Woda płynęła szerokim strumieniem. Porywała za sobą bezlitośnie wszystko, co stanęło na jej drodze. Po dwóch tygodniach deszczu spływające z gór potoki zmieniły się w dziki żywioł, który niszczył, wyrywał, szarpał, tarmosił i porywał. Wały ziemne nic nie pomagały, mosty ledwo zipały pod naporem wściekłej, spienionej brei.
Mara spojrzała na swoją suknię zabrudzoną błotem. Delikatne koronki wyglądały jak psu z gardła wyjęte. Próbowała je choć trochę wygładzić i przyklepać na długich nogach, ale bez większego powodzenia. Nienawidziła wyglądać byle jak. Wiedziała, że nic tak nie dodaje kobiecie uroku jak ładny strój i pewność siebie. Teraz przynajmniej jeden element odpadał. Trudno, trzeba będzie coś z tym zrobić. Wyjęła z błota pantofelek i z westchnieniem rozejrzała się wkoło. Część grobów była zdewastowana. Walały się wieka albo drzazgi po wiekach od tych tańszych, tandetnych trumien, ale nie było widać mieszkańców cmentarza. Czyżby się pochowali w grobowcach bogaczy albo w krypcie?
Nagle z tyłu znad samej skarpy rozległ się przeraźliwy wrzask i dało się słyszeć skwierczenie. To skwierczał wąpierz, który wypełzł nieopatrznie na powierzchnię, albo zostały wymyty. Nie było co do tego pewności. W każdym razie nie powinien był się pokazywać na zewnątrz, bo choć ciągle padało, noc jeszcze nie nastała. Jazgocząc paskudnie i dymiąc wąpierz pędził w kierunku jednego z dwóch najokazalszych grobowców w nadziei, że tym razem jeszcze zdoła uratować swój nędzny nieżywot. Mara patrzyła za nim ze złością i pomyślała, jaka to straszna szkoda, że nie skomli tak ta wredna, ruda Lamia, która się zawsze starała odbić któregoś z jej kochanków. Lamii jednak nie zagrażało światło dzienne. Może chociaż woda zniszczyła i jej sukienki?
Mara stanęła na imponująco długich nogach. To im przede wszystkim zawdzięczała zainteresowanie mężczyzn. a także wiotkiej talii, jasnej skórze, prawie przezroczystej, długim, czarnym włosom i powłóczystemu spojrzeniu. Spowijała ją atmosfera zmysłowości, zagadki i obietnicy. No i Mara pchała się do łóżka. Taką miała naturę, a tej prawie żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. To dlatego tracili dla niej głowy. Niektórzy dosłownie, jeśli Mara nie żywiła się przez dłuższy czas. Czasami najzwyczajniej w świecie zapominała się z głodu i wtedy chłeptała nieco zbyt dużo. No cóż, shit happens, jak mawiał lord Drake. Ciekawe, gdzie był teraz ten domniemany Anglik z wyższych sfer.
Z obrzydliwym ciamlaniem Mara postąpiła kilka kroków. Pantofelki grzęzły w błocie i trudno było się poruszać po zazwyczaj spokojnym cmentarzu w Dyrdymałach, niewielkiej wsi, niegdyś należącej do hrabiego Pąckiego. To była jednak daleka przeszłość i nie należało nią sobie zaprzątać głowy zwłaszcza w obliczu szalejącego żywiołu. Żywioł tymczasem szalał jak nigdy wcześniej, odkąd Mara, siódme dziecko rejenta i panny z dobrego domu, oddana w dzieciństwie na nauki do szkoły prowadzonej przez zakonnice, a potem żona miejskiego rajcy, ale przede wszystkim kochanka prawie całej męskiej części rady miejskiej, zeszła z tego świata i zamieszkała w miejscowych zaświatach, a konkretnie na cmentarzyku w Dyrdymałach. O ile już wcześniej cmentarzyk nie był specjalnie okazały, to teraz brakowało go w dobrej jednej trzeciej. Leżący na skarpie nad zwykle nieszkodliwą i spokojną rzeczką, był częściowo podmyty. Skarpa urywała się gwałtownie, a w dole burzyła się spieniona i brudna woda. W zapadającym zwolna zmierzchu było widać coraz gorzej, ale Marze się zdawało, że dostrzega jakieś kości. Pewnie nieboszczyk, który dokończył żywota i zamiast się cieszyć urokami zaświatów, pozwolił się pożreć robakom. Nie warto było teraz rozważać, czy to lepsze rozwiązanie, czy też gorsze niż to, które spotkało Marę i kilku innych umrzyków. Należało ich raczej odnaleźć i to szybko, bo deszcz nie ustawał. Jeśli tak będzie wymywać cmentarz, to co się z nimi stanie? Mara chwyciła pantofelki w garść i przytrzymując koronkową suknię utaplaną błotem ruszyła dziarsko w kierunku budowli z kamienia.
Dwa kamienne grobowce stały obok siebie w tej lepszej części cmentarza. Oba piętrowe nie wiedzieć czemu, zupełnie, jakby nieboszczyk nie miał nic lepszego do roboty, jak ganiać po piętrach. Właściwie musiałby latać, bo schodów nie było. W sumie chodziło tylko o rozmiar, o przewagę. Choćby i po śmierci. Obaj fabrykanci konkurowali między sobą przez całe życie i – o, ironio! – ten, który zmarł jako drugi, miał wreszcie szansę na większy grobowiec niż imponująca budowla chroniąca doczesne szczątki jego odwiecznego konkurenta i wroga. Tak to sprawiedliwości stało się zadość, a zmagania obu wielkich mężów i ich ambitnych rodzin przeniosły się w zaświaty. Zyg, zyg marcheweczka. Jedyny pożytek z grobowców był taki, że umarlacza społeczność cmentarza w Dyrdymałach mogła się tam spotykać nie strasząc okolicznych mieszkańców włóczeniem się po nocy. Mara przeczuwała, że tym bardziej teraz, kto nieżyw, tam właśnie się schronił.
Pchnęła ciężkie, zdobne okuciami drzwi do grobowca. Powitało ją radosne szczekanie Fafusia, białego szpica świętej pamięci hrabiny Pąckiej. Również Fafuś wyglądał mniej elegancko niż przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat. Sierść miał zmierzwioną i posklejaną, ale humor psinie dopisywał jak zwykle.
- Fafulki moje, wracaj do pańci! – hrabina unosiła się nad posadzką ze szczotką w ręku. – Wyczeszemy futerko, nio, nio, malutki.
Hrabia uniósł delikatnie brew. Szanowna małżonka okazywała czułość swojemu pupilkowi w sposób nieco egzaltowany, ale hrabia już dawno zdążył się do tego przyzwyczaić. Hrabina była w ogóle niezwykle życzliwą osobą, choć czasem lubiła wetknąć szpilę. Westchnął tylko pogodzony z losem i uśmiechnął się do Mary.
- Witaj, moja droga. Jesteśmy prawie w komplecie.
Mara potoczyła spojrzeniem po obecnych. Poza hrabiostwem był tu wąpierz Szymon, którego dopiero co widziała skwierczącego na cmentarzu, martwiec Wiktor i jego wierny ghul, ruda Lamia, Sylvio, który najwyraźniej szykował się do wyjścia, strzyga Monika zajęta piłowaniem swoich ptasich szponów i Tamara, wyjątkowej urody sukub. Mara lubiła Tamarę, choć była ona dla niej konkurencją, ale miała łagodny charakter, jeśli nie liczyć podsysanych z krwi młodzieńców i była miła wobec własnego gatunku. W przeciwieństwie do Lamii. Mara z przyjemnością zauważyła, że suknia Lamii była równie sponiewierana przez wodę i błoto jak jej własna. Choć tyle!
- A gdzie Stefan i Alonzo? – spytała Mara.
- Ten nicpoń Alonzo znowu wyciągnął Stefana na wódkę – odparł zatroskany hrabia. – Wykończy mi nieboraka pijaczyna przeklęta.
- Gdyby Stefan nie chciał pójść, to by nie szedł – zauważyła chłodno i logicznie hrabina. – Zawsze same z nim kłopoty. Ostatni do roboty, pierwszy do kieliszka. Nie wiem po co go trzymasz.
- Już go nie trzymam od dobrych dziewięćdziesięciu lat – odgryzł się hrabia.
- A Drake? – Mara nie lubiła, kiedy Pąccy się kłócili w obecności innych upiorów. Uważała to za brak ogłady.
- Nie widzieliśmy go od trzech dni – stwierdziła hrabina wyczesując starannie sierść swojego pupilka.
- Kiedy ja go widziałam ostatni raz – włączyła się do rozmowy Monika – usiłował przekonać proboszcza, że należy mu się miejsce w krypcie.
- I co? – zainteresował się Szymon, który również uważał kościelną kryptę za miejsce godziwe i bezpieczne dla wampira.
- Zapomnij – ucięła Monika. – W proboszcza Mątwickiego jakby sam diabeł wstąpił. Wrzeszczał jak szalony, biegał z kropielnicą i groził, że sprowadzi egzorcystę, żeby wreszcie położyć kres bezhołowiu umarlaków. O nas tak mówił, wyobrażacie sobie?
- Ba! Właściwie trudno mu się dziwić – zauważył przytomnie martwiec Wiktor.
- Yyyyyy – przytaknął inteligentnie ghul.
- Tak czy inaczej mamy poważny problem. Nasze groby są zniszczone, połowa cmentarza zniknęła i proboszcz będzie musiał zrobić z tym porządek. My tymczasem zostaliśmy na lodzie. Na pomoc gminy raczej nie mamy co liczyć, a mój majątek już dawno temu uwłaszczony – podsumował gorzko hrabia.
- Chyba miałeś na myśli mój majątek? – rzuciła kąśliwie świętej pamięci małżonka.
Hrabia machnął tylko ręką.
- Trzeba się ułożyć z proboszczem. W krypcie jest dużo miejsca i każdy znajdzie dla siebie przytulny kąt. No chyba, że się przeniesiemy do pałacu. Ale wtedy przyjdzie nam mieszkać z samym urzędem.
- To nie jest takie złe rozwiązanie – zauważyła Lamia. – Będzie dostęp do świeżych urzędników.
- Wolę ich dopadać po zmroku. – zauważyła Monika. – Tam strasznie dużo ludzi się plącze przez cały dzień. Hałasują, łażą. marudzą. I nie lubię, kiedy wrzeszczą na mój widok. To mnie stresuje.
Tamara ze współczuciem objęła paskudę.
- Nie przejmuj się, Moniko. Ludzie są tacy nieodpowiedzialni.
- W każdym razie musimy się zdecydować krypta czy pałac. Budowa nowego cmentarza chwilę potrwa. Potrzebne nam wygodne lokum, a tu się nie mieścimy i nie ma co tracić energii na daremne kłótnie. Osobiście jestem za kryptą – hrabia podniósł palec do góry.
- Ja w zasadzie też – przychylił się Wiktor de hrabiowskiej decyzji. – Ale może zaczekajmy z podjęciem ostatecznej decyzji, aż wrócą Alonzo i Stefan. Może i lord Drake znajdzie się do tej pory.
- No to tymczasem – wystrojony Sylvio wychynął z mrocznego zakątka. – Jak zdecydujecie, to mi powiedzcie tylko. Jestem za.
- Tak ci spieszno? Może raz zostaniesz i wysilisz mózgownicę? Głową też czasem można popracować, a nie tylko ganiasz za tymi babami – hrabia czuł się w obowiązku strofować młodego.
- O, przepraszam. To dama a nie baba. Zaniedbywana mężatka ściślej rzecz biorąc – fuknął urażony Sylvio. – A mnie wzywa obowiązek i natura podróżnika!
- Taaa. To ta natura doprowadziła cię tu, gdzie jesteś. Gdyby mąż nie wrócił wcześniej z podróży, to może twoje kosteczki już by dawno popłynęły z nurtem rzeki, a ty nie szwendałbyś się po nocach za babami – zauważył Wiktor.
- Hyhyhyhy – ucieszył się ghul.
- Paszła, tępa pokrako – rzucił Sylvio zakładając bardzo szykowną skórzaną kurtkę. – Wracam szybciutko. Na pewno i tak niczego nie wymyślicie do tego czasu.
Kiedy Sylvio otworzył drzwi grobowca, do wnętrza wdarł się kolejny podmuch wiatru i strugi deszczu. Fafuś szczeknął z dezaprobatą.
- Jak ich spotkam w mieście, to powiem, żeby szybko wracali na naradę – rzucił jeszcze Sylvio i zamknął ciężkie drzwi.
