środa, 19 stycznia 2011

Na Progu, fragm. 4

Na dworze owiewa mnie chłodne powietrze. Dobrze mi to robi. Delikatny deszcz orzeźwia moją twarz. Idę w stronę samochodu chwiejnym krokiem, zupełnie jakbym był pijany. Pijany szalonymi, sprzecznymi emocjami. Już mam otworzyć drzwi, ale raz jeszcze spoglądam na kościół.
Wygląda imponująco na tle czarnego nieba. Wcześniej wydawał mi się spokojny i malowniczy, teraz – przerażający i groźny. Mam wrażenie, że kryje ohydne tajemnice i gdybym otworzył jego drzwi, to potok krwi i trupów wylałby się aż do moich stóp.
Krzywiąc się, wsiadam do samochodu i ruszam. Jadę bardzo szybko i przez całą drogę usiłuję uspokoić umysł. Moje samopoczucie trochę się poprawia, ale nadal pozostaje we mnie dotkliwy lęk. Wyobrażam sobie ojca Lemaya siedzącego w salonie w tej samej pozycji, z głową pochyloną ku ziemi, pochłoniętego przez ciemności. I stojącą obok Gervaise, która nad nim czuwa... na wieczność...
Odrzucam tę myśl daleko od umęczonego umysłu.
W pokoju hotelowym myślę o tym, żeby zadzwonić do Jeanne, ale czuję się zbyt rozdygotany, zbyt zagubiony. Jeszcze nie wiem, co jej powiedzieć. Siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach.
Patrzę na ścianę przed sobą. W uszach mi brzęczy, jakby tysiące głosów próbowały wyjawić mi rzeczy nie do przyjęcia. Niemożliwe!
Zwolna brzęczenie się oddala i wyraźnie słyszę jeden głos, coraz czystszy. Głos Jeanne.
„Powiedziałeś, że jesteś gotów przyjąć dowolne wyjaśnienie, Paul, racjonalne lub nie”.
Potrząsam głową, burcząc pod nosem. Nawet jeśli zaakceptuję tę historię, to czy ona wszystko wyjaśnia?
Ojciec Lemay ma rację. Cała prawda pozostaje w cieniu.
A nawet gdybym był zdolny dotrzeć do tej prawdy, to czy potrafiłbym ją przyjąć? Czy ona jest w ogóle do przyjęcia?
Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Dlaczego trafiłem na Roya? Dlaczego? Czemu nie zawieźli go tamtej nocy do innego szpitala? Moje życie byłoby ponure i puste, ale spokojne! A teraz?
Teraz...
W poniedziałek Roy skończy czterdzieści lat. Tak jak Pivot skończył czterdzieści lat w chwili ostatniej odprawianej ceremonii.
Czy wrócę do szpitala w poniedziałek? A jeśli tam pójdę, czy to nie będzie oznaczało przyznania się do tego, że uwierzyłem, iż rzeczywiście coś się wydarzy?
Opadam do tyłu, a moja głowa ląduje na poduszce. Wpatruję się w sufit kompletnie zagubiony.

Przed sobą widzę dwoje drzwi. Te, które były uchylone, otwierają się jeszcze szerzej, czy tego chcę, czy nie.
Nie będę mógł dłużej tkwić na progu. Zresztą tego właśnie chciałem, przejść przez któreś drzwi. Wszystko jedno które.
Ale teraz nie jestem pewien, czy tak bardzo tego chcę. Po prostu nie wiem.

