Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe fantasy?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe fantasy?. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lipca 2010

Dyrdymały , czyli fantastyki obyczajowej cz 5 i ostatnia, bo ile tak można kapać po kawałku?

Inżynier szalał.
- Jak wyjeżdżacie? Dokąd wyjeżdżacie? A umowa?
- Co umowa? Pracę wykonaliśmy – genialny wynalazca unikał wzroku inżyniera.
- No prawie – odparł tamten z przekąsem. – Zastanówmy się chwilę spokojnie. Dane mamy, pozostaje ocena i sporządzenie raportu. Zrób ten raport i napisz w nim, czy warto tu wydobywać ropę. Proste, nie? Decyzja i tak nie należy ani do ciebie ani do mnie.
Młody mężczyzna spojrzał na niego spokojniej. Westchnął i pokiwał głową.
- W sumie racja – powiedział.
- No widzisz. A powiedz mi coś jeszcze – inżynier wskazał ruchem głowy ekran z symulacją rozlokowania pokładów ropy. – Przecież te pokłady to nie bajoro w jednym miejscu, prawda?
Tamten pokręcił przecząco głową.
- Więc można dostać się do nich z innej strony, prawda?
- Można – potwierdził wynalazca.
- Czyli możemy się ustawić na terenach nie należących do kościoła, prawda?
- I tam będzie bezpieczniej? – spytał młody z powątpiewaniem.
- Nie wiem, może straszy tylko tutaj? Ale chyba warto spróbować. Zobacz – wskazał palcem na ekran – tu jest granica, zgadza się? Od tych skałek ziemia należy do... Nie wiem do kogo, w każdym razie nie do kościoła. Niech się Pąckiewicz martwi i wykupi albo co.
Tamten kiwał głową. Inżynier położył dłoń na jego ramieniu.
- Posłuchaj głosu rozsądku – powiedział uroczystym tonem. – Przeniesiemy prace i z innego miejsca sięgniemy do źródła. Powiedz uczciwie, kiedy twoim zdaniem trafi ci się następna taka okazja? Odpuścisz?
Młody wynalazca uznał najwyraźniej pytanie za retoryczne, bo nadal tylko kiwał głową. Blask czerwonych oczu Wiktora jakoś przybladł w świetle dnia.
- No dobrze. Zrobimy tak: ty spokojnie pakuj sprzęt, ale tak, żeby móc się przenieść dalej w każdej chwili. Nigdzie stąd nie wyjeżdżaj. Przed nami cały dzień. Ja jadę do Pąckiewicza i zdecydujemy, co robić. No! I bądź facetem! Miej jaja!
Młody wynalazca przypomniał sobie, do jak żałosnych rozmiarów skurczyły się jego klejnoty, gdy w jaskini pojawili się nocni goście, ale w końcu inżynier miał trochę racji. Teraz był dzień. Może te cudaki nie łażą w dzień? O ile mu było wiadomo wampiry dnie spędzały w trumnach. Chyba...
W każdym razie do wieczora mógł zaczekać, a nocy absolutnie nie zamierzał spędzać w jaskini. Skinął potakująco głową. Inżynier klepnął go po plecach i ruszył do samochodu.
- Pogadaj z chłopakami! Wyjaśnij im sytuację, a ja daję znać.