Na chwilę w grobowcu zapanowała cisza i słychać było tylko szelest przypalonej skóry łuszczącej się z wąpierza Szymona. W tej ciszy szelest brzmiał irytująco.
- Może powinieneś zajrzeć do babki Maćkowiakowej? – zauważyła niby to życzliwie Lamia. – Da ci jakiejś mikstury i przestaniesz się łuszczyć.
- Tak, żeby mnie zamieniła w ghula? – Szymon poczuł się wyraźnie urażony propozycją. – Babka już stara, wszystko jej się we łbie miesza. Myli formuły, mikstury, zaklęcia. Nie chcę być jak ten tu idiota.
Wskazał ruchem brody na ghula.
- Yyyyy – zauważył trupojad widząc, że zebrani skierowali na niego swoją uwagę.
- Nie ma się co kłócić. Teraz musimy być zwarci i solidarni – przemówił hrabia.
- Niby słusznie – zauważył Wiktor – ale gadasz pan hrabia jak jaki związek zawodowy a nie jaśnie pan.
- Nie ma się co czepiać szczegółów – prychnął hrabia.
Zaś hrabina natychmiast skorzystała z okazji:
- Zawsze miał socjalistyczne ciągoty. Ledwo obroniłam majątek za życia.
- Może właśnie dlatego cię w końcu utłukli i majątek odebrali – zauważył hrabia z przekąsem.
- Pfff... – Pącka wzruszyła ramionami.
- Ja też bym wolała kryptę – odezwała się Mara ucinając kłótnię i wracając do tematu. – Niepostrzeżenie się nie da, Trzeba się zastanowić, jak proboszcza Mątwickiego przekonać.
- Może Alonzo zrobi nowe witraże? A my wyremontujemy kościół?
Tamara miewała czasem dziwne, ale trafne pomysły. W końcu Alonzo był artystą i to zdolnym. Stoczył się przez pijaństwo, teraz jednak nie groziło mu, że stoczy się jeszcze bardziej. A nawet jako nieboszczyk lepiej znosił działanie alkoholu. Może po śmierci odnajdzie swoją drogę artystyczną?
- Rozpije wikarego na amen – zachichotał Szymon. – Ale warto spróbować.
Świst wiatru na zrujnowanym cmentarzu przybrał na sile, a w niewielkim okienku grobowca zatrzęsły się szybki z grubego szkła. Przynajmniej te, które się jeszcze uchowały. Nawet tu słychać było szum wody niewinnej niegdyś rzeczki, która przemiesiła się w rwący żywioł i zabierała ze sobą wszystko, na co natrafiła po drodze.
Mieszkańcy cmentarza w Dyrdymałach musieli się mocno spiąć, jeśli chcieli przetrwać wściekły atak Matki Natury.
czwartek, 17 czerwca 2010
środa, 9 czerwca 2010
Szkarłatny Anioł (5)
MONTREAL, 18 LIPCA 1995 R.
Po przedramieniu Novaka spływały strużki krwi. Malarz zanurzył koniec pędzla w największej z nich, po czym zaczął nakładać krew na długie włosy postaci na obrazie, nad którym pracował. Na dziesiątym obrazie.
Do wernisażu pozostały tylko dwa dni. Ostatnie płótno nie zdąży wprawdzie wyschnąć, ale Jimmy będzie towarzyszył ekipie przewożącej dziesięć dzieł i osobiście zajmie się najmłodszym dzieckiem.
Rozległ się dzwonek telefonu.
Kilkadziesiąt godzin przed „wielkim dniem” – przewidując, że Evelyne Dufort da znak życia – Jimmy ponownie włączył aparat. Podniósł słuchawkę.
- Tak?
- Co pan robi, Novak? Stukałam do pańskich drzwi cztery razy w tym tygodniu!
- Nikomu nie otwierałem.
Agentka westchnęła z irytacją.
- Na jakim etapie jest pańska produkcja? – zapytała nie-cierpliwym tonem.
- Kładę ostatni akcent na dziesiątym arcydziele.
- Przestrzegał pan paragrafów dziesiątego i jedenastego w przypadku każdego z nich?
- Z całą rozkoszą.
- Znakomicie. Dwóch ludzi przyjedzie po pańskie obrazy w czwartek rano. Około dziewiątej.
- Wszystko będzie gotowe.
- Do widzenia, Jimmy.
Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. Novak za-palił papierosa i przełożył kasetę Nine Inch Nails na drugą stronę. Chwycił butelkę whisky, stojącą na rogu stołu, i stwierdził, że wreszcie może sobie pozwolić, by odetchnąć chwilę świeżym powietrzem. Zdarł płótno przybite do drzwi balkonowych i westchnął z ulgą. Był już wieczór. Nie zniósłby jasności dnia.
Odblokował zamek i wyszedł na balkon w jeansach, z nagim torsem i na bosaka. Delikatna bryza gładziła jego skórę poplamioną kobaltowym błękitem, sjeną i karminem. Sądząc po spokoju, jaki panował w uliczce, musiała być już późna noc.
Wypił kilka łyków alkoholu, po czym oparł się o rampę balkonu. Krew na jego przedramionach zaczęła już krzepnąć. Odkąd kompletnie się odizolował, nie obwiązywał nadgarstków chustkami, ponieważ nie widział takiej potrzeby.
Po kilku dniach przebywania w samotni Jimmy odkrył nową metodę pojenia się krwią. Zamiast za każdym razem nacinać skórę na nowo, wystarczyło otworzyć zębami ranę z poprzedniego dnia. A jako że „wypijał się” kilka razy dziennie, nacięcie nie miało czasu się zasklepić, co znacznie ułatwiało zadanie.
Od początku okresu intensywnej pracy również kilka razy dziennie się masturbował, za każdym razem snując fantazje na temat Szkarłatnego Anioła.
- Po wernisażu – pomyślał na głos.
Musiał znów zobaczyć tę kobietę, która bez przerwy nawiedzała jego myśli.
*
Martin oglądał telewizję, kiedy usłyszał hałas na balkonie Novaka. Czy to możliwe, żeby artysta wystawił nos ze swojej nory dwa dni przed terminem? Młody blondyn ruszył szybko do lodówki, wyjął z niej dwa piwa i wyszedł na balkon. Malarz faktycznie opuścił swą samotnię.
- Hej, Jimmy! Napijemy się piwa?
Novak odwrócił się i wykonał zapraszający gest, zachęcając sąsiada, by dołączył do niego. Chwilę później Martin usiadł obok Jimmy’ego, który zwiesił nogi za balkon, trzymając butelkę Black Label między udami.
Nie chcąc ponaglać malarza, który wydawał się tkwić w dziwnym letargu, Laberge odczekał chwilę, zanim rozpoczął rozmowę. Przełknął łyk zimnego piwa. Zauważył, że twarz Novaka jest zwrócona w jego stronę, że malarz go obserwuje.
- Jesteś pierwszą osobą, którą widzę od trzech tygodni – powiedział Jimmy głosem dziwnym i schrypniętym.
Z wymizerowaną twarzą i trupią cerą Novak wydawał się jeszcze bardziej ponury niż na początku okresu izolacji. Najdziwniejsze było to, że jego tęczówki, zwykle czarne jak atrament, miały teraz połyskującą barwę szafiru, a w świetle latarni na włosach malarza pojawił się jasnopopielaty odrost, tworzący wokół jego twarzy efekt halo.
- To twój naturalny kolor?
- Co?
- Farbujesz włosy na czarno?
- Tak. I co z tego?
- Nic. Nie wiedziałem. Jestem po prostu zdziwiony. A oczy?
- Czarne szkła kontaktowe. Niebieski to mój naturalny kolor. Ale kiedy maluję, mam to wszystko gdzieś.
Onieśmielony blaskiem intensywnie niebieskich tęczówek Martin spojrzał na przedramiona Jimmy’ego. Lewe było pokryte bliznami. Na prawym, poza różowymi śladami po nacięciach, dostrzegł dwie strużki krwi, płynące z szerokiej rany.
- Nadal pijesz własną krew?
Laberge’a szczególnie interesował temat, do którego nie miał wcześniej okazji wrócić w rozmowie z Novakiem. Ten zaś uniósł rękę, żeby ją lepiej było widać w świetle latarni.
- Wierzysz w wampiry, Martin?
- Dlaczego? Myślisz, że jesteś jednym z nich?
- Myślisz, że zwariowałem?
- Nie, ale...
Jimmy przysunął twarz bardzo blisko do twarzy sąsiada.
- Od tygodni nie śpię wcale. Również od wielu tygodni nie jem. Zwracam jedzenie. Mogę przełknąć tylko wodę, alkohol i sok pomarańczowy. Żyję w półmroku i nie wiem, czy zniósłbym teraz światło dzienne, co chwila przyciskam usta do rany i...
Novak przerwał wyjaśnienia i przytknął usta do przedramienia. Zębami otworzył ranę i zaczął z niej pić krew. Laberge milczał. Chciałby poczuć głęboką awersję do tej makabrycznej, niespokojnej istoty, jednak kiedy usta o czerwonych wargach oderwały się od rany, poczuł gwałtowne pragnienie, by pocałować Jimmy’ego. Może po to, by sprawdzić, jak smakuje krew? Może po to, by go zrozumieć, a może z jakiejś innej przy-czyny, do której wolał się przed sobą nie przyznawać.
Jakby to, co wydarzyło się przed chwilą, było całkiem zwyczajne, Novak przesunął językiem po ustach, zlizał z nich resztki krwi i mówił dalej, zapalając papierosa.
- Znałeś kiedyś normalnego człowieka, który by robił takie rzeczy?
- Nie – odpowiedział Martin bardzo cichym głosem zaniepokojony, że mógłby powiedzieć coś, co nie spodoba się fascynującej postaci, jaką był Novak.
Zdobył się jednak na pewną hipotezę.
- Spędzasz czas na malowaniu. To pewnie wytrąciło cię z równowagi. Może zatrułeś się oparami farby albo jakichś innych produktów? To by mogło wyjaśniać, dlaczego się dziwnie zachowujesz.
- Gadasz, co ci ślina na język przyniesie. Robię do od dawna. Od dawna wącham te wszystkie farby, więc powinienem już dawno zbzikować.
Lekki podmuch wiatru przesunął długie pasma splątanych włosów Jimmy’ego na jego nagie plecy.
- Nie wiem, co się ze mną dzieje, Martin. Wydaje mi się, że przeżywam okres transformacji, że takie jest moje przeznaczenie i że nie mam wyboru. Nie wiem, co to przyniesie w ogólnym rozrachunku, ale mam nadzieję, że pewnego dnia pomoże mi lepiej zrozumieć, kim jestem i dlaczego nigdy nie zachowywałem się tak jak inni.
Novak rzucił na wpół wypalonego papierosa na dół przez balkon.
- Chciałbyś zobaczyć obrazy na wystawę?
Po przedramieniu Novaka spływały strużki krwi. Malarz zanurzył koniec pędzla w największej z nich, po czym zaczął nakładać krew na długie włosy postaci na obrazie, nad którym pracował. Na dziesiątym obrazie.
Do wernisażu pozostały tylko dwa dni. Ostatnie płótno nie zdąży wprawdzie wyschnąć, ale Jimmy będzie towarzyszył ekipie przewożącej dziesięć dzieł i osobiście zajmie się najmłodszym dzieckiem.
Rozległ się dzwonek telefonu.
Kilkadziesiąt godzin przed „wielkim dniem” – przewidując, że Evelyne Dufort da znak życia – Jimmy ponownie włączył aparat. Podniósł słuchawkę.
- Tak?
- Co pan robi, Novak? Stukałam do pańskich drzwi cztery razy w tym tygodniu!
- Nikomu nie otwierałem.
Agentka westchnęła z irytacją.
- Na jakim etapie jest pańska produkcja? – zapytała nie-cierpliwym tonem.
- Kładę ostatni akcent na dziesiątym arcydziele.
- Przestrzegał pan paragrafów dziesiątego i jedenastego w przypadku każdego z nich?
- Z całą rozkoszą.
- Znakomicie. Dwóch ludzi przyjedzie po pańskie obrazy w czwartek rano. Około dziewiątej.
- Wszystko będzie gotowe.
- Do widzenia, Jimmy.
Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. Novak za-palił papierosa i przełożył kasetę Nine Inch Nails na drugą stronę. Chwycił butelkę whisky, stojącą na rogu stołu, i stwierdził, że wreszcie może sobie pozwolić, by odetchnąć chwilę świeżym powietrzem. Zdarł płótno przybite do drzwi balkonowych i westchnął z ulgą. Był już wieczór. Nie zniósłby jasności dnia.