*

Wchodzę do kościoła. Wewnątrz panuje chaos. Wszędzie krew, krzyki i ludzie... Archambeault strzela do przechodzących przed nim dzieci... Boisvert biega z wyłupionymi oczami... Dwóch punków zarzyna się nawzajem w jakimś kącie. Kobieta wlecze trupy dwójki niemowląt, trzymając je za włosy... Spaleni, utopieni, zamordowani, samobójcy... Idę środkiem makabrycznego tłumu. Rozpoznaję stojącego przed ołtarzem ojca Pivota. Wysoki, łysy... Wygląda jak na zdjęciu, które widziałem w gazecie. Jego twarz jest posępna, a uśmiech zły. Unosi zakrwawione dziecko nad głowę i wrzeszczy do mnie:
- Zło nie umiera nigdy, doktorze! Nigdy! A jego moc jest niezwykła!
Dziecko w jego rękach zaczyna rosnąć, dojrzewać, staje się dorosłym Royem. Mimo pełnego cierpienia wycia konających ludzi, którzy mnie otaczają, wołam do niego:
- Kim jesteś? Kim się stałeś? Co się wydarzyło tej okropnej nocy? Powiedz mi wszystko!
Pivot patrzy na mnie płonącymi oczami. Nadal trzyma nad głową dorosłego Roya. Ja zaś krzyczę:
- Chcę prawdy!
- Prawdy? – ryczy ksiądz. – Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!
W tym momencie ciska Roya w moją stronę. Słyszę przerażający wrzask pisarza. Jego oczy... jego oczy stają się coraz większe, ogromne... Coś pojawia się w zdrowym oku... Ten znajomy cień, który widywałem tyle razy, nie mogąc go zrozumieć, a który teraz chce mi się objawić w całej swej ohydzie... w całej...
Zło! Zło! Zło!


*

Budzę się z krzykiem. Naprawdę krzyczę w ciemnym, hotelowym pokoju.
Omal nie zobaczyłem! Omal nie zobaczyłem! Jeszcze jedna sekunda i zobaczyłbym! Zobaczyłbym!
„I nie zniósłbyś tego”, dodaje głos w mojej głowie.
Opadam na wilgotną pościel zlany potem. Wydaje mi się, że płaczę, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
Czy to prawda? Czy nie byłbym zdolny doznać objawienia?
Archambeault, Boisvert, Roy... i tylu innych...
Pivot nie tylko widział... on...
„Prawda? Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!”.
To nie był sen. To było coś więcej. To było... to było...
Zakrywam ręką oczy i zaczynam jęczeć niczym dziecko zagubione w lesie z daleka od matki, od domu.
I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna naprawdę się boję. Boję się nieprzytomnie.

