STOCKBRIDGE
Noc rozciągała się nad angielską wsią na południowy zachód od Londynu. Aia, stojąc bosymi stopami na zimnym i wilgotnych trawniku White House, obserwowała owce skubiące trawę na ziemi sąsiada. Chodziła tam czasem razem z ojcem i głaskała gęstą wełnę. Zwierzęta brzydko pachniały, ale były piękne. W swoim pokoju Aia miała kilka baranków. Siedziały na parapecie okiennym, a przy łóżku stał jeden, duży i czarny, na którym można było jeździć.
- Beeee... – zabeczała dziewczynka o długich, białych włosach w nadziei, że w ten sposób przyciągnie zwierzęta bliżej drewnianego płotu.
Owce pozostały obojętne na jej wołanie. Trudno. Aia postanowiła odwiedzić innych przyjaciół. Podbiegła aż do brzegu rzeki Test płynącej wzdłuż terenu White House. Aia nie umiała zasnąć nie słysząc szumu rzeki. Gdy było zbyt chłodno, by pozostawić otwarte okno, matka włączała jej płytę z nagranym chlupotaniem fal rzeki.
Dziewczynka weszła na drewniany mostek dla pieszych, który łączył oba brzegi rzeki Test. Był porośnięty bluszczem, ale ojciec wyciął część roślin, aby mogła wystawić głowę między belkami barierki. Widziała wtedy pstrągi tęczowe płynące w przejrzystej wodzie i białe łabędzie. Jednak tego ranka nie było ani ryb ani łabędzi.
Aia, w koszuli nocnej, usiadła na mostku, a nogi zwiesiła machając nimi swobodnie nad wodą.
- Aia małą owieczkę miała...
Siedziała tak kilka długich minut machając nogami i podśpiewując, aż zobaczyła w oddali samotnego, czarnego łabędzia, który pływał po rzece.
- Mirion! – zawołała wstając.
- Dlaczego mu nadałaś to imię? – spytała ją kiedyś matka.
- Bo to znaczy: „zawsze będziemy przyjaciółmi”.
Aia opuściła swoje stanowisko na moście i zeszła po stromym brzegu. Przez gałęzie wierzby płaczącej widziała czarnego łabędzia, który płynąc z prądem podążał w jej stronę. Ależ robił na niej wrażenie! Dla Ai był to największy ptak, chociaż matka mówiła, że istnieją znacznie większe od niego.
Czasem dziewczynka wyobrażała sobie, że zamienia się w czarnego łabędzia i razem z Mirionem pływa po wodzie. Ale wiedziała, że to niemożliwe. Zmęczyłaby się pływając cały dzień. No i trzeba by się jeszcze nauczyć latać.
Łabędź był tuż obok Ai. Zazwyczaj płynął w swoją stronę, tym razem jednak skręcił w kierunku dziewczynki i zatrzymał się jakiś metr od niej. Po raz pierwszy Aia widziała Miriona z tak bliska. Zafascynowana ruszyła do przyjaciela. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie i zmoczyła dół koszuli nocnej, ale nie przejęła się tym ani trochę. Wyciągnęła rękę do łabędzia i dotknęła delikatnie piór. Były miększe niż włosy mamy.
- Mos ti mina, Mirion.
Rozmawiała z nim w tajemnym języku, który sobie wymyśliła i mówiła mu, że jest piękny.
Ptak pozwalał się głaskać. Aia była dumna; będzie miała coś ważnego do opowiedzenia rodzicom.
Gładziła pióra Miriona od kilku minut, gdy niedaleko niej woda zaczęła wirować. Zaciekawiona dziewczynka ruszyła w tę stronę, woda sięgała jej teraz do ud. Co dziwne łabędź ruszył za nią, ale szybko ją wyprzedził, jakby wir, z którym nie mógł, albo nie chciał walczyć, przyciągał go i wabił.
Aia widziała, jak Mirion przepływa przed nią nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Potem poczuła, że jej nogi odrywają się gwałtownie od dna rzeki i zanim zdążyła zareagować wir porwał i ją. Dopiero znalazłszy się w jego centrum próbowała uchwycić się przyjaciela. Chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. Oboje z Mirionem obracali się gwałtownie i kilka sekund później zniknęli pod powierzchnią wody.
Jimmy Novak obudził się gwałtownie. Czoło miał pokryte potem, a jego serce biło szybko. Zbyt szybko. Coś musiało się wydarzyć.
- Aia – wyszeptał.
Nie budząc śpiącej towarzyszki wyszedł z łóżka, założył czarne jeansy i szybko ruszył do pokoju dziewczynki. Ai nie było w łóżeczku. Dotknął dłonią pościeli – jeszcze letnia. A więc dziecko wstało niedawno. Zajrzał szybko do innych pokoi na piętrze, potem na parterze. Dziewczynki nie było w White House.
Nie tracąc czasu na zakładanie butów wyszedł z willi tylnym wyjściem. Spojrzał w dal usiłując dostrzec, czy Aia bawi się z owcami. Nie. Może poszła nakarmić łabędzie? Ruszył w stronę rzeki Test.
Gdy Novak zauważył ciało dziewczynki unoszące się na wodzie, miał wrażenie, że uderzył w niego piorun. Przeszył go straszny ból; myślał, że go nie przeżyje. Krew krążyła w jego ciele z taką prędkością, jakby serce miało pęknąć.