Odblokował zamek i wyszedł na balkon w jeansach, z nagim torsem i na bosaka. Delikatna bryza gładziła jego skórę poplamioną kobaltowym błękitem, sjeną i karminem. Sądząc po spokoju, jaki panował w uliczce, musiała być już późna noc.
Wypił kilka łyków alkoholu, po czym oparł się o rampę balkonu. Krew na jego przedramionach zaczęła już krzepnąć. Odkąd kompletnie się odizolował, nie obwiązywał nadgarstków chustkami, ponieważ nie widział takiej potrzeby.
Po kilku dniach przebywania w samotni Jimmy odkrył nową metodę pojenia się krwią. Zamiast za każdym razem nacinać skórę na nowo, wystarczyło otworzyć zębami ranę z poprzedniego dnia. A jako że „wypijał się” kilka razy dziennie, nacięcie nie miało czasu się zasklepić, co znacznie ułatwiało zadanie.
Od początku okresu intensywnej pracy również kilka razy dziennie się masturbował, za każdym razem snując fantazje na temat Szkarłatnego Anioła.
- Po wernisażu – pomyślał na głos.
Musiał znów zobaczyć tę kobietę, która bez przerwy nawiedzała jego myśli.
*
Martin oglądał telewizję, kiedy usłyszał hałas na balkonie Novaka. Czy to możliwe, żeby artysta wystawił nos ze swojej nory dwa dni przed terminem? Młody blondyn ruszył szybko do lodówki, wyjął z niej dwa piwa i wyszedł na balkon. Malarz faktycznie opuścił swą samotnię.
- Hej, Jimmy! Napijemy się piwa?
Novak odwrócił się i wykonał zapraszający gest, zachęcając sąsiada, by dołączył do niego. Chwilę później Martin usiadł obok Jimmy’ego, który zwiesił nogi za balkon, trzymając butelkę Black Label między udami.
Nie chcąc ponaglać malarza, który wydawał się tkwić w dziwnym letargu, Laberge odczekał chwilę, zanim rozpoczął rozmowę. Przełknął łyk zimnego piwa. Zauważył, że twarz Novaka jest zwrócona w jego stronę, że malarz go obserwuje.
- Jesteś pierwszą osobą, którą widzę od trzech tygodni – powiedział Jimmy głosem dziwnym i schrypniętym.
Z wymizerowaną twarzą i trupią cerą Novak wydawał się jeszcze bardziej ponury niż na początku okresu izolacji. Najdziwniejsze było to, że jego tęczówki, zwykle czarne jak atrament, miały teraz połyskującą barwę szafiru, a w świetle latarni na włosach malarza pojawił się jasnopopielaty odrost, tworzący wokół jego twarzy efekt halo.
- To twój naturalny kolor?
- Co?
- Farbujesz włosy na czarno?
- Tak. I co z tego?
- Nic. Nie wiedziałem. Jestem po prostu zdziwiony. A oczy?
- Czarne szkła kontaktowe. Niebieski to mój naturalny kolor. Ale kiedy maluję, mam to wszystko gdzieś.
Onieśmielony blaskiem intensywnie niebieskich tęczówek Martin spojrzał na przedramiona Jimmy’ego. Lewe było pokryte bliznami. Na prawym, poza różowymi śladami po nacięciach, dostrzegł dwie strużki krwi, płynące z szerokiej rany.
- Nadal pijesz własną krew?
Laberge’a szczególnie interesował temat, do którego nie miał wcześniej okazji wrócić w rozmowie z Novakiem. Ten zaś uniósł rękę, żeby ją lepiej było widać w świetle latarni.
- Wierzysz w wampiry, Martin?
- Dlaczego? Myślisz, że jesteś jednym z nich?
- Myślisz, że zwariowałem?
- Nie, ale...
Jimmy przysunął twarz bardzo blisko do twarzy sąsiada.
- Od tygodni nie śpię wcale. Również od wielu tygodni nie jem. Zwracam jedzenie. Mogę przełknąć tylko wodę, alkohol i sok pomarańczowy. Żyję w półmroku i nie wiem, czy zniósłbym teraz światło dzienne, co chwila przyciskam usta do rany i...
Novak przerwał wyjaśnienia i przytknął usta do przedramienia. Zębami otworzył ranę i zaczął z niej pić krew. Laberge milczał. Chciałby poczuć głęboką awersję do tej makabrycznej, niespokojnej istoty, jednak kiedy usta o czerwonych wargach oderwały się od rany, poczuł gwałtowne pragnienie, by pocałować Jimmy’ego. Może po to, by sprawdzić, jak smakuje krew? Może po to, by go zrozumieć, a może z jakiejś innej przy-czyny, do której wolał się przed sobą nie przyznawać.
Jakby to, co wydarzyło się przed chwilą, było całkiem zwyczajne, Novak przesunął językiem po ustach, zlizał z nich resztki krwi i mówił dalej, zapalając papierosa.
- Znałeś kiedyś normalnego człowieka, który by robił takie rzeczy?
- Nie – odpowiedział Martin bardzo cichym głosem zaniepokojony, że mógłby powiedzieć coś, co nie spodoba się fascynującej postaci, jaką był Novak.
Zdobył się jednak na pewną hipotezę.
- Spędzasz czas na malowaniu. To pewnie wytrąciło cię z równowagi. Może zatrułeś się oparami farby albo jakichś innych produktów? To by mogło wyjaśniać, dlaczego się dziwnie zachowujesz.
- Gadasz, co ci ślina na język przyniesie. Robię do od dawna. Od dawna wącham te wszystkie farby, więc powinienem już dawno zbzikować.
Lekki podmuch wiatru przesunął długie pasma splątanych włosów Jimmy’ego na jego nagie plecy.
- Nie wiem, co się ze mną dzieje, Martin. Wydaje mi się, że przeżywam okres transformacji, że takie jest moje przeznaczenie i że nie mam wyboru. Nie wiem, co to przyniesie w ogólnym rozrachunku, ale mam nadzieję, że pewnego dnia pomoże mi lepiej zrozumieć, kim jestem i dlaczego nigdy nie zachowywałem się tak jak inni.
Novak rzucił na wpół wypalonego papierosa na dół przez balkon.
- Chciałbyś zobaczyć obrazy na wystawę?
Etykiety:
fantastyka.,
gotyk,
Natasha Beaulieu,
Nietoperz,
Szkarłatny Anioł
środa, 2 czerwca 2010
Szkarłatny Anioł (4)
MONTREAL, 26 MAJA 1995 r.
Novak otworzył oczy. Gdy się ostatecznie przekonał, że jest u siebie w pracowni i leży na fiołkowym, puchowym, rzuconym bezpośrednio na podłogę materacu, który służył mu za łóżko, zdołał się wreszcie poruszyć. Najpierw się zastanawiał, dlaczego jego ręce i dół brzucha są pokryte mnóstwem brunatnych plam, a gdy zobaczył tors przecięty pięcioma długimi, prawie równoległymi śladami, zmarszczył brwi.
Usiadł na skraju materaca, zapalił nocną lampkę i wziął do ręki paczkę du maurier, która leżała na starym głośniku przerobionym na stolik. Z papierosem zwisającym w kąciku warg Novak dotykał piersi, mając nadzieję, że w ten sposób przypomni sobie wydarzenia, które się przyczyniły do powstania skaleczeń. Lecz nic takiego nie nastąpiło.
Gdy wypalił papierosa, wyprostował długie ciało i przeciągnął się leniwie. Kilka minut później wyszedł spod prysznica, założył czarne dżinsy i skórzane buty.
Jimmy poczuł pragnienie, poszedł więc sprawdzić, czy nie znajdzie czegoś w lodówce. Znalazł litr soku pomarańczowego i zaczął pić prosto z kartonu. Opróżnił go kilkoma łykami, lecz ze zdziwieniem stwierdził, że wcale nie zaspokoiło to jego pragnienia. Wyjął ze zlewu najmniej brudną szklankę, opłukał ją i napełnił wodą. Napełniał ją tak jeszcze trzy razy. Gdy wreszcie odstawił szklankę prawie zasapany po tej ilości wypitych płynów, poczuł się bardzo dziwnie.
Doszedł do wniosku, że trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Zgarnął opróżnioną do połowy butelkę Jacka Danielsa, która leżała na ziemi obok jednej ze sztalug, podszedł do tylnych drzwi i otworzył je na oścież. Blask słońca uderzył niczym piorun. Jimmy wydał z siebie długi jęk, a butelka whisky wyślizgnęła mu się z rąk i rozbiła. Jego ciało wpadło w drgawki. Novak osunął się na kolana przed drzwiami. Czuł przeszywające, koszmarnie bolesne skurcze. Wreszcie legł na ziemi, wyjąc z bólu. Kawałki potłuczonego szkła wbiły się w jego ręce.
Mniej więcej dwie minuty później atak się skończył i ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. Chociaż serce waliło, a ciało było poranione i zlane potem, Novak powoli odzyskiwał panowanie nad sobą. Po prawej stronie na podłodze widział prostokąt światła dochodzącego z zewnątrz.
Podczołgał się mozolnie aż do skraju drzwi. Gdy wsunął ramię w snop światła, odczuł skurcz, ale zdołał trzasnąć drzwiami, zanim ból stał się nie do zniesienia. Leżąc znów w półmroku pracowni, poczuł się trochę lepiej, nadal jednak bardzo niepewnie. Co się z nim działo?
Wreszcie Jimmy pozbierał się na tyle, żeby wstać. Wyrwał z ciała największe kawałki szkła, nie odczuwając przy tym żadnego bólu, i patrzył, jak krew spływa mu po rękach. Ogarnęła go dziwna chęć, żeby ją zlizać. Próbując odpędzić dziwaczne pragnienie, poszedł do łazienki, obmył twarz i ręce zimną wodą. Stojąc nad zlewem, przyglądał się sobie w lustrze.
Był zaskoczony. Wbrew temu, czego się spodziewał, jego spojrzenie było żywe i błyszczące. Wyglądał na kogoś w doskonałej formie.
Wrócił do materaca i zaczął szperać w stercie papierów, która w ciągu tygodni zdążyła narosnąć obok głośnika. Na koniec znalazł to, czego szukał. Kalendarz. Pod datą 23 maja był zapis: przyjęcie Deka.
Niejasne wspomnienie wieczoru zaczęło kiełkować w umyśle malarza. Poszedł sprawdzić godzinę na zegarze wieży stereo. Była 13.03. Przekonany, że coś nienormalnego dzieje się z cza-sem, zadzwonił pod pierwszy numer, jaki mu przyszedł do głowy.
- Dzień dobry. Tu Pawilon Sztuk. Słucham?
- Proszę mi powiedzieć, który dziś jest?
- Eeee... dwudziesty szósty maja, proszę pana.
Jimmy odłożył słuchawkę. Zdawało mu się, że pamięta imprezę u Deka, ale nie miał pojęcia, co się wydarzyło między tamtym wieczorem a chwilą obecną, czyli przez ostatnie sześćdziesiąt godzin. Czy to możliwe, żeby cały ten czas spał głęboko?
Zapalił jeszcze jednego papierosa i wrócił do kuchni. Znów chciało mu się pić.
Novak otworzył oczy. Gdy się ostatecznie przekonał, że jest u siebie w pracowni i leży na fiołkowym, puchowym, rzuconym bezpośrednio na podłogę materacu, który służył mu za łóżko, zdołał się wreszcie poruszyć. Najpierw się zastanawiał, dlaczego jego ręce i dół brzucha są pokryte mnóstwem brunatnych plam, a gdy zobaczył tors przecięty pięcioma długimi, prawie równoległymi śladami, zmarszczył brwi.
Usiadł na skraju materaca, zapalił nocną lampkę i wziął do ręki paczkę du maurier, która leżała na starym głośniku przerobionym na stolik. Z papierosem zwisającym w kąciku warg Novak dotykał piersi, mając nadzieję, że w ten sposób przypomni sobie wydarzenia, które się przyczyniły do powstania skaleczeń. Lecz nic takiego nie nastąpiło.
Gdy wypalił papierosa, wyprostował długie ciało i przeciągnął się leniwie. Kilka minut później wyszedł spod prysznica, założył czarne dżinsy i skórzane buty.
Jimmy poczuł pragnienie, poszedł więc sprawdzić, czy nie znajdzie czegoś w lodówce. Znalazł litr soku pomarańczowego i zaczął pić prosto z kartonu. Opróżnił go kilkoma łykami, lecz ze zdziwieniem stwierdził, że wcale nie zaspokoiło to jego pragnienia. Wyjął ze zlewu najmniej brudną szklankę, opłukał ją i napełnił wodą. Napełniał ją tak jeszcze trzy razy. Gdy wreszcie odstawił szklankę prawie zasapany po tej ilości wypitych płynów, poczuł się bardzo dziwnie.
