniknęła i proboszcz będzie musiał zrobić z tym porządek. My tymczasem zostaliśmy na lodzie. Na pomoc gminy raczej nie mamy co liczyć, a mój majątek już dawno temu uwłaszczony – podsumował gorzko hrabia.&lt;br /&gt;- Chyba miałeś na myśli mój majątek? – rzuciła kąśliwie świętej pamięci małżonka.&lt;br /&gt;Hrabia machnął tylko ręką.&lt;br /&gt;- Trzeba się ułożyć z proboszczem. W krypcie jest dużo miejsca i każdy znajdzie dla siebie przytulny kąt. No chyba, że się przeniesiemy do pałacu. Ale wtedy przyjdzie nam mieszkać z samym urzędem.&lt;br /&gt;- To nie jest takie złe rozwiązanie – zauważyła Lamia. – Będzie dostęp do świeżych urzędników.&lt;br /&gt;- Wolę ich dopadać po zmroku. – zauważyła Monika. – Tam strasznie dużo ludzi się plącze przez cały dzień. Hałasują, łażą. marudzą. I nie lubię, kiedy wrzeszczą na mój widok. To mnie stresuje.&lt;br /&gt;Tamara ze współczuciem objęła paskudę.&lt;br /&gt;- Nie przejmuj się, Moniko. Ludzie są tacy nieodpowiedzialni.&lt;br /&gt;- W każdym razie musimy się zdecydować krypta czy pałac. Budowa nowego cmentarza chwilę potrwa. Potrzebne nam wygodne lokum, a tu się nie mieścimy i nie ma co tracić energii na daremne kłótnie. Osobiście jestem za kryptą – hrabia podniósł palec do góry.&lt;br /&gt;- Ja w zasadzie też – przychylił się Wiktor de hrabiowskiej decyzji. – Ale może zaczekajmy z podjęciem ostatecznej decyzji, aż wrócą Alonzo i Stefan. Może i lord Drake znajdzie się do tej pory.&lt;br /&gt;- No to tymczasem – wystrojony Sylvio wychynął z mrocznego zakątka. – Jak zdecydujecie, to mi powiedzcie tylko. Jestem za.&lt;br /&gt;- Tak ci spieszno? Może raz zostaniesz i wysilisz mózgownicę? Głową też czasem można popracować, a nie tylko ganiasz za tymi babami – hrabia czuł się w obowiązku strofować młodego.&lt;br /&gt;- O, przepraszam. To dama a nie baba. Zaniedbywana mężatka ściślej rzecz biorąc – fuknął urażony Sylvio. – A mnie wzywa obowiązek i natura podróżnika!&lt;br /&gt;- Taaa. To ta natura doprowadziła cię tu, gdzie jesteś. Gdyby mąż nie wrócił wcześniej z podróży, to może twoje kosteczki już by dawno popłynęły z nurtem rzeki, a ty nie szwendałbyś się po nocach za babami – zauważył Wiktor.&lt;br /&gt;- Hyhyhyhy – ucieszył się ghul.&lt;br /&gt;- Paszła, tępa pokrako – rzucił Sylvio zakładając bardzo szykowną skórzaną kurtkę. – Wracam szybciutko. Na pewno i tak niczego nie wymyślicie do tego czasu.&lt;br /&gt;Kiedy Sylvio otworzył drzwi grobowca, do wnętrza wdarł się kolejny podmuch wiatru i strugi deszczu. Fafuś szczeknął z dezaprobatą.&lt;br /&gt;- Jak ich spotkam w mieście, to powiem, żeby szybko wracali na naradę – rzucił jeszcze Sylvio i zamknął ciężkie drzwi.&lt;br /&gt;Na chwilę w grobowcu zapanowała cisza i słychać było tylko szelest przypalonej skóry łuszczącej się z wąpierza Szymona. W tej ciszy szelest brzmiał irytująco.&lt;br /&gt;- Może powinieneś zajrzeć do babki Maćkowiakowej? – zauważyła niby to życzliwie Lamia. – Da ci jakiejś mikstury i przestaniesz się łuszczyć.&lt;br /&gt;- Tak, żeby mnie zamieniła w ghula? – Szymon poczuł się wyraźnie urażony propozycją. – Babka już stara, wszystko jej się we łbie miesza. Myli formuły, mikstury, zaklęcia. Nie chcę być jak ten tu idiota.&lt;br /&gt;Wskazał ruchem brody na ghula.&lt;br /&gt;- Yyyyy – zauważył trupojad widząc, że zebrani skierowali na niego swoją uwagę.&lt;br /&gt;- Nie ma się co kłócić. Teraz musimy być zwarci i solidarni – przemówił hrabia.&lt;br /&gt;- Niby słusznie – zauważył Wiktor – ale gadasz pan hrabia jak jaki związek zawodowy a nie jaśnie pan.&lt;br /&gt;- Nie ma się co czepiać szczegółów – prychnął hrabia.&lt;br /&gt;Zaś hrabina natychmiast skorzystała z okazji:&lt;br /&gt;- Zawsze miał socjalistyczne ciągoty. Ledwo obroniłam majątek za życia.&lt;br /&gt;- Może właśnie dlatego cię w końcu utłukli i majątek odebrali – zauważył hrabia z przekąsem.&lt;br /&gt;- Pfff... – Pącka wzruszyła ramionami.