sobota, 15 stycznia 2011

Powrót do korzeni, czyli "Na progu" fragm. 3

Rozmównica przypomina szkolną świetlicę. To uspokaja odwiedzających. Jest tu kilka stolików, a wokół nich stoją ławki. W kącie są nawet dystrybutory napojów gazowanych i słodyczy. Na jednej ścianie znajdują się duże okna prowadzące na wewnętrzny dziedziniec, przez które wpada mnóstwo światła. Krótko mówiąc, całkiem banalne pomieszczenie, gdzie raczej spodziewasz się widoku uczniów niż psychopatów.
Prowadzę Bélaira do jednego z niskich stolików i siadamy obok siebie na ławce. Policjant rozgląda się, jakby czegoś szukał.
- Już niedługo – mówię.
Bélair wyciąga z kieszeni koszuli notesik i ołówek; zaczyna coś nerwowo bazgrolić. Ja patrzę na drzwi w głębi pokoju. Nie te, przez które weszliśmy. Te drugie. Te, które prowadzą do innego świata.
Wreszcie się otwierają, a ja wstrzymuję oddech. Wchodzi Archambeault eskortowany przez dwóch uzbrojonych strażników. Ma na sobie spodnie z szarej bawełny i białą koszulę. Czysty, ogolony i uczesany. Wygląda dokładnie tak jak na zdjęciach w gazetach. Okrągła twarz, małe brązowe oczy, dołeczek w brodzie, spłaszczony nos. Jest całkiem banalny. Tyle że na zdjęciach się uśmiechał, a tutaj ani trochę: te zdjęcia zrobiono, gdy jeszcze należał do innego świata.
Ma kajdanki na nadgarstkach i kostkach, co zmusza go do stawiania małych kroków. Lekko kuleje; przypominam sobie, że kolega strzelił mu w nogę.
Zatrzymuje się przed stołem, patrzy na nas nieporuszony, a potem siada naprzeciwko. Dwaj strażnicy siadają przy innym stole, nieco dalej. Odruchowo Bélair lekko się cofa, ale Archambeault nie patrzy na policjanta. Patrzy na mnie. Intensywnie. Przyglądam się jego oczom. Są niewzruszone. Zmęczone. Może trochę smutne. Czy ja wiem?
Ale widzę w nich również ten nieokreślony błysk, tajemniczy cień, który widziałem parokrotnie w ciągu dwudziestu pięciu lat; błysk, którego nigdy nie zdołałem określić ani zrozumieć.
Widziałem go także w oczach Boisverta tuż przed tym, nim je sobie wyłupił.
„Co pan widzi?”.
Przeganiam ohydne wspomnienie i wracam do siedzącego przede mną Archambeaulta.
Ten mężczyzna z zimną krwią zabił jedenaścioro dzieci.
Mój żołądek zaciska się z jeszcze większą siłą. Po cichu biorę kilka głębokich oddechów. Uspokajam się.
Bélair odchrząkuje. Gdy zaczyna mówić, jego głos jest nieco ostrzejszy, niż powinien być, ale w gruncie rzeczy policjantowi idzie całkiem nieźle. Słyszę coś w tonie jego głosu, jakąś dyskretną emocję, której nie udaje mi się jeszcze wyłapać.
- Panie Archambeault, sierżant detektyw Bélair. To ja zajmuję się tym dochodzeniem. Przedstawiam panu doktora Paula Lacasse’a, psychiatrę. Jest tutaj, by mi pomóc.
Archambeault, skupiony cały czas na mnie, ani przez chwilę nie spojrzał na Bélaira.
- Byłem pewien, że pan nie jest policjantem – mówi.
W filmach psychopaci, którzy siedzą pod kluczem, zawsze mają głos łagodny, inteligentny, spokojny, głos człowieka wykształconego. Głos Archambeaulta jest zupełnie inny. Raczej miękki, trochę wiejski. I lekko nosowy. Za to spokojny, bardzo spokojny.
- A to dlaczego? – pytam.
Uśmiecha się. Gdybyśmy się spotkali w jakimś barze, Archambeault mógłby się wydawać niezwykle sympatyczny. Ten uśmiech z pewnością przysporzył mu wielu przyjaciół i działał uspokajająco na kryminalistów. Uśmiech ze zdjęć w gazetach. Ale dziś jest tylko pozorny, To cień przyzwyczaje-nia. Uśmiech jest pusty i mechaniczny. Archambeault uśmie-cha się bez uśmiechu.
- Przez dziesięć lat byłem gliną. Rozpoznajemy się między sobą.
Teraz ja się do niego uśmiecham grzecznie, ale jednocześnie wyobrażam sobie, jak celuje do dzieci z obu rewolwerów. Gdy przez jakiś czas miało się do czynienia z takimi pacjentami, reakcje wobec nich są bardzo złożone. W przeciwieństwie do przeciętnego człowieka nie odczuwam jedynie niesmaku albo nienawiści. Jest także ciekawość. I fascynacja. To mnie przeraża najbardziej: okropieństwa fascynują. A ja nie chcę, by mnie fascynowały. Zrozumiałem to wówczas, gdy oczy Boisverta wypływały na moją twarz.
A dzisiaj, kiedy siedzę przed Archambeaultem, którego nie rozumiem i którego nikt nigdy nie zrozumie, ta fascynacja powraca wbrew mojej woli jak stary odruch, który drzemał przez wiele lat, podczas gdy ja uważałem go za pokonanego na zawsze. Ohydna fascynacja.
- Panie Archambeault, chciałbym panu zadać kilka pytań – odzywa się Bélair.
Bélair nie odczuwa fascynacji. Udaje mi się wreszcie pojąć to uczucie, które sierżant usiłuje ukryć od chwili wejścia Archambeaulta. To nienawiść. Zwykła ludzka nienawiść. I choć kompletnie niepotrzebna i nieważna, to zazdroszczę mu jej, bo ona pozwoliłaby mi uwolnić się całkowicie od Archambeaulta.