Doszedł do wniosku, że trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Zgarnął opróżnioną do połowy butelkę Jacka Danielsa, która leżała na ziemi obok jednej ze sztalug, podszedł do tylnych drzwi i otworzył je na oścież. Blask słońca uderzył niczym piorun. Jimmy wydał z siebie długi jęk, a butelka whisky wyślizgnęła mu się z rąk i rozbiła. Jego ciało wpadło w drgawki. Novak osunął się na kolana przed drzwiami. Czuł przeszywające, koszmarnie bolesne skurcze. Wreszcie legł na ziemi, wyjąc z bólu. Kawałki potłuczonego szkła wbiły się w jego ręce.
Mniej więcej dwie minuty później atak się skończył i ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. Chociaż serce waliło, a ciało było poranione i zlane potem, Novak powoli odzyskiwał panowanie nad sobą. Po prawej stronie na podłodze widział prostokąt światła dochodzącego z zewnątrz.
Podczołgał się mozolnie aż do skraju drzwi. Gdy wsunął ramię w snop światła, odczuł skurcz, ale zdołał trzasnąć drzwiami, zanim ból stał się nie do zniesienia. Leżąc znów w półmroku pracowni, poczuł się trochę lepiej, nadal jednak bardzo niepewnie. Co się z nim działo?
Wreszcie Jimmy pozbierał się na tyle, żeby wstać. Wyrwał z ciała największe kawałki szkła, nie odczuwając przy tym żadnego bólu, i patrzył, jak krew spływa mu po rękach. Ogarnęła go dziwna chęć, żeby ją zlizać. Próbując odpędzić dziwaczne pragnienie, poszedł do łazienki, obmył twarz i ręce zimną wodą. Stojąc nad zlewem, przyglądał się sobie w lustrze.
Był zaskoczony. Wbrew temu, czego się spodziewał, jego spojrzenie było żywe i błyszczące. Wyglądał na kogoś w doskonałej formie.
Wrócił do materaca i zaczął szperać w stercie papierów, która w ciągu tygodni zdążyła narosnąć obok głośnika. Na koniec znalazł to, czego szukał. Kalendarz. Pod datą 23 maja był zapis: przyjęcie Deka.
Niejasne wspomnienie wieczoru zaczęło kiełkować w umyśle malarza. Poszedł sprawdzić godzinę na zegarze wieży stereo. Była 13.03. Przekonany, że coś nienormalnego dzieje się z cza-sem, zadzwonił pod pierwszy numer, jaki mu przyszedł do głowy.
- Dzień dobry. Tu Pawilon Sztuk. Słucham?
- Proszę mi powiedzieć, który dziś jest?
- Eeee... dwudziesty szósty maja, proszę pana.
Jimmy odłożył słuchawkę. Zdawało mu się, że pamięta imprezę u Deka, ale nie miał pojęcia, co się wydarzyło między tamtym wieczorem a chwilą obecną, czyli przez ostatnie sześćdziesiąt godzin. Czy to możliwe, żeby cały ten czas spał głęboko?
Zapalił jeszcze jednego papierosa i wrócił do kuchni. Znów chciało mu się pić.
niedziela, 30 maja 2010
Szkarłatny Anioł (3)
MONTREAL, 23 MAJA 1995 r.
Z łokciami wspartymi na długich, smukłych udach oblecznych w czarne skórzane spodnie Jimmy Novak siedział na skraju kanapy obitej szkarłatnym welurem i obserwował zaproszonych gości, gdy usłyszał, że ktoś go woła:
- Jimmy!
Mężczyzna około czterdziestki ubrany w spodnie i kurtkę z winylu usiadł obok niego. Nawet z zamkniętymi oczami Novak rozpoznałby Deka po świeżej woni migdałowego szamponu, którym pachniały krótkie, białe włosy.
- Cześć, Dek.
- Cieszę się, że przyszedłeś!
- Jak tam twoja fetyszystyczna imprezka? Zadowolony?
- Jeszcze jak! Widzisz tę dominę w czerwonym winylu przy barze?
Wskazał Novakowi zbudowaną jak posąg kobietę w bardzo opiętej na biodrach minispódniczce. Szczupła talia, ściągnięta sznurowanym na plecach gorsetem, podkreślała krągły biust. Długie blond włosy (albo peruka) związane w koński ogon sięgały dołu pleców i muskały zatknięty za paskiem bicz. Wydawała się znacznie wyższa w szpilkach tak cienkich, że mogłaby nimi robić dziury w podłodze. Dyskutowała z barmanem, popijając spokojnie martini.
- Mistress Olga z Nowego Jorku – wyjaśnił Dek. – Pośród jej klientów znalazłoby się sporo sławnych nazwisk.
Novak wzruszył ramionami. Plotki go nie interesowały.
- Czekam na Mistress Irinę i Mastera Stephana z Los Angeles – kontynuował gospodarz z entuzjazmem. – Specjaliści od krępowania. Ma też przybyć Szkarłatny Anioł z Toronto.
- Szkarłatny Anioł?
- Tak, to wspaniała domina. Całkiem niedawno przeniosła się do Montrealu.
Mężczyzna o białych włosach pochylił się do Jimmy’ego.
- Podobno niektórzy klienci płacą jej do czterystu dolarów za godzinę.
- Musi mieć piękny tyłek, bo czym niby mogłaby się różnić od innych?
- Podobno oferuje usługi jedyne w swoim rodzaju i bardzo wyrafinowane – sprecyzował Dek, rzucając spojrzenie w kie-runku wejścia. – Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, możesz ją zapytać. Właśnie przyszła. Przepraszam, pójdę ją powitać.
*
Siedząc przy barze, Novak wyrwał kolejną kartkę z zeszytu, w którym rysował. Opróżnił czwartą whisky i zaciągnął się mocno du maurierem. Odchylił głowę do tyłu i wolno wypuszczał dym. Długie, czarne włosy sięgające do jego bladej piersi nagiej i gładkiej odsłoniły kanciastą twarz o zapadniętych policzkach.
W otoczeniu sióstr miłosierdzia, czarnych ścian, czerwonych draperii, słabego światła, piżmowego zapachu skóry, papierosowego dymu, połysku lateksu, odsłoniętych piersi, podkreślonych talii, wypukłych pośladków i sylwetek w kształcie klepsydry, co działało na niego pobudzająco, Jimmy czuł się coraz lepiej. Tak dobrze, że zaczął nucić słowa piosenki 1959. Z jego „mydlanej bańki” wyciągnęła go Mistress Olga, która oglądała, jeden po drugim, szkice leżące na barze.
- Ty to narysowałeś?
Jimmy zaciągnął się raz jeszcze.
- Tak – odparł, rozgniatając niedopałek w wypełnionej już po brzegi popielniczce.
Domina przyglądała się kolejnemu rysunkowi. Rozpoznając na nim siebie, uniosła bardzo mocno wymalowaną twarz i spojrzała na artystę.
- Za ile mi to sprzedasz?
- Też coś. Weź sobie.
W ramach podziękowania Mistress Olga podarowała Novakowi niebezpiecznie uwodzicielski uśmiech, kontrastujący z twardymi rysami twarzy i niewzruszonym spojrzeniem. Potem zdecydowanym krokiem ruszyła do grupki osobników, którym pokazała rysunek. Jimmy spojrzał na pozostałe kartki leżące na blacie. Na każdej z nich naszkicował portret jednego z gości. Człowiek był jego ulubionym tematem.
Dobrze zrobił, przyjmując zaproszenie Deka. Ten wieczór go zainspirował.
No i była tu Szkarłatny Anioł. Siedziała na kanapie, której kolor harmonizował z czerwonym odcieniem jej włosów, i dyskutowała z gospodarzem wieczoru rozpartym w fotelu naprzeciw niej. Siedząc jako tako wygodnie na taborecie przy barze Novak cały czas obracał się, rzucając spojrzenia w ich stronę.
Za każdym razem, gdy Szkarłatny Anioł poruszała głową, jej migotliwe włosy – albo peruka; Jimmy nie byłby w stanie odróżnić – muskały kontur owalnej, delikatnej twarzy. Trudno było pochwycić spojrzenie tej kobiety. Oczy, podkreślone czarnym ołówkiem i złotym cieniem, skrywała gęsta grzywa. Długi i lekko skierowany w dół, prosty nos nadawał jej profilowi drapieżny wygląd, który bardzo się Novakowi podobał. Usta – wąskie i surowe, lecz ładnie zarysowane i połyskujące czerwienią równie jaskrawą jak włosy – były śliczne, gdy się uśmiechała, co zdarzało się raczej rzadko. Wąska lecz dość mocna szczęka przydawała jej odrobinę męskiej aparycji. Zmysłowe ciało Szkarłatnego Anioła opinał idealnie dopasowany, prosty kombinezon z czarnej skóry. Para czerwonych skrzydeł namalowanych na ramieniu lewego rękawa stanowiła jedyną ozdobę. Na nogach, równie smukłych jak nogi Novaka, Szkarłatny Anioł miała wysokie sznurowane botki na kwadratowych obcasach nie wyższych niż dziesięć centymetrów. Jednak Jimmy’ego najbardziej fascynowały jej palce. Koniec każdego z nich przyozdabiał swego rodzaju metalowy naparstek zakończony szpiczastym ostrzem. Ta kobieta budziła w nim gwałtowną żądzę prowokacji. Wypił kolejną whisky jednym haustem i wstał.
*
Novak usiadł bezceremonialne po lewej stronie Szkarłatnego Anioła. Dek przedstawił ich sobie i żachnął się, widząc jak młody malarz ściska dłoń dominy w mało elegancki sposób.
- Powinieneś ucałować jej dłoń – zasugerował cicho Jimmy’emu.
- Raczej miałbym ochotę po prostu ją pocałować, a wręcz przelecieć.
- Na twoim miejscu nawet nie myślałbym o tym.
Rozparty na kanapie Jimmy był zachwycony, że obraził Anioła swoim lekceważącym zachowaniem. Aż wrzał z podniecenia, usiłując zgadnąć, w jaki sposób kobieta zareaguje. Spodziewał się, że przeszyje go mściwym spojrzeniem albo uderzy w twarz.
Odwrócił głowę w stronę dominy o czerwonych włosach, ale w jej spojrzeniu wyczytał całkowitą obojętność. Urażony tym, że nie udało mu się sprowokować żadnej reakcji, wyprostował się i położył dłoń wysoko na udzie Anioła. Tym razem kobieta zareagowała bardzo żywo, kładąc mu dłoń na piersi. Trwali tak przez kilka sekund, po czym Novak poczuł, jak sztuczne paznokcie przecinają jego skórę. Zachował kamienny spokój. Czarnymi oczami wpatrywał się w szare i beznamiętne oczy kobiety zadającej mu ból.
Szpony Szkarłatnego Anioła przesuwały się w dół zanurzone w ciele malarza. Kilku gości zebrało się, by podziwiać scenę, co tylko wzmogło podniecenie Jimmy’ego. Gdy poczuł strużkę krwi spływającą po piersi, chwycił nadgarstek Anioła lewą dłonią, a prawą przyłożył do krwawiącego torsu. Gładził się po nim zmysłowymi ruchami pod niewzruszonym spojrzeniem dominy i pełnym fascynacji wzrokiem osób zebranych w półko-lu wokół nich.
Wodził palcami po śladach szponów, zagłębiając paznokcie w rany. Krew spływała szerokim strumieniem aż do pasa. Novak przysunął zakrwawioną dłoń do twarzy. Polizał koniuszek palca, po czym włożył go do ust i zaczął ssać.
Lewą dłonią cały czas przytrzymywał nadgarstek Szkarłatnego Anioła. Nagle Jimmy poczuł, jak kobieta się napręża. W jej oczach pojawił się błysk. Uwolniła gwałtownie dłoń z uścisku malarza, podniosła się i szybko zniknęła w tłumie.
W ekstatycznym transie Novak również wstał, przetarł sobie drogę do łazienki i zamknął się w niej. Opierając się o kamienną ścianę, gładził tors i brzuch. Zapamiętale oblizywał dłonie ubabrane krwią. Czując w ustach metaliczny smak własnej krwi, rozpiął klamrę od paska i spodnie. Chwycił w dłoń stwardniały członek. Ledwo zdążył wykonać kilka ruchów, a już opanowała go rozkosz, od której stracił świadomość.