&lt;br /&gt;- Ja też bym wolała kryptę – odezwała się Mara ucinając kłótnię i wracając do tematu. – Niepostrzeżenie się nie da, Trzeba się zastanowić, jak proboszcza Mątwickiego przekonać.&lt;br /&gt;- Może Alonzo zrobi nowe witraże? A my wyremontujemy kościół?&lt;br /&gt;Tamara miewała czasem dziwne, ale trafne pomysły. W końcu Alonzo był artystą i to zdolnym. Stoczył się przez pijaństwo, teraz jednak nie groziło mu, że stoczy się jeszcze bardziej. A nawet jako nieboszczyk lepiej znosił działanie alkoholu. Może po śmierci odnajdzie swoją drogę artystyczną?&lt;br /&gt;- Rozpije wikarego na amen – zachichotał Szymon. – Ale warto spróbować.&lt;br /&gt;Świst wiatru na zrujnowanym cmentarzu przybrał na sile, a w niewielkim okienku grobowca zatrzęsły się szybki z grubego szkła. Przynajmniej te, które się jeszcze uchowały. Nawet tu słychać było szum wody niewinnej niegdyś rzeczki, która przemiesiła się w rwący żywioł i zabierała ze sobą wszystko, na co natrafiła po drodze.&lt;br /&gt;Mieszkańcy cmentarza w Dyrdymałach musieli się mocno spiąć, jeśli chcieli przetrwać wściekły atak Matki Natury.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-2916285002734415998?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/2916285002734415998/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-1.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2916285002734415998'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/2916285002734415998'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/historia-na-razie-jeszcze-bez-tytuu-1.html' title='Historia na razie jeszcze bez tytułu (1)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-4575606518366242807</id><published>2010-06-09T17:16:00.003+02:00</published><updated>2010-06-17T10:58:18.973+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nietoperz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szkarłatny Anioł'/><title type='text'>Szkarłatny Anioł (5)</title><content type='html'>MONTREAL, 18 LIPCA 1995 R.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przedramieniu Novaka spływały strużki krwi. Malarz zanurzył koniec pędzla w największej z nich, po czym zaczął nakładać krew na długie włosy postaci na obrazie, nad którym pracował. Na dziesiątym obrazie. &lt;br /&gt;Do wernisażu pozostały tylko dwa dni. Ostatnie płótno nie zdąży wprawdzie wyschnąć, ale Jimmy będzie towarzyszył ekipie przewożącej dziesięć dzieł i osobiście zajmie się najmłodszym dzieckiem. &lt;br /&gt;Rozległ się dzwonek telefonu. &lt;br /&gt;Kilkadziesiąt godzin przed „wielkim dniem” – przewidując, że Evelyne Dufort da znak życia – Jimmy ponownie włączył aparat. Podniósł słuchawkę. &lt;br /&gt;- Tak? &lt;br /&gt;- Co pan robi, Novak? Stukałam do pańskich drzwi cztery razy w tym tygodniu! &lt;br /&gt;- Nikomu nie otwierałem. &lt;br /&gt;Agentka westchnęła z irytacją. &lt;br /&gt;- Na jakim etapie jest pańska produkcja? – zapytała nie-cierpliwym tonem. &lt;br /&gt;- Kładę ostatni akcent na dziesiątym arcydziele. &lt;br /&gt;- Przestrzegał pan paragrafów dziesiątego i jedenastego w przypadku każdego z nich? &lt;br /&gt;- Z całą rozkoszą. &lt;br /&gt;- Znakomicie. Dwóch ludzi przyjedzie po pańskie obrazy    w czwartek rano. Około dziewiątej. &lt;br /&gt;- Wszystko będzie gotowe. &lt;br /&gt;- Do widzenia, Jimmy. &lt;br /&gt;Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. Novak za-palił papierosa i przełożył kasetę Nine Inch Nails na drugą stronę. Chwycił butelkę whisky, stojącą na rogu stołu, i stwierdził, że wreszcie może sobie pozwolić, by odetchnąć chwilę świeżym powietrzem. Zdarł płótno przybite do drzwi balkonowych i westchnął z ulgą. Był już wieczór. Nie zniósłby jasności dnia. &lt;br /&gt;Odblokował zamek i wyszedł na balkon w jeansach, z nagim torsem i na bosaka. Delikatna bryza gładziła jego skórę poplamioną kobaltowym błękitem, sjeną i karminem. Sądząc po spokoju, jaki panował w uliczce, musiała być już późna noc. &lt;br /&gt;Wypił kilka łyków alkoholu, po czym oparł się o rampę balkonu. Krew na jego