Jimmy zamknął prawe oko – to, które mu pozostało – i skoncentrował się, by odnaleźć w sobie jedyną strefę uodpornioną na cierpienia. Gdy do niej dotarł, zaczął odzyskiwać kontrolę nad ciałem.
Potem otworzył oko i rzucił się do wody.
Tura Sherman nie zauważyła, kiedy wyszedł Jimmy. Przetoczyła się na tę część łóżka, na której spał. Poczuła przyjemny zapach lekko piżmowy, korzenny. Z czasem przyzwyczaiła się, że zasypia i budzi się sama. Jimmy potrzebował niewiele snu i wydawało się, że przekazał tę cechę ich córce.
Leżąc w poprzek na łóżku towarzyszka Novaka przeciągnęła się z błogością. Już teraz marzyła o chwili, gdy, w ciągu dnia znajdzie się okazja by być sam na sam z kochankiem. Ich spotkanie było często krótkie, ale intensywne, wykradzione chwile, gdy Aia zasypiała na krótko późnym rankiem albo po południu. Tura szła do atelier Jimmy’ego. Pobudzał ją zapach farby olejnej i płócien, które pokrywały ściany. Tura wiedziała, że w otoczeniu artystycznego świata mężczyzny, którego kochała, może się oddać wszelkim fantazjom pojawiającym się w jej umyśle. Czasami Jimmy zbyt skoncentrowany na sztuce nie bardzo odbierał jej sygnały. Wówczas pozwalała mu pracować. Ale w ciągu dnia, często w chwili, gdy się tego najmniej spodziewała, następował ciąg dalszy.
Tura wstała i założyła czarny szlafrok. Pomyślała, że ma szczęście, bo jej związek miłosny był coraz bogatszy w przeciwieństwie do związków większości par, które na ogół słabły wraz z upływem lat.
Na piętrze było rześko. Sprawdziła okno na końcu korytarza, które często zostawało otwarte na noc, ale nie tym razem. Tura zeszła po imponujących schodach willi i dopiero na parterze ogarnął ją niepokój. Było naprawdę zimno.
- Jim? Aia?
Tura zdała sobie sprawę z ciszy panującej w White House.
W kuchni podniosła pokrywkę czajnika. Zwykle, kiedy tylko Jimmy wstał, przygotowywał w nim herbatę. Czajnik był zimny i pływały w nim liście wczorajszej herbaty.
Tura szybko przeszła przez kuchnię zaciskając poły szlafroka. W korytarzu stwierdziła, że drzwi prowadzące do ogrodu są szeroko otwarte. Ogarnięta złym przeczuciem wyszła na zewnątrz.
- Jim? Aia? – zawołała.
Zaczekała jeszcze kilka sekund w nadziei, że jej ukochany i córka, którzy być może poszli aż na ziemie sąsiada, odpowiedzą. Ale nie dawali żadnych oznak życia.
Tura dobiegła na skraj obszaru White House. Wpatrywała się w rozległy, płaski teren sąsiada, ale jej lewe oko, jedyne, które widziało, dostrzegało wyłącznie owce skubiące trawę. Zaniepokojona zawróciła do willi, lecz nagle zmieniła zdanie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rzeki.
Najpierw zobaczyła długie, białe włosy i nocną koszulę, również białą unoszące się obok mostu.
I zaraz obok nagie plecy Jimmy’ego.
Tura Sherman poczuła się nagle pusta i zlodowaciała.
sobota, 23 kwietnia 2011
środa, 20 kwietnia 2011
Purpurowy cień (1)
LONDYN
Gęsta mgła od kilku dni otulała Londyn. Ze wszystkich okien rozciągał się widok podobny do tego, który widać przez iluminator samolotu przelatującego w chmurach.
Przechodnie nie widzieli kształtów. Udawało im się orientować w przestrzeni dzięki miejscom oświetlonym przez latarnie, światłom na przejściach i neonom sklepów. Nie było mowy, by dostrzec, kto jeszcze porusza się po chodniku w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Każdy był otoczony duchami, które podobnie jak on sam wyłaniały się nagle z nicości. Ludzie wiedzieli, że ktoś jest obok, gdy słyszeli głosy lub stukot butów o chodnik. W pubach East Endu widmo Kuby Rozpruwacza zyskało na popularności w rozmowach wiedzionych późnym wieczorem. Żartobliwie i z ironią, by przegnać strach, mówiono że może nowy seryjny morderca wykorzysta okazję i zacznie działać.
Pojazdy, z których jedynym widocznym elementem były światła, poruszały się w zamglonym sercu Londynu. Media radziły mieszkańcom pozostanie w domach, ale to nie wystarczyło, żeby zniechęcić Brytyjczyków do codziennej wizyty w pubie.
Borys Wagner, który wyglądał nienagannie w ciemnoniebieskim garniturze z wełny merynosa, wychodził właśnie z galerii Sotheby’s trzymając w ręku czarną skórzaną aktówkę. Mgła nie przeszkadzała mu ani trochę. Łysy mężczyzna zrobił ledwie kilka kroków po New Bond Street, gdy pojawiła się przed nim czerwona plama.
- Proszę mi wybaczyć. Uczestniczyłem w licytacji, podczas której kupił pan wystawione tam pamiętniki.