Kiedy Jimmy oprzytomniał, siedział na zimnych kafelkach oparty o ścianę. Kilka sekund mu zajęło zrozumienie, gdzie się znajduje oraz dlaczego jest unurzany we własnej krwi i spermie.
Wstrząśnięty podciągnął spodnie i nie tracąc czasu na doprowadzenie się do porządku, wyszedł z toalety.
Minął dużą salę niezbyt przytomny. Chwycił swój sweter, leżący na oparciu krzesła i szybko założył go na siebie.
Jimmy Novak wyszedł z fetyszystycznej imprezy Deka, nie mówiąc nikomu dobranoc.
Z łokciami wspartymi na długich, smukłych udach oblecznych w czarne skórzane spodnie Jimmy Novak siedział na skraju kanapy obitej szkarłatnym welurem i obserwował zaproszonych gości, gdy usłyszał, że ktoś go woła:
- Jimmy!
Mężczyzna około czterdziestki ubrany w spodnie i kurtkę z winylu usiadł obok niego. Nawet z zamkniętymi oczami Novak rozpoznałby Deka po świeżej woni migdałowego szamponu, którym pachniały krótkie, białe włosy.
- Cześć, Dek.
- Cieszę się, że przyszedłeś!
- Jak tam twoja fetyszystyczna imprezka? Zadowolony?
- Jeszcze jak! Widzisz tę dominę w czerwonym winylu przy barze?
Wskazał Novakowi zbudowaną jak posąg kobietę w bardzo opiętej na biodrach minispódniczce. Szczupła talia, ściągnięta sznurowanym na plecach gorsetem, podkreślała krągły biust. Długie blond włosy (albo peruka) związane w koński ogon sięgały dołu pleców i muskały zatknięty za paskiem bicz. Wydawała się znacznie wyższa w szpilkach tak cienkich, że mogłaby nimi robić dziury w podłodze. Dyskutowała z barmanem, popijając spokojnie martini.
- Mistress Olga z Nowego Jorku – wyjaśnił Dek. – Pośród jej klientów znalazłoby się sporo sławnych nazwisk.
Novak wzruszył ramionami. Plotki go nie interesowały.
- Czekam na Mistress Irinę i Mastera Stephana z Los Angeles – kontynuował gospodarz z entuzjazmem. – Specjaliści od krępowania. Ma też przybyć Szkarłatny Anioł z Toronto.
- Szkarłatny Anioł?
- Tak, to wspaniała domina. Całkiem niedawno przeniosła się do Montrealu.
Mężczyzna o białych włosach pochylił się do Jimmy’ego.
- Podobno niektórzy klienci płacą jej do czterystu dolarów za godzinę.
- Musi mieć piękny tyłek, bo czym niby mogłaby się różnić od innych?
- Podobno oferuje usługi jedyne w swoim rodzaju i bardzo wyrafinowane – sprecyzował Dek, rzucając spojrzenie w kie-runku wejścia. – Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, możesz ją zapytać. Właśnie przyszła. Przepraszam, pójdę ją powitać.
*
Siedząc przy barze, Novak wyrwał kolejną kartkę z zeszytu, w którym rysował. Opróżnił czwartą whisky i zaciągnął się mocno du maurierem. Odchylił głowę do tyłu i wolno wypuszczał dym. Długie, czarne włosy sięgające do jego bladej piersi nagiej i gładkiej odsłoniły kanciastą twarz o zapadniętych policzkach.
W otoczeniu sióstr miłosierdzia, czarnych ścian, czerwonych draperii, słabego światła, piżmowego zapachu skóry, papierosowego dymu, połysku lateksu, odsłoniętych piersi, podkreślonych talii, wypukłych pośladków i sylwetek w kształcie klepsydry, co działało na niego pobudzająco, Jimmy czuł się coraz lepiej. Tak dobrze, że zaczął nucić słowa piosenki 1959. Z jego „mydlanej bańki” wyciągnęła go Mistress Olga, która oglądała, jeden po drugim, szkice leżące na barze.
- Ty to narysowałeś?
Jimmy zaciągnął się raz jeszcze.
- Tak – odparł, rozgniatając niedopałek w wypełnionej już po brzegi popielniczce.
Domina przyglądała się kolejnemu rysunkowi. Rozpoznając na nim siebie, uniosła bardzo mocno wymalowaną twarz i spojrzała na artystę.
- Za ile mi to sprzedasz?
- Też coś. Weź sobie.
W ramach podziękowania Mistress Olga podarowała Novakowi niebezpiecznie uwodzicielski uśmiech, kontrastujący z twardymi rysami twarzy i niewzruszonym spojrzeniem. Potem zdecydowanym krokiem ruszyła do grupki osobników, którym pokazała rysunek. Jimmy spojrzał na pozostałe kartki leżące na blacie. Na każdej z nich naszkicował portret jednego z gości. Człowiek był jego ulubionym tematem.
Dobrze zrobił, przyjmując zaproszenie Deka. Ten wieczór go zainspirował.
No i była tu Szkarłatny Anioł. Siedziała na kanapie, której kolor harmonizował z czerwonym odcieniem jej włosów, i dyskutowała z gospodarzem wieczoru rozpartym w fotelu naprzeciw niej. Siedząc jako tako wygodnie na taborecie przy barze Novak cały czas obracał się, rzucając spojrzenia w ich stronę.
Za każdym razem, gdy Szkarłatny Anioł poruszała głową, jej migotliwe włosy – albo peruka; Jimmy nie byłby w stanie odróżnić – muskały kontur owalnej, delikatnej twarzy. Trudno było pochwycić spojrzenie tej kobiety. Oczy, podkreślone czarnym ołówkiem i złotym cieniem, skrywała gęsta grzywa. Długi i lekko skierowany w dół, prosty nos nadawał jej profilowi drapieżny wygląd, który bardzo się Novakowi podobał. Usta – wąskie i surowe, lecz ładnie zarysowane i połyskujące czerwienią równie jaskrawą jak włosy – były śliczne, gdy się uśmiechała, co zdarzało się raczej rzadko. Wąska lecz dość mocna szczęka przydawała jej odrobinę męskiej aparycji. Zmysłowe ciało Szkarłatnego Anioła opinał idealnie dopasowany, prosty kombinezon z czarnej skóry. Para czerwonych skrzydeł namalowanych na ramieniu lewego rękawa stanowiła jedyną ozdobę. Na nogach, równie smukłych jak nogi Novaka, Szkarłatny Anioł miała wysokie sznurowane botki na kwadratowych obcasach nie wyższych niż dziesięć centymetrów. Jednak Jimmy’ego najbardziej fascynowały jej palce. Koniec każdego z nich przyozdabiał swego rodzaju metalowy naparstek zakończony szpiczastym ostrzem. Ta kobieta budziła w nim gwałtowną żądzę prowokacji. Wypił kolejną whisky jednym haustem i wstał.
*
Novak usiadł bezceremonialne po lewej stronie Szkarłatnego Anioła. Dek przedstawił ich sobie i żachnął się, widząc jak młody malarz ściska dłoń dominy w mało elegancki sposób.
- Powinieneś ucałować jej dłoń – zasugerował cicho Jimmy’emu.
- Raczej miałbym ochotę po prostu ją pocałować, a wręcz przelecieć.
- Na twoim miejscu nawet nie myślałbym o tym.
Rozparty na kanapie Jimmy był zachwycony, że obraził Anioła swoim lekceważącym zachowaniem. Aż wrzał z podniecenia, usiłując zgadnąć, w jaki sposób kobieta zareaguje. Spodziewał się, że przeszyje go mściwym spojrzeniem albo uderzy w twarz.
Odwrócił głowę w stronę dominy o czerwonych włosach, ale w jej spojrzeniu wyczytał całkowitą obojętność. Urażony tym, że nie udało mu się sprowokować żadnej reakcji, wyprostował się i położył dłoń wysoko na udzie Anioła. Tym razem kobieta zareagowała bardzo żywo, kładąc mu dłoń na piersi. Trwali tak przez kilka sekund, po czym Novak poczuł, jak sztuczne paznokcie przecinają jego skórę. Zachował kamienny spokój. Czarnymi oczami wpatrywał się w szare i beznamiętne oczy kobiety zadającej mu ból.
Szpony Szkarłatnego Anioła przesuwały się w dół zanurzone w ciele malarza. Kilku gości zebrało się, by podziwiać scenę, co tylko wzmogło podniecenie Jimmy’ego. Gdy poczuł strużkę krwi spływającą po piersi, chwycił nadgarstek Anioła lewą dłonią, a prawą przyłożył do krwawiącego torsu. Gładził się po nim zmysłowymi ruchami pod niewzruszonym spojrzeniem dominy i pełnym fascynacji wzrokiem osób zebranych w półko-lu wokół nich.
Wodził palcami po śladach szponów, zagłębiając paznokcie w rany. Krew spływała szerokim strumieniem aż do pasa. Novak przysunął zakrwawioną dłoń do twarzy. Polizał koniuszek palca, po czym włożył go do ust i zaczął ssać.
Lewą dłonią cały czas przytrzymywał nadgarstek Szkarłatnego Anioła. Nagle Jimmy poczuł, jak kobieta się napręża. W jej oczach pojawił się błysk. Uwolniła gwałtownie dłoń z uścisku malarza, podniosła się i szybko zniknęła w tłumie.
W ekstatycznym transie Novak również wstał, przetarł sobie drogę do łazienki i zamknął się w niej. Opierając się o kamienną ścianę, gładził tors i brzuch. Zapamiętale oblizywał dłonie ubabrane krwią. Czując w ustach metaliczny smak własnej krwi, rozpiął klamrę od paska i spodnie. Chwycił w dłoń stwardniały członek. Ledwo zdążył wykonać kilka ruchów, a już opanowała go rozkosz, od której stracił świadomość.
Kiedy Jimmy oprzytomniał, siedział na zimnych kafelkach oparty o ścianę. Kilka sekund mu zajęło zrozumienie, gdzie się znajduje oraz dlaczego jest unurzany we własnej krwi i spermie.
Wstrząśnięty podciągnął spodnie i nie tracąc czasu na doprowadzenie się do porządku, wyszedł z toalety.
Minął dużą salę niezbyt przytomny. Chwycił swój sweter, leżący na oparciu krzesła i szybko założył go na siebie.
Jimmy Novak wyszedł z fetyszystycznej imprezy Deka, nie mówiąc nikomu dobranoc.
piątek, 28 maja 2010
Szkarłatny Anioł (2)
DORVAL, 29 WRZEŚNIA 1997 r.
Obojętny na zdziwienie, z jakim przyglądały mu się mijane osoby, Jan Béluterre przemierzał wielkimi krokami lotnisko Dorval. Dzięki butom na grubej podeszwie wydawał się jeszcze wyższy i mierzył dobre dwa metry. Skórzany kombinezon opinał mocno umięśnione, zwinne ciało. Z lewego ramienia mężczyzny zwisał wypchany, wojskowy worek koloru khaki. Jasnokasztanowe włosy sterczały na jego głowie niczym szczotka, a mocno ogorzałą kanciastą twarz częściowo zakrywały gogle o ciemnych szkłach, trzymające się na głowie dzięki czarnej gumce. Nie miał nawet trzydziestu lat, lecz był tak zniszczony, że z łatwością można by mu dać czterdziestkę.
Przemieszczając się przez różne strefy przepełnionego lotniska, stwierdził, że w powietrzu wisi atmosfera ogólnego niezadowolenia. Z pewnością było ono spowodowane przeniesieniem lotów międzynarodowych z lotniska Mirabel do Dorval. Już kiedy czekał na swój wojskowy worek przy taśmie, widział podróżnych rozwścieczonych tym, że nie mogli znaleźć walizek. Teraz, stojąc w długich kolejkach, wczasowicze i turyści tracili cierpliwość, gdy tymczasem obsługa starała się nie stracić panowania nad sobą.
Béluterre zauważył stanowisko informacyjne. Skierował się tam i zajął miejsce w ogonku, licząc na to, że nie będzie czekał zbyt długo. Poszukał wzrokiem czegoś, co mogłoby go zainteresować i skrócić czas oczekiwania.
Po jego prawej stronie trójka dzieciaków, które stwierdziły, że rodzice zbyt zajęci podróżą nie zwrócą na nie uwagi, wymyśliła sobie grę. Jeden brzdąc o długich, czarnych włosach i drugi o krótkich, jasnych lokach – każdy siedział okrakiem na walizce – bawili się w wyścigi konne. Przed nimi stała ruda dziewczynka i przyglądała się im, przygryzając delikatnie dolną wargę. Najpoważniej w świecie czekała na wynik wyścigów.