przedramionach zaczęła już krzepnąć. Odkąd kompletnie się odizolował, nie obwiązywał nadgarstków chustkami, ponieważ nie widział takiej potrzeby. &lt;br /&gt;Po kilku dniach przebywania w samotni Jimmy odkrył nową metodę pojenia się krwią. Zamiast za każdym razem nacinać skórę na nowo, wystarczyło otworzyć zębami ranę z poprzedniego dnia. A jako że „wypijał się” kilka razy dziennie, nacięcie nie miało czasu się zasklepić, co znacznie ułatwiało zadanie. &lt;br /&gt;Od początku okresu intensywnej pracy również kilka razy dziennie się masturbował, za każdym razem snując fantazje na temat Szkarłatnego Anioła. &lt;br /&gt;- Po wernisażu – pomyślał na głos. &lt;br /&gt;Musiał znów zobaczyć tę kobietę, która bez przerwy nawiedzała jego myśli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Martin oglądał telewizję, kiedy usłyszał hałas na balkonie Novaka. Czy to możliwe, żeby artysta wystawił nos ze swojej nory dwa dni przed terminem? Młody blondyn ruszył szybko do lodówki, wyjął z niej dwa piwa i wyszedł na balkon. Malarz faktycznie opuścił swą samotnię. &lt;br /&gt;- Hej, Jimmy! Napijemy się piwa? &lt;br /&gt;Novak odwrócił się i wykonał zapraszający gest, zachęcając sąsiada, by dołączył do niego. Chwilę później Martin usiadł obok Jimmy’ego, który zwiesił nogi za balkon, trzymając butelkę Black Label między udami. &lt;br /&gt;Nie chcąc ponaglać malarza, który wydawał się tkwić w dziwnym letargu, Laberge odczekał chwilę, zanim rozpoczął rozmowę. Przełknął łyk zimnego piwa. Zauważył, że twarz Novaka jest zwrócona w jego stronę, że malarz go obserwuje. &lt;br /&gt;- Jesteś pierwszą osobą, którą widzę od trzech tygodni – powiedział Jimmy głosem dziwnym i schrypniętym. &lt;br /&gt;Z wymizerowaną twarzą i trupią cerą Novak wydawał się jeszcze bardziej ponury niż na początku okresu izolacji. Najdziwniejsze było to, że jego tęczówki, zwykle czarne jak atrament, miały teraz połyskującą barwę szafiru, a w świetle latarni na włosach malarza pojawił się jasnopopielaty odrost, tworzący wokół jego twarzy efekt halo. &lt;br /&gt;- To twój naturalny kolor? &lt;br /&gt;- Co? &lt;br /&gt;- Farbujesz włosy na czarno? &lt;br /&gt;- Tak. I co z tego? &lt;br /&gt;- Nic. Nie wiedziałem. Jestem po prostu zdziwiony. A oczy? &lt;br /&gt;- Czarne szkła kontaktowe. Niebieski to mój naturalny kolor. Ale kiedy maluję, mam to wszystko gdzieś.&lt;br /&gt;Onieśmielony blaskiem intensywnie niebieskich tęczówek Martin spojrzał na przedramiona Jimmy’ego. Lewe było pokryte bliznami. Na prawym, poza różowymi śladami po nacięciach, dostrzegł dwie strużki krwi, płynące z szerokiej rany. &lt;br /&gt;- Nadal pijesz własną krew? &lt;br /&gt;Laberge’a szczególnie interesował temat, do którego nie miał wcześniej okazji wrócić w rozmowie z Novakiem. Ten zaś uniósł rękę, żeby ją lepiej było widać w świetle latarni. &lt;br /&gt;- Wierzysz w wampiry, Martin? &lt;br /&gt;- Dlaczego? Myślisz, że jesteś jednym z nich? &lt;br /&gt;- Myślisz, że zwariowałem? &lt;br /&gt;- Nie, ale... &lt;br /&gt;Jimmy przysunął twarz bardzo blisko do twarzy sąsiada. &lt;br /&gt;- Od tygodni nie śpię wcale. Również od wielu tygodni nie jem. Zwracam jedzenie. Mogę przełknąć tylko wodę, alkohol i sok pomarańczowy. Żyję w półmroku i nie wiem, czy zniósłbym teraz światło dzienne, co chwila przyciskam usta do rany i... &lt;br /&gt;Novak przerwał wyjaśnienia i przytknął usta do przedramienia. Zębami otworzył ranę i zaczął z niej pić krew. Laberge milczał. Chciałby poczuć głęboką awersję do tej makabrycznej, niespokojnej istoty, jednak kiedy usta o czerwonych wargach oderwały się od rany, poczuł gwałtowne pragnienie, by pocałować Jimmy’ego. Może po to, by sprawdzić, jak smakuje krew? Może po to, by go zrozumieć, a może z jakiejś innej przy-czyny, do której wolał się przed sobą nie przyznawać. &lt;br /&gt;Jakby to, co wydarzyło się przed chwilą, było całkiem zwyczajne, Novak przesunął językiem po ustach, zlizał z nich resztki krwi i mówił dalej, zapalając papierosa. &lt;br /&gt;- Znałeś kiedyś normalnego człowieka, który by robił takie rzeczy? &lt;br /&gt;- Nie – odpowiedział Martin bardzo cichym głosem zaniepokojony, że mógłby powiedzieć coś, co nie spodoba się fascynującej postaci, jaką był Novak.&lt;br /&gt;Zdobył się jednak na pewną hipotezę. &lt;br /&gt;- Spędzasz czas na malowaniu. To pewnie wytrąciło cię z równowagi. Może zatrułeś się oparami farby albo jakichś innych produktów? To by mogło wyjaśniać, dlaczego się dziwnie zachowujesz. &lt;br /&gt;- Gadasz, co ci ślina na język przyniesie. Robię do od dawna. Od dawna wącham te wszystkie farby, więc powinienem już dawno zbzikować. &lt;br /&gt;Lekki podmuch wiatru przesunął długie pasma splątanych włosów Jimmy’ego na jego nagie plecy. &lt;br /&gt;- Nie wiem, co się ze mną dzieje, Martin. Wydaje mi się, że przeżywam okres transformacji, że takie jest moje przeznaczenie i że nie mam wyboru. Nie wiem, co to przyniesie w ogólnym rozrachunku, ale mam nadzieję, że pewnego dnia pomoże mi lepiej zrozumieć, kim jestem i dlaczego nigdy nie zachowywałem się tak jak inni. &lt;br /&gt;Novak rzucił na wpół wypalonego papierosa na dół przez balkon. &lt;br /&gt;- Chciałbyś zobaczyć obrazy na wystawę?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-4575606518366242807?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/4575606518366242807/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/szkaratny-anio-5.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4575606518366242807'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/4575606518366242807'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/szkaratny-anio-5.html' title='Szkarłatny Anioł (5)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5074134882551495160</id><published>2010-06-02T12:15:00.001+02:00</published><updated>2010-06-02T12:23:16.083+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szkarłatny Anioł'/><title type='text'>Szkarłatny Anioł (4)</title><content type='html'>MONTREAL, 26 MAJA 1995 r. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Novak otworzył oczy. Gdy się ostatecznie przekonał, że jest u siebie w pracowni i leży na fiołkowym, puchowym, rzuconym bezpośrednio na podłogę materacu, który służył mu za łóżko, zdołał się wreszcie poruszyć. Najpierw się zastanawiał, dlaczego jego ręce i dół brzucha są pokryte mnóstwem brunatnych plam, a gdy zobaczył tors przecięty pięcioma długimi, prawie równoległymi śladami, zmarszczył brwi. &lt;br /&gt;Usiadł na skraju materaca, zapalił nocną lampkę i wziął do ręki paczkę du maurier, która leżała na starym głośniku przerobionym na stolik. Z papierosem zwisającym w kąciku warg Novak dotykał piersi, mając nadzieję, że w ten sposób przypomni sobie wydarzenia, które się przyczyniły do powstania skaleczeń. Lecz nic takiego nie nastąpiło. &lt;br /&gt;Gdy wypalił papierosa, wyprostował długie ciało i przeciągnął się leniwie. Kilka minut później wyszedł spod prysznica, założył czarne dżinsy i skórzane buty. &lt;br /&gt;Jimmy poczuł pragnienie, poszedł więc sprawdzić, czy nie znajdzie czegoś w lodówce. Znalazł litr soku pomarańczowego  i zaczął pić prosto z kartonu. Opróżnił go kilkoma łykami, lecz ze zdziwieniem stwierdził, że wcale nie zaspokoiło to jego pragnienia. Wyjął ze zlewu najmniej brudną szklankę, opłukał ją i napełnił wodą. Napełniał ją tak jeszcze trzy razy. Gdy wreszcie odstawił szklankę prawie zasapany po tej ilości wypitych płynów, poczuł się bardzo dziwnie. &lt;br /&gt;Doszedł do wniosku, że trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Zgarnął opróżnioną do połowy butelkę Jacka Danielsa, która leżała na ziemi obok jednej ze sztalug, podszedł do tylnych drzwi i otworzył je na oścież. Blask słońca uderzył niczym piorun. Jimmy wydał z siebie długi jęk, a butelka whisky wyślizgnęła mu się z rąk i rozbiła. Jego ciało wpadło w drgawki. Novak osunął się na kolana przed drzwiami. Czuł przeszywające, koszmarnie bolesne skurcze. Wreszcie legł na ziemi, wyjąc  z bólu. Kawałki potłuczonego szkła wbiły się w jego ręce. &lt;br /&gt;Mniej więcej dwie minuty później atak się skończył i ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. Chociaż serce waliło, a ciało było poranione i zlane potem, Novak powoli odzyskiwał panowanie nad sobą. Po prawej stronie na podłodze widział prostokąt światła dochodzącego z zewnątrz. &lt;br /&gt;Podczołgał się mozolnie aż do skraju drzwi. Gdy wsunął ramię w snop światła, odczuł skurcz, ale zdołał trzasnąć drzwiami, zanim ból stał się nie do zniesienia. Leżąc znów w półmroku pracowni, poczuł się trochę lepiej, nadal jednak bardzo niepewnie. Co się z nim działo? &lt;br /&gt;Wreszcie Jimmy pozbierał się na tyle, żeby wstać. Wyrwał z ciała największe kawałki szkła, nie odczuwając przy tym żadnego bólu, i patrzył, jak krew spływa mu po rękach. Ogarnęła go dziwna chęć, żeby ją zlizać. Próbując odpędzić dziwaczne pragnienie, poszedł do łazienki, obmył twarz i ręce zimną wodą. Stojąc nad zlewem, przyglądał się sobie w lustrze. &lt;br /&gt;Był zaskoczony. Wbrew temu, czego się spodziewał, jego spojrzenie było żywe i błyszczące. Wyglądał na kogoś w doskonałej formie. &lt;br /&gt;Wrócił do materaca i zaczął szperać w stercie papierów, która w ciągu tygodni zdążyła narosnąć obok głośnika. Na koniec znalazł to, czego szukał. Kalendarz. Pod datą 23 maja był zapis: przyjęcie Deka. &lt;br /&gt;Niejasne wspomnienie wieczoru zaczęło kiełkować w umyśle malarza. Poszedł sprawdzić godzinę na zegarze wieży stereo. Była 13.03. Przekonany, że coś nienormalnego dzieje się z cza-sem, zadzwonił pod pierwszy numer, jaki mu przyszedł do głowy. &lt;br /&gt;- Dzień dobry. Tu Pawilon Sztuk. Słucham?&lt;br /&gt;- Proszę mi powiedzieć, który dziś jest? &lt;br /&gt;- Eeee... dwudziesty szósty maja, proszę pana. &lt;br /&gt;Jimmy odłożył słuchawkę. Zdawało mu się, że pamięta imprezę u Deka, ale nie miał pojęcia, co się wydarzyło między tamtym wieczorem a chwilą obecną, czyli przez ostatnie sześćdziesiąt godzin. Czy to możliwe, żeby cały ten czas spał głęboko? &lt;br /&gt;Zapalił jeszcze jednego papierosa i wrócił do kuchni. Znów chciało mu się pić.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-5074134882551495160?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/5074134882551495160/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/szkaratny-anio-4.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5074134882551495160'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/5074134882551495160'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/06/szkaratny-anio-4.html' title='Szkarłatny Anioł (4)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-3170220192958102079</id><published>2010-05-30T11:57:00.003+02:00</published><updated>2010-05-30T12:04:22.262+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szkarłatny Anioł'/><title type='text'>Szkarłatny Anioł (3)</title><content type='html'>MONTREAL, 23 MAJA 1995 r.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z łokciami wspartymi na długich, smukłych udach oblecznych w czarne skórzane spodnie Jimmy Novak siedział na skraju kanapy obitej szkarłatnym welurem i obserwował zaproszonych gości, gdy usłyszał, że ktoś go woła: &lt;br /&gt;- Jimmy! &lt;br /&gt;Mężczyzna około czterdziestki ubrany w spodnie i kurtkę z winylu usiadł obok niego. Nawet z zamkniętymi oczami Novak rozpoznałby Deka po świeżej woni migdałowego szamponu, którym pachniały krótkie, białe włosy. &lt;br /&gt;- Cześć, Dek. &lt;br /&gt;- Cieszę się, że przyszedłeś! &lt;br /&gt;- Jak tam twoja fetyszystyczna imprezka? Zadowolony? &lt;br /&gt;- Jeszcze jak! Widzisz tę dominę w czerwonym winylu przy barze? &lt;br /&gt;Wskazał Novakowi zbudowaną jak posąg kobietę w bardzo opiętej na biodrach minispódniczce. Szczupła talia, ściągnięta sznurowanym na plecach gorsetem, podkreślała krągły biust. Długie blond włosy (albo peruka) związane w koński ogon sięgały dołu pleców i muskały zatknięty za paskiem bicz. Wydawała się znacznie wyższa w szpilkach tak cienkich, że mogłaby nimi robić dziury w podłodze. Dyskutowała z barmanem, popijając spokojnie martini. &lt;br /&gt;- Mistress Olga z Nowego Jorku – wyjaśnił Dek. – Pośród jej klientów znalazłoby się sporo sławnych nazwisk. &lt;br /&gt;Novak wzruszył ramionami. Plotki go nie interesowały. &lt;br /&gt;- Czekam na Mistress Irinę i Mastera Stephana z Los Angeles – kontynuował gospodarz z entuzjazmem. – Specjaliści od krępowania. Ma też przybyć Szkarłatny Anioł z Toronto. &lt;br /&gt;- Szkarłatny Anioł? &lt;br /&gt;- Tak, to wspaniała domina. Całkiem niedawno przeniosła się do Montrealu. &lt;br /&gt;Mężczyzna o białych włosach pochylił się do Jimmy’ego. &lt;br /&gt;- Podobno niektórzy klienci płacą jej do czterystu dolarów  za godzinę. &lt;br /&gt;- Musi mieć piękny tyłek, bo czym niby mogłaby się różnić od innych? &lt;br /&gt;- Podobno oferuje usługi jedyne w swoim rodzaju i bardzo wyrafinowane – sprecyzował Dek, rzucając spojrzenie w kie-runku wejścia. – Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, możesz ją zapytać. Właśnie przyszła. Przepraszam, pójdę ją powitać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc przy barze, Novak wyrwał kolejną kartkę z zeszytu, w którym rysował. Opróżnił czwartą whisky i zaciągnął się mocno du maurierem. Odchylił głowę do tyłu i wolno wypuszczał dym. Długie, czarne włosy sięgające do jego bladej piersi nagiej i gładkiej odsłoniły kanciastą twarz o zapadniętych policzkach. &lt;br /&gt;W otoczeniu sióstr miłosierdzia, czarnych ścian, czerwonych draperii, słabego światła, piżmowego zapachu skóry, papierosowego dymu, połysku lateksu, odsłoniętych piersi, podkreślonych talii, wypukłych pośladków i sylwetek w kształcie klepsydry, co działało na niego pobudzająco, Jimmy czuł się coraz lepiej. Tak dobrze, że zaczął nucić słowa piosenki 1959.  Z jego „mydlanej bańki” wyciągnęła go Mistress Olga, która oglądała, jeden po drugim, szkice leżące na barze. &lt;br /&gt;- Ty to narysowałeś? &lt;br /&gt;Jimmy zaciągnął się raz jeszcze. &lt;br /&gt;- Tak – odparł, rozgniatając niedopałek w wypełnionej już po brzegi popielniczce. &lt;br /&gt;Domina przyglądała się kolejnemu rysunkowi. Rozpoznając na nim siebie, uniosła bardzo mocno wymalowaną twarz i spojrzała na artystę. &lt;br /&gt;- Za ile mi to sprzedasz? &lt;br /&gt;- Też coś. Weź sobie. &lt;br /&gt;W ramach podziękowania Mistress Olga podarowała Novakowi niebezpiecznie uwodzicielski uśmiech, kontrastujący z twardymi rysami twarzy i niewzruszonym spojrzeniem. Potem zdecydowanym krokiem ruszyła do grupki osobników, którym pokazała rysunek. Jimmy spojrzał na pozostałe kartki leżące na blacie. Na każdej z nich naszkicował portret jednego z gości. Człowiek był jego ulubionym tematem. &lt;br /&gt;Dobrze zrobił, przyjmując zaproszenie Deka. Ten wieczór go zainspirował. &lt;br /&gt;No i była tu Szkarłatny Anioł. Siedziała na kanapie, której kolor harmonizował z czerwonym odcieniem jej włosów, i dyskutowała z gospodarzem wieczoru rozpartym w fotelu naprzeciw niej. Siedząc jako tako wygodnie na taborecie przy barze Novak cały czas obracał się, rzucając spojrzenia w ich stronę. &lt;br /&gt;Za każdym razem, gdy Szkarłatny Anioł poruszała głową, jej migotliwe włosy – albo peruka; Jimmy nie byłby w stanie odróżnić – muskały kontur owalnej, delikatnej twarzy. Trudno było pochwycić spojrzenie tej kobiety. Oczy, podkreślone czarnym ołówkiem i złotym cieniem, skrywała gęsta grzywa. Długi i lekko skierowany w dół, prosty nos nadawał jej profilowi drapieżny wygląd, który bardzo się Novakowi podobał. Usta – wąskie i surowe, lecz ładnie zarysowane i połyskujące czerwienią równie jaskrawą jak włosy – były śliczne, gdy się uśmiechała, co zdarzało się raczej rzadko. Wąska lecz dość mocna szczęka przydawała jej odrobinę męskiej aparycji. Zmysłowe ciało Szkarłatnego Anioła opinał idealnie dopasowany, prosty kombinezon z czarnej skóry. Para czerwonych skrzydeł namalowanych na ramieniu lewego rękawa stanowiła jedyną ozdobę. Na nogach, równie smukłych jak nogi Novaka, Szkarłatny Anioł miała wysokie sznurowane botki na kwadratowych obcasach nie wyższych niż dziesięć centymetrów. Jednak Jimmy’ego najbardziej fascynowały jej palce. Koniec każdego  z nich przyozdabiał swego rodzaju metalowy naparstek zakończony szpiczastym ostrzem. Ta kobieta budziła w nim gwałtowną żądzę prowokacji. Wypił kolejną whisky jednym haustem i wstał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Novak usiadł bezceremonialne po lewej stronie Szkarłatnego Anioła. Dek przedstawił ich sobie i żachnął się, widząc jak młody malarz ściska dłoń dominy w mało elegancki sposób. &lt;br /&gt;- Powinieneś ucałować jej dłoń – zasugerował cicho Jimmy’emu. &lt;br /&gt;- Raczej miałbym ochotę po prostu ją pocałować, a wręcz przelecieć. &lt;br /&gt;- Na twoim miejscu nawet nie myślałbym o tym. &lt;br /&gt;Rozparty na kanapie Jimmy był zachwycony, że obraził Anioła swoim lekceważącym zachowaniem. Aż wrzał z podniecenia, usiłując zgadnąć, w jaki sposób kobieta zareaguje. Spodziewał się, że przeszyje go mściwym spojrzeniem albo uderzy w twarz. &lt;br /&gt;Odwrócił głowę w stronę dominy o czerwonych włosach, ale w jej spojrzeniu wyczytał całkowitą obojętność. Urażony tym, że nie udało mu się sprowokować żadnej reakcji, wyprostował się i położył dłoń wysoko na udzie Anioła. Tym razem kobieta zareagowała bardzo żywo, kładąc mu dłoń na piersi. Trwali tak przez kilka sekund, po czym Novak poczuł, jak sztuczne paznokcie przecinają jego skórę. Zachował kamienny spokój. Czarnymi oczami wpatrywał się w szare i beznamiętne oczy kobiety zadającej mu ból. &lt;br /&gt;Szpony Szkarłatnego Anioła przesuwały się w dół zanurzone w ciele malarza. Kilku gości zebrało się, by podziwiać scenę, co tylko wzmogło podniecenie Jimmy’ego. Gdy poczuł strużkę krwi spływającą po piersi, chwycił nadgarstek Anioła lewą dłonią, a prawą przyłożył do krwawiącego torsu. Gładził się po nim zmysłowymi ruchami pod niewzruszonym spojrzeniem dominy i pełnym fascynacji wzrokiem osób zebranych w półko-lu wokół nich. &lt;br /&gt;Wodził palcami po śladach szponów, zagłębiając paznokcie w rany. Krew spływała szerokim strumieniem aż do pasa. Novak przysunął zakrwawioną dłoń do twarzy. Polizał koniuszek palca, po czym włożył go do ust i zaczął ssać. &lt;br /&gt;Lewą dłonią cały czas przytrzymywał nadgarstek Szkarłatnego Anioła. Nagle Jimmy poczuł, jak kobieta się napręża. W jej oczach pojawił się błysk. Uwolniła gwałtownie dłoń z uścisku malarza, podniosła się i szybko zniknęła w tłumie. &lt;br /&gt;W ekstatycznym transie Novak również wstał, przetarł sobie drogę do łazienki i zamknął się w niej. Opierając się o kamienną ścianę, gładził tors i brzuch. Zapamiętale oblizywał dłonie ubabrane krwią. Czując w ustach metaliczny smak własnej krwi, rozpiął klamrę od paska i spodnie. Chwycił w dłoń stwardniały członek. Ledwo zdążył wykonać kilka ruchów, a już opanowała go rozkosz, od której stracił świadomość. &lt;br /&gt;Kiedy Jimmy oprzytomniał, siedział na zimnych kafelkach oparty o ścianę. Kilka sekund mu zajęło zrozumienie, gdzie się znajduje oraz dlaczego jest unurzany we własnej krwi i spermie. &lt;br /&gt;Wstrząśnięty podciągnął spodnie i nie tracąc czasu na doprowadzenie się do porządku, wyszedł z toalety.&lt;br /&gt;Minął dużą salę niezbyt przytomny. Chwycił swój sweter, leżący na oparciu krzesła i szybko założył go na siebie. &lt;br /&gt;Jimmy Novak wyszedł z fetyszystycznej imprezy Deka, nie mówiąc nikomu dobranoc.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3890623339345409788-3170220192958102079?l=hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/feeds/3170220192958102079/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/05/szkaratny-anio-3.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3170220192958102079'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3890623339345409788/posts/default/3170220192958102079'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://hydeparkdlanietoperzy.blogspot.com/2010/05/szkaratny-anio-3.html' title='Szkarłatny Anioł (3)'/><author><name>Ewa P.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08054271338326468463</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='23' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sMojkOEAv3s/St9Bqtj07pI/AAAAAAAAAA4/dXFI_EWbRDM/S220/mage.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3890623339345409788.post-5372208490673127479</id><published>2010-05-28T10:55:00.003+02:00</published><updated>2010-05-28T11:02:27.516+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka.'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotyk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Natasha Beaulieu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szkarłatny Anioł'/><title type='text'>Szkarłatny Anioł (2)</title><content type='html'>DORVAL, 29 WRZEŚNIA 1997 r. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obojętny na zdziwienie, z jakim przyglądały mu się mijane osoby, Jan Béluterre przemierzał wielkimi krokami lotnisko Dorval. Dzięki butom na grubej podeszwie wydawał się jeszcze wyższy i mierzył dobre dwa metry. Skórzany kombinezon opinał mocno umięśnione, zwinne ciało. Z lewego ramienia mężczyzny zwisał wypchany, wojskowy worek koloru khaki. Jasnokasztanowe włosy sterczały na jego głowie niczym szczotka, a mocno ogorzałą kanciastą twarz częściowo zakrywały gogle o ciemnych szkłach, trzymające się na głowie dzięki czarnej gumce. Nie miał nawet trzydziestu lat, lecz był tak zniszczony, że z łatwością można by mu dać czterdziestkę. &lt;br /&gt;Przemieszczając się przez różne strefy przepełnionego lotniska, stwierdził, że w powietrzu wisi atmosfera ogólnego niezadowolenia. Z pewnością było ono spowodowane przeniesieniem lotów międzynarodowych z lotniska Mirabel do Dorval. Już kiedy czekał na swój wojskowy worek przy taśmie, widział podróżnych rozwścieczonych tym, że nie mogli znaleźć walizek. Teraz, stojąc w długich kolejkach, wczasowicze i turyści tracili cierpliwość, gdy tymczasem obsługa starała się nie stracić panowania nad sobą. &lt;br /&gt;Béluterre zauważył stanowisko informacyjne. Skierował się tam i zajął miejsce w ogonku, licząc na to, że nie będzie czekał zbyt długo. Poszukał wzrokiem czegoś, co mogłoby go zainteresować i skrócić czas oczekiwania. &lt;br /&gt;Po jego prawej stronie trójka dzieciaków, które stwierdziły, że rodzice zbyt zajęci podróżą nie zwrócą na nie uwagi, wymyśliła sobie grę. Jeden brzdąc o długich, czarnych włosach i drugi o krótkich, jasnych lokach – każdy siedział okrakiem na walizce – bawili się w wyścigi konne. Przed nimi stała ruda dziewczynka i przyglądała się im, przygryzając delikatnie dolną wargę. Najpoważniej w świecie czekała na wynik wyścigów. &lt;br /&gt;Patrząc na tę scenę, Jan uśmiechnął się. Gdy miał dziesięć lat, przeżył nieomal identyczną przygodę. W parku niedaleko domu ścigał się z innym chłopakiem pod uważnym spojrzeniem uroczej, rudej panny, która zadecydowała, że zwycięzca wyścigów otrzyma w nagrodę jej serce. Jan wtedy przegrał. Nie umiejąc pogodzić się z porażką, wyrżnął rywala pięścią w twarz. Z nosa polała się krew, a Jan przegrał i wyścig, i rudą. &lt;br /&gt;Czarny jeździec bódł walizkę ostrogą, pokrzykując energicznie „hija, hija!”. Pochylony do przodu na swym rumaku blond jeździec koncentrował się na drodze pełnej przeszkód widocznych tylko dla jego oka. &lt;br /&gt;Béluterre przymknął powieki. W jego wyobraźni pojawiła się krótka scena, a w niej ruda dziewczynka całująca blond jeźdźca. W tej samej chwili, już w rzeczywistości, czarny jeździec ześlizgnął się z konia, a blondynek z szerokim uśmiechem wyprostował się na rumaku. Mężczyzna w skórzanym kombinezonie otworzył oczy w chwili, gdy ruda księżniczka całowała zwycięzcę w usta. &lt;br /&gt;Wynik wyścigów był dokładnie taki, jakim ujrzał go w swoim 