Borys faktycznie zapłacił właśnie sześćset pięćdziesiąt funtów sterlingów za dziennik paryskiego szlachcica, który bawił w Londynie w 1888 r. Zatrzymał się i popatrzył na młodego mężczyznę. Jego twarz okalały długie dredy w żywym, czerwonym kolorze.
- Wydaje mi się, że i ten pamiętnik pana zainteresuje – dodał mężczyzna podając Wagnerowi trzymane pod lewą pachą szerokie pudło.
Oczy młodego człowieka lśniły niebieską intensywną barwą zmieszaną z ciemnoczerwonymi refleksami. Jego twarz była ozdobiona mikroskopijnymi czarnymi kamieniami; kilka z nich umieszczono na linii zgolonej brwi, inne tworzyły dziwny symbol na lewym nozdrzu, a ostatni tkwił kokieteryjnie niczym pieprzyk tuż nad wargą. Wagner uznał, że jego rozmówca jest nieco podobny do lorda Byrona, który miał jednakowoż bardziej szpiczasty nos, zmysłowe usta i dziurkę w brodzie. Czarny garnitur od Gucciego z kamizelką, a do tego biała koszula na wzór wiktoriański przydawały mężczyźnie arystokratycznego wyglądu.
Borys odłożył aktówkę na chodnik, wziął pudło z brązowej skóry i otworzył je. Odwinął kawałek zamszu, również w brązowym kolorze, który przykrywał książkę o rozmiarach mniej więcej trzydzieści pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Mimo że rogi były nieco zniszczone, sztywna, twarda okładka zachowała się w dobrym stanie. Cierpki zapach pozwalał jednak przypuszczać, że dokument był rzeczywiście bardzo stary. Wagner wolał nie wyjmować go z pudła.
- Dostałby pan za niego dobrą cenę na aukcji – powiedział.
- Nie chcę pieniędzy. Chcę go podarować osobie, która jest rzeczywiście zainteresowana tego rodzaju dziełami, to wszystko.
- Jeśli takie jest pańskie życzenie, dziękuję. Zapewniam, że pański dar zostanie otoczony staranną opieką.
- Jestem o tym przekonany – odparł młody człowiek. – Do widzenia panu.
Nieznajomy zniknął we mgle równie szybko, jak się pojawił.
Borys Wagner zamknął pudło, podniósł swoją aktówkę i skierował się do czarnego bentleya zaparkowanego nieco dalej na New Bond Street.
Gęsta mgła od kilku dni otulała Londyn. Ze wszystkich okien rozciągał się widok podobny do tego, który widać przez iluminator samolotu przelatującego w chmurach.
Przechodnie nie widzieli kształtów. Udawało im się orientować w przestrzeni dzięki miejscom oświetlonym przez latarnie, światłom na przejściach i neonom sklepów. Nie było mowy, by dostrzec, kto jeszcze porusza się po chodniku w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Każdy był otoczony duchami, które podobnie jak on sam wyłaniały się nagle z nicości. Ludzie wiedzieli, że ktoś jest obok, gdy słyszeli głosy lub stukot butów o chodnik. W pubach East Endu widmo Kuby Rozpruwacza zyskało na popularności w rozmowach wiedzionych późnym wieczorem. Żartobliwie i z ironią, by przegnać strach, mówiono że może nowy seryjny morderca wykorzysta okazję i zacznie działać.
Pojazdy, z których jedynym widocznym elementem były światła, poruszały się w zamglonym sercu Londynu. Media radziły mieszkańcom pozostanie w domach, ale to nie wystarczyło, żeby zniechęcić Brytyjczyków do codziennej wizyty w pubie.
Borys Wagner, który wyglądał nienagannie w ciemnoniebieskim garniturze z wełny merynosa, wychodził właśnie z galerii Sotheby’s trzymając w ręku czarną skórzaną aktówkę. Mgła nie przeszkadzała mu ani trochę. Łysy mężczyzna zrobił ledwie kilka kroków po New Bond Street, gdy pojawiła się przed nim czerwona plama.
- Proszę mi wybaczyć. Uczestniczyłem w licytacji, podczas której kupił pan wystawione tam pamiętniki.
Borys faktycznie zapłacił właśnie sześćset pięćdziesiąt funtów sterlingów za dziennik paryskiego szlachcica, który bawił w Londynie w 1888 r. Zatrzymał się i popatrzył na młodego mężczyznę. Jego twarz okalały długie dredy w żywym, czerwonym kolorze.
- Wydaje mi się, że i ten pamiętnik pana zainteresuje – dodał mężczyzna podając Wagnerowi trzymane pod lewą pachą szerokie pudło.
Oczy młodego człowieka lśniły niebieską intensywną barwą zmieszaną z ciemnoczerwonymi refleksami. Jego twarz była ozdobiona mikroskopijnymi czarnymi kamieniami; kilka z nich umieszczono na linii zgolonej brwi, inne tworzyły dziwny symbol na lewym nozdrzu, a ostatni tkwił kokieteryjnie niczym pieprzyk tuż nad wargą. Wagner uznał, że jego rozmówca jest nieco podobny do lorda Byrona, który miał jednakowoż bardziej szpiczasty nos, zmysłowe usta i dziurkę w brodzie. Czarny garnitur od Gucciego z kamizelką, a do tego biała koszula na wzór wiktoriański przydawały mężczyźnie arystokratycznego wyglądu.
Borys odłożył aktówkę na chodnik, wziął pudło z brązowej skóry i otworzył je. Odwinął kawałek zamszu, również w brązowym kolorze, który przykrywał książkę o rozmiarach mniej więcej trzydzieści pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Mimo że rogi były nieco zniszczone, sztywna, twarda okładka zachowała się w dobrym stanie. Cierpki zapach pozwalał jednak przypuszczać, że dokument był rzeczywiście bardzo stary. Wagner wolał nie wyjmować go z pudła.
- Dostałby pan za niego dobrą cenę na aukcji – powiedział.
- Nie chcę pieniędzy. Chcę go podarować osobie, która jest rzeczywiście zainteresowana tego rodzaju dziełami, to wszystko.
- Jeśli takie jest pańskie życzenie, dziękuję. Zapewniam, że pański dar zostanie otoczony staranną opieką.
- Jestem o tym przekonany – odparł młody człowiek. – Do widzenia panu.
Nieznajomy zniknął we mgle równie szybko, jak się pojawił.
Borys Wagner zamknął pudło, podniósł swoją aktówkę i skierował się do czarnego bentleya zaparkowanego nieco dalej na New Bond Street.
niedziela, 3 kwietnia 2011
Miasta wewnętrzne
Pora wrócić do gotyckiej trylogii Kanadyjki Natashy Beaulieu, ponieważ jej trzecia część powinna się ukazać już w maju. "Purpurowy cień" to Księga prawd, a więc w niej znajdziemy odpowiedzi na... prawie wszystkie pytania. No cóż na wszystkie pytania chyba jeszcze żadna księga nie zdołała odpowiedzieć, co nie przeszkadza autorom powieści i czytelnikom nadal poszukiwać owych prawd.
Fenomen miast-światów wewnętrznych stworzonych przez autorkę w tej trylogii polega na tym, że właściwie w żadnym z nich nie czujemy się ani całkiem jak w domu, ani też całkiem jak w obcym świecie. Bohaterowie - niekoniecznie ludzie, ale jednak zrozumiali dla nas pod względem emocjonalnym i psychologicznym - krążą pomiędzy światami i środowiskami z taka łatwością, że przestaje nas dziwić dziwny ziemski świat, jak i nie wstrząsa nami nieziemskie środowisko.
Całość opiera się na pomyśle ścisłej zależności między światami, swego rodzaju obiegu zamkniętego. Tak jak nasz świat można porównać do wielkiego Organizmu, tak całość Miast wewnętrznych funkcjonuje w ścisłej wzajemnej zależności.
Bohaterowie - zwyczajni i niezwyczajni = czują, żyją, kochają się i nienawidzą, Mają swoje słabości, nadzwyczajne moce i tajemnice. Te, jako się rzekło, znajdą swoje rozwiązanie w "Purpurowym cieniu".
Dowiemy się co łączy Kaguesnę z Montrealem i z Penlocke, skąd się wzięła Predatorka w Mieście Bez Nazwy, jaki los spotka jej Stworzenia powstałe z wyobraźni i jak długo jeszcze będzie żył Dawid Fox, który mimo wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu ma już ponad czterysta lat.
Fenomen miast-światów wewnętrznych stworzonych przez autorkę w tej trylogii polega na tym, że właściwie w żadnym z nich nie czujemy się ani całkiem jak w domu, ani też całkiem jak w obcym świecie. Bohaterowie - niekoniecznie ludzie, ale jednak zrozumiali dla nas pod względem emocjonalnym i psychologicznym - krążą pomiędzy światami i środowiskami z taka łatwością, że przestaje nas dziwić dziwny ziemski świat, jak i nie wstrząsa nami nieziemskie środowisko.
Całość opiera się na pomyśle ścisłej zależności między światami, swego rodzaju obiegu zamkniętego. Tak jak nasz świat można porównać do wielkiego Organizmu, tak całość Miast wewnętrznych funkcjonuje w ścisłej wzajemnej zależności.
Bohaterowie - zwyczajni i niezwyczajni = czują, żyją, kochają się i nienawidzą, Mają swoje słabości, nadzwyczajne moce i tajemnice. Te, jako się rzekło, znajdą swoje rozwiązanie w "Purpurowym cieniu".
Dowiemy się co łączy Kaguesnę z Montrealem i z Penlocke, skąd się wzięła Predatorka w Mieście Bez Nazwy, jaki los spotka jej Stworzenia powstałe z wyobraźni i jak długo jeszcze będzie żył Dawid Fox, który mimo wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu ma już ponad czterysta lat.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
poniedziałek, 21 marca 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm 5 i ostatni)
KŁAMSTWO
- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor.
I zadał studentom pytanie:
- Kto przeczytał moją książkę?
Wszyscy studenci podnieśli ręce.
- A więc to był właśnie przykład kłamstwa. Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.
Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy.
Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.

Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.
Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.
Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami. No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju.
Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.
Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”. „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.
Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.
Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.
Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.
Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie.
Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron.
To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim.
Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.
- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor.
I zadał studentom pytanie:
- Kto przeczytał moją książkę?
Wszyscy studenci podnieśli ręce.
- A więc to był właśnie przykład kłamstwa. Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.
Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy.
Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.
Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.
Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.
Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami. No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju.
Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.
Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”. „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.
Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.
Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.
Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.
Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie.
Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron.
To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim.
Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.
poniedziałek, 7 marca 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm4)
LĘKI MĘSKIE, LĘKI KOBIECE
Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.
Przerażony wraca do barmana i prosi:
- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?
Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.
Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.
Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.
W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.
I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.

Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.
Ile kobiet wie o tych lękach? Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów z powodu gospodarki hormonalnej organizmu. Chyba najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.
Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?
Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.
Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze.
Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...
Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz?
Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.
Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.
Przerażony wraca do barmana i prosi:
- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?
Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.
Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.
Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.
W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.
I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.
Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.
Ile kobiet wie o tych lękach? Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów z powodu gospodarki hormonalnej organizmu. Chyba najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.
Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?
Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.
Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze.
Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...
Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz?
Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.
środa, 2 marca 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm3)
NA POCZĄTKU BYŁ MÓZG
Pewnego dnia Bóg oznajmił Adamowi:
- Mam dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?
- Powiedz mi najpierw tę dobrą – odrzekł Adam.
- Dostaniesz ode mnie dwa nowe organy. Pierwszy nazywa się mózg. Pozwoli ci on
wymyślać i tworzyć nowe rzeczy, rozwiązywać problemy i wykazywać się inteligencją
w rozmowach z Ewą.
- Świetnie! – ucieszył się Adam. – A drugi?
- Mój drugi dar nazywa się penis. Zapewni ci dużo fizycznej przyjemności, a Ewa też
będzie z niego zadowolona, bo da jej wielką rozkosz. Dzięki temu będziecie mogli mieć dzieci i ziemia zaludni się istotami rozumnymi.
Zachwycony Adam wykrzyknął:
- Dzięki ci, Boże, to najwspanialsze z twoich darów! Ale... jaka jest ta zła wiadomość?
Bóg spojrzał ze smutkiem na Adama i rzekł:
- Nie możesz używać obu naraz...
Dziś każdy dobrze wie, że mózg kobiety i mózg mężczyzny różnią się nieco wielkością, wagą, budową i funkcjonują inaczej, znakomicie spełniając swoje zadania. Te odkrycia poprzedziły jednak długie i żmudne badania. Doprowadziły one naukowców do przekonania, że wykształcenie zmysłów w kierunku pożądanym przez daną płeć, a więc w konsekwencji charakterystycznych dla każdej płci zachowań i predyspozycji, zależy w znacznej mierze od płci mózgu.
A było to tak:
Już w czasach prehistorycznych mózg cieszył się wielkim zainteresowaniem. Jak wskazują badania antropologiczne, jedni upatrywali w nim przysmak, inni nadawali mu znaczenie rytualne.

W kulturach prymitywnych wierzono, że zjadając mózg, przejmuje się moc i wiedzę jego właściciela. Lekarze w starożytnym Egipcie przeprowadzali trepanacje czaszki w poszukiwaniu duszy, uważając, że to mózg jest jej siedliskiem. Potem badaniami zajęli się fachowcy. Należał do nich grecki filozof Platon (427-347 p.n.e.), a także prekursor współczesnej medycyny Hipokrates (ok. 460-377 p.n.e.) – obaj zgodzili się co do tego, że mózg jest siedliskiem myśli. W II w. naszej już ery Galen (129-199) – uważany za ojca fizjologii doświadczalnej rzymski lekarz greckiego pochodzenia i anatom – pracując w charakterze medyka gladiatorów, odkrył bezbarwny płyn mózgowo-rdzeniowy. Od tego czasu lista uczonych usiłujących rozwikłać tajemnice ludzkiego ciała i umysłu wydłużała się nieustannie i pęczniała.
Tak się jednak składało przez długie wieki, że badania ludzkiego mózgu przeprowadzano przeważnie na zwłokach mężczyzn: gladiatorów, żołnierzy, więźniów. Badacze założyli, że skoro kobiety i mężczyźni należą do tego samego gatunku, to ich mózgi są identyczne. Jakież było ich zdziwienie, gdy pewnego dnia po zważeniu i zmierzeniu mózgu kobiety stwierdzili, że jest on nieco mniejszy i lżejszy. Pierwszy wniosek? Kobieta musi być głupsza. Taki zapadł wyrok, zanim naukowcy pojęli, że to nie rozmiar jest najważniejszy, ale sposób funkcjonowania.
Dopiero kiedy medycyna osiągnęła odpowiedni poziom rozwoju, można się było pokusić o dokładne badania i bardziej wiarygodne wnioski. Na tę wiedzę złożyło się wiele nauk medycznych – im zawdzięczamy wielkie odkrycie: że mianowicie ogromny wpływ na rozwój i płeć mózgu mają zarówno geny, jak i hormony. (...)
Pewnego dnia Bóg oznajmił Adamowi:
- Mam dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?
- Powiedz mi najpierw tę dobrą – odrzekł Adam.
- Dostaniesz ode mnie dwa nowe organy. Pierwszy nazywa się mózg. Pozwoli ci on
wymyślać i tworzyć nowe rzeczy, rozwiązywać problemy i wykazywać się inteligencją
w rozmowach z Ewą.
- Świetnie! – ucieszył się Adam. – A drugi?
- Mój drugi dar nazywa się penis. Zapewni ci dużo fizycznej przyjemności, a Ewa też
będzie z niego zadowolona, bo da jej wielką rozkosz. Dzięki temu będziecie mogli mieć dzieci i ziemia zaludni się istotami rozumnymi.
Zachwycony Adam wykrzyknął:
- Dzięki ci, Boże, to najwspanialsze z twoich darów! Ale... jaka jest ta zła wiadomość?
Bóg spojrzał ze smutkiem na Adama i rzekł:
- Nie możesz używać obu naraz...
Dziś każdy dobrze wie, że mózg kobiety i mózg mężczyzny różnią się nieco wielkością, wagą, budową i funkcjonują inaczej, znakomicie spełniając swoje zadania. Te odkrycia poprzedziły jednak długie i żmudne badania. Doprowadziły one naukowców do przekonania, że wykształcenie zmysłów w kierunku pożądanym przez daną płeć, a więc w konsekwencji charakterystycznych dla każdej płci zachowań i predyspozycji, zależy w znacznej mierze od płci mózgu.
A było to tak:
Już w czasach prehistorycznych mózg cieszył się wielkim zainteresowaniem. Jak wskazują badania antropologiczne, jedni upatrywali w nim przysmak, inni nadawali mu znaczenie rytualne.
W kulturach prymitywnych wierzono, że zjadając mózg, przejmuje się moc i wiedzę jego właściciela. Lekarze w starożytnym Egipcie przeprowadzali trepanacje czaszki w poszukiwaniu duszy, uważając, że to mózg jest jej siedliskiem. Potem badaniami zajęli się fachowcy. Należał do nich grecki filozof Platon (427-347 p.n.e.), a także prekursor współczesnej medycyny Hipokrates (ok. 460-377 p.n.e.) – obaj zgodzili się co do tego, że mózg jest siedliskiem myśli. W II w. naszej już ery Galen (129-199) – uważany za ojca fizjologii doświadczalnej rzymski lekarz greckiego pochodzenia i anatom – pracując w charakterze medyka gladiatorów, odkrył bezbarwny płyn mózgowo-rdzeniowy. Od tego czasu lista uczonych usiłujących rozwikłać tajemnice ludzkiego ciała i umysłu wydłużała się nieustannie i pęczniała.
Tak się jednak składało przez długie wieki, że badania ludzkiego mózgu przeprowadzano przeważnie na zwłokach mężczyzn: gladiatorów, żołnierzy, więźniów. Badacze założyli, że skoro kobiety i mężczyźni należą do tego samego gatunku, to ich mózgi są identyczne. Jakież było ich zdziwienie, gdy pewnego dnia po zważeniu i zmierzeniu mózgu kobiety stwierdzili, że jest on nieco mniejszy i lżejszy. Pierwszy wniosek? Kobieta musi być głupsza. Taki zapadł wyrok, zanim naukowcy pojęli, że to nie rozmiar jest najważniejszy, ale sposób funkcjonowania.
Dopiero kiedy medycyna osiągnęła odpowiedni poziom rozwoju, można się było pokusić o dokładne badania i bardziej wiarygodne wnioski. Na tę wiedzę złożyło się wiele nauk medycznych – im zawdzięczamy wielkie odkrycie: że mianowicie ogromny wpływ na rozwój i płeć mózgu mają zarówno geny, jak i hormony. (...)
wtorek, 22 lutego 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm2)
WODA I OGIEŃ
W kulturze europejskiej zwykło się podkreślać różnice u osób odmiennej płci, ale to wcale nie znaczy, że inni widzą sprawę tak samo. Cywilizacja azjatycka – za chińską – woli używać pojęcia wzajemnie się uzupełniających przeciwieństw – yin i yang. Brzmi niewątpliwie lepiej, choć nie ma pewności, czy w codziennych kontaktach damsko-męskich ludziom Wschodu jest łatwiej niż nam.
Dla ułatwienia życia nam wszystkim powstały teorie klasyfikujące cechy jako typowo męskie i typowo żeńskie. Jednak ten idealistyczny punkt wyjścia spalił na panewce, ponieważ szybko okazało się, że nie ma typów czystych, idealnie pasujących do owych teorii. Co to tego świat nauki jest zgodny, ale mimo wielu prób logicznego wyjaśnienia tego zjawiska ustalono z całą pewnością jedynie to, że przyczyn jest wiele. Tak czy inaczej ideały z definicji nie do końca zgadzać się będą z obserwowaną rzeczywistością.

Osobnicy odmiennych płci szamoczą się między sobą od wieków, dostarczając pożywki dla stereotypów i najwredniejszych seksistowskich dowcipów, które mają tę zaletę, że trafiają w sedno, punktując wady, słabości i śmieszności zarówno pań, jak i panów. Jeśli je potraktować z przymrużeniem oka i humorem, bo – jak się dalej przekonamy – stereotypy mogą być tak silnie zakorzenione w psychice ludzi, że niektórym naprawdę trudno się wyzwolić spod ich wpływu. Jednak zamiast rwać włosy z głowy i starać się je za wszelką cenę wykorzenić, wykorzystajmy wspomnianą ich zaletę. Użyjmy ich jako standardowego punktu odniesienia. Naszym zamiarem nie jest przecież wywrócenie do góry nogami sposobu myślenia o kobietach i mężczyznach. Popadanie z jednej skrajności w drugą przeważnie nie kończy się dobrze. Wykorzystajmy lepiej naszą wiedzę na ten temat. Przecież od dawna już nie jest dla nikogo tajemnicą, że się różnimy, że każda płeć ma swoje słabości i punkty mocne, śmieszności i zalety. Zważywszy na to, że się jednak jakoś dogadujemy od czasów jaskiniowych, chyba nie
w samej różnicy leży problem.
Umawiamy się: nie czepiamy się maniakalnie różnic. Owszem, przypomnimy je sobie – i przekonamy się, jak świetnie się dzięki nim uzupełniamy. Na zdrowy rozum powinien z nich wynikać dialog – niech nawet niełatwy – a nie walka płci.
Do czasów rewolucji feministycznej kobieta rzeczywiście uważana była za słabsze ogniwo. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje już jej zdolności, możliwości ani zalet. Ba! Doszło nawet do tego, że to mężczyźni bywają zagubieni w świecie coraz silniejszych i – nie ma co kryć – coraz bardziej agresywnych kobiet. Marzą wtedy o kobietach kobiecych, czyli może niekoniecznie słabszych, ale czułych, opiekuńczych i... ubranych jak kobiety. Ale przede wszystkim marzą o tym, że to oni są silni, opiekuńczy i męscy.
I tu od razu wpadamy w stereotypy.
Tymczasem jesteśmy jak wtyczka i gniazdko. Jedno bez drugiego raczej działać nie będzie i choć tak różne, te dwa elementy pasują do siebie jak ulał. Może więc słuszniej byłoby skupić się na dopasowywaniu, zamiast uparcie dowodzić, że jesteśmy odmienni? Wykorzystujmy różnice. To lepsze niż wieczne spory.
Przypomnijmy sobie to, o czym większość z nas doskonale wie, ale z jakiejś przyczyny czasami zapomina. Szkoda, bo pamiętając, mielibyśmy większe szanse, by uniknąć gwałtownych skoków ciśnienia. Ale który mężczyzna, rozwścieczony sytuacją, pomyśli sobie: „No tak, mam w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż kobieta. Testosteron to hormon seksu i agresji. Jeśli pozwolę, by rządziły mną hormony, trudno mi będzie panować nad swoimi reakcjami”. I która kobieta, widząc, że jej luby, a właściwie jego głowa, odwraca się za piękną dziewczyną, pomyśli sobie: „No tak, on ma w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż ja. Testosteron to hormon seksu. Nic więc dziwnego, że głowa czasem nie myśli, tylko się odwraca, ale to przecież niczego nie zmienia między nami. Ja przynajmniej, jako kobieta, jestem wyposażona w szerokokątne widzenie i nie muszę się cała odwracać za tym przystojniakiem, żeby ze wszystkimi detalami widzieć jego wdzięki”.
Czy w gruncie rzeczy kobiety i mężczyźni nie marzą o tym samym? Czy nie chcemy udanego życia, pełnego znaczących sukcesów, gorących uczuć, świetnego seksu, najwspanialszych rozrywek, cudownych podróży, wiernych przyjaciół i oddanej rodziny, na którą zawsze można liczyć? A do tego poczucia swobody, wolności, szacunku partnera dla naszej indywidualności, dla naszych marzeń i potrzeb? Koncert życzeń jest długi, a postulaty przedstawicieli obu płci całkiem podobne. Co więc nam przeszkadza w ich realizacji? Zupełnie nic. Tylko czasem coś nam umyka.
Różnice między paniami a panami są na pozór widoczne gołym okiem, ale te widoczne to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa odmienność tkwi głęboko w nas. W psychice, w emocjach, a przede wszystkim w sposobie ich okazywania, w podejściu do problemów i ich rozwiązywaniu, w nastawieniu do zadań, w rolach odgrywanych w życiu, w podziale obowiązków, choć ten już dawno się zatarł w codziennej gonitwie.
Jesteśmy podobni, a zarazem inni, jesteśmy sobie równi, funkcjonując odmiennie. Jesteśmy tak samo dobrzy w pewnych dziedzinach i tak samo marni w innych w zależności od obszaru działań i myśli, indywidualnych predyspozycji, zdolności, zainteresowań, umiejętności. I co najważniejsze, nikt z nas nie jest stuprocentową kobietą ani stuprocentowym mężczyzną. Dlatego niektóre kobiety zachowują się jak prawdziwi faceci, a niektórzy mężczyźni mają kobiecą wręcz wrażliwość.
Czy kogoś to jeszcze dziwi?
W kulturze europejskiej zwykło się podkreślać różnice u osób odmiennej płci, ale to wcale nie znaczy, że inni widzą sprawę tak samo. Cywilizacja azjatycka – za chińską – woli używać pojęcia wzajemnie się uzupełniających przeciwieństw – yin i yang. Brzmi niewątpliwie lepiej, choć nie ma pewności, czy w codziennych kontaktach damsko-męskich ludziom Wschodu jest łatwiej niż nam.
Dla ułatwienia życia nam wszystkim powstały teorie klasyfikujące cechy jako typowo męskie i typowo żeńskie. Jednak ten idealistyczny punkt wyjścia spalił na panewce, ponieważ szybko okazało się, że nie ma typów czystych, idealnie pasujących do owych teorii. Co to tego świat nauki jest zgodny, ale mimo wielu prób logicznego wyjaśnienia tego zjawiska ustalono z całą pewnością jedynie to, że przyczyn jest wiele. Tak czy inaczej ideały z definicji nie do końca zgadzać się będą z obserwowaną rzeczywistością.
Osobnicy odmiennych płci szamoczą się między sobą od wieków, dostarczając pożywki dla stereotypów i najwredniejszych seksistowskich dowcipów, które mają tę zaletę, że trafiają w sedno, punktując wady, słabości i śmieszności zarówno pań, jak i panów. Jeśli je potraktować z przymrużeniem oka i humorem, bo – jak się dalej przekonamy – stereotypy mogą być tak silnie zakorzenione w psychice ludzi, że niektórym naprawdę trudno się wyzwolić spod ich wpływu. Jednak zamiast rwać włosy z głowy i starać się je za wszelką cenę wykorzenić, wykorzystajmy wspomnianą ich zaletę. Użyjmy ich jako standardowego punktu odniesienia. Naszym zamiarem nie jest przecież wywrócenie do góry nogami sposobu myślenia o kobietach i mężczyznach. Popadanie z jednej skrajności w drugą przeważnie nie kończy się dobrze. Wykorzystajmy lepiej naszą wiedzę na ten temat. Przecież od dawna już nie jest dla nikogo tajemnicą, że się różnimy, że każda płeć ma swoje słabości i punkty mocne, śmieszności i zalety. Zważywszy na to, że się jednak jakoś dogadujemy od czasów jaskiniowych, chyba nie
w samej różnicy leży problem.
Umawiamy się: nie czepiamy się maniakalnie różnic. Owszem, przypomnimy je sobie – i przekonamy się, jak świetnie się dzięki nim uzupełniamy. Na zdrowy rozum powinien z nich wynikać dialog – niech nawet niełatwy – a nie walka płci.
Do czasów rewolucji feministycznej kobieta rzeczywiście uważana była za słabsze ogniwo. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje już jej zdolności, możliwości ani zalet. Ba! Doszło nawet do tego, że to mężczyźni bywają zagubieni w świecie coraz silniejszych i – nie ma co kryć – coraz bardziej agresywnych kobiet. Marzą wtedy o kobietach kobiecych, czyli może niekoniecznie słabszych, ale czułych, opiekuńczych i... ubranych jak kobiety. Ale przede wszystkim marzą o tym, że to oni są silni, opiekuńczy i męscy.
I tu od razu wpadamy w stereotypy.
Tymczasem jesteśmy jak wtyczka i gniazdko. Jedno bez drugiego raczej działać nie będzie i choć tak różne, te dwa elementy pasują do siebie jak ulał. Może więc słuszniej byłoby skupić się na dopasowywaniu, zamiast uparcie dowodzić, że jesteśmy odmienni? Wykorzystujmy różnice. To lepsze niż wieczne spory.
Przypomnijmy sobie to, o czym większość z nas doskonale wie, ale z jakiejś przyczyny czasami zapomina. Szkoda, bo pamiętając, mielibyśmy większe szanse, by uniknąć gwałtownych skoków ciśnienia. Ale który mężczyzna, rozwścieczony sytuacją, pomyśli sobie: „No tak, mam w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż kobieta. Testosteron to hormon seksu i agresji. Jeśli pozwolę, by rządziły mną hormony, trudno mi będzie panować nad swoimi reakcjami”. I która kobieta, widząc, że jej luby, a właściwie jego głowa, odwraca się za piękną dziewczyną, pomyśli sobie: „No tak, on ma w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż ja. Testosteron to hormon seksu. Nic więc dziwnego, że głowa czasem nie myśli, tylko się odwraca, ale to przecież niczego nie zmienia między nami. Ja przynajmniej, jako kobieta, jestem wyposażona w szerokokątne widzenie i nie muszę się cała odwracać za tym przystojniakiem, żeby ze wszystkimi detalami widzieć jego wdzięki”.
Czy w gruncie rzeczy kobiety i mężczyźni nie marzą o tym samym? Czy nie chcemy udanego życia, pełnego znaczących sukcesów, gorących uczuć, świetnego seksu, najwspanialszych rozrywek, cudownych podróży, wiernych przyjaciół i oddanej rodziny, na którą zawsze można liczyć? A do tego poczucia swobody, wolności, szacunku partnera dla naszej indywidualności, dla naszych marzeń i potrzeb? Koncert życzeń jest długi, a postulaty przedstawicieli obu płci całkiem podobne. Co więc nam przeszkadza w ich realizacji? Zupełnie nic. Tylko czasem coś nam umyka.
Różnice między paniami a panami są na pozór widoczne gołym okiem, ale te widoczne to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa odmienność tkwi głęboko w nas. W psychice, w emocjach, a przede wszystkim w sposobie ich okazywania, w podejściu do problemów i ich rozwiązywaniu, w nastawieniu do zadań, w rolach odgrywanych w życiu, w podziale obowiązków, choć ten już dawno się zatarł w codziennej gonitwie.
Jesteśmy podobni, a zarazem inni, jesteśmy sobie równi, funkcjonując odmiennie. Jesteśmy tak samo dobrzy w pewnych dziedzinach i tak samo marni w innych w zależności od obszaru działań i myśli, indywidualnych predyspozycji, zdolności, zainteresowań, umiejętności. I co najważniejsze, nikt z nas nie jest stuprocentową kobietą ani stuprocentowym mężczyzną. Dlatego niektóre kobiety zachowują się jak prawdziwi faceci, a niektórzy mężczyźni mają kobiecą wręcz wrażliwość.
Czy kogoś to jeszcze dziwi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)