*

Edward Kulesiak stał przed wielkim lustrem w eleganckiej toalecie siedziby organizacji ekologicznej Zielony Gumiak przyczesując niesforną, grzywę. Wyjął z kieszonki czarnych jeansów ołówek i przysunął twarz do lustra. Stanowczo należało poprawić kreskę pod okiem. Tę kreskę, która nadawała mu mrocznego wyglądu. Edward z wprawą roztarł hennę palcem uzyskując efekt przydymionego oka i pomyślał z wdzięcznością o kinematografii amerykańskiej, dzięki której nie uchodził za dziwaka i niedojdę, lecz nieoczekiwanie stał się obiektem pożądania. Mlasnął z satysfakcją i przejechał językiem po białych kłach. Obejrzał ząbki w lustrze i uśmiechnął się do własnego odbicia. Nie będzie mi byle inkub podskakiwał do mojej Agusi, pomyślał z wyższością o Sylvio i jego nachalnym zachowaniu. Następnym razem dam w dziób, postanowił.
Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.
- Jesteś tam, Edwardzie? – usłyszał głos Joasi, filigranowej blond sekretarki.
- Jestem – odpowiedział i odkręcił kurek z wodą.
- Szef cię prosi – Joasia przekrzykiwała szum wody.
- Już idę!
Edward wytarł ręce i otworzył drzwi. Joasia spojrzała z podziwem. Jej podziw był dla dhampira równie cenny jak podziw licealistek, koleżanek Agusi, ale Edward kochał Agusię bez pamięci. Joasię zaś lubił, nawet bardzo. Była miłą, serdeczną dziewczyną i zawsze można było na nią liczyć.
- Nie wiesz, o co chodzi? – spytał.
Joasia pokręciła przecząco głową.
Edward podszedł do drzwi gabinetu szefa i zapukał dyskretnie.
- Proszę! – usłyszał w odpowiedzi.
Nacisnął klamkę i wszedł z uśmiechem.
- Szef wzywał?
- Siadaj, Edwardzie.
Edward usiadł w fotelu stojącym naprzeciwko biurka przewodniczącego i patrzył wyczekująco. Poza szperaniem w poczcie elektronicznej szefa nie miał sobie nic do zarzucenia, a szperania i tak mu nikt nie udowodni.
- O jak dawna dla mnie pracujesz? – spytał Pąckiewicz.
- Pół roku stażu – zauważył Edward.
- No tak, tak... A miało być 3 miesiące?
- Owszem. I podwyżka.
- No właśnie.
Pąckiewicz uśmiechnął się szeroko i zaczął szperać w papierach rozłożonych na biurku.
- Właśnie dlatego cię wezwałem. Należy ci się podwyżka i pełen etat, Edwardzie. Spisywałeś się nieźle przez te pół roku i zasłużyłeś na to, żeby pracować nadal. Joasiu! – zawołał przewodniczący.
Joasia weszła uśmiechnięta od ucha do ucha niosąc kilka kartek papieru i podała je przewodniczącemu. Odwróciła się i posłała Edwardowi promienny uśmiech, po czym wyszła z gabinetu.
- Tu jest umowa dla ciebie – powiedział Pąckiewicz. – Teraz będziesz moim asystentem na cały etat. Pasuje?
- Pasuje – Edward był przyjemnie zaskoczony.
- To podpisz.
Przewodniczący podpisał dwa egzemplarze umowy i odwrócił je na biurku w stronę Edwarda. Ten wstał z fotela, przejrzał pobieżnie tekst umowy, spojrzał uważniej na wysokość pensji i podpisał.
- Spoko, szefie – powiedział odkładając długopis na biurko.
Przewodniczący wstał zza biurka i wyszedł do Edwarda z ręką wyciągniętą do uścisku.
- Gratuluję, młody. Obowiązki te same. No, to do roboty! – rzucił potrząsając energicznie dłonią Edwarda.
Młody dhampir przyzwyczajał się stopniowo do myśli o awansie, który stał się jego udziałem. Nie bardzo wiedząc, jak się zachować w tej niecodziennej sytuacji, potrząsał głową z uśmiechem powtarzając na przemian „spoko” i „dziękuję”, wziął swój egzemplarz umowy, złożył go na pół i już kierował się do drzwi, gdy Pąckiewicz zapytał:
- Mieszkasz tam, gdzie mieszkałeś Edwardzie prawda?
Kulesiak stanął zdziwiony z dłonią na klamce.
- Tak.
- Wygodnie ci tam?
- Owszem. Domek nie jest nowy i przydałby się solidny remont, ale teraz – zamachał umową – jakoś powoli sobie poradzę. Lubię ten domek – dodał.
Pąckiewicz pokiwał ze zrozumieniem głową.
- A ziemia?
- Co ziemia? – spytał młody coraz bardziej zdziwiony.
- No te tereny tam za miastem, skałki.
- A! No są – młody wzruszył ramionami.
- Nie myślałeś, żeby sprzedać? Wtedy miałbyś na remont domu, stopa życiowa by ci się podniosła i prestiż. A ze skałkami co zrobisz? Kupa kamieni i tyle. Żaden prestiż.
- Ojciec, zanim zniknął, chciał tam podobno budować park rozrywki. W wielkim stylu. A na razie ziemia jest i tyle. Nie boli, jeść nie woła...
- Ja bym się tego pozbył na twoim miejscu.
Edward uśmiechnął się do przewodniczącego.
- Pomyślę, szefie.
- Pomyśl i to szybko. Jakby co, chętnie kupię od ciebie.
- Tę kupę kamieni? – Edward patrzył mu spokojnie prosto w oczy.
- Tak – przytaknął Pąckiewicz. – Ze względu na nietoperze – dodał szybko.
- Pan to kocha te nietoperze, szefie – Edward kręcił głową z podziwem.
- Tak, natura jest mi bliska. Zastanów się, Edwardzie.
- Jasne, szefie.
Kulesiak pomachał trzymaną w dłoni umową i nacisnął klamkę. Za drzwiami, w sekretariacie powitał go radosny pisk Joasi, która ucałowała go siarczyście w oba policzki i gratulowała awansu.

*

Na ekranie komputera harpia przemieniła się w krwawą miazgę. To była szósta z kolei. Edward oparł się wygodnie o siedzenie fotelika w swoim pokoju w biurze organizacji Zielony Gumiak. Była za pięć czwarta. Zaraz koniec pracy. Składał papiery i wyłączał komputer myśląc z zadowoleniem, że teraz jest nie tylko piękny ale również nieprzytomnie bogaty.