Patrząc na tę scenę, Jan uśmiechnął się. Gdy miał dziesięć lat, przeżył nieomal identyczną przygodę. W parku niedaleko domu ścigał się z innym chłopakiem pod uważnym spojrzeniem uroczej, rudej panny, która zadecydowała, że zwycięzca wyścigów otrzyma w nagrodę jej serce. Jan wtedy przegrał. Nie umiejąc pogodzić się z porażką, wyrżnął rywala pięścią w twarz. Z nosa polała się krew, a Jan przegrał i wyścig, i rudą.
Czarny jeździec bódł walizkę ostrogą, pokrzykując energicznie „hija, hija!”. Pochylony do przodu na swym rumaku blond jeździec koncentrował się na drodze pełnej przeszkód widocznych tylko dla jego oka.
Béluterre przymknął powieki. W jego wyobraźni pojawiła się krótka scena, a w niej ruda dziewczynka całująca blond jeźdźca. W tej samej chwili, już w rzeczywistości, czarny jeździec ześlizgnął się z konia, a blondynek z szerokim uśmiechem wyprostował się na rumaku. Mężczyzna w skórzanym kombinezonie otworzył oczy w chwili, gdy ruda księżniczka całowała zwycięzcę w usta.
Wynik wyścigów był dokładnie taki, jakim ujrzał go w swoim widzeniu Jan Béluterre.
*
Uzyskawszy potrzebną informację, Jan minął automatyczne drzwi prowadzące na zewnątrz i przedarł się przez tłum osobników objuczonych bagażami, którzy popychali się nawzajem, żeby złapać najbliższą taksówkę. Udało mu się dotrzeć do okienka z biletami autobusowymi. Było ciemno i deszczowo, zdjął więc gogle, który zwisały teraz na jego piersi.
- How much for downtown Montreal? – zapytał otyłego, młodego człowieka za szybą.
- Nine dollars – odparł ten bezbarwnym głosem, starając się
nie spojrzeć po raz drugi w intensywnie niebieskie oczy klienta
o niepokojącym wyglądzie.
Jan wyciągnął kanadyjski banknot dziesięciodolarowy.
Pracownik wydał mu złotą monetę i bilet.
- O której godzinie najbliższy autobus?
- Siódma dwadzieścia.
Jan rzucił okiem na zegarek. Do odjazdu zostało nie więcej niż siedem minut.
Przyłączył się do osób, które stały przy słupku, wskazującym przystanek w kierunku Montrealu. Wzbudził natychmiast najprzeróżniejsze reakcje. Jakiś punk o różowych włosach rzucił mu pełne podziwu spojrzenie, kobieta o beztroskim wyglądzie posłała mu zalotny uśmiech, młodzieniec w okularach zaczął nagle bardziej się interesować dziwną postacią niż magazynem, który czytał, kobieta interesu uniosła krytycznie brew najwyraźniej czymś urażona, jakiś dzieciak przyglądał mu się wielki-mi ze zdziwienia oczami, jego rodzice tymczasem wyglądali na zszokowanych.
Dokładnie o siódmej dwadzieścia autokar zatrzymał się na przystanku. Kierowca, siwiejący grubasek o jowialnym wyrazie twarzy, wysiadł z pojazdu, otworzył bagażniki i zaczął układać w nich torby oraz walizki, które mu podawali pasażerowie.
Béluterre trzymał swój wojskowy worek na ramieniu. Nie rozstałby się z nim za żadne skarby świata. Było w nim wszystko, co miał.
*
Jakieś pół godziny po opuszczeniu Dorval, autokar zaparkował na końcowym przystanku. Montreal był ciemny i ponury.
Taszcząc na ramieniu ciężki worek, Béluterre wszedł do budynku i stwierdził, że panuje w nim banalna, bezosobowa atmosfera. Nijaka. Jakby czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych. Włóczyli się tu tacy sami jak kiedyś nieogoleni osobnicy o podejrzanym wyglądzie, młodzi ludzie oczekujący przyjaciół, stęsknieni zakochani, którzy z trudem ukrywali niecierpliwość, czekając na ponowne spotkanie ze swoją miłością, mężczyźni i kobiety interesu liczący na oddaną obsługę, by dotrzeć na czas na zebranie, i studenci, którzy na cały tydzień wyjeżdżali do Ottawy albo Sherbrooke.
Jedynym nowym elementem były zainstalowane przy Hershel’s Deli automatyczne kasy z biletami w przedsprzedaży, za które można było płacić kartą kredytową.
Wchodząc na ruchome schody prowadzące do metra, Jan przypomniał sobie londyński Underground. Prawdziwy koszmar dla cierpiących na klaustrofobię. Nieskończenie długie, prostokątne korytarze – równie wąskie co niskie – nie miały nic wspólnego z przestronnymi przejściami i wysokimi sklepieniami większości stacji w Montrealu. Chociaż i tak niektóre korytarze, jak ten łączący dworzec autobusowy z najbliższą stacją, były beznadziejnie szare.
Béluterre podszedł do kasy na stacji Berri-UQAM. Wziął po drodze kilka darmowych tygodników. Przerzucił szybko najświeższy z nich – „Ici”, po czym wcisnął go pod pachę razem z trzema innymi. Skręcił następnie w korytarz, który prowadził do skrzyżowania Berri z Sainte-Catherine, z zamiarem zatrzymania się w La Petite Bouchée.
Oczyma wyobraźni ujrzał siebie w 1992 roku – pierwszym roku spędzonym w Montrealu – jak popijał obrzydliwą kawę w tej nędznej knajpie, do której chodził regularnie. Gdy tylko się tam pojawiał, Gina, mocno zbudowana kelnerka o szerokim uśmiechu i włosach żółtych jak skórka dojrzałego banana, stawiała przed nim filiżankę z kawą w kolorze brudnej wody po zmywaniu. Jan lubił La Petite Bouchée, ponieważ ceny były tam żałośnie niskie, a stali klienci wręcz fascynujący. Ogromny Robert wiecznie opowiadał o swoich rozmaitych obsesjach, a stary Pat o twarzy pomarszczonej jak u marynarza lubił „jeszcze raz” przypomnieć największe wyczyny swego życia. Przychodziła też Karine, młoda ćpunka. Miała oczy podkrążone z rozpaczy i myśli samobójcze. No i Dorota, kobieta o nieprawdopodobnie żywej wyobraźni, ale kompletnie pustym spojrzeniu, która niedawno wyszła z zakładu psychiatrycznego. Była też, rzecz jasna, Gina, wzór doskonałej kelnerki. Ledwo ciągnęła od pierwszego do pierwszego, ale dawno już zrezygnowała z dorabiania sobie napiwkami. Bardziej niż do pieniędzy była przywiązana do swoich klientów: bezrobotnych, studentów, opóźnionych w rozwoju i pupilków opieki społecznej. Gina zawsze miała dla każdego dobre słowo albo gest, żeby podtrzymać na duchu potrzebującego. Jan pamiętał, jak w ciężkich chwilach życia doceniał jej pełne energii poranne klepnięcie w ramię.
Béluterre był już prawie na końcu korytarza, gdy zatrzymał się, by spojrzeć na wyścielone brązowym papierem witryny tonącego w ciemnościach lokalu. La Petite Bouchée już nie istniała.
Jedno ze wspomnień Jana umarło.
Z pewnością nie ostatnie.
Obojętny na zdziwienie, z jakim przyglądały mu się mijane osoby, Jan Béluterre przemierzał wielkimi krokami lotnisko Dorval. Dzięki butom na grubej podeszwie wydawał się jeszcze wyższy i mierzył dobre dwa metry. Skórzany kombinezon opinał mocno umięśnione, zwinne ciało. Z lewego ramienia mężczyzny zwisał wypchany, wojskowy worek koloru khaki. Jasnokasztanowe włosy sterczały na jego głowie niczym szczotka, a mocno ogorzałą kanciastą twarz częściowo zakrywały gogle o ciemnych szkłach, trzymające się na głowie dzięki czarnej gumce. Nie miał nawet trzydziestu lat, lecz był tak zniszczony, że z łatwością można by mu dać czterdziestkę.
Przemieszczając się przez różne strefy przepełnionego lotniska, stwierdził, że w powietrzu wisi atmosfera ogólnego niezadowolenia. Z pewnością było ono spowodowane przeniesieniem lotów międzynarodowych z lotniska Mirabel do Dorval. Już kiedy czekał na swój wojskowy worek przy taśmie, widział podróżnych rozwścieczonych tym, że nie mogli znaleźć walizek. Teraz, stojąc w długich kolejkach, wczasowicze i turyści tracili cierpliwość, gdy tymczasem obsługa starała się nie stracić panowania nad sobą.
Béluterre zauważył stanowisko informacyjne. Skierował się tam i zajął miejsce w ogonku, licząc na to, że nie będzie czekał zbyt długo. Poszukał wzrokiem czegoś, co mogłoby go zainteresować i skrócić czas oczekiwania.
Po jego prawej stronie trójka dzieciaków, które stwierdziły, że rodzice zbyt zajęci podróżą nie zwrócą na nie uwagi, wymyśliła sobie grę. Jeden brzdąc o długich, czarnych włosach i drugi o krótkich, jasnych lokach – każdy siedział okrakiem na walizce – bawili się w wyścigi konne. Przed nimi stała ruda dziewczynka i przyglądała się im, przygryzając delikatnie dolną wargę. Najpoważniej w świecie czekała na wynik wyścigów.
Patrząc na tę scenę, Jan uśmiechnął się. Gdy miał dziesięć lat, przeżył nieomal identyczną przygodę. W parku niedaleko domu ścigał się z innym chłopakiem pod uważnym spojrzeniem uroczej, rudej panny, która zadecydowała, że zwycięzca wyścigów otrzyma w nagrodę jej serce. Jan wtedy przegrał. Nie umiejąc pogodzić się z porażką, wyrżnął rywala pięścią w twarz. Z nosa polała się krew, a Jan przegrał i wyścig, i rudą.
Czarny jeździec bódł walizkę ostrogą, pokrzykując energicznie „hija, hija!”. Pochylony do przodu na swym rumaku blond jeździec koncentrował się na drodze pełnej przeszkód widocznych tylko dla jego oka.
Béluterre przymknął powieki. W jego wyobraźni pojawiła się krótka scena, a w niej ruda dziewczynka całująca blond jeźdźca. W tej samej chwili, już w rzeczywistości, czarny jeździec ześlizgnął się z konia, a blondynek z szerokim uśmiechem wyprostował się na rumaku. Mężczyzna w skórzanym kombinezonie otworzył oczy w chwili, gdy ruda księżniczka całowała zwycięzcę w usta.
Wynik wyścigów był dokładnie taki, jakim ujrzał go w swoim widzeniu Jan Béluterre.
*
Uzyskawszy potrzebną informację, Jan minął automatyczne drzwi prowadzące na zewnątrz i przedarł się przez tłum osobników objuczonych bagażami, którzy popychali się nawzajem, żeby złapać najbliższą taksówkę. Udało mu się dotrzeć do okienka z biletami autobusowymi. Było ciemno i deszczowo, zdjął więc gogle, który zwisały teraz na jego piersi.
- How much for downtown Montreal? – zapytał otyłego, młodego człowieka za szybą.
- Nine dollars – odparł ten bezbarwnym głosem, starając się
nie spojrzeć po raz drugi w intensywnie niebieskie oczy klienta
o niepokojącym wyglądzie.
Jan wyciągnął kanadyjski banknot dziesięciodolarowy.
Pracownik wydał mu złotą monetę i bilet.
- O której godzinie najbliższy autobus?
- Siódma dwadzieścia.
Jan rzucił okiem na zegarek. Do odjazdu zostało nie więcej niż siedem minut.
Przyłączył się do osób, które stały przy słupku, wskazującym przystanek w kierunku Montrealu. Wzbudził natychmiast najprzeróżniejsze reakcje. Jakiś punk o różowych włosach rzucił mu pełne podziwu spojrzenie, kobieta o beztroskim wyglądzie posłała mu zalotny uśmiech, młodzieniec w okularach zaczął nagle bardziej się interesować dziwną postacią niż magazynem, który czytał, kobieta interesu uniosła krytycznie brew najwyraźniej czymś urażona, jakiś dzieciak przyglądał mu się wielki-mi ze zdziwienia oczami, jego rodzice tymczasem wyglądali na zszokowanych.
Dokładnie o siódmej dwadzieścia autokar zatrzymał się na przystanku. Kierowca, siwiejący grubasek o jowialnym wyrazie twarzy, wysiadł z pojazdu, otworzył bagażniki i zaczął układać w nich torby oraz walizki, które mu podawali pasażerowie.