Zabójca patrzy wreszcie na sierżanta. Onieśmielony nagle tym spojrzeniem Bélair pochyla się nad notesem i zaczyna pisać, zadając jednocześnie pytanie:
- Czy pan zna Thomasa Roya?
Pytanie jest bezpośrednie. Bélair ma nadzieję, że to wywoła jakąś reakcję u Archambeaulta. Ten marszczy lekko brwi. Waha się tylko przez sekundę.
- Wie pan, że on tam był, gdy zabijałem dzieci?
Obojętność, z jaką mówi o tej okropnej zbrodni... Nawet jeśli Bélair jest zaskoczony odpowiedzią, nie daje nic po sobie poznać:
- Możliwe. A był tam?
- Doskonale pan wie, że tak. W przeciwnym razie nie mówiłby pan o nim.
- Zna go pan?
- Ze słyszenia, jak wszyscy.
- Osobiście?
- Nie.
Żadnego wahania w tym „nie”. Kategoryczne i pewne siebie. Bélair podnosi lodowaty wzrok znad notatnika:
- Więc co tam robił?
- Nie mam najmniejszego pojęcia.
- Przechodził przypadkiem?
Tym razem Archambeault nie odpowiada. Jego skute kajdankami ręce leżą skrzyżowane na stole, a on patrzy niewzruszony w oczy swego rozmówcy. Obaj strażnicy siedzący nieco dalej zupełnie przestają zwracać uwagę na naszą rozmowę.
Bélair wysuwa głowę do przodu. Znów jest pewny siebie, a wszelkie obawy się ulotniły. Pozostała jedynie nienawiść, której nie jest w stanie kontrolować w pełni.
- Archambeault, jeśli Roy jest umoczony w tej spra-wie, nie ma powodu, żeby pan był jedyną osobą, która za to zapłaci.
Ku mojemu wielkiemu zdumieniu Archambeault śmieje się nosowo szczerze rozbawiony, choć bez cienia radości.
- Co mi pan tu opowiada? Myśli pan, że Roy i ja razem zorganizowaliśmy tę jatkę?
Bélair nie daje się zbić z tropu:
- Ale wiedział pan, że on tam był? Sam pan to powiedział.
- Tak. Widziałem go.
- W którym momencie?
Archambeault unosi prawą dłoń i skrobie się po policzku; lewa dłoń porusza się po tej samej trajektorii, połączona z prawą kajdankami.
- Tuż przed pierwszym wystrzałem. Gdy uniosłem broń, żeby strzelić, zauważyłem go po drugiej stronie ulicy. Rozpoznałem go, a potem zacząłem strzelać.
- To wszystko?
- To wszystko.
Krótka chwila ciszy. Bélair cały czas mu się przygląda, a Archambeault wytrzymuje jego spojrzenie z tą samą obojętnością.
- Widział go pan wtedy po raz pierwszy w życiu?
- Osobiście, tak.
- Nigdy nie rozmawialiście?
- Nie.
- A więc był tam przypadkiem, zgadza się?
Archambeault ponownie nie odpowiada na to pytanie. Ten szczegół mnie intryguje.
- Zadałem panu pytanie, panie Archambeault.
- Dlaczego pan uważa, że Roy jest w to zamieszany? – pyta były policjant.
Bélair się waha. Patrzy na mnie pytająco. Rozumiem jego intencje i po chwili zastanowienia decyduję, że możemy o tym powiedzieć. Zaczynam więc:
- Tego samego wieczoru po strzelaninie znaleziono Thomasa Roya w jego własnym mieszkaniu, wiszącego za oknem...
Opowiadam mu pokrótce, jaki jest stan Roya. W jakiś przedziwny sposób mówienie o tym pomaga mi i chociaż brzuch nadal mnie boli, to ból staje się do zniesienia. Archambeault słucha mnie bardzo uważnie. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że moje opowiadanie go pasjonuje, ale maska na jego twarzy zabarwia się delikatnie ciekawością. Gdy skończyłem mówić, zastanawia się kilka chwil, potem pyta:
- Gdy go znaleźliście, rozpoczął pisanie powieści, której tematem była moja historia?
- Nie całkiem pańska, ale była do niej bardzo podobna. Policjant, który szykuje się do zabicia dzieci. Z tego, co mi powiedziano...
- Ale ja niczego nie przygotowywałem. To był impuls i tyle.
Zimna krew, przerażająco zimna krew.
- To bez znaczenia. Pan Roy widział tę scenę i ona prawdopodobnie go zainspirowała.
- Chyba że przygotowaliście tę jatkę razem – dodaje Bélair.
Były policjant przygląda mu się z niedowierzaniem.
- Wyrażę się całkiem jasno. Thomas Roy i ja się nie znamy. Niczego razem nie przygotowywaliśmy, a poza tym nie widziałem go nigdy w życiu aż do tego dnia. Zgoda?
- A więc twierdzi pan, że Roy się tam znalazł przypadkiem?
Milczenie Archambeaulta. Uporczywe milczenie w odpowiedzi na to właśnie pytanie coraz bardziej mnie intryguje. Pytam znacznie łagodniej niż Bélair:
- Panie Archambeault, czy pan uważa, że Thomas Roy znalazł się tam przypadkowo?
Obiecałem sobie, że nie będę się wtrącał bezpośrednio, ale trudno. Archambeault się waha. Po raz pierwszy wydaje się zaniepokojony. Obserwuje swoje dłonie przez kilka chwil, zwilża usta.
A ja czekam. Jestem zdenerwowany jak pacjent, który się spodziewa ostatecznej diagnozy lekarza. Z całego serca, z całej duszy pragnę, żeby odpowiedział „tak”. Oczywiście, że odpowie „tak”! Co ma niby powiedzieć innego? Czy w ogóle potrzebuję odpowiedzi tego maniaka, czy bez niej nie mam pewności, że siedzę tu całkiem niepotrzebnie?
Wreszcie Archambeault odpowiada:
- Nie.
Czuję ładunek elektryczny przepływający przez mój kręgosłup. Bélair unosi ołówek i przygotowuje się do notowania. Bunt w moim żołądku narasta. Jakby strzelił we mnie piorun. Nie znajduję żadnej odpowiedzi. Sierżant przejmuje pałeczkę.
- W takim razie co tam robił?
Archambeault odwraca się do niego. Zastanawia się, jakby sam sobie zadawał to pytanie. Wreszcie wyjaśnia obojętnym głosem:
- Tego dnia wszystko układało się dobrze. Byłem w formie, czekałem z niecierpliwością na powrót do domu, na spotkanie z żoną i dzieciakami. Gdy Boisclair wysiadł z samochodu, by sprawdzić dokumenty gościa, którego właśnie zatrzymaliśmy, ja czekałem spokojnie. A potem zobaczyłem dzieci, które ustawiały się w jednej linii przed ogrodem botanicznym. I wtedy powiedziałem sobie: zabij je.
Zwraca się do mnie. Ma kamienną twarz, a jego spojrzenie jest puste.
- Zabij je. Ot tak, bez żadnej przyczyny.
Robi i się sucho w ustach.
- Dlatego wysiadłem, zabierając rewolwery: swój i ten zapasowy z samochodu. Ruszyłem w stronę parku, a potem się zatrzymałem. Przez chwilę nie rozumiałem, jak się tu znalazłem. A potem zobaczyłem Roya. I wtedy zrozumiałem, że muszę to zrobić, że jestem tu właśnie po to. Wycelowałem więc do dzieci i zacząłem strzelać... Wystrzeliłem wszystkie kule.
Zapada długa cisza. Nie widzę Bélaira, ale czuję, że siedzi obok mnie kompletnie sparaliżowany. Moje spojrzenie jest stopione ze wzrokiem Archambeaulta. Ani jeden mięsień na jego twarzy się nie porusza. Tylko w jego oczach pojawia się jakiś niewyraźny smutek. Ale czy to rzeczywiście smutek?
I ten błysk, ten przeklęty błysk, którego ciągle nie mogę zrozumieć... którego nigdy nie rozumiałem.
Brzuch mnie już nie boli. Boli mnie wszystko.
Bélair odchrząkuje i pyta:
- Czy pan... Czy to znaczy, że Roy zachęcał pana do strzelania spojrzeniem?
- Nie – odpowiada Archambeault, patrząc na sierżanta. – Nic takiego nie powiedziałem. Roy nie zachęcał mnie w żaden sposób. Mówię tylko, że wysiadłem z samochodu z zamiarem zabicia tych dzieci bez żadnego powodu... Gdy się znalazłem na miejscu, zawahałem się, a potem, widząc Roya, poczułem, że moje wątpliwości znikają.
- Ponieważ zobaczył pan zachętę w jego oczach – upiera się Bélair.
- Nie. Nie! – poirytowany Archambeault macha gwałtownie ręką. – Nic nie widziałem w jego oczach. Ani zachęty, ani przyzwolenia! Nawet nie wiem, czy patrzył akurat na mnie!
- W takim razie dlaczego pan mówi, że na jego widok wyzbył się pan wątpliwości? – denerwuje się policjant. – Dlaczego mówi pan, że on nie był tam przypadkiem?
Archambeault mruży oczy zamyślony.
- Właściwie przyszło mi to do głowy po fakcie... Gdy znalazłem się tutaj. Przypomniał mi się Roy, a potem pomyślałem sobie, że on tam był jako...
Milknie. Znów się zastanawia, a na koniec uzupełnia:
- ... jako świadek.
To dla mnie szok. Wbrew mojej woli echo spotkania z Monette’em pobrzmiewa mi w głowie.
- Świadek pańskiej zbrodni? – pyta Bélair niepewnym głosem.
- Nie wiem. Po prostu świadek.
Milknie, a jego spojrzenie błądzi gdzieś w przestrzeni.
Dlaczego zrobiło to na mnie tak wielkie wrażenie? Ten człowiek jest niezrównoważony i to, co opowiada, powinno być uznane za czysty wymysł. Tak jak w przypadku zbrodniarzy, którzy twierdzą, że otrzymali rozkaz od samego Boga. Odzyskuję panowanie nad sobą. Użycie słowa „świadek” wytrąciło mnie z równowagi na krótką chwilę. Odzyskuję kontrolę nad sobą i zadaję pytanie:
- Co pan miał zamiar zrobić po tej strzelaninie, panie Archambeault, gdyby zdążył pan naładować rewolwery i zabić wszystkie dzieci? Co by pan zrobił potem?
Unosi głowę zaskoczony.
- No... popełniłbym samobójstwo.
Tak się często zdarza. Szalony zabójca po dokonanej zbrodni zwraca broń przeciwko sobie. W przebłysku świadomości i wyrzutów sumienia zabija sam siebie. Ale Archambeault stwierdza to z obojętnością, która mnie zdumiewa.
- Miał pan więc wyrzuty sumienia? – pyta Bélair.
- Nie chodzi o wyrzuty sumienia. To, co odczuwam, jest znacznie silniejsze.
- Co pan zatem odczuwa?
Długo milczy, wreszcie mówi bardzo wyraźnie:
- Zło.
Znów patrzy na mnie, cały czas tak samo niewzruszony. Ciągle widzę ten zamglony blask czający się w jego oczach.
Wraca wspomnienie Boisverta.
„Widzę go! Widzę go! Widzę go!”.
Zadaję pytanie nieomal wbrew sobie:
- A czym jest Zło, panie Archambeault?
Przygląda mi się ze zdziwieniem, a nawet, jak mi się zdaje, z pewną ironią.
- Jak to, doktorze? Po tylu latach jeszcze pan nie wie?
Jego odpowiedź jest jak cios pięścią. Nagle mam wrażenie, że to nie Archambeault mówi do mnie, ale ktoś znacznie bliższy, znacznie lepiej mi znany. Ktoś, kto szedł za mną przez całe życie i śmiał się za moimi plecami.

niedziela, 26 grudnia 2010

Wiwisekcja w wydaniu Patricka Senecala

Korzystając ze świąt, w spokoju - na tyle na ile to jest możliwe, gdy się czyta Patricka Senecala - zagłębiłam się lekturze "Prawa talionu", kolejnej powieści tego autora, której polska premiera jest przewidziana na wiosnę.

Myślę, że po wydaniu czterech pozycji tego autora warto się pokusić o kilka uwag na temat jego pisarstwa. Z Senecalem sprawa wygląda mniej więcej tak:
Bez wątpienia można stwierdzić, że kusi go tajemnica, mroczne sprawy, niewyjaśnione i nie do wyjaśnienia. O ile jednak rozpoczął karierę pisząc prawdziwy, straszny horror (Na progu) - z elementami sił nieczystych - to już od drugiej powieści, a tym bardziej trzeciej i czwartej w kolejności(Ulica Wiązów 5150, Pasażer, Alicya) doszedł do wniosku, że najbardziej przerażające historie rodzą się w ludzkich umysłach i zajął się poważnie thrillerem psychologicznym.

Od tamtej pory Patrick Senecal otwiera kolejne mózgi i dokonuje metodycznego rozbioru dziwactw, nieoczekiwanych motywacji, stanów ekstremalnych nigdy nie określając czy jesteśmy już w krainie szaleństwa, czy też mieścimy się w "normie". A żeby jeszcze bardziej uprawdopodobnić swoje postacie, ciągle przesuwa granice.

Wielbiciele mrocznej strony ludzkiej duszy powinni szczególnie docenić to pisarstwo, ponieważ autor jest wymagającym partnerem, i traktuje swojego czytelnika jak jednostkę bardzo inteligentną, której nie trzeba wykładać kawy na ławę, można dopuścić różne interpretacje, podsuwa wiele możliwości, bawi się, puszcza oko. Choć bywa, że to oko jest przekrwione i łypie ponuro.

Ma też zwyczaj przywoływania w kolejnych powieściach miejsc, nazwisk, postaci znanych już z poprzednich książek. Tworzy tym sposobem świat kręgu "wtajemniczonych" nagradzając wierność czytelników błyskiem porozumienia. Czasem to znacznie więcej niż błysk, bo tych czytelników, którzy znają Ulicę Wiązów 5150, a potem wzięli do ręki Alicyę, czeka raczej uderzenie pioruna niż zwykły błysk.

Co do tej wiwisekcji, to czytelnicy powinni być na nią przegotowani w równym stopniu co bohaterowie powieści Senecala, bo autor dłubie nie tylko w mózgach stworzonych przez siebie (zaczerpniętych z życia?) postaci, ale z dużym zainteresowaniem dotyka różnych obszarów naszej wrażliwości, odporności, wyobraźni testując wiedzę o nas samych.

wtorek, 16 listopada 2010

Alicya (fragm.5) mistrzostwo absurdu, groteski i grozy

Wracam do siebie krokiem automatu. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co mi się przytrafiło. W to, co zrobiłam. A jutro mam zacząć. Nie mogę się nadziwić, że Andromacha przyjęła mnie mimo tak słabego pokazu.
Jest dokładnie piąta. Zajrzę do Liszaja i opowiem mu. Ot tak sobie, nie wiem po co.
Bo jest jedyną osobą, z którą mogę porozmawiać...
Wchodząc do niego słyszę gwar dochodzący z pokoju. Ma gości. Co najmniej trzy osoby. Nie wygląda na to, żeby Liszaj był w dobrym nastroju. Dyskusja ożywiona i niezbyt miła.
- Przeklęci zdrajcy! Przecież powiedziałem, że nie chcę widzieć lekarza!
- To prawda, ale są pewne granice, Liszaj!
- Zdechniesz, jeśli czegoś nie zrobimy.
- Oni mają rację. Czy pan wie, że ma pan czterdzieści cztery stopnie gorączki?
Doktor? A więc są w tej okolicy lekarze? Nie zauważyłam przecież ani jednego gabinetu! Pewnie się ukrywają albo co!
Wchodzę do pokoju. Są tu Misha i Hugo. Bez piwa i bez skręta wręcz trudno ich rozpoznać. Razem z nimi przyszedł mężczyzna ubrany w garnitur, pod krawatem, prawie łysy, w okularach i z małą bródką. A Liszaj jak zwykle siedzi na podłodze. Ma wściekłą minę. Z radia ledwo dochodzi jakaś kolejna wspaniała piosenka wielkiego Michela Louvain. Wszystkie spojrzenia odwracają się w moją stronę.
- Tylko jej tu brakowało – zauważa Misha z westchnieniem.
- Taaa, trudno się od niej odczepić – dodaje Hugo.
- Co tu się dzieje? – pytam kompletnie ignorując oboje cwaniaków.
- Ten rzeźnik chce mnie zabrać do siebie! – pomstuje Liszaj.
- Rzeźnik, ha, ha, ha. Bardzo zabawne – mówi lekarz siląc się na uśmiech. – Proszę mnie posłuchać, panie Liszaj. Jeśli nie dokonamy pilnie operacji, to straci pan nie tylko nogę, ale całą resztę. Wdała się gangrena. Rozumie pan co to znaczy? Gangrena: gnicie i obumieranie tkanek.
Oceniam spojrzeniem zakażoną kończynę. Spodnie od piżamy zostały rozcięte, więc dokładnie widać nogę. Jeśli można to jeszcze nazwać nogą. Jest opuchnięte, rozdęte, wilgotne od ropy, żółtawe i zarazem czerwone. Z krateru po kolanie wypływa coś, co wygląda jak flaki, mieszanina majonezu i sosu pomidorowego. Nie znajduję słów, żeby to określić. Wtrącam się zaniepokojona:
- Słyszałeś, Liszaj? Gangrena! Teraz nie masz wyboru.
- Mała nowa ma rację – potakuje Hugo.
- Czasem potrafi powiedzieć coś z sensem, jak widzisz – dodaje jego towarzyszka.
- Nie ruszę się stąd! – upiera się stary waląc dłonią w podłogę, a w jego głosie brzmi zawadiactwo osłabione gorączką. – Nie chcę zniszczyć mojego kokonu! Już niedługo nastąpi wyklucie, nie chcę wszystkiego popsuć!
- Jeśli zostawimy nogę, umrze pan przed upływem trzech dni. Sprawa jest prosta.
Liszaj zamyka oczy i wzdycha. Wygląda jakby miał trzysta lat. Po raz pierwszy jest mi go naprawdę żal. To uczucie do, którego on sam nie jest jednak zdolny. Kracze z zamkniętymi oczami:
- Jeśli chcecie mi obciąć tę nogę, zróbcie to tutaj!
Misha i Hugo wzdychają zniechęceni. Lekarz natomiast zastanawia się chwilę i pyta:
- Właścicielka mieszka na dole, prawda?
- Tak – odpowiadam – pod numerem pierwszym.
- Zaraz wracam.
Wychodzi. Czego też może chcieć od właścicielki?
- To nierozsądne, Liszaj – strofuje go łagodnie Misha.
- Niepotrzebnie się upierasz – dodaje Hugo.
- Jak osioł.
- Jak muł.
- I pogrążasz się.
- Toniesz.
- Przegrasz.
- Sam się przekonasz.
Liszaj wzrusza ramionami. Ja nie za bardzo wiem, co powiedzieć. W każdym razie to nie jest odpowiednia chwila, żeby mu opowiadać o przesłuchaniu.
Michel Louvain nadal fałszuje.
Doktor wraca i oznajmia:
- Wasza właścicielka była tak uprzejma i pożyczyła mi to.
„To” jest siekierą. Z pewnością jakiś kiepski żart.
- Co to jest? – prawie się duszę.
- To? Siekiera przecież. Przyrząd, który służy do rąbania. Składa się z ostrza tnącego, w różnym kształcie przymocowanego do trzonka.
- Nie mówi pan poważnie?!
- Ależ przysięgam, że to siekiera.
- Nie ma pan chyba zamiaru obciąć mu nogi przy pomocy tego?
- A ma pani jakiś lepszy pomysł?
- Bez znieczulenia? Bez narzędzi? Bez usypiania go? Tak bez niczego?
- W torbie mam wszystko co potrzebne, żeby odkazić nogę, zamknąć ranę i obandażować kikut. Jeśli zaś chodzi o znieczulenie, musielibyśmy jechać do mnie. Wybór należy do pana.
- Tutaj – mamrocze ponuro Liszaj. – Zróbmy to tutaj i nie mówmy już o tym!
Pochylam się przerażona nad starcem.
- Liszaj, majaczysz przez tę gorączkę. To niemożliwe! Widzisz przecież, że domniemany doktor jest szaleńcem!
- Nie jest pani zbyt uprzejma, moja panno! Studiowałem na Uniwersytecie Montrealskim! I pracowałem przez dwanaście lat w szpitalu Montreal’s Children!
- Nie rób tego Liszaj! To wykończy cię szybciej niż gangrena! Poza tym będziesz cierpiał. Pomyślałeś o tym, że będziesz cierpiał?
Liszaj chwyta mnie za bluzkę i przysuwa pobrużdżoną twarz do mojej. Jego cuchnący oddech omal mnie nie powalił. Zjadł chyba truchło psa, daję słowo!
- Mam to gdzieś! Ciągle jeszcze nie zrozumiałaś! Ważne jest tylko wyklucie! Koniec, kropka!
Podnoszę się wstrząśnięta. Liszaj rzuca chłodnym tonem.
- Niech pan robi swoje, doktorze.
- Mógłby pan jednak wziąć coś, co pomoże panu znieść cierpienie. Nawet jeśli „ma pan to gdzieś”, jak pan mówi – proponuje pseudo-lekarz. – Nie ma pan czegoś na znieczulenie? Jakiegoś środka uśmierzającego, który zmniejsza wrażliwość na ból?
Liszaj szpera po kieszeniach, wyciąga fiolkę Makro i połyka trzy pigułki na raz!
Dość tego, muszę położyć kres temu szaleństwu! Podchodzę do lekarza wyciągając ręce:
- Halo, panie chory, proszