Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 stycznia 2011

Na Progu, fragm. 4

Na dworze owiewa mnie chłodne powietrze. Dobrze mi to robi. Delikatny deszcz orzeźwia moją twarz. Idę w stronę samochodu chwiejnym krokiem, zupełnie jakbym był pijany. Pijany szalonymi, sprzecznymi emocjami. Już mam otworzyć drzwi, ale raz jeszcze spoglądam na kościół.
Wygląda imponująco na tle czarnego nieba. Wcześniej wydawał mi się spokojny i malowniczy, teraz – przerażający i groźny. Mam wrażenie, że kryje ohydne tajemnice i gdybym otworzył jego drzwi, to potok krwi i trupów wylałby się aż do moich stóp.
Krzywiąc się, wsiadam do samochodu i ruszam. Jadę bardzo szybko i przez całą drogę usiłuję uspokoić umysł. Moje samopoczucie trochę się poprawia, ale nadal pozostaje we mnie dotkliwy lęk. Wyobrażam sobie ojca Lemaya siedzącego w salonie w tej samej pozycji, z głową pochyloną ku ziemi, pochłoniętego przez ciemności. I stojącą obok Gervaise, która nad nim czuwa... na wieczność...
Odrzucam tę myśl daleko od umęczonego umysłu.
W pokoju hotelowym myślę o tym, żeby zadzwonić do Jeanne, ale czuję się zbyt rozdygotany, zbyt zagubiony. Jeszcze nie wiem, co jej powiedzieć. Siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach.
Patrzę na ścianę przed sobą. W uszach mi brzęczy, jakby tysiące głosów próbowały wyjawić mi rzeczy nie do przyjęcia. Niemożliwe!
Zwolna brzęczenie się oddala i wyraźnie słyszę jeden głos, coraz czystszy. Głos Jeanne.
„Powiedziałeś, że jesteś gotów przyjąć dowolne wyjaśnienie, Paul, racjonalne lub nie”.
Potrząsam głową, burcząc pod nosem. Nawet jeśli zaakceptuję tę historię, to czy ona wszystko wyjaśnia?
Ojciec Lemay ma rację. Cała prawda pozostaje w cieniu.
A nawet gdybym był zdolny dotrzeć do tej prawdy, to czy potrafiłbym ją przyjąć? Czy ona jest w ogóle do przyjęcia?
Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Dlaczego trafiłem na Roya? Dlaczego? Czemu nie zawieźli go tamtej nocy do innego szpitala? Moje życie byłoby ponure i puste, ale spokojne! A teraz?
Teraz...
W poniedziałek Roy skończy czterdzieści lat. Tak jak Pivot skończył czterdzieści lat w chwili ostatniej odprawianej ceremonii.
Czy wrócę do szpitala w poniedziałek? A jeśli tam pójdę, czy to nie będzie oznaczało przyznania się do tego, że uwierzyłem, iż rzeczywiście coś się wydarzy?
Opadam do tyłu, a moja głowa ląduje na poduszce. Wpatruję się w sufit kompletnie zagubiony.

Przed sobą widzę dwoje drzwi. Te, które były uchylone, otwierają się jeszcze szerzej, czy tego chcę, czy nie.
Nie będę mógł dłużej tkwić na progu. Zresztą tego właśnie chciałem, przejść przez któreś drzwi. Wszystko jedno które.
Ale teraz nie jestem pewien, czy tak bardzo tego chcę. Po prostu nie wiem.

*

Wchodzę do kościoła. Wewnątrz panuje chaos. Wszędzie krew, krzyki i ludzie... Archambeault strzela do przechodzących przed nim dzieci... Boisvert biega z wyłupionymi oczami... Dwóch punków zarzyna się nawzajem w jakimś kącie. Kobieta wlecze trupy dwójki niemowląt, trzymając je za włosy... Spaleni, utopieni, zamordowani, samobójcy... Idę środkiem makabrycznego tłumu. Rozpoznaję stojącego przed ołtarzem ojca Pivota. Wysoki, łysy... Wygląda jak na zdjęciu, które widziałem w gazecie. Jego twarz jest posępna, a uśmiech zły. Unosi zakrwawione dziecko nad głowę i wrzeszczy do mnie:
- Zło nie umiera nigdy, doktorze! Nigdy! A jego moc jest niezwykła!
Dziecko w jego rękach zaczyna rosnąć, dojrzewać, staje się dorosłym Royem. Mimo pełnego cierpienia wycia konających ludzi, którzy mnie otaczają, wołam do niego:
- Kim jesteś? Kim się stałeś? Co się wydarzyło tej okropnej nocy? Powiedz mi wszystko!
Pivot patrzy na mnie płonącymi oczami. Nadal trzyma nad głową dorosłego Roya. Ja zaś krzyczę:
- Chcę prawdy!
- Prawdy? – ryczy ksiądz. – Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!
W tym momencie ciska Roya w moją stronę. Słyszę przerażający wrzask pisarza. Jego oczy... jego oczy stają się coraz większe, ogromne... Coś pojawia się w zdrowym oku... Ten znajomy cień, który widywałem tyle razy, nie mogąc go zrozumieć, a który teraz chce mi się objawić w całej swej ohydzie... w całej...
Zło! Zło! Zło!


*

Budzę się z krzykiem. Naprawdę krzyczę w ciemnym, hotelowym pokoju.
Omal nie zobaczyłem! Omal nie zobaczyłem! Jeszcze jedna sekunda i zobaczyłbym! Zobaczyłbym!
„I nie zniósłbyś tego”, dodaje głos w mojej głowie.
Opadam na wilgotną pościel zlany potem. Wydaje mi się, że płaczę, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
Czy to prawda? Czy nie byłbym zdolny doznać objawienia?
Archambeault, Boisvert, Roy... i tylu innych...
Pivot nie tylko widział... on...
„Prawda? Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!”.
To nie był sen. To było coś więcej. To było... to było...
Zakrywam ręką oczy i zaczynam jęczeć niczym dziecko zagubione w lesie z daleka od matki, od domu.
I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna naprawdę się boję. Boję się nieprzytomnie.

piątek, 12 listopada 2010

Alicya (fragm.4)

Biorę potężny wdech i znów rzucam się w naszą dyskusję.
- No dobrze. kiedy więc Andromacha odeszła, Księżniczka kazała się nazywać Czerwoną Królową.
- Jak najbardziej.
- Troja stała się Pałacem?
- Jak najbardziej.
- Ten nędzny budynek?
- Nie daj się zwieść pozorom. Pałac ma szerokość trzech budynków. Królowa dokonała pewnych przeróbek.
- Pałac stał się najbardziej wziętym burdelem w dzielnicy?
- Pałac nie jest tylko burdelem. Już ci to mówiłem.
- A czym jest?
- To Pałac.
Wybitna precyzja.
- Ale Czerwona Królowa jest więcej niż... niż właścicielką klubu? Jest... dzierży twardą ręką całą dzielnicę.
- Jeśli tak chcesz to widzieć...
- Jak się za to zabrała?
- Stworzyła ekipę, przejęła kontrolę, narzuciła reguły. Tak jest od dwóch lat.
Rozmarzyłam się.
- Czy jest lubiana?
- To zależy. Jedni ją lubią, inni nienawidzą. Niektórzy szanują, inni się jej boją.
- W każdym razie, jeśli dobrze zrozumiałam, nie bardzo macie wybór?
- Zawsze jest wybór, Alicyo.
Nagle spoza uśmiechu mruga do mnie okiem. Chess nie poruszył się ani o jotę, odkąd zaczął mówić. Mam wrażenie, że gdyby uczynił najmniejszy ruch rozsypałby się na drobne kawałki.
- Ty, który widywałeś ją wiele razy, Chess...
- Kogo?
- Przecież Królową, do diabła!
- A, no tak.
- Powiedz mi. Jaka ona jest?
- To pytanie nie jest jasne.
Wkurza mnie, kiedy tak mówi! Zupełnie jak HAL, komputer z filmu „Odyseja kosmiczna 2001”!
- Czym się różni od innych?
- Nie zna granic.
Myślę o Liszaju.
- To czyste zło?
- Tego nie powiedziałem. Powiedziałem, że nie zna żadnych granic, a to co innego.
Przychodzi mi na myśl zdanie z Nietzschego: „przezwyciężać samego siebie...”. Kiwam głową z uśmiechem.
Ledwo zdając sobie sprawę z tego, co robię, mamroczę:
- To dlatego, że ona jest nadkobietą.
- Nadkobietą? Zabawne sfeminizowanie nadczłowieka Nietzschego. Bo o tym przecież mówisz, prawda?
- Oczywiście. To ona! To przecież oczywiste!
Czym jest ten błysk w jego spojrzeniu? Ironia?
- Może powinnaś jeszcze raz przeczytać Nietzschego, Alicyo. Nie jestem pewien, czy go dobrze zrozumiałaś...
Teraz on! Teraz jemu się wydaje, że nic nie rozumiem. Ani chybi apostoł Laurenta Lévy!
- Wytłumacz mi w takim razie, o czym mówi Nietzsche, jeśli jesteś taki dobry!
- Ho! To by była bardzo długa i bardzo skomplikowana dyskusja.
Tak jest, wyłgaj się teraz. I wróćmy do tematu. Mocno zaciągam się skrętem.
- Opowiedz mi jeszcze o Królowej.
- Byłoby najlepiej, gdybyś ją zobaczyła.
- Ale jak? Jeszcze mnie nie wpuszczają do Pałacu!
- Znajdziesz sposób. Kiedy człowiek długo idzie, to wreszcie dociera do celu.
Jego spojrzenie naprawdę błądzi po innym świecie.
- W każdym razie wiedz, że Królowa nie znajduje się aż tak bardzo daleko od ciebie.
- Pałac jest dokładnie naprzeciwko mojego domu, ale...
- Nie to chciałem powiedzieć. Nawet poza Pałacem, towarzyszy ci obecność Królowej, choć nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Przestań mówić zagadkami, Chess. Nic nie rozumiem!
- Dobrze znasz lokatorów w twoim budynku?
Zmiana tematu zbija mnie z tropu.
- Znam jednego, ale odszedł.
- A widziałaś kiedykolwiek pozostałych?
Dziwne, że o tym mówi. Dziś rano sama zastanawiałam się nad wyjątkową dyskrecją moich sąsiadów.
- Nie, nigdy.
- Dziwne, prawda? Sześć mieszkań, a ty, nigdy nie spotkałaś żadnego lokatora.
Dokąd on zmierza? I jak to się dzieje, że zna mój dom?
- Nadkobieta nie może wyłącznie przeć do przodu z opuszczoną głową, Alicyo. Musi mieć czas obserwować to, co się dzieje wokół.
Od jego uśmiechu kręci mi się w głowie. Gdy się pozostaje dłuższy czas w kontakcie z tym gościem, człowiek czuje się oszołomiony. Wyrzucam niedopałek skręta do popielniczki. Wstaję. Nie mogę się powstrzymać i zadaję jeszcze jedno pytanie, choć wiem, że to bezcelowe.
- Powiedz mi. Chess, gdzie jesteśmy? Gdzie jest tutaj?
- W restauracji przecież.
Cholera! Naprawdę jest przyciężki na umyśle, albo udaje takiego. Albo jedno i drugie!
- Przestań Chess. Gdzie jest ta dzielnica?
- To nie jest odpowiednie pytanie.
Byłam pewna, byłam przekonana, dałabym sobie rękę uciąć, założyłabym się o ostatnią koszulę, że to mi właśnie odpowie.
- O, mam was wszystkich dość! Jakie jest więc to odpowiednie pytanie?
- Ależ, Alicyo, sama musisz je znaleźć.
To zaczyna być nużące. A jednak coś mi mówi, że on ma rację.
- Do zobaczenia, Chess.
- Do widzenia, Alicyo. Z całą pewnością spotkamy się na wielkim święcie w Pałacu w przyszłą sobotę.
- Nie, nie zostałam zaproszona.
- Ho! I tak tam będziesz. Przecież bardzo ci na tym zależy.
Przyglądam mu się dłuższą chwilę i na koniec wreszcie pytam:
- Kim ty jesteś tak naprawdę?
- Ja?
Jego uśmiech staje się po prostu kosmiczny.
- Ja jestem wszystkim.
Parskam śmiechem, ale zarazem czuję dreszcz. Dreszczowy śmiech. Ruszam w stronę łazienki, żeby się umalować. Za moimi plecami Chess rzuca:
- Mam nadzieję, że nie masz zamiaru używać toalety, bo jest zajęta przez kogoś, kto może tam zostać na dłużej.
O czym on mówi? A on się uśmiecha jak zwykle.
Wchodzę.
Stawiam torbę na brudnym blacie, a potem rzucam okiem na toaletę. Kabina jest zamknięta. W przestrzeni pod drzwiami widzę stopy. Z całą pewnością ktoś tam siedzi.
Co chciał powiedzieć Chess?
Maluję się i przeglądam w lustrze. Świetnie. Znów rzucam okiem na kabinę. Nogi się nie poruszyły. Żadnego dźwięku.
- Wszystko w porządku? - pytam.
Nic. Wreszcie ośmielam się popchnąć drzwi.
Kobieta ma około trzydziestu lat. Jest ubrana w spódnicę i bawełnianą koszulkę. Siedząc na sedesie patrzy w niebo z nieobecnym wyrazem twarzy. To jasne, że nie żyje. Igła nadal tkwi w jej lewym ręku.
Kurwa! Co mam zrobić? Jakie są instrukcje na wypadek spotkania z dziewczyną martwą z przedawkowania?
Chess! On wiedział.
Wychodzę szybko z łazienki.
Przy stoliku pusto, jego już nie ma.

sobota, 23 października 2010

Proszę państwa, oto Alicya

Odkąd Lewis Carroll napisał swoją "Alicję w krainie czarów", a było to w roku 1865 powstało całkiem sporo interpretacji, krytyk, a także "wariacji" i polemik literackich na temat tej niezwykłej książki.
O kolejną pokusił się autor z Quebeku, znany już co nieco czytelnikom tego bloga, Patrick Senecal. On jednak jako mistrz grozy i tym razem pozostał w swoich ulubionych klimatach. Absurd i groteska, których tak chętnie używał Carroll w swojej baśni, tutaj - posunięte do granic dosłowności - jawią się jako koszmar.
Osobiście uważam tę książkę za okrutną, ale mądrą przypowiastkę filozoficzną, zaś jej wielkim atutem jest obserwacja zachowań. Za każdym razem, gdy nam się wydaje, że nie, nie niemożliwe, żeby ludzie... Otóż możliwe jak najbardziej i kiedy tylko my sami przestajemy żyć w krainie czarów, widzimy to doskonale.
Senecal bawi się w "Alicyi" także w rozważania nad pojęciami dobra i zła, ale przywołuje jednych z najbardziej kontrowersyjnych filozofów i pisarzy: Fryderyka Nietzschego i markiza de Sade'a.

"Alicya" aż roi się od skojarzeń literackich i filozoficznych wplecionych w historię, od której jeżą się włosy na głowie.
Dodatkowo czytelników Senecala, którzy znają jego "Ulicę Wiązów 5150" czeka ogromna niespodzianka.

Zamiast jednak pisać o książce, zamieszczę lada dzień kolejne fragmenty. Niech groza broni się sama.

środa, 21 kwietnia 2010

Zaskoczenie

Przeczytałam niedawno bardzo przyzwoitą fantastykę (w tym szerokim pojęciu tego terminu) "Dwunastu" Jaspera Kenta. Wydawca zapowiada tę książkę jako pierwszą z pięciu "mrocznych horrorów, które opowiadają o losach rodziny Daniłowów na tle burzliwych dziejów Rosji". I faktycznie kacja "Dwunastu" rozgrywa się z marszem armii napoleońskiej na Moskwę w tle.
Sam pomysł umieszczenia takiej powieści w prawdziwym tle historycznym bardzo ją uprawdopodabnia, dzięki czemu - w pewnym sensie - łatwiej jest "przełknąć" postacie fantastyczne. Choć i te nie są zaskoczeniem, bo czegóż to szuka w fantastyce czytelnik? Ano między innymi postaci nie z tego świata. Przy czym tak naprawdę to już od dawna jesteśmy z nimi oswojeni.

Mamy więc dobre, solidne tło, ciekawą historię, przenikliwego bohatera i wurdałaki. Czyli... tak naprawdę nic nowego. Dlaczego więc ta powieść mi się spodobała, a inne, bądźmy szczerzy, bywają nudne?
I tak sobie dumając (trochę w kontekście tego, że nie do końca mnie przekonuje ta trylogia o wampirach, o której Wam opowiadałam), doszłam do wniosku, że jednak absolutnie niezbędnym elementem w dobrej fantastyce - a nie tylko sensacji, kryminale, czy horrorze w stanie czystym - jest element zaskoczenia! Subtelna zabawa autora z czytelnikiem. Sama epicka historia, nawet fantastycznie opowiedziana jest... sagą, historią, płaską relacją zdarzeń mniej lub bardziej zgrabnie ubraną w słowa. I to chyba jest za mało. Przynajmniej dla mnie, bo oczywiście są czytelnicy, którzy kochają sagi. I dobrze, bo to w końcu kwestia gustów, upodobań.

W każdym razie, jeśli "Dwunastu" wpadnie Wam w rękę, to dobry kawałek fantastyki, horroru, grozy... Nie upieram się przy nazywaniu gatunku i podoba mi się bogactwo, które wynika z inteligentnego mieszania. A jeszcze bardziej - jako czytelnik - lubię, kiedy autor mnie docenia i proponuje inteligentną zabawę.
Czego i Wam życzę ;)

poniedziałek, 22 marca 2010

Mit o wampirze

Mam w ręku trylogię o wampirzych rodach, całkiem współcześnie funkcjonujących, kanadyjskiej pisarki okrzykniętej Królową przeklętych. Właściwie powstał nawet czwarty tom, ponieważ powieść cieszyła się tak wielką popularnością wśród wielbicieli dzieci nocy, że autorka napisała specjalnie czwartą część, bo czytelnicy za nic nie chcieli się rozstawać z postaciami.
Współczesne wampiry mają nadzwyczajne zdolności przystosowawcze i funkcjonują w społeczeństwie niezwykle sprawnie tocząc swoje odwieczne walki między rodami o władzę, o terytoria...
Dla badaczy wampirów, od antropologów po psychiatrów, nie ulega wątpliwości, że wampir jest ucieleśnieniem ludzkich marzeń o potędze, w sensie dosłownym, władzy nad innymi, dominacji, umiejętności manipulowania innymi, skłaniania ich do bezwarunkowego posłuszeństwa, wykorzystywania bez wyrzutów sumienia i poczucia winy. Wampirom idzie to doskonale i dlatego są rasą wyższą.
Wydaje się, że identyfikując się z wszechwładnym wampirem ludzie świadomie rezygnują też z innego elementu stanowiącego od zawsze ogromną pokusę dla ludzkości: wiecznego życia. Bo wieczną młodość - jeśli dobrze pójdzie - wampir ma.
Wampir jest przecież istotą zniszczalną, choć może żyć wiele setek lat, a nawet tysięcy, jak pierwszy wampir, który jest Złem wcielonym i w micie właściwie zaciera się różnica między nim a ucieleśnieniem mitycznego Zła. Nie nazywa się go Szatanem, ale mnóstwo cech go przypomina. Poza jedną: nawet ten Pierwszy, Pierwotny jest śmiertelny, zniszczalny.
Wydaje się więc, że człowiek mimo tęsknot jest w jakiś sposób pogodzony z własną śmiertelnością, a nawet "zaprzyjaźniony", o czym chyba świadczą wampiry tragiczne, samotne i cierpiące po śmierci swoich bliskich, ludzi lub wampirów.

Erotyka w świecie wampirów ma również własne prawa. Wampiry bywają niezwykle romantyczne, ale i okrutne. Zarówno męskie jak i żeńskie. Męskie często uciekają się do brutalności, przemocy fizycznej i psychicznej; ich żeńska odmiana bywa tylko trochę delikatniejsza fizycznie, za to często nadrabia przemocą psychiczną posuniętą do granic... wyobraźni. Czyli właściwie bezgraniczną. I to są cechy jak najbardziej ludzkie, delikatnie zwane fantazjami, ale w życiu przejawiają się różnie. Nad tym obrazem króluje mit o nadzwyczajnym kochanku/kochance. Człowiek nie jest w stanie zagwarantować równie mocnych przeżyć jak wampir.

W literaturze współczesnej zatarły się granice między pornografią a zwykłą - nazwijmy to - powieścią romantyczną, która jeszcze nie tak dawno opisywała świat wampirów i ludzi. Przy czym sceny miłosne oscylują między "dosłowną namiętnością" a fantazjami i wyczynami sado-maso. I ta tendencja również wynika najprawdopodobniej z ludzkiego charakteru i skłonności.

Mam więc w ręku pełnokrwistą trylogię o wampirach i ludziach z nimi żyjących, bezpardonowej walce o władzę i przetrwanie, terytoria i rząd dusz i tylko się zastanawiam, dlaczego wampiry? Czy nie stać nas, ludzi, na pokazanie naszego prawdziwego oblicza, czy wstrzymuje nas moralność, religia, wiara...a może ludzie są jednak "lepsi" od wyższej rasy wampirów, do której aspirują z taką tęsknotą za niektórymi przywilejami?

środa, 24 lutego 2010

Przypadek

Autorzy powieści grozy chętnie wykorzystują niewinne z pozoru wydarzenie w charakterze łagodnego wprowadzenia w... efekt śniegowej kuli czyli narastające i nieuniknione wpadanie do mrocznej i głębokiej studni. Fragment mojej ulubionej powieści Patricka Senecala pt. "Ulica Wiązów 5150":

Zawracam rower i ruszam z powrotem.
Pokonuję niecałe trzysta metrów, kiedy pojawia się ten cholerny kot.
I pomyśleć, że niektórzy ludzie nie wierzą w przypadek... Przypadek istnieje, bez cienia wątpliwości. Omal go nie przejeżdżam rowerem. Ten kot wyskoczył nie wiadomo skąd, prze¬biegając metr od przedniego koła. Chcę go ominąć, ale nie sposób ominąć przypadek. Szarpię wściekle kierownicę i czuję, że wszystko się blokuje. Przerzutka wydaje zgrzytliwy jęk i sekundę później poznaję na własnej skórze ekstremalne emocje związane ze swobodnym lotem.
Wstaję, trzymając się za rękę i klnąc niczym stary związkowiec. Poza jednym czy dwoma zadrapaniami na rękach i leciutko otartą dumą nic mi nie jest. Powinienem przeżyć. Rozglądam się. Na ulicy nie ma żywego ducha, a dwie czy trzy osoby zajęte pracą przy własnych domach niczego nie zauważają. Doskonale. Czuję, jak moje poranione ego się zasklepia. Rower miał znacznie mniej szczęścia niż ja. Łańcuch zleciał, kierownica jest skrzywiona, a koło wygięte. Ponieważ nie należę do najzdolniejszych majsterkowiczów i nie potrafię wbić gwoździa, nie kalecząc sobie palców, myślę, żeby wezwać taksówkę. Nie podnosząc nawet z ulicy wraka roweru, ruszam w stronę dużego, dwupiętrowego domu, tego, który znajduje się nieco dalej od innych. Kolejny dowód na to, jak przypadek bawi się z nami; gdybym się przewrócił troszeczkę dalej, nic by się nie wydarzyło.
Na samą myśl o tym, płaczę z furii.
Dostrzegam, jak kot znika za ogrodzeniem. Jeśli zdołam wyjść żywy z tego koszmaru, wyznaczę nagrodę tysiąca dolarów dla tego, kto mi przyniesie jego obdartego ze skóry trupa. Nie, poprawka, dla tego, kto przyniesie kota żywego. Sam go obedrę z skóry.
Na parterze domu są trzy zakratowane okna; między drugim a pierwszym znajdują się drzwi wejściowe. Na drugim piętrze również są trzy okna. Dziwnym zrządzeniem losu pierwsze jest ciemniejsze od pozostałych. Zasłony? Nie, nie wygląda na to.
Po lewej widzę podwórze i jeszcze jedne drzwi z boku domu. Wchodzę na wylany asfaltem podjazd, na którym stoi samochód: stary, brązowy chevrolet z kogutem na dachu. Taksówka. Odrobina szczęścia zawsze się przydaje.
Dzwonię do drzwi. Za domem rozciąga się duży teren otoczony wysokim żywopłotem z cedrów, a dalej las. Spoglądam na zegarek – wpół do trzeciej. Dzwonię po raz drugi. Zaparkowana w podwórzu taksówka zachęca mnie, żebym się nie pod¬dawał.
Wreszcie drzwi się otwierają. Mężczyzna około czterdziestki jest ciut niższy niż moje 180 cm wzrostu. Mruga oczami niezdecydowany i wygląda na mocno zdziwionego moim widokiem. Wyjaśniam mu, co się stało, i wskazuję na pozostałości mojego roweru leżące na ulicy. Mężczyzna słucha mnie odrobinę nie¬ufny. Ma mały, ciemny wąsik i kasztanowe, kręcone włosy, nieco skołtunione – wygląda jak ćwok. Typowy mieszkaniec przedmieścia. Wychodzi na zewnątrz i wygląda na ulicę. Widząc mój rower uśmiecha się z rozbawieniem, a jego idiotyczny wąsik unosi się nieco. Najwyraźniej wszelkie podejrzenia znikły.
– A, wypadek rowerowy!
No cóż, jego to uspokaja, nie wiem czemu. Przygląda mi się z uśmiechem, jakbym opowiedział mu świetny dowcip. Śmieje się zresztą na głos.
– Z powodu kota! Ha, ha! To dopiero dobre. Gdybyś w niego uderzył, poniósłbyś mniejsze straty! Nigdy nie miałem zaufania do rowerów. Bardziej zdradzieckie niż samochód. – Moja sytuacja najwyraźniej go bawi, a ja uśmiecham się wbrew sobie. Facet w typie „dobrego wujaszka” wygląda raczej sympatycznie.
Wyjaśniam mu, że miałem zamiar wezwać taksówkę.
– Ja jestem kierowcą taksówki! Co za przypadek, nie? Tyle że dziś po południu akurat nie pracuję. Mam trochę innych za¬jęć...
Wygląda na to, że jest mu rzeczywiście przykro.
– Nie ma problemu... Czy nie będę przeszkadzał, jeśli wejdę do pana, żeby wezwać taksówkę?
Waha się chwilę i rzuca okiem do wnętrza domu. Pociera wąsik, jakby rozważał wszystkie za i przeciw. Czyżbym przeszkadzał mu do tego stopnia? Ma na sobie stare dżinsy, stary podkoszulek i jakieś plamy na ubraniach... Pewnie coś tam majstruje.
– Proszę posłuchać... Wie pan co, pójdę do domu obok, jeśli jest pan zbyt...
– Ależ nie, ależ nie! – wykrzykuje nagle znowu uśmiechnięty. – Wejdź.
Wchodzę bezpośrednio do dużej, dziwnie urządzonej kuchni. Zielona tapeta w fioletowe kwiaty, karmelowo brązowe szafki i lodówka w kolorze kukurydzy. Aż zęby bolą. Po lewej schody prowadzące na drugie piętro, a pod nimi małe drzwi zamknięte na kłódkę. Z przodu obok pieca obszerne wejście prowadzące do jadalni.
Gość wskazuje mi, gdzie znajduje się telefon, gdy drzwi wejściowe, które dopiero co przekroczyłem, otwierają się i wchodzi przez nie kobieta. Nieruchomieje, przygląda mi się zaskoczona. Trzyma za rękę małą dziewczynkę stojącą po jej prawej stronie.
– Maude! – Dziwi się facet. – Niedługo spacerowałaś.
Mówi to, jakby trochę zażenowany, jakby czynił jej wyrzut.
Kobieta natomiast cały czas przygląda mi się bardzo uważnie, wręcz z obawą.
– To chłopak, który rozwalił rower naprzeciwko nas. Przez kota!
I śmieje się. Najwyraźniej moja kraksa stanowi dla niego niewyczerpane źródło uciechy. Kobieta wydaje się wreszcie spokojniejsza. Przynajmniej odrobinę. Jest dość wysoką szatynką o siwiejących lekko włosach obciętych w kwadrat, niezbyt ładną. Na jej twarzy pojawia się wymuszony uśmiech. Daję jej przynajmniej czterdzieści pięć lat, ale być może zmęczony wyraz twarzy ją postarza.
– Moja żona, Maude.
Uśmiecham się grzecznie. Ona się czerwieni, unika mojego spojrzenia i rzuca szybko słabym głosem:
– Zaprowadzę Annę do pokoju.
Dziewczynka mniej więcej sześcioletnia jest drobniutka, chuda, ma długie, czarne włosy. Nie mówi ani słowa i stoi bez ruchu, bezwolna. Matka bierze ją za rękę, podprowadza do schodów, lecz nagle zatrzymuje się z wahaniem i bąka pod adresem męża:
– Chyba, że... Jest może za wcześnie, żebym szła na górę?
Facet zmienia się nagle na twarzy, jakby się poczuł nieswojo. Głosem, w którym słychać przymus, zadaje pytanie:
– No nie, dlaczego o to pytasz?
Fałszywemu pytaniu towarzyszy lodowate i pełne potępienia spojrzenie. Nic nie rozumiem z tego, co się dzieje, ale nie po¬doba mi się atmosfera. Nie mam ochoty uczestniczyć w scenach małżeńskich. Chcę tylko wezwać taksówkę i wyjść. Wreszcie kobieta opuszcza oczy zmieszana i wchodzi po schodach, nie puszczając dłoni milczącej dziewczynki.

niedziela, 21 lutego 2010

Na progu - fragment powieści (2)

Długie sekundy milczymy, siedząc jeden naprzeciw drugiego. Poorana zmarszczkami twarz ojca Lemaya przypomina antyczny posąg. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że nie powinno mnie tu być, że nie powinienem był tu przychodzić. Teraz jednak nie potrafiłbym wyjść.
Wkrótce wątpliwości zostaną rozwiane. Jedne z dwojga drzwi się otworzą. Na oścież. Zaczynam trochę niezręcznie:
-Musi mi ksiądz powiedzieć, co ksiądz wie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że moja prośba jest zbyt ogólna. Ojciec Lemay potrząsa głową niewzruszony.
-Nie, nie od razu. Najpierw pan musi mi powiedzieć, co pan wie.
Głos ma spokojny, głęboki, zużyty wiekiem i zgnębiony, ale mimo to subtelny.
Potakuję głową. Przyznaję księdzu rację. Zakładam nogę na nogę, żeby wyglądać na człowieka rozluźnionego, ale nic z tego. Zażenowany zdejmuję więc nogę i kładę dłonie na kolanach.
-Więc tak... Jakiś miesiąc temu znaleźliśmy Roya w...
-Czytam gazety i wszystko to wiem – przerywa mi łagodnie ksiądz. – Proszę przejść do sprawy zasadniczej.
Odchrząkuję.
-Nazywam się Paul Lacasse. Od czasu przyjęcia Roya do szpitala opiekuję się nim.
Wyjaśniam mu przypadek Roya, jego sny, jak również nasze odkrycia związane z ojcem Pivotem i ojcem Boudraultem. Ojciec Lemay słucha mnie uważnie, trzymając złączone palcami dłonie pod brodą. Na koniec pyta mnie:
-A dlaczego pan Roy śni o ojcu Pivocie?
-Ksiądz chce mnie sprawdzić, czy rzeczywiście nie zna odpowiedzi?
On chwilę milczy.
-Mam niejasne pojęcie o tym... ale mam nadzieję, że jestem w błędzie. Dzięki temu przetrwałem przez te wszystkie lata. Dzięki nadziei, że się mylę...
Jest o wiele bardziej spokojny niż przed chwilą. Przestał walczyć.
Wzdycham.
-Nie wiem, czy ksiądz się pomylił, ale to, co powiem, z całą pewnością księdza nie podniesie na duchu.
Pozostaje nieruchomy. Jego jasnoniebieskie oczy wpatrują się we mnie. Drapię się w ucho, a potem, czując się niezręcznie, zaczynam wyjaśniać:
-Roy zdaje się wierzyć, że... za każdym razem, gdy przychodzi mu na myśl jakaś przerażająca scena, a potem zaczyna ją opisywać, pojawia mu się we śnie ojciec Pivot, żeby doprowadzić go w miejsce, w którym pomysł Roya się urzeczywistnia.
Przerywam i obserwuję reakcję mojego rozmówcy. Półcień nie pozwala mi zobaczyć wyraźnie, ale wydaje mi się, że jego twarz lekko się skrzywiła, a ciało zesztywniało.
-I pan w to wierzy? – pyta obojętnym tonem, ale trochę głośniej niż przed chwilą.
Przez moment mam wrażenie, że siedzę przy konfesjonale. Przeganiam niemiły obraz.
-Wiem, że to pokręcone. Moja praca nie upoważnia mnie, bym wierzył w takie rzeczy, ale... odkryliśmy szczegóły, które, muszę przyznać, są raczej niepokojące. Na przykład to, że Roy w ciągu ostatnich dwudziestu lat był świadkiem wielu krwawych tragedii... tragedii, które opisywał w swoich książkach... I zdołaliśmy udowodnić, że faktycznie o niektórych z tych tragedii myślał, zanim doszło do nich w rzeczywistości.
Zmartwiony potrząsam głową:
-Muszę przyznać, że już nie bardzo wiem, co o tym myśleć, ojcze... Ale cała ta historia jest na tyle bulwersująca, że poświęciłem się jej z całej duszy. Już nie zawodowo, ale osobiście. To coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłem.
Widzę, że ojciec Lemay podnosi dłoń do twarzy. Czubkami palców pociera czoło z łagodnością pełną smutku.
-Mój Boże – szepcze ledwo słyszalnym głosem.
Jego reakcja mnie przeraża. Moje ciało jest napięte aż po czubki palców.
-Czy to prawda? Czy to, co opowiada Roy, jest prawdą?
Moje pytanie brzmi nieco naiwnie. Jestem jak dziec-ko, które pyta, czy święty Mikołaj istnieje naprawdę. Ale nic sobie z tego nie robię. To jedyne prawdziwe pytanie. Jedyne ważne.
Dłoń księdza opada na oparcie fotela. Ledwo się poru-sza, a jego twarz pozostaje w cieniu.
-Naprawdę pan uważa, że mam na to odpowiedź?
-W każdym razie wie ksiądz więcej niż ja.
-Nie wiem wszystkiego...
Słowa padają każde z osobna.
-Niech ksiądz tak nie mówi! – wykrzykuję. – Proszę nie mówić, że przyjechałem tu nadaremnie!
On przechyla głowę na bok zaintrygowany.
-Dlaczego tak panu zależy na odpowiedzi? Tylko w związku z poszukiwaniem prawdy, czy też po to, by rozproszyć swoje wątpliwości?
Źle przyjmuję ten cios. Znów mam wrażenie spowiedzi. Ale odpowiadam, jak mi się wydaje, możliwie najszczerzej:
-Obydwa.
Następuje krótka chwila ciszy, a potem słyszę, jak stary ksiądz znów wzdycha.
-Co za ironia, nieprawdaż? Konfrontacja religii z nauką. Piętnaście lat temu, gdy ludzie chcieli znać prawdę, zwracali się ku religii, a potem sfrustro-wani stopniowo zwracali się w stronę nauki. Teraz siedzimy jeden naprzeciw drugiego... bez jasnej odpowiedzi.
Słucham go zaniepokojony, a potem pytam:
-Kto więc zdaniem księdza zna prawdę?
-Nikt. I tak będzie zawsze.
Krzywię się. Zalatuje podstawowym kursem filozofii. Mam wrażenie, że odbiegamy od tematu. Podejmuję go więc ponownie z większą siłą:
-Proszę przynajmniej powiedzieć, co ksiądz wie! Jestem pewien, że to mi pomoże!
On milczy przez sekundę.
-W każdym razie mnie pomoże z pewnością – stwierdza. – Pomoże mi oczyścić duszę. Albo-wiem jeśli Roy mówi prawdę, jestem przeklęty. I ojciec Boudrault także. Być może to ostatnia próba przed śmiercią. Mam sześćdziesiąt osiem lat, ale moja dusza ma lat tysiąc...
Sześćdziesiąt osiem lat! Jego twarz wydaje się o wiele starsza! Powtarzam z prośbą w głosie:
-Proszę mi powiedzieć, co ksiądz wie! Jaki jest związek między Royem a ojcem Pivotem? To jego syn, prawda?
Potrząsa głową.
-Nie, gdyby to było tak proste...
Dziwię się, jestem rozczarowany.
-Ale ksiądz zna związek między nimi, jestem tego pewien...
Cisza. Ksiądz oddycha nieco głośniej, a ja ciągnę niecierpliwie:
-Pivot kierował sektą, prawda? Ksiądz i ojciec Boudrault wiedzieliście o tym...
Spogląda w bok, w kierunku bladego okienka w ścianie i wreszcie się zwierza, nie odrywając oczu od tego okna. Opowiada. Jego głos jest spokojny, ale nieszczęśliwy. Pojmuję, że robi to po raz pierwszy.
-Przyjechałem tu w sierpniu 1955 roku, około dziesięć miesięcy przed tymi przerażającymi wydarzeniami... Miałem dwadzieścia siedem lat i byłem świeżo upieczonym księdzem. Przed rozpoczęciem pracy w parafii chciałem przeprowadzić obszerne badania nad praktykami religijnymi mieszkańców małych miast. Na teren badań wybrałem Mont-Mathieu. Władze archidiecezji zachwycone moim projektem przedstawiły mi ojca Boudraulta. Ten bez wahania zgodził się udzielić mi gościny na czas moich poszukiwań, czyli mniej więcej na rok. Mieszkaliśmy więc we czworo na plebani: ojciec Boudrault, służąca Gervaise, ja i ojciec Pivot...
Ojciec Boudrault miał wtedy czterdzieści cztery lata i od dziesięciu lat pracował w parafii w Mont-Mathieu. Był odrobinę fanatyczny, tak jak niektórzy księża w tamtych czasach. Żyliśmy w epoce Duplessisa?* i władza religii była totalna. Ojciec Boudrault wierzył we Wszechmocny Kościół i uważał, że ci, którzy nie przychodzili na niedzielną mszę, byli skazani na męki piekielne. Krótko mówiąc, religia katolicka była dla niego jedyną drogą zbawienia. Przyznaję, uważałem go za nieco surowego. Niemniej bardzo go lubiłem. Była to jedna z najbardziej miłosiernych dusz zawsze gotowa nieść pomóc każdemu, kto się znalazł w potrzebie.
Gervaise to zagadka. Jest niema, jak pan bez wątpienia zauważył. Była gospodynią ojca Boudraulta od chwili jego przybycia do Mont-Mathieu. On sam niewiele o niej wiedział. Znaleziono ją błąkającą się w jednym z miasteczek. Nie miała rodziców, przyjaciół, domu. Zakonnicy otoczyli ją opieką i przysposobili do służby u księży. Była już wtedy dorosła, więc nikt nie wie, ile właściwie ma lat. Wówczas dawano jej między czterdzieści a pięćdziesiąt. A więc dziś miałaby coś między osiemdziesiąt a dziewięćdziesiąt.
-I cały czas jest gospodynią?
-Cały czas. Od wielu lat próbuję ją przekonać, żeby dała sobie z tym spokój, żeby dożyła spokojnie swoich dni w jakimś domu opieki, ale ona odma-wia. Zawsze służyła księżom w Mont-Mathieu i będzie to robiła aż do śmierci, jak sądzę. Jest zresztą zadziwiająco dobrego zdrowia. Znacznie lepszego niż ja w każdym razie.
Jego spojrzenie staje się nieobecne.
-Początkowo uważałem ją za dziwną. Nie tylko dlatego, że jest niema, lecz także z powodu jej zachowania. Nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechnęła, ani razu w ciągu czterdziestu lat, żeby płakała, żeby wyrażała jakąkolwiek inną emocję. Pomimo kamiennej twarzy jest zawsze skuteczna. Wypełnia wszystkie obowiązki bez cienia zmęczenia lub irytacji. Całkiem tak jak dziś.
-W sumie prawdziwe błogosławieństwo.
Osobliwy błysk pojawia się oczach księdza.
-Nie jestem tego taki pewien.
Ta uwaga zaciekawia mnie, ale ojciec Lemay wraca do tematu:
-Jednym słowem mimo jej dziwnej obecności i nie-zbyt przyjaznego wyrazu twarzy Gervaise stała się w probostwie nieodzowna. Ojciec Boudrault nie okazywał jej specjalnego przywiązania, ale wiem, że bardzo ją lubił. Jeśli zaś chodzi o ojca Pivota...
Przez chwilę milczy. Unoszę brodę, podwajając uwagę. Ojciec Lemay odchrząkuje. Jego głos jest nadal łagodny, ale bardziej posępny.
-Ojciec Pivot pełnił obowiązki wikariusza w Mont-Mathieu od pięciu lat. Był chodzącą łagodnością. Podczas naszych wspólnych kolacji, gdy ojciec Boudrault złościł się na bezbożność niektórych parafian i życzył im, by spłonęli w piekle, ojciec Pivot zawsze ze spokojem brał stronę grzeszników. Bardzo lubiłem ojca Pivota. Uważałem jednak, że jego relacje z ojcem Boudraultem nie są do końca jasne. Dobrze się rozumieli, często ze sobą rozmawiali, grali w szachy, ale czasami ojciec Boudrault patrzył na niego z dziwnym niepokojem...
Przeprowadzając swoje badania, zadawałem wiele pytań mieszkańcom okolicznych miasteczek i zauważyłem, że bardzo lubili ojca Pivota, doceniali jego kazania. Ojciec Pivot zaś był bardzo uprzejmy wobec wszystkich. Wyglądał zadziwiająco: wysoki, postawny, łysa głowa... ale biła od niego łagodność. Prawie cały czas się uśmiechał. Zauważyłem jednak, że w jego zielonych oczach bezustannie czaiło się rozgoryczenie, jakiś odprysk smutku, który nie pasował do jego osobowości.
Ojciec Lemay delikatnie się gładzi po policzku. Przez okno widać niebo, które nabiera płomiennych barw. Ksiądz mówi dalej:
-Przypominam sobie, że pewnego wiosennego wieczoru ojca Boudraulta nie było z nami. Ojciec Pivot i ja siedzieliśmy tu, w tym salonie. Na dworze szalała burza, a mój kolega wydawał się zamyślony. Smutek w jego spojrzeniu widać było szczególnie mocno tego wieczoru, dlatego zapyta-łem go, czy wszystko w porządku... On się zawahał, ale wreszcie przemówił. Przyjął święcenia, ponieważ wierzył w Moc Dobra. Chciał dostąpić tej mocy, służąc Dobru najlepiej, jak potrafił. Ale przyznał się, że od kilku miesięcy ma pewne wątpliwości... Nie czuł tego, żeby dobroczynna moc wywoływała rzeczywiste skutki. Widział wokół siebie nieszczęścia, niesprawiedliwość, ludzi coraz słabszej wiary. Wierzył, że Dobro da mu moc rozwiązywania problemów, ale zdał sobie sprawę, że to bardziej skomplikowane. Wydał mi się wtedy trochę próżny. Ale on uśmiechnął się do mnie tym swoim ciepłym uśmiechem i powiedział: „Nadal jednak czynię Dobro... Nadal mam nadzieję...”. I zmieniliśmy temat.
Kilka dni później powiedziałem o tej rozmowie ojcu Boudraultowi, a on się rozgniewał i oznajmił: „Proszę więcej z nim nie rozmawiać, André! Zrozumiałeś mnie?”. Wiedział więc o wątpliwościach wikariusza i uznawał je za niezdrowe. Nie naciskałem.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Fantastyka Quebeku

Literatura fantastyczna pojawiła się w Quebeku podobnie jak w Europie w pierwszej połowie XIX wieku. W tym samym czasie, we Francji pisał Teofil Gautier, a w Stanach Zjednoczonych Edgar Allan Poe, w Rosji Aleksander Puszkin.

Początkowo to pisarstwo było inspirowane romantyzmem w jego "niesamowitej" wersji, ale bardzo szybko historia wymogła na Kanadyjczykach udowodnienia, że nie są narodem znikąd i mają własne dzieje. Wtedy pojawiły się w literaturze ślady legend, a wraz z nimi wzmianki o zjawiskach nadnaturalnych, pojawiła się powieść gotycka z makabrycznymi opisami, dziwnymi miejscami, gwałtownymi emocjami i dziwacznymi postaciami nie z tego świata. W fantastyce kanadyjskiej duża rola przypada legendom miejscowym, czyli indiańskim, co ją zdecydowanie wyróżnia.

Drugą cechą charakterystyczną jest swego rodzaju „izolacja” – to literatura francuska na stosunkowo niewielkim obszarze kraju angielskojęzycznego oparta na tradycjach miejscowych połączonych z tradycjami Starego kontynentu. Odmienna od amerykańskich i od francuskich korzeni.

Bez względu jednak na źródła inspiracji kanadyjskie thrillery, horrory, powieści gotyckie, historie o wampirach są pisane zdecydowanie dla dorosłych. Uwiarygodnienie postaci pod względem psychologicznym, emocjonalnym, seksualnym jest bardzo wyraźne. Mamy do czynienia z samym „mięsem” analizy ciemnej strony ludzkiej psychiki. Takie są powieści Patricka Senecala, Natashy Beaulieu (którzy już zostali przedstawieni polskim czytelnikom), a także Joela Champetier i wielu innych, którzy dopiero się pojawią w naszych księgarniach.

"Izolacja" językowa - Quebek jest wysepką na angielskojęzycznym oceanie, przy czym język współczesny, zwłaszcza młodzieżowy, został bardzo mocno przesycony zwrotami i słowami zaczerpniętymi z angielskiego - wywołała bardzo ciekawy efekt; jeśli francuskojęzyczny Kanadyjczyk nie przeklina akurat po angielsku, to zasób - przebogaty - jego przekleństw pochodzi w całości z języka... liturgii.
Wyjątkowo mnie to zadziwiło, gdy po raz pierwszy miałam do czynienia z francuskim kanadyjskim. Zaniemówiłam z wrażenia,kiedy się okazało, że nawet niewinna kropielnica, czy kielich do przechowywania opłatków (cyborium) to przekleństwa i to solidnego kalibru. Derywaty od imienia Chrystusa funkcjonują jako przymiotniki i czasowniki o wydźwięku bynajmniej niepochlebnym.
Zagadnienie przekleństw używanych w Quebeku wymagałoby osobnej solidnej pracy językoznawczej ;)

piątek, 12 lutego 2010

Na progu - fragment powieści

To pierwsza powieść Patricka Senecala. Kanadyjczycy nakręcili film na jej podstawie. "Na progu" to powieść grozy i śmiało można powiedzieć, że jej bohaterem jest Zło wcielone. Poniżej fragment:

"Goulet wyciąga do mnie rękę, którą ściskam, chcąc nie chcąc, i rzucam Jeanne ponure spojrzenie.
– Dochodzenie, łatwo powiedzieć – stwierdza Goulet. – Mam wrażenie, że zamkniemy sprawę jeszcze dziś. Odkrycie całej reszty pozostawimy wam.
Jego uwaga mnie intryguje i pytam, choć właściwie natychmiast tego żałuję:
– Co pan chce przez to powiedzieć?
– No cóż, od dwóch dni zbieramy zewsząd odciski palców i jedyne, które znaleźliśmy, należą do niego. Nic więcej. Ponadto przy wejściu do budynku znajduje się kamera video. Obejrzeliśmy kasetę. Nikt nie wszedł ani nie wyszedł z bloku między dwunastą w nocy a szóstą rano z niedzieli na poniedziałek, z wyjątkiem, rzecz jasna, policjantów. Sierżant Caron wyważył drzwi do mieszkania pana Roya. Były zamknięte od wewnątrz i miały założony łańcuch. To samo z drzwiami balkonowymi prowadzącymi na loggię. W jaki sposób napastnik mógłby zamknąć oba wejścia od wewnątrz po wyjściu z mieszkania?
– Zatem, sierżancie, wnioskuje pan...? – mówi Jeanne, patrząc na mnie.
To oczywiste, że zna odpowiedź, ale chce, żeby Goulet powtórzył ją dla mnie. Niepotrzebnie, doskonale zrozumiałem. Niemniej jednak Goulet wzrusza ramionami i mówi:
– No cóż, wszystko wskazuje na to, że Roy chciał popełnić samobójstwo.
– A te palce? – pyta moja koleżanka.
– Obciął je, zanim rzucił się przez okno.
– Jest pan tego pewien?
– Niech pani spojrzy...
Podchodzi do biurka, a za nim Jeanne. Podążam w ich ślady, wzdychając w myślach. W gruncie rzeczy, skoro zabrnęliśmy aż tutaj, to co mi szkodzi wysłuchać rozumowania Gouleta do końca? Ale jak tylko wrócimy do szpitala, to Jeanne usłyszy, co o tym myślę!
Pokazuje nam gilotynę stojącą obok komputera. Potężne ostrze spoczywa na podstawce; wkoło mnóstwo krwi. Goulet wskazuje na przednią część podstawki tam, gdzie jest najwięcej krwi.
– Tu znaleźliśmy palce. Tuż przy ostrzu. Równiutko w jednym rządku.
Potem wskazuje na uchwyt ostrza.
– Na uchwycie jest kilka odcisków palców prawej ręki Roya i kilka kropli krwi. A przecież nie ma żadnego powodu, żeby krew zachlapała ten uchwyt.
Goulet wkłada ręce do kieszeni i wyjaśnia tym samym, nonszalanckim tonem:
– Roy najpierw obciął sobie palce lewej ręki, używając do tego ręki prawej. Następnie obciął sobie palce prawej ręki, kładąc okaleczoną dłoń na uchwycie, żeby opuścić ostrze.
Wpatrujemy się długo w sierżanta, Jeanne i ja. Musimy mieć trochę ogłupiałe miny. Mimo że widziałem już wiele samookaleczeń, to interpretacja Gouleta mną wstrząsa, muszę przyznać.
– To jedyne wytłumaczenie – dodaje policjant.
Moje spojrzenie powraca na gilotynę. Próbuję sobie wyobrazić Roya, który wkłada palce lewej ręki pod ostrze i naciska gwałtownie uchwyt, a potem, po tym okropnym okaleczeniu, wkłada drugą ręką pod ostrze i z pomocą zakrwawionego kikuta, znosząc straszliwy ból, powtarza obrzydliwy czyn. Nie mogę powstrzymać dreszczy.
– To pewne, że obciął sobie place, ale przedtem zdemolował cały pokój. W przeciwnym razie znaleźlibyśmy ślady krwi na ścianach i na książkach. Znaleźliśmy, owszem, trochę na podłodze przed komputerem, ale nie na samym urządzeniu.
Goulet krzyżuje ręce na piersiach i metodycznie wymienia fakty:
– Więc w kolejności wydarzyło się to mniej więcej tak: Roy pisał na komputerze i dostał ataku, podczas którego wszystko poniszczył, następnie obciął sobie palce, wrócił do komputera (nie wiem po co), a na koniec rzucił się przez okno z zamiarem, jak sobie wyobrażam, wyskoczenia na zewnątrz. Ale tu się zaklinował i stracił świadomość. Od tamtej pory, zgodnie z tym, co mi powiedziała doktor Marcoux, nie powiedział ani słowa.
– Ani jednego.

środa, 10 lutego 2010

"Pasażer" fragm. 2

"Następnej nocy mam inny, niezwykły sen.
Jestem w tym samym lesie, ale tym razem jadę na białym rowerze i choć to bardzo mały rower nie mam żadnego problemu z przydługi nogami. Jadę po ubitej ścieżce, która prowadzi mnie w linii prostej między dwoma rzędami ciemnych drzew. Ja, który prawie nigdy w całym moim życiu nie jeździłem na rowerze, wcale nie jestem zdziwiony, że właśnie to robię. Wręcz wydaje mi się to całkiem naturalne, jestem przyzwyczajony i nawet mnie to bawi.
Na ścieżce coś się porusza. Zupełnie, jakby poruszała się ziemia, jakby była mokra. To dziesiątki zaskrońców, które z większym lub mniejszym powodzeniem starają się uniknąć kół.
Przede mną, w narastającym zmierzchu, pojawia się jakaś sylwetka. Z czerwonej kurtki wychynęła dłoń i na wysokości biodra uniósł się kciuk. Zwalniam tempo.
Sylwetka jest coraz bliżej mnie i nie porusza się ani o milimetr. Twarz ukryta w cieniu, ale wiem, że jest zwrócona w moją stronę. Wokół jego nogi owija się zaskroniec i wspina się powoli aż do uda. Autostopowicz nie wykonuje żadnego ruchu, żeby przepędzić płaza. Z wyciągniętym kciukiem czeka. Czeka na mnie. Czeka, żebym go zabrał, zupełnie jakby ...
Jakby ...
Jakby ... jakby ... jakby ...
Budzę się.
Niespokojny, wyskakuję z łóżka. Idę opróżnić pęcherz przyglądając się własnemu odbiciu w lustrze. Zaczynam mieć dość tych głupich snów. Lasy. Rowery, zaskrońce... A teraz jeszcze do tego wmieszał się Alex Salvail! A ten co do cholery robi w moich snach?
Znam go, teraz jestem o tym przekonany.
Wracam do łóżka, bardzo chciałbym wyjaśnić tę historię w najbliższy wtorek wieczorem."

Nie mogę zdradzać więcej szczegółów, bo cóż to by była za przyjemność czytać potem całość :) A warto. Krótka forma, przejmująca, mocna i niespodziewane zwroty akcji, jak zresztą w każdej książce Senecala.

Przypomina mi się - tak przy okazji a propos zdradzania szczegółów - jak to kiedyś, dawno, dawno temu w Polsce były tzw Konfrontacje filmowe, bo przecież filmy (te z Zachodu) były nie całkiem i nie ze wszystkim dozwolone. Można je było obejrzeć, jak się zdobyło karnet na tzw Konfrontacje. Mój znajomy nr 1 miał karnet na seans poprzedzający mój seans, a jeszcze przed nim był nasz wspólny inny znajomy, powiedzmy nr 2.
Pewnego dnia przychodzę na seans, a wtedy był "Indiana Jones - poszukiwacze zaginionej arki" i spotykam ci ja nr 1 w stanie totalnej furii, klnącego na czym świat stoi.
- Czemu się denerwujesz? - pytam uprzejmie.
- A bo spotkałem tego kretyna nr 2 i opowiedział mi (seria wyzwisk) najlepszy fragment filmu, zabiję sukinsyna!!!
Rzeczywiście tak było (mnie opowiadanie zostało darowane, więc bawiłam się cudnie). Chodziło o fragment pościgu na bazarze i scenę, w której przed Indim staje jurny wielki Arab i wymachuje popisowo mieczem na znak, że on mistrz zaraz zetnie jemu Indiemu ten durny łeb. A na to Indi, odczekawszy spokojnie pokazy, wyciąga pistolet i strzela :D
To genialna scena i faktycznie Indiana Jones to była w tamtych czasach całkiem nowa konwencja komedii... pod warunkiem, że żaden bęcwał nam jej wcześniej nie opowiedział :)

niedziela, 7 lutego 2010

Niewinne dzieciaczki

To temat wykorzystywany wiele razy w literaturze grozy. Fragment nowelki "Pasażer" Patricka Senecala, którego Quebekerzy dumnie porównują ze Stevenem Kingiem.

Piątek po południu. Autostrada numer dwadzieścia, kierunek Montreal. Żeby trasa była jeszcze weselsza zimny deszcz zmywa ponurą okolicę.
Na wysokości Saint-Eugène widzę mojego autostopowicza. Stoi nieruchomo z kciukiem uniesionym na wysokości biodra. Jedyna różnica to, że założył kaptur na głowę. Spoglądam na zegarek. Trzynasta dwadzieścia. Jak w zeszłym tygodniu. Jest faktycznie punktualny. Ja zresztą też. Czy nie próbowałem podświadomie spotkać go znowu? Zadowolony na samą myśl, że z nim porozmawiam przez najbliższe dziesięć minut, staję na poboczu. Kiedy siada obok mnie, cały przemoczony, rzuca mi spojrzenie zdziwione i rozbawione zarazem.
- Coś takiego, zdaje się, że już cię gdzieś widziałem – mówi zdejmując kaptur.
Wyciągam rękę.
- Zabawne, mam to samo wrażenie.
Ściska mi dłoń z uśmiechem, w dobrym humorze, jakby się naprawdę cieszył, że trafił właśnie na mnie, a ja przyznaję, że głupio i przyjemnie mi to pochlebia.
Wyjeżdżam na drogę. Mój pasażer z uśmiechem poprawia kaptur. Przez chwilę żali się na zimny, jesienny deszcz, ale widzę, że tak naprawdę wcale mu to nie przeszkadza. Mam wrażenie, że jego morale jest odporne na wszelkie próby.
- Dzięki za podwózkę po raz drugi, Etienne.
Pamięta moje imię. Korzystam z okazji i pytam, jak on się nazywa.
- To prawda, nie powiedziałem ci ostatnio...
Krótka chwila milczenia, po czym słyszę, jak wyraźnie wymawia:
- Alex. Alex Salvail.
Mam wrażenie, że przygląda mi się, więc odwracam głowę. Rzeczywiście, Alex obserwuje mnie uważnie. Jego twarz jest spokojna, ale spojrzenie przyszywające.
- Mówi ci to coś? – pyta.
- Nie, a powinno?
- Myślę, że tak...
Zastanawiam się wpatrzony w drogę. Alex Salvail... Czy to nazwisko wywołuje jakieś wspomnienia w mojej pamięci? Czy po prostu chciałbym przekonać sam siebie, że nie jest mi całkiem obce?
- Nie, nic mi to nie mówi...
- To ten autostopowicz, którego zabrałeś w zeszły wtorek.
Śmieje się głośno jak to on. Zaskakujący, ale szczery. Rozbawiony znów spoglądam na drogę. Rozmawiamy przez jakieś dwie minuty o całkiem banalnych sprawach, po czym on zadaje pytanie o pracę.
- Ten twój kurs literatury horroru...
- Literatury fantastycznej.
- Taa, fantastycznej, Studenci to lubią?
Wyjaśniam, że młodzi siedemnastoletni uczniowie nie słyną z tego, żeby entuzjazmowali się czymkolwiek, ale wygląda na to, że im się podoba. Zwłaszcza grupie literatury, którą prowadzę w środy rano.
- Ciebie, Alex interesuje literatura fantastyczna?
- Mnie?
Pociąga nosem i wyciera go w chusteczkę.
- Niewiele czytam, nie jestem typem intelektualisty. Ale wyobrażam sobie, że to może być ciekawe.
- Jest, nawet bardzo.
- Ostatnim razem mówiłeś, że szczególnie interesują cię... dzieci. Prawda?
Potakuję i tłumaczę raz jeszcze jak bardzo bogata wydaje mi się ta tematyka. Pyta dlaczego. Czuję, że jest bardzo uważny i zainteresowany. Naprawdę nigdy tak łatwo nie rozmawiało mi się z kimś, kogo znam tak słabo.
- Kontrast między niewinnością a okropieństwem – odpowiadam. Staram się wskazać moim uczniom, jak fascynująca jest ta sprzeczność.
- Niewinność?
- Tak, dziecko jest wcieleniem niewinności.
- Doprawdy?
Powiedział to tonem pełnym powątpiewania. Rzucam mu spojrzenie. Przygląda mi się z tym swoim ironicznym wyrazem twarzy i nagle, jakby kolejne echo odezwało się gdzieś w mojej głowie nie wywołane jego imieniem, ale wspomnieniem twarzy. Tego kpiącego wyrazu twarzy.
- Naprawdę uważasz, że dzieci ucieleśniają niewinność?
Odpowiadam, że tak. Czyż dziecko nie jest idealnie czystą formą? Nieskorumpowaną jak dorośli, czyż nie?
- Nie, nie zgadzam się.
Mówi to cicho, ale z taką pewnością siebie, że nie wiem, co odpowiedzieć.
- Dzieci są okrutne, Etienne. Bardzo okrutne.
Argument nie wydaje mi się przekonujący. Oczywiście. Młodzi są egoistyczni, zaczepni, lubią rywalizację, ale w gruncie rzeczy przecież dość niegroźni, czyż nie?
- Nie mówię o tym. Mówię o prawdziwym okrucieństwie.
Czekam na ciąg dalszy. W głosie Alexa nie słychać żadnej kpiny. Jest całkiem poważny.
- Dzieci są okrutne z natury. Co więcej, niektóre są gotowe posunąć się bardzo daleko, żeby zaspokoić ciekawość. Jak ci się zdaje, co najbardziej fascynuje dziecko?
Patrzę na drogę, zupełnie jakby odpowiedź miała się pojawić na środku asfaltu. Dziwna sytuacja. To wprawdzie ja jestem profesorem, ale mam wrażenie, że Alex wygłasza wykład. Czuję się tym nieco sfrustrowany i szukam jakiejś inteligentnej odpowiedzi.
- Śmierć?
Prycha z lekceważeniem i wcale mi się to nie podoba. Chcę jednak ciągnąć tę rozmowę, nawet gdyby miała nadszarpnąć nieco moją profesorską dumę.
- Nie śmierć – odpowiada. – Śmierć to obsesja dorosłych.
I po chwili ciągnie:
- Największą ciekawość dziecka wzbudza zło. Słyszą o tym cały czas.
Głos mu się zmienia. Staje się nosowy, karykaturalny. Rozumiem, że naśladuje prototyp rodzica sprawującego kontrolę: „ Nie dotykaj tego, to źle! Nie idź tam, zrobisz sobie krzywdę! Nie mów tego, to źle! Nie rób krzywdy przyjaciołom! On, psze pana, jest zły. Zawsze robi komuś krzywdę!”
Śmieję się, rozbawiony tym przedrzeźnianiem. Tymczasem Alex mówi normalnym głosem:
- Powiedzieć dziecku, że coś jest złe, to najlepszy sposób pobudzenia jego ciekawości.
- Każdy o tym wie – zauważam.
- Zgadza się. I wszyscy to robią. A jak dzieciak postanawia sprawdzić, zrobić coś zakazanego, właśnie po to, żeby zobaczyć, co w tym złego...
Pociąga nosem i wyjmuje chustkę.
- ... może stać się okrutny.
Wyciera nos. Wcale nie głupia ta myśl. Alex może nie jest intelektualistą, ale myśli, nawet jeśli ta teoria jest pewnym uogólnieniem. Jest bardziej może intuicyjna niż naukowa.
- Ale większość dzieci nie posuwa się zbyt daleko w okrucieństwie – czuję się w obowiązku sprostować. Ich drobne eksperymenty zatrzymują się w stadium rozczłonkowania muchy, co tak naprawdę nie jest alarmujące.
- Tak, to prawda w przypadku większości dzieci. Ale to nie one decydują, by zaprzestać doświadczeń. To świat wokół nich. Dorośli, społeczeństwo. Ujmują je w karby, tłumacząc, że nie wolno bawić się w okrutne gierki, trzeba być odpowiedzialnym, a potem dzieciaki zaprzestają poszukiwania zła i zwolna zmieniają się w grzecznych dorosłych, konformistów.
No, tu trochę przesadził! Już nawet otwieram usta, żeby mu to powiedzieć, ale on się rozpędził:
- Dlatego właśnie ludziom wydaje się, że dzieci są czyste. Bo nie mieli czasu zdać sobie sprawy z ich okrutnych zabaw. A te koszmarne historyjki, które tak lubisz opowiadają o dzieciach, które posunęły się dalej niż inne.
Pytam go, czy mówi poważnie. Czy naprawdę wierzy w to, co powiedział? Zapewnia mnie, że tak.
- I powiem ci coś jeszcze...
Słyszę, jak trzeszczy skóra na fotelu, zupełnie jakby mój rozmówca zmieniał pozycję, a kiedy znów się odzywa, jego głos dochodzi z całkiem bliska.
- Myślę, że psychopaci, maniacy, seryjni zabójcy to są dorośli, którzy odnaleźli dziecięcą ciekawość. Teraz, gdy nie ma rodziców, którzy mogliby ich powstrzymać, podejmują zabawę tam, gdzie ją kiedyś przerwali... i posuwają się znacznie dalej.
Chciałbym się roześmiać tak bardzo ekstrawagancka wydaje mi się ta myśl. Ale żaden dźwięk nie wydostaje się z mojego gardła. Alex dodaje:
- W horrorach, dzieci fascynują ludzi, ponieważ przypominają nam, czym byliśmy... Albo raczej, czym mogliśmy się stać...
Wcale mi nie do śmiechu. Odwracam głowę w stronę Alexa, nieco zbity z tropu, kiedy jednak widzę szeroki uśmiech na jego twarzy i dłonie spokojnie złożone na kolanach, wesołe spojrzenie, wszelka niepewność opuszcza mnie natychmiast.
- Jak mi poszło? – pyta z dumą.
- Myślę, że to ty powinieneś poprowadzić moje zajęcia. Studenci rozchorowaliby się ze strachu.

wtorek, 2 lutego 2010

Miłość do bajek

Jeszcze w sumie nie tak dawno temu fantastykę utożsamiano (u nas, w Polsce) albo z SF natury kosmiczno-technicznej albo z historiami w stylu Tolkiena. Polska SF w dodatku była dość specyficzna, ponieważ z racji warunków historycznych często służyła przemycaniu treści politycznych nie będąc jednak tym co zwykło się nazywać "political fiction". W ogóle fantastyka jako gatunek literacki nie była w wielkim poważaniu i uchodziła za twórczość podrzędną, coś jak kryminał, powieści szpiegowskie... w najlepszym przypadku czytadła. Gorzej, z punktu widzenia nadętych intelektualistów, stał tylko komiks. To było dno dna.
Na świecie tymczasem fantastyka miała się świetnie i była definiowana znacznie bardziej liberalnie, za to to jakby zgodniej z etymologia słowa jako dzieło literackie będące wytworem ludzkiej wyobraźni. Tak też i u nas się obecnie określa fantastykę. O tym jak żywy jest to gatunek świadczy ilość przeróżnych konwencji, czystych (SF, fantasy, gotyk, powieści grozy, thriller, historie o duchach...) i mieszanych.
Najwyraźniej ludzie lubią bajki, bo kochają je bez względu na wiek. Są miłośnicy krasnali, wojowniczych księżniczek, zdobywców galaktyk i światów wymyślonych, mrocznych i ociekających przemocą i seksem powieści o wampirach oraz historii z elfami, gnomami, smokami i ghulami w tle. Już nikt nie musi tłumaczyć kim są hobbity albo latające tulejki z kosmosu. Po prostu stanowią część naszej rzeczywistości. Niektóre tak mocno i realnie, że aż wampirami zainteresowały się organizacje zwalczające sekty.
I ja lubię fantastykę. To gatunek bardzo trudny i wymagający - i jeśli się komuś wydaje, że wystarczy umieścić krasnala, pijaka i czarownicę w osiemset dwunastej kopii "Wiedźmina", to jest w błędzie. Stworzenie zwartego, logicznego - a więc wiarygodnego świata - odmiennego od tego co nas otacza na codzień, od naszych doświadczeń i stereotypów jest niezwykle trudną sztuką.
Z mojego punktu widzenia - czytelnika - wartą zachodu.
Najbardziej jednak fascynujące w fantastyce wydają mi się możliwości opisania ludzkiej psychiki. W dziwnych, pokręconych historiach wtłaczających bohaterów w sytuacje wymagające podejmowania wyjątkowo trudnych wyborów. Dodatkową atrakcją jest to, że w książce kontrowersyjne wybory można podejmować bez zahamowań i granica przesuwa się coraz dalej.