*

Przewodnicząca rady miejskiej w Dyrdymałach składała administracyjne plany miasta i okolic.
- Jesteś genialna, Marylko – szepnął Zawada całując ją w ucho.
Odstawiła segregator na miejsce i spojrzała na drzwi, bowiem rozległo się pukanie. Nie zdążyła otworzyć ust, kiedy drzwi się otworzyły i zajrzała sekretarka. Zawada cofnął się pół kroku.
- Jeśli pani burmistrz nie ma nic przeciwko temu, to ja już pójdę – powiedziała sekretarka wskazując na zegarek na nadgarstku. – Jest czwarta.
- Idź – odparła przewodnicząca. – Do widzenia.
- Do widzenia pani. Do widzenia, panie Zawada – dziewczyna zawinęła się i trzasnęła drzwiami.
Przewodnicząca zagryzła wargi, ale przemilczała. Mogła trafić gorzej. Dziewczyna może nie była najlepiej ułożona, ale przynajmniej nie rozpowiadała niczego. To była cenna cecha. Jak cenna, wiedziała tylko przewodnicząca wyznaczając kwartalne premie swojej sekretarce. W sumie i tak się opłacało.
- Musimy się upewnić, czy warto kupować te grunty – zauważył Zawada.
- Zażądam sprawozdania z postępu prac. Na pewno oficjalnie niczego nie powiedzą, więc pomyślę o jakiejś kontroli. I tak będziemy na miejscu przy przenoszeniu cmentarza. Może Sanepid?
- W jaskini? – powątpiewał Zawada.
- Nie bądź drobiazgowy – odparła przewodnicząca. – Każdy sposób jest dobry. Sam mógłbyś się trochę postarać. Nie możesz iść na wódkę z tym inżynierem i trochę go podpytać?
- Mógłbym, ale on chyba nie darzy mnie ani wielką sympatią ani zaufaniem. Może mu kogoś podstawić?
- Nie chcę nic o tym wiedzieć – szykowała się do wyjścia. – Ja działam z urzędu, a ty użyj własnych metod. W końcu jakoś każde z nas doszło do czegoś, prawda?
- Prawda, Marylko.
Zawada przyciągnął ją do siebie i wsunął dłoń pod spódnicę. Miał nadzieję, że razem zajdą dużo dalej.

środa, 7 lipca 2010

Dyrdymały 4 cd

- No a co? Co niby miałem mu powiedzieć? Przecież ta maszyna stoi na środku jaskini jak wół. Nie da się udawać, że jej nie ma! – tłumaczył zdenerwowany inżynier przez telefon.
Stał przed jaskinią w zapadającym zmroku i przez chwilę słuchał swego rozmówcy kiwając ponuro głową.
- Dobrze – powiedział w końcu. – Postaram się nie denerwować. No tak – znowu kiwał głową. – Słusznie. Nie, proboszcz wcale nie wydawał się zły, tylko zaciekawiony. Powiedział, że rozumie. Nawet mówił, że go cieszy takie bogactwo naturalne w naszej okolicy, ale że od odkrycia do wydobycia droga jeszcze daleka, a on ma teraz głowę zajętą innymi sprawami. No poszedł. Przecież bym nie rozmawiał, gdyby był. Nie... Chyba nie podejrzewa niczego. Dobrze, panie Pąckiewicz, to my tu działamy. Tak, odezwę się, rzecz jasna. Do widzenia.
Zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. Gdyby nie te cholerne komary, byłoby całkiem przyjemnie. Inżynier klepnął się zamaszyście w kark widząc oczyma wyobraźni kolejną plamę krwi rozbryzganą na sobie. Zjedzą mnie tu bestie, pomyślał i wszedł szybko do jaskini.
- No, panowie! Nocna zmiana zostaje przy odwiercie, reszta się zbiera. Nie ma co tu wysiadywać.
Po chwili wyjeżdżali samochodem terenowym inżyniera. Koła kolebały się na polnej drodze zostawiając ślady w piasku, a żuczki i koniki polne pierzchały byle dalej od drogi i jadącego nią potwora. Nad spokojną łąką między drzewami okalającymi teren przykościelny a skałkami powoli zapadała noc. Polne myszy wędrowały do norek, ostatnie ptaki zawracały nad starym suchym dębem świadome, że czas ustąpić miejsca tutejszym nietoperzom. Tu i ówdzie słychać jeszcze było ciche brzęczenie spóźnionych komarów, a gdzieniegdzie połyskiwały zimnozielone sygnały świetlików.

Lamia chwyciła świecącego owada i przyjrzała mu się uważnie, a potem wypuściła z łagodnym uśmiechem na pięknej, bladej twarzy. Jej oczy lśniły w ciemnościach podobnym blaskiem, co światełka robaczków świętojańskich. W swej nieskończonej mądrości przyroda obdarzyła samiczki ciekawą cechą. Niektóre z nich potrafiły naśladować błyski innych gatunków i wabiły tym sposobem lekkomyślne samce, by je pożreć. Lamia czuła pokrewieństwo dusz z tymi samiczkami. Gładziła rude włosy zastanawiając się, dlaczego samce różnych gatunków są tak łase na wabienie. Wprawdzie w cichych i spokojnych Dyrdymałach nie zjadała mężczyzn, których jej się udało skusić ani też dzieci, jak to miał w zwyczaju jej gatunek i na ogół zadowalała się sporadycznymi odwiedzinami w wiejskich kurnikach albo upolowaną drobną zwierzyną, ale instynkt czasami dawał o sobie znać. W tę ciepłą majową noc pełną zapachów i dźwięków czuła rosnące podniecenie.
Usłyszała trzask gałązek za plecami. Tak niezdarnie mógł się poruszać tylko ghul. Nie myliła się, bowiem nadeszli we trzech. Wiadomo, gdzie był ghul, tam musiał przebywać jego pan, martwiec Wiktor. Towarzyszył im Szymon w znacznie lepszej kondycji po okładach babki Maćkowiakowej, ale i tak trudno byłoby powiedzieć coś pochlebnego na temat jego urody.
- A gdzie Alonzo i Stefan? – spytała Lamia.
- Alonzo dziś nie pije – odparł Wiktor. – Zabrał się za projekty nowych witraży do kościoła. A Stefan chyba miał wyjść z wikarym, rozejrzeć się w mieście, posłuchać, co ludzie gadają.
- O! – Lamia okazała zdziwienie. – To chyba dobrze?
- Pewnie – kiwnął głową Szymon.
- Hyhyhy – potwierdził ghul.
Lamia nie chciała dyskutować z ghulem. Ghule nie uchodziły za mądre i nie bez przyczyny. To, że ich gamoń przemówił raz w nieżyciu po łacinie w niczym nie zmieniało sprawy. Był za to paskudny i silny, jak na trupojada przystało, a ta cecha zawsze się okazywała niezwykle przydatna do straszenia. I dobrze! Nikt niczego więcej od ghula nie wymagał.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki upiory ruszyły zgodnie w stronę jaskiń. Szły bezszelestnie. No, prawie bezszelestnie, jeśli nie liczyć cięższych stąpnięć i sapania ghula. Ich oczy świeciły w ciemnościach, ale tylko oczy Lamii można było wziąć za unoszące się w powietrzu świetliki, bowiem ślepia wampirów połyskiwały krwawym blaskiem, a ghula jarzyły się piękną barwą indygo. Lamia trochę mu zazdrościła i zachodziła w głowę, jakim cudem tak piękne oczy znalazły się w tak szpetnym pysku. Wyobrażała sobie, jak doskonale by harmonizowały z jej rudymi włosami. Niestety babka Maćkowiakowa, która powołała ghula do życia przez przypadek, pomyłkę i roztargnienie – tak przynajmniej twierdziła – zupełnie nie mogła sobie przypomnieć składników, których wtedy użyła. Lamia próbowała ją namówić na transplantację, ale i to nie zdało egzaminu.
- Trans co? – spytała babka, której Lamia nie dawała spokoju.
- No babka mu wydłubie te oczy i da mnie. To tak w skrócie – wyjaśniła Lamia.
- Z tej próżności miesza ci się w głowie – fuknęła babka. – To nie paciorki, żeby je wkładać i wyjmować. Nie da się i nie marudź, bo chłopy i tak za tobą latają. Nawet pewnie nie widzą, jak masz kolor oczu – mamrotała z dezaprobatą.
Lamia postanowiła odpuścić temat, bo babka miała przecież rację. Ale gdzieś w głębi krwiożerczej duszy żywiła nadzieję, że może kiedyś Maćkowiakowa znów się pomyli.
Stadko nietoperzy wyfrunęło z jaskini prosto na nich. Jasny krąg światła padał z wnętrza na piach przed wejściem i słychać było przytłumione głosy. Najwyraźniej nocna zmiana była gotowa do straszenia. Wiktor wyciągnął dłoń w stronę jaskini. W półmroku zadrżały zakrzywione szpony wampira i jakby w odpowiedzi na niewidzialny sygnał, światła w środku zaczęły mrugać, jarzyć się i przygasać na przemian.
- Coś się dzieje z zasilaniem, cholera! – upiory usłyszały stłumiony głos pełen troski. – Jeszcze pójdzie wiertło. Idź, sprawdź agregat!
Szymon zachichotał i błysnął kłem, a Lamia wciągnęła ze świstem powietrze i oblizała blade usta. Ghul stał z miną charakterystyczną dla ghula, choć był pełen podziwu dla umiejętności swego pana.
Z jaskini wyszedł młody mężczyzna i rozejrzał się niepewnie, ponieważ jego oczy nie były przyzwyczajone do panujących wkoło ciemności. Potrząsał trzymaną w ręku latarką, która się czemuś nie chciała palić, tylko mrugała nie dając światła. Mimo to ruszył w kierunku agregatu stojącego nieco dalej, za skalnym załomem. Słyszał znajome, nieprzyjemne buczenie maszyny. Przykucnął obok i otworzył klapę bezpieczników. Latarka zapaliła się na chwilę, więc skierował snop światła na urządzenie starając się wypatrzyć przyczynę ewentualnej awarii. Nagle poczuł za plecami czyjąś obecność, delikatne muśnięcie i słodkawy zapach. Zakręciło mu się w głowie. Przestał widzieć elementy maszyny. W umyśle miał obraz zmysłowej kobiety, rozkoszy, jakiej mógł zaznać w jej ramionach, zamiast dłubać w jakimś zepsutym agregacie tu, na tym zadupiu. Spojrzał w bok i zobaczył w kręgu światła latarki stopy obute w piękne, lekkie pantofelki, zgrabne kostki, smukłe łydki, długie nogi, szczupłą talię, całkiem wydatną pierś i ogromne zielone oczy w bladej twarzyczce okolonej burzą rudych włosów. Z wrażenia tkwił tak nieruchomo, przykucnięty z głową zadartą do góry. Kobieta, pochyliła się lekko i dotknąwszy palcem jego brody, skłoniła go, by jednak powstał. I powstał. A czy Ty byś nie powstał w takiej sytuacji, drogi czytelniku?
- Uwielbiam mężczyzn, którzy potrafią coś naprawić – wyszeptała zmysłowym, leciutko schrypniętym głosem.
- Ja też – odpowiedział, po czym się zreflektował. – Znaczy, ja potrafię.
- To dobrze. Jak masz na imię?
- Seba – wyszemrał Sebastian.
- Nie czujesz się samotny na tym odludziu?
- Strasznie – westchnął. – A ty, kim jesteś?
- Lamia – uśmiechnęła się przywołując najbardziej uwodzicielski spośród wszystkich swoich uśmiechów.
- To miło, że mnie odwiedziłaś Lamiu... Lamio... Lamia...
- Przyśniłeś mi się, mój miły – wyszeptała całując go delikatnie w szyję i namierzając językiem aortę, a jednocześnie wodząc dłonią po ciele Seby. Było to przyjemne, ponieważ na wodzenie reagował niczym różdżka, która właśnie odkryła potężną żyłę wodną.
- I co robiliśmy w tym śnie?
- Ty nic – odparła Lamia. – Ja się wszystkim zajęłam.
Zrezygnowała jednak z aorty przypomniawszy sobie, że ostatnim razem długo musiała spierać plamy z sukni i szukała językiem mniejszej żyłki. Sebastian objął Lamię i przyciągnął do siebie zbyt oszołomiony, żeby zadawać więcej pytań albo, żeby choć chwilę pomyśleć przytomnie. Poddał się uwodzicielskim zabiegom reagując na nie wdzięcznie i żywo, jak na młodego człowieka przystało. Nagle poczuł delikatne ukłucie tuż pod uchem, a potem znalazł się w oparach rudej rozkoszy o zielonych oczach. Świat zawirował i przestał istnieć. Nie przenikały do jego świadomości nawet okrzyki pełne przerażenia ani wołania o pomoc, które dobiegały z jaskini. Za to Lamia słyszała je doskonale.

*

Wynalazca genialnego wiertła i jego kolega siedzieli w kącie jaskini wparci plecami w skałę i patrzyli oczami wielkimi jak spodki na stojącego przed nimi Wiktora. Nie mieli już siły krzyczeć, zresztą i tak była niewielka szansa, że na tym pustkowiu ktokolwiek ich usłyszy i przybiegnie na ratunek, a Seba najwyraźniej nie reagował. Sylwetka potężnie zbudowanego wampira zdawała się przesłaniać nie tylko jaskinię, ale wręcz cały świat, który skurczył się do przeraźliwie klaustrofobicznych rozmiarów.
- Hyhyhy – dobiegła ich z boku nie całkiem skoordynowana wypowiedź ghula.
- Co tam masz? – spytał Szymon podchodząc do stolika, na którym stał otwarty laptop z wynikami pomiarów.
Jednak nie na wyniki patrzył ghul, bo i nie one wyświetlały się na ekranie. Ghul przekrzywił głowę usiłując zrozumieć, obraz, który miał przed oczyma. Jego mózg bombardowany informacjami groził przeciążeniem. Miał wrażenie, że widzi ludzi, ale nigdy wcześniej nie widział tak dziwnych ludzi, choć przecież na co dzień spotykał Jurną Ankę i proboszcza, i wikarego, a czasem trafił się ktoś z miasteczka, choćby Zawada, który nie dalej jak po południu był przy jaskini i ghul go widział.
Ale tego, co było teraz na ekranie, nie widział nigdy wcześniej. Nie rozumiał też, o czym mówiły dziwne postacie.
- Och tak, tak! Mocniej, mocniej, och! Szybciej, kochanie!
Dziwne kłębowisko na ekranie zmieniło konfigurację, więc ghul przekręcił łeb w drugą stronę.
- Ty głupi! – wrzasnął Szymon. – Co ty oglądasz?
- Yyyyy? – zapytał ghul w nadziei, że otrzyma wyjaśnienie.
- Nie zajmuj się bzdetami – skarcił go wąpierz. – Nie po to tu jesteśmy.
Podszedł do komputera i zaczął przyciskać co popadnie.
- Nie! – krzyknął rozpaczliwym głosem genialny wynalazca.
- Co nie? To podejdź tu i zrób coś z tym – warknął Szymon. – Interesują nas wyniki badań.
Wynalazca spojrzał oszołomiony na Wiktora, który skinął tylko głową w milczeniu. Drżąc na całym ciele, ojciec metalowego pająka, podszedł do stolika i wyłączył obraz na ekranie.
- Yyyy! – zaprotestował ghul.
- Daj spokój – odezwał się Szymon. – Później sobie pooglądasz. Najpierw interesy.
Wynalazca wystukiwał coś na klawiaturze, aż ukazały się tabele i wykresy kompletnie niezrozumiałe dla laika, choć bardzo efektowne. Wiktor stanął za jego plecami.
- Wyjaśnij – zażądał. – Jak duże są złoża?
- Bardzo duże – odparł tamten drżącym głosem. – Nawet trudno określić.
- Jakie są zamiary Pąckiewicza?
- Nooo, ja nie wiem dokładnie.
- To po co tu jesteś?
- Mam zrobić odwiert i ustalić, czy warto wydobywać.
- I co? Warto?
Wynalazca przełknął ślinę.
- Ja bym wydobywał, gdybym miał na to pieniądze.
- A Pąckiewicz ma?
- On sam to może nie, ale jego stryj to łoi taką kasą, że mu na pewno nie zabraknie. Choćby chciał tu nie tylko wydobywać, ale i przerobić plebanię na rafinerię!
Wiktor pokiwał głową w zadumie i spojrzał mu groźnie w oczy. Genialny wynalazca poczuł, że w głowie wirują mu czarne i czerwone kręgi. Były wielkie, ogromne, wypełniły całą jaskinię. Gdzieś z oddali słyszał monotonny głos:
- Pójdziesz dziś na wódkę i zapomnisz o wszystkim, a rano spakujesz ten cały majdan i wyjedziesz stąd na zawsze. Zrozumiano?
Kiwał tylko głową, ale niczego nie rozumiał. W głosie mu huczało, „na wódkę, na wódkę... zapomnisz”.

Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd tak stał, gdy poczuł nagle czyjąś dłoń na ramieniu. To był Sebastian, jakiś blady i niezbyt przytomny. W kącie na ziemi siedział trzeci pracownik. Obejmował ramionami kolana i kiwał się miarowo w przód i w tym mamrocząc coś pod nosem. Po chwili wynalazca jakby się otrząsnął z odrętwienia.
- Pierdzielić to wszystko, panowie. Muszę się napić. Zostawiamy ten majdan i jedziemy na wódkę.
Tamci spojrzeli na niego niepewnie, ale po chwili pokiwali głowami.
- Tak – powiedział Sebastian. – Ja też czuję, że muszę się odprężyć.
Potarł dłonią szyję przy uchu i pokręcił niepewnie głową. Czuł się dziwnie słaby.
Wszyscy trzej wsiedli do rozklekotanej toyoty i ruszyli w kierunku miasteczka.
Wiktor stał z założonymi na piersiach rękami i patrzył za odjeżdżającym pojazdem. Potem czwórka upiorów ruszyła z powrotem ku plebanii.

*

Gdy wikary Pawlak wracał ze Stefanem było już dobrze po północy. Wędrowali sobie spokojnie w świetle księżyca usiłując zebrać w logiczny ciąg plotki, które – sporo sobie wypiwszy – opowiadał w pubie pewien urzędnik. O wielkich złożach ropy na skałkach, o tym, że teraz w Dyrdymałach wszystko się zmieni, będzie metropolia, widoki jak w Teksasie, kasyna, domy rozpusty i rafinerie.
- To okropne! – denerwował się Stefan.
- Ja bym nie demonizował – odparł wikary. – Zaczekaj na mnie dwa kroki dalej. Te rafinerie to nie tak, hop i od razu.
Wikary zszedł na bok ciemnej drogi, żeby ulżyć nieco pęcherzowi.
- Zapomnieć! – rozległ się nagle wrzask, który przestraszył Pawlaka nie na żarty.
- Co tam ksiądz mówi? – zawołał Stefan.
- To nie ja! Podejdź no tu, ktoś leży w rowie.
W świetle księżyca starali się rozpoznać trzech nieszczęśników leżących pokotem w zielonej trawie.
- A to ci trzej inżynierowie z jaskini, co byli w pubie i opowiadali jakieś niestworzone historie o złym, co straszy – rozpoznał ich wikary.
- Na szczęście nikt im nie uwierzył – uśmiechnął się pod nosem Stefan.
- Na wódkę i zapomnieć! – wrzasnął znowu jeden z pijaków i zachrapał.
- Co z nimi zrobimy? – zatroskał się Pawlak.
- Nic – Stefan wzruszył ramionami. – Noc ciepła i spokojna. wyśpią się i rano pójdą do jaskini. Dobrze, że samochód zostawili pod pubem.
Wikary i Stefan ruszyli w swoją stronę pozostawiwszy mamroczących w rowie mężczyzn. Dyrdymalska noc, ciepła i spokojna, jak słusznie zauważył Stefan, utuliła ich w troskliwych objęciach przykrywając liśćmi łopianu, a żabki kumkały dla ukojenia ich skołatanych nerwów. Czasami przeleciał sznur nietoperzy, a świetliki unosiły się błyskając zalotnie zielonym światłem. Sebastian zasypiał słodko patrząc w oczy świetlików, rudej Lamii, świetlików, rudej Lamii, świetlików...
- Lamiu – wyszeptał jeszcze, zanim wypita wódka uniosła go do krainy ciężkiego snu i potężnego bólu głowy.

niedziela, 4 lipca 2010

Dyrdymały cd, czyli rozdział 4 częściowy ;)

Inżynier spojrzał mściwie na własne przedramię i uniósł je delikatnie. Wpatrzony hipnotycznym wzrokiem w krwiopijcę, który wbił cienką jak włos trąbkę wpasowując się dokładnie między włoski, wziął zamach, wymierzył precyzyjnie i uderzył się z całej siły.
- A masz, ty suko! – inżynier wiedział, że samczyki komara żywią się nektarem, a gryzą tylko samice.
Ścierając plamę krwi i resztki skrzydełek, a przy okazji masując zaczerwienione przedramię czuł, że bierze odwet za cały męski gatunek.
- Zwijamy się panowie – rzucił do pracowników. – Te ścierwa nie dadzą nam teraz spokoju. Dość na dziś. Zgarnijcie sprzęt do jaskini. O, widzę, że proboszcz do nas zmierza.
Inżynier patrzył w stronę drzew, skąd wychynął właśnie Mątwicki wędrując do nich przez łąkę. Proboszcz wymachiwał rękami. Inżynier pokiwał głową ze zrozumieniem. Gryzą ścierwa potępione, pomyślał.
- Idźże sobie duszo potępiona – mamrotał tymczasem Mątwicki zmęczony obecnością strzygi.
Monika upatrzyła sobie proboszcza. Polubiła go z przyczyn niewiadomych jej samej. Darzyła go zwyczajnie sympatią, a że była ciekawa z natury nie odstępowała księdza ani na krok. Kiedy czuła, że ma jej dość po prostu mu się nie pokazywała.
- A wie ksiądz proboszcz, że strzygi mają dwie dusze?
- Co też ty opowiadasz, nieszczęsna?
- No tak! To wiadoma sprawa. Rodzimy się z dwiema duszami. Mamy też dwa serca i dwa rzędy zębów. O, niech proboszcz popatrzy – Monika rozwarła szeroko paszczę, żeby zademonstrować podwójny garnitur zębów.
Mątwicki z lekkim obrzydzeniem rzucił okiem i przestraszył się nie na żarty. Strzyga wcale nie kłamała. Proboszcz przeżegnał się szybko.
- Schowaj się przynajmniej. Nie chcę, żeby cię widzieli ci tam niewinni chłopcy – wskazał na ekipę, która zbierała narzędzia z terenu przyszłego cmentarza.
- Niewinni! – prychnęła Monika. – Mogłabym proboszczowi opowiedzieć to i owo o ich niewinności. Nie dalej jak wczoraj w nocy...
- Zamilcz już!
- A o widzenie, niech się dobrodziej nie martwi. Oni mnie nie widzą.
- Tylko ja cię widzę? – księdzu opadły ręce z desperacji.
- Teraz tak – Monika uśmiechnęła się szeroko. – Jak zechcę to się im pokażę.
- Ale dlaczego pokazujesz się właśnie mnie?
- Lubię proboszcza – strzyga dłubała ptasim szponem między zębami.
Mątwicki wolał się nawet nie domyśleć, co stamtąd wydłubuje. Miał nadzieję, że kawałek zwierzęcia, a nie tkanki ludzkiej. Na korzonki raczej nie liczył. Monika jakby czytała w jego myślach.
- Niech się proboszcz tak nie jeży. To tylko noga konika polnego. Sucha taka jakaś i wlazła mi między zęby. Do ptaszka ksiądz przecież nie ma pretensji, że zje robaka, prawda? – Monika spojrzała oskarżycielsko w księże oczy.
- Nie, nie. Stworzenie musi się żywić – mógł tylko przyznać jej rację. – Tak ten świat urządzony.
- No właśnie – przytaknęła. – A ksiądz wierzy, że to siła wyższa tak wszystko urządziła?
Mątwicki aż przystanął z oburzenia. Nie będzie przecież dyskutował z paskudą o boskim dziele! Tylko tego brakowało!
- Posłuchaj no...
- Moniko.
- Posłuchaj no, Moniko – proboszcz wziął głęboki oddech. – Dlaczego nie idziesz ku światłu?
- Co takiego? – strzyga była szczerze zdziwiona.
- Ku światłu. Dusze po śmierci idą ku światłu.
- A skąd proboszcz o tym wie? Szedł proboszcz?
- Ja jeszcze żyję. Nie bądź bezczelna. Po śmierci dusze idą do lepszego świata.
- Albo gorszego. A kto to wie? Jak ktoś nie był, to co się wymądrza? Zresztą ja przecież wcale nie jestem po śmierci. No i mam dwie dusze.
Trudno było jej nie przyznać racji, jednak Mątwicki czuł się w obowiązku wyjaśnić:
- Nie powinnaś tu się snuć. Twoje miejsce nie jest tutaj. W ogóle nie powinno was tu być!
Proboszcz poczuł, że ogarnia go bezradność i lekkie zniecierpliwienie. To przez nich miał kłopoty. Mało, że natura w tym roku była nieżyczliwa, to jeszcze powyłaziły te dziwadła. Wbrew oczywistym faktom to się nie mieściło proboszczowi w głowie.
- Wszyscy powinniście być w lepszym świecie! W każdym razie, gdzie indziej! Tam gdzie światło i dobroć. Nie snuć się tu i po kościele, po polach, po cmentarzu. Jeszcze jakiś wariat chciał, żebyście mieszkali w krypcie – proboszcz wymachiwał rękami z oburzenia.
- To był hrabia Drake, ale jego nie ma od trzech dni. Czterech – sprostowała Monika. – W sumie to dobry pomysł z tą kryptą, dopóki nie będzie nowego cmentarza. Nie wiem, dlaczego proboszcz się tak upiera?
- Upieram?! Ja się upieram? Niedoczekanie przecież, żebyście się snuli po domu bożym!
- Przecież nic złego nie robimy. Chcemy tylko trochę spokoju. Światłości. Miłości – Monika patrzyła na proboszcza z miną tak żałosną, aż się zmieszał.
W porę jednak sobie przypomniał, że ma do czynienia z duszą potępioną.
- Przestań mi tu w głowie mącić, a kysz! – zawołał i zamachał znów rękami.
Inżynier zmrużył oczy i przyglądał się z uwagą proboszczowi. Tu gryzą – pomyślał – ale tam w dole, to chyba jakiś zmasowany atak całego roju.
- Prosimy, księże proboszczu! – zawołał głośno.
Proboszcz spojrzał na inżyniera i pojął, że jego zachowanie może się wydać dziwne osobie postronnej. Ale kto tu był osobą postronną? Rozmawiał właśnie ze strzygą, którą widział tylko on. Może czas najwyższy, żeby się wycofać?
- Nie – powiedziała stanowczo Monika. – I dobrodziej nie ma żadnych omamów. – Jestem tak samo prawdziwa jak on – wskazała głową na inżyniera.
Mątwicki przesunął dłonią po twarzy i ruszył szybszym krokiem.
- Wyobraża sobie proboszcz, co by to było, gdyby zrezygnował?
- Kto? Co?
- No proboszcz. Nie wolno się teraz załamywać. Trzeba przenieść cmentarz i dowiedzieć się dokładnie, co w tych skałkach piszczy.
Strzyga podtrzymuje mnie na duchu. To już nawet nie jest ironia losu, to jakieś szaleństwo, pomyślał Mątwicki, ale wiedział, że uwaga była słuszna.
- Bądź grzeczna przez chwilę – rzucił przez zęby i pomachał na powitanie inżynierowi.
- Ksiądz dobrodziej z kimś rozmawia? – dopytywał się inżynier.
- E, nie. Tak tylko sobie... pacierze powtarzam. Prace widzę postępują – powiedział Mątwicki zadzierając nogę, żeby przejść nad sznurkiem łączącym paliki.
- Niedługo cały teren będzie wytyczony.
Pracownicy witali się z proboszczem.
- Jeszcze ze dwa, trzy dni i będzie można przenosić.
Ksiądz kiwał głową zadowolony. Rzeczywiście teren przyszłego cmentarza był cały najeżony palikami, co wróżyło rychłą możliwość przeprowadzki. Tymczasem pracownicy zbierali drobny sprzęt i nieśli go do jaskini. Proboszcz postanowił skorzystać z okazji i ruszył ich śladem.
- Dokąd proboszcz zmierza? – zapytał uprzejmie inżynier.
- A skoro tu jestem, zobaczę, co tam robicie w jaskini.
- A tam, nie warto – inżynier stanął przed Mątwickim zastępując mu drogę.
- Może i nie, ale ja się nie zawsze kieruję tym co warto – zauważył kąśliwie proboszcz.
- Tam sprzęt leży złożony. Za dwa trzy dni posprzątamy, wtedy można będzie dobrodzieja zaprosić do jaskini.
- Nie spodziewam się, że w jaskini jest wysprzątane. To jaskinia.
- No tak – bąknął inżynier.
- W dodatku jaskinia na terenie kościelnym.
- Jak najbardziej – przyznał inżynier.
- Więc zajrzymy do jaskini – oznajmił proboszcz.
Zrezygnowany inżynier ruszył za nim, a Monika dreptała obok proboszcza z taką miną, jakby go chciała poklepać protekcjonalnie po plecach. Proboszcz miał nadzieję, że tego nie zrobi.