Béluterre trzymał swój wojskowy worek na ramieniu. Nie rozstałby się z nim za żadne skarby świata. Było w nim wszystko, co miał.
*
Jakieś pół godziny po opuszczeniu Dorval, autokar zaparkował na końcowym przystanku. Montreal był ciemny i ponury.
Taszcząc na ramieniu ciężki worek, Béluterre wszedł do budynku i stwierdził, że panuje w nim banalna, bezosobowa atmosfera. Nijaka. Jakby czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych. Włóczyli się tu tacy sami jak kiedyś nieogoleni osobnicy o podejrzanym wyglądzie, młodzi ludzie oczekujący przyjaciół, stęsknieni zakochani, którzy z trudem ukrywali niecierpliwość, czekając na ponowne spotkanie ze swoją miłością, mężczyźni i kobiety interesu liczący na oddaną obsługę, by dotrzeć na czas na zebranie, i studenci, którzy na cały tydzień wyjeżdżali do Ottawy albo Sherbrooke.
Jedynym nowym elementem były zainstalowane przy Hershel’s Deli automatyczne kasy z biletami w przedsprzedaży, za które można było płacić kartą kredytową.
Wchodząc na ruchome schody prowadzące do metra, Jan przypomniał sobie londyński Underground. Prawdziwy koszmar dla cierpiących na klaustrofobię. Nieskończenie długie, prostokątne korytarze – równie wąskie co niskie – nie miały nic wspólnego z przestronnymi przejściami i wysokimi sklepieniami większości stacji w Montrealu. Chociaż i tak niektóre korytarze, jak ten łączący dworzec autobusowy z najbliższą stacją, były beznadziejnie szare.
Béluterre podszedł do kasy na stacji Berri-UQAM. Wziął po drodze kilka darmowych tygodników. Przerzucił szybko najświeższy z nich – „Ici”, po czym wcisnął go pod pachę razem z trzema innymi. Skręcił następnie w korytarz, który prowadził do skrzyżowania Berri z Sainte-Catherine, z zamiarem zatrzymania się w La Petite Bouchée.
Oczyma wyobraźni ujrzał siebie w 1992 roku – pierwszym roku spędzonym w Montrealu – jak popijał obrzydliwą kawę w tej nędznej knajpie, do której chodził regularnie. Gdy tylko się tam pojawiał, Gina, mocno zbudowana kelnerka o szerokim uśmiechu i włosach żółtych jak skórka dojrzałego banana, stawiała przed nim filiżankę z kawą w kolorze brudnej wody po zmywaniu. Jan lubił La Petite Bouchée, ponieważ ceny były tam żałośnie niskie, a stali klienci wręcz fascynujący. Ogromny Robert wiecznie opowiadał o swoich rozmaitych obsesjach, a stary Pat o twarzy pomarszczonej jak u marynarza lubił „jeszcze raz” przypomnieć największe wyczyny swego życia. Przychodziła też Karine, młoda ćpunka. Miała oczy podkrążone z rozpaczy i myśli samobójcze. No i Dorota, kobieta o nieprawdopodobnie żywej wyobraźni, ale kompletnie pustym spojrzeniu, która niedawno wyszła z zakładu psychiatrycznego. Była też, rzecz jasna, Gina, wzór doskonałej kelnerki. Ledwo ciągnęła od pierwszego do pierwszego, ale dawno już zrezygnowała z dorabiania sobie napiwkami. Bardziej niż do pieniędzy była przywiązana do swoich klientów: bezrobotnych, studentów, opóźnionych w rozwoju i pupilków opieki społecznej. Gina zawsze miała dla każdego dobre słowo albo gest, żeby podtrzymać na duchu potrzebującego. Jan pamiętał, jak w ciężkich chwilach życia doceniał jej pełne energii poranne klepnięcie w ramię.
Béluterre był już prawie na końcu korytarza, gdy zatrzymał się, by spojrzeć na wyścielone brązowym papierem witryny tonącego w ciemnościach lokalu. La Petite Bouchée już nie istniała.
Jedno ze wspomnień Jana umarło.
Z pewnością nie ostatnie.
wtorek, 25 maja 2010
Szkarłatny Anioł (1)
Ach ten czas, ten czas! Gdzie on kurczę ucieka?
Trochę atmosfery gotyku, dla odmiany :) Poczęstuję Was kilkoma fragmentami powieści gotyckiej (tak naprawdę trylogii i nazwałabym to gotycką fantastyką). W sumie uważam, że obecnie nie ma większego sensu upieranie się przy nazywaniu gatunków, bo pisarze już dawno wszystko pomieszali. Może tak jest lepiej? Bogaciej? W każdym razie miejsca dla wyobraźni nie brakuje. I o to chodzi. Poniżej pierwszy fragment "Szkarłatnego Anioła" kanadyjskiej, francuskojęzycznej pisarki, Natashy Beaulieu. Miłej lektury :)
LONDYN, 4 GRUDNIA 1664 R.
Tej nocy było w Londynie tak ciemno, jakby na miasto spadł deszcz atramentu. Jedynie światła latarni i kagańców, zatkniętych przy wejściach do domów, pozwalały nielicznym przechodniom odnaleźć drogę w labiryncie miasta. Ściśnięte blisko jedne obok drugich drewniane budynki parafii St Giles-in-the-Fields trzeszczały w mocnym uścisku mrozu.
Drżąc pod czarnym wełnianym swetrem, Dawid Fox schodził szybkim krokiem w dół Drury Lane. W sekretnej kieszonce wszytej pod ubraniem podzwaniały dwa szylingi. Dał mu je pewien dżentelmen, od którego przekazał właśnie liścik miłosny ładnej, młodej damie.
Młody Anglik zatrzymał się u zbiegu Drury Lane i Long Acre. Uniósł zdrętwiałe z zimna dłonie, przysuwając je jak najbliżej płomienia kagańca, gdy usłyszał szept:
- Dawidzie.
Zaskoczony tym, że ktoś wzywa go po imieniu – bo kto spośród jego znajomych mógł o tak późnej porze przebywać poza domem? – rozejrzał się wkoło. Z początku nie zauważył nikogo.
- Dawidzie – powtórzył głos odrobinę głośniej.
Tym razem młody człowiek dostrzegł po drugiej stronie ulicy stojącą nieco dalej od kręgu światła rzucanego przez latarnię sylwetkę mężczyzny w długim płaszczu z kapturem, pod którym nieznajomy skrywał twarz.
- Kim pan jest? – spytał na tyle głośno, by zostać usłyszanym.
- Podejdź! – odparł chrapliwy głos. – Chcę z tobą porozmawiać.
Zuchwałość szesnastolatka wzięła górę i Dawid przeszedł na drugą stronę Drury Lane. Znalazłszy się przed osobnikiem, którego twarz zakrywał kaptur, powtórzył pytanie:
- Kim pan jest?
- Nazywam się Listar i potrzebuję cię.
- Do czego?
- Obserwowałem cię. Jesteś inny. Wybrałem cię, żebyś chronił moje Miasto.
Zachowaniu Dawida nie można było właściwie nic zarzucić poza drobnymi psotami, które płatał każdy chłopak w tym wieku. Za to spojrzenie jego dziwnych oczu o złotych tęczówkach było źródłem wielu plotek. Przesądni obywatele unikali chłopaka niewiadomego pochodzenia przekonani, że lepiej się z nim nie zadawać. Tak daleko jak sięgał pamięcią, Dawid zawsze czuł się inny niż ludzie z jego otoczenia, ale nie potrafił wytłumaczyć, na czym ta inność miałaby polegać. To, że w samym środku nocy utwierdzał go w tym przekonaniu nieznajomy, który pojawił się nie wiadomo skąd, w gruncie rzeczy go nie dziwiło. Od dawna spodziewał się spotkania, które coś przed nim odkryje. - Dlaczego mówi pan, że jestem inny?
- Ponieważ wiem o tym.
- Skąd pan może o tym wiedzieć?
- Powiedziałem przecież – odparł mężczyzna zniecierpliwionym tonem – że obserwuję cię już od dawna.
- To niczego nie tłumaczy.
- I wcale nie mam zamiaru czegokolwiek ci tłumaczyć.
- W takim razie niech pan sobie znajdzie kogoś innego, kto będzie chronił pańskie Miasto!
Dawid miał już odejść, ale Listar wyszedł z cienia i chwycił chłopca mocno za ramię. Kaptur ześlizgnął się i ukazała się twarz o cerze zaskakująco białej niczym kreda i oczach czerwonych jak rubiny.
Dotknięcie długiej, kościstej, bardzo ciepłej dłoni sprawiło, że młody Londyńczyk aż podskoczył z wrażenia.
- Jeśli się zgodzisz, dam ci nieśmiertelność.
- Jest pan diabłem?
- To, kim jestem, nie ma najmniejszego znaczenia. Więc jak? Zgadzasz się czy nie?
- A gdzie to pańskie Miasto?
- Póki co ze mną. Jeśli jednak zgodzisz się być jego opiekunem, przeniosę Miasto do twojej głowy.
- Nie rozumiem tego, co pan do mnie mówi. Jak może pan cokolwiek przenieść do mojej głowy?
- Tego nie sposób wytłumaczyć – odparł Listar, podchodząc do Foxa.
Trzeba było nie lada odwagi, żeby nie wziąć nóg za pas na widok niepokojąco dziwnej twarzy Listara.
- Posłuchaj mnie – ciągnął mężczyzna, podchodząc jeszcze bliżej. – Miasto jest moje. Jestem jego panem i właścicielem. Nazywa się Kaguesna. Wszystko, co musisz robić, to czuwać nad nim tak długo, jak będę tego potrzebował. To może być pięćdziesiąt lat, dwieście, trzysta albo pięć tysięcy! Nieważne. Gdy wrócę, Miasto musi być takie, jak w chwili, gdy ci je po-wierzyłem, to znaczy nienaruszone i puste.
- W jaki sposób mam czuwać nad pańskim Miastem? – zapytał Dawid zbity z tropu.
- Sam musisz to odkryć.
- A jeśli którego dnia coś się stanie w tym pańskim Mieście, w jaki sposób będę mógł temu zapobiec?
- Sam musisz to odkryć.
- A jak pan sprawi, że stanę się nieśmiertelny?
- Za dwadzieścia pięć lat wrócę sprawdzić, czy wykonałeś zobowiązanie. Jeśli tak – dam ci nieśmiertelność. Jeśli nie – wyjmę Miasto z twojej głowy i dalej będziesz zwykłym śmiertelnikiem.
Listar ujął głowę Dawida w szkieletowate dłonie. Na mgnienie oka chłopak poczuł gorąco w skroniach, a potem dziwaczna postać rozpłynęła się w mroku. Młody Anglik drżąc, naciągnął rękawy swetra, żeby zagrzać zesztywniałe z zimna dłonie, podreptał chwilę w miejscu, żeby rozruszać odrętwiałe stopy. W końcu zdał sobie sprawę z tego, że nie ma tu już czego szukać, i ruszył w drogę.
Zastanawiał się nad tym, co mu się przydarzyło, gdy nagle w jego umyśle pojawił się dziwny obraz: niebieskawa plama pośrodku czarnej przestrzeni. Zafascynowany stanął w miejscu i zamknął oczy. Wtedy ujrzał coś niewiarygodnego. Coś, czego nigdy przedtem nie widział. Coś, czego nie mógł sobie nijak wytłumaczyć. Dawid Fox zrozumiał, że od tej chwili Kaguesna jest w nim.
Trochę atmosfery gotyku, dla odmiany :) Poczęstuję Was kilkoma fragmentami powieści gotyckiej (tak naprawdę trylogii i nazwałabym to gotycką fantastyką). W sumie uważam, że obecnie nie ma większego sensu upieranie się przy nazywaniu gatunków, bo pisarze już dawno wszystko pomieszali. Może tak jest lepiej? Bogaciej? W każdym razie miejsca dla wyobraźni nie brakuje. I o to chodzi. Poniżej pierwszy fragment "Szkarłatnego Anioła" kanadyjskiej, francuskojęzycznej pisarki, Natashy Beaulieu. Miłej lektury :)
LONDYN, 4 GRUDNIA 1664 R.
Tej nocy było w Londynie tak ciemno, jakby na miasto spadł deszcz atramentu. Jedynie światła latarni i kagańców, zatkniętych przy wejściach do domów, pozwalały nielicznym przechodniom odnaleźć drogę w labiryncie miasta. Ściśnięte blisko jedne obok drugich drewniane budynki parafii St Giles-in-the-Fields trzeszczały w mocnym uścisku mrozu.
Drżąc pod czarnym wełnianym swetrem, Dawid Fox schodził szybkim krokiem w dół Drury Lane. W sekretnej kieszonce wszytej pod ubraniem podzwaniały dwa szylingi. Dał mu je pewien dżentelmen, od którego przekazał właśnie liścik miłosny ładnej, młodej damie.
Młody Anglik zatrzymał się u zbiegu Drury Lane i Long Acre. Uniósł zdrętwiałe z zimna dłonie, przysuwając je jak najbliżej płomienia kagańca, gdy usłyszał szept:
- Dawidzie.
Zaskoczony tym, że ktoś wzywa go po imieniu – bo kto spośród jego znajomych mógł o tak późnej porze przebywać poza domem? – rozejrzał się wkoło. Z początku nie zauważył nikogo.
- Dawidzie – powtórzył głos odrobinę głośniej.
Tym razem młody człowiek dostrzegł po drugiej stronie ulicy stojącą nieco dalej od kręgu światła rzucanego przez latarnię sylwetkę mężczyzny w długim płaszczu z kapturem, pod którym nieznajomy skrywał twarz.
- Kim pan jest? – spytał na tyle głośno, by zostać usłyszanym.
- Podejdź! – odparł chrapliwy głos. – Chcę z tobą porozmawiać.
Zuchwałość szesnastolatka wzięła górę i Dawid przeszedł na drugą stronę Drury Lane. Znalazłszy się przed osobnikiem, którego twarz zakrywał kaptur, powtórzył pytanie:
- Kim pan jest?
- Nazywam się Listar i potrzebuję cię.
- Do czego?
- Obserwowałem cię. Jesteś inny. Wybrałem cię, żebyś chronił moje Miasto.
Zachowaniu Dawida nie można było właściwie nic zarzucić poza drobnymi psotami, które płatał każdy chłopak w tym wieku. Za to spojrzenie jego dziwnych oczu o złotych tęczówkach było źródłem wielu plotek. Przesądni obywatele unikali chłopaka niewiadomego pochodzenia przekonani, że lepiej się z nim nie zadawać. Tak daleko jak sięgał pamięcią, Dawid zawsze czuł się inny niż ludzie z jego otoczenia, ale nie potrafił wytłumaczyć, na czym ta inność miałaby polegać. To, że w samym środku nocy utwierdzał go w tym przekonaniu nieznajomy, który pojawił się nie wiadomo skąd, w gruncie rzeczy go nie dziwiło. Od dawna spodziewał się spotkania, które coś przed nim odkryje. - Dlaczego mówi pan, że jestem inny?
- Ponieważ wiem o tym.
- Skąd pan może o tym wiedzieć?
- Powiedziałem przecież – odparł mężczyzna zniecierpliwionym tonem – że obserwuję cię już od dawna.
- To niczego nie tłumaczy.
- I wcale nie mam zamiaru czegokolwiek ci tłumaczyć.
- W takim razie niech pan sobie znajdzie kogoś innego, kto będzie chronił pańskie Miasto!
Dawid miał już odejść, ale Listar wyszedł z cienia i chwycił chłopca mocno za ramię. Kaptur ześlizgnął się i ukazała się twarz o cerze zaskakująco białej niczym kreda i oczach czerwonych jak rubiny.
Dotknięcie długiej, kościstej, bardzo ciepłej dłoni sprawiło, że młody Londyńczyk aż podskoczył z wrażenia.
- Jeśli się zgodzisz, dam ci nieśmiertelność.
- Jest pan diabłem?
- To, kim jestem, nie ma najmniejszego znaczenia. Więc jak? Zgadzasz się czy nie?
- A gdzie to pańskie Miasto?
- Póki co ze mną. Jeśli jednak zgodzisz się być jego opiekunem, przeniosę Miasto do twojej głowy.
- Nie rozumiem tego, co pan do mnie mówi. Jak może pan cokolwiek przenieść do mojej głowy?
- Tego nie sposób wytłumaczyć – odparł Listar, podchodząc do Foxa.
Trzeba było nie lada odwagi, żeby nie wziąć nóg za pas na widok niepokojąco dziwnej twarzy Listara.
- Posłuchaj mnie – ciągnął mężczyzna, podchodząc jeszcze bliżej. – Miasto jest moje. Jestem jego panem i właścicielem. Nazywa się Kaguesna. Wszystko, co musisz robić, to czuwać nad nim tak długo, jak będę tego potrzebował. To może być pięćdziesiąt lat, dwieście, trzysta albo pięć tysięcy! Nieważne. Gdy wrócę, Miasto musi być takie, jak w chwili, gdy ci je po-wierzyłem, to znaczy nienaruszone i puste.
- W jaki sposób mam czuwać nad pańskim Miastem? – zapytał Dawid zbity z tropu.
- Sam musisz to odkryć.
- A jeśli którego dnia coś się stanie w tym pańskim Mieście, w jaki sposób będę mógł temu zapobiec?
- Sam musisz to odkryć.
- A jak pan sprawi, że stanę się nieśmiertelny?
- Za dwadzieścia pięć lat wrócę sprawdzić, czy wykonałeś zobowiązanie. Jeśli tak – dam ci nieśmiertelność. Jeśli nie – wyjmę Miasto z twojej głowy i dalej będziesz zwykłym śmiertelnikiem.
Listar ujął głowę Dawida w szkieletowate dłonie. Na mgnienie oka chłopak poczuł gorąco w skroniach, a potem dziwaczna postać rozpłynęła się w mroku. Młody Anglik drżąc, naciągnął rękawy swetra, żeby zagrzać zesztywniałe z zimna dłonie, podreptał chwilę w miejscu, żeby rozruszać odrętwiałe stopy. W końcu zdał sobie sprawę z tego, że nie ma tu już czego szukać, i ruszył w drogę.
Zastanawiał się nad tym, co mu się przydarzyło, gdy nagle w jego umyśle pojawił się dziwny obraz: niebieskawa plama pośrodku czarnej przestrzeni. Zafascynowany stanął w miejscu i zamknął oczy. Wtedy ujrzał coś niewiarygodnego. Coś, czego nigdy przedtem nie widział. Coś, czego nie mógł sobie nijak wytłumaczyć. Dawid Fox zrozumiał, że od tej chwili Kaguesna jest w nim.
Etykiety:
fantastyka.,
gotyk,
Natasha Beaulieu,
Szkarłatny Anioł
niedziela, 9 maja 2010
Czarodzieje
Weź suszone oko traszki, żabi skrzek i pióro orła; wrzuć do tygla i mieszaj, mieszaj... Albo w wersji bardziej eleganckiej można ten proces nazwać poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Tak czy inaczej proces pisania ma w sobie coś z magii.
Chyba żaden świadomy autor nie pisze dla siebie. Owszem gna go jakaś dziwna potrzeba opowiadania innym przeróżnych historii, podzielenia się pewnymi myślami, ale przytomny autor nie ma chyba złudzeń, że pisanie to tylko część procesu. Bez czytelników ani sam autor ani jego pisarstwo po prostu nie istnieją. Więc autor miesza te flaki w tyglu, aż coś wymiesza.
Czytelnik chętnie daje się uwieść. Jeśli ktoś lubi czytać, gna go ciekawość innych światów, innych myśli, innego spojrzenia na sprawy, to daje się omamić. Ba! Nawet bywa, że wpada w zachwyt. To ciekawy proces. Kiedy sięgam po książkę nieznanego mi autora - a dzieje się tak albo całkowicie przypadkiem (bo mi się spodobała okładka, przeczytałam w księgarni notatkę z tyłu okładki i "coś" zaiskrzyło), albo wpadła mi w oko recenzja, albo ktoś mi książkę polecił, bo jego zachwyciła, staram się nie mieć żadnych oczekiwań. Gna mnie ciekawość. Oczywiście wiem, czy sięgam po książkę popularno-naukową, sensację czy fantastykę. Ale bez względu na gatunek chcę się dać porwać autorowi.
Trzeba przyznać, że autorzy metody mają wymyślne. I nie cofną się przed niczym, żeby nas wplątać w swój świat. Podlegamy dobrowolnej - czasami bardzo przyjemnej - manipulacji. Czarują nas samą fabułą, albo postaciami, na które zaczynamy reagować emocjonalnie: tego lubię, a tego nie, ten mnie wkurza, a tego bym przytuliła, ten mi imponuje przenikliwym umysłem, a tego bym po prostu zatłukła gołą pięścią, takie to bydlę!
Jeśli tak patrzycie na bohaterów powieści, to znaczy, że autor owinął Was sobie wokół małego palca :)
Na takich "owijaczy" trafiłam kilka razy w życiu. I na pewno Wy również. Niedawno Pieprz pisała (ale chyba nie tutaj, tylko na moim jaskiniowym blogu o skandynawskiej autorce sensacji, kryminałów thrillerów?). Gdzieś ją zapodziałam, a miałam wielką ochotę poznać jej pisarstwo, tak zachęcającą to brzmiało. Przypomnisz Pieprzu?
Krajan pytał o to, co mogę polecić. Oczywiście zależy od gatunku. Ale zdaje się wszyscy, którzy tu zaglądają mają dość szerokie spectrum zainteresowań. Poza "moimi" pisarzami ;) (i niezawodnym na mokrą wiosnę Stephenem Kingiem) pamiętam, że piorunujące wprost wrażenie zrobiła na mnie Wielka Dama fantastyki, Ursula Le Guin. I ją śmiało polecam w całej rozciągłości ;)
Jestem pewna, że każdy z Was miałby coś ciekawego do polecenia. Byłoby miło i myślę z pożytkiem dla nas wszystkich.
Chyba żaden świadomy autor nie pisze dla siebie. Owszem gna go jakaś dziwna potrzeba opowiadania innym przeróżnych historii, podzielenia się pewnymi myślami, ale przytomny autor nie ma chyba złudzeń, że pisanie to tylko część procesu. Bez czytelników ani sam autor ani jego pisarstwo po prostu nie istnieją. Więc autor miesza te flaki w tyglu, aż coś wymiesza.
Czytelnik chętnie daje się uwieść. Jeśli ktoś lubi czytać, gna go ciekawość innych światów, innych myśli, innego spojrzenia na sprawy, to daje się omamić. Ba! Nawet bywa, że wpada w zachwyt. To ciekawy proces. Kiedy sięgam po książkę nieznanego mi autora - a dzieje się tak albo całkowicie przypadkiem (bo mi się spodobała okładka, przeczytałam w księgarni notatkę z tyłu okładki i "coś" zaiskrzyło), albo wpadła mi w oko recenzja, albo ktoś mi książkę polecił, bo jego zachwyciła, staram się nie mieć żadnych oczekiwań. Gna mnie ciekawość. Oczywiście wiem, czy sięgam po książkę popularno-naukową, sensację czy fantastykę. Ale bez względu na gatunek chcę się dać porwać autorowi.
Trzeba przyznać, że autorzy metody mają wymyślne. I nie cofną się przed niczym, żeby nas wplątać w swój świat. Podlegamy dobrowolnej - czasami bardzo przyjemnej - manipulacji. Czarują nas samą fabułą, albo postaciami, na które zaczynamy reagować emocjonalnie: tego lubię, a tego nie, ten mnie wkurza, a tego bym przytuliła, ten mi imponuje przenikliwym umysłem, a tego bym po prostu zatłukła gołą pięścią, takie to bydlę!
Jeśli tak patrzycie na bohaterów powieści, to znaczy, że autor owinął Was sobie wokół małego palca :)
Na takich "owijaczy" trafiłam kilka razy w życiu. I na pewno Wy również. Niedawno Pieprz pisała (ale chyba nie tutaj, tylko na moim jaskiniowym blogu o skandynawskiej autorce sensacji, kryminałów thrillerów?). Gdzieś ją zapodziałam, a miałam wielką ochotę poznać jej pisarstwo, tak zachęcającą to brzmiało. Przypomnisz Pieprzu?
Krajan pytał o to, co mogę polecić. Oczywiście zależy od gatunku. Ale zdaje się wszyscy, którzy tu zaglądają mają dość szerokie spectrum zainteresowań. Poza "moimi" pisarzami ;) (i niezawodnym na mokrą wiosnę Stephenem Kingiem) pamiętam, że piorunujące wprost wrażenie zrobiła na mnie Wielka Dama fantastyki, Ursula Le Guin. I ją śmiało polecam w całej rozciągłości ;)
Jestem pewna, że każdy z Was miałby coś ciekawego do polecenia. Byłoby miło i myślę z pożytkiem dla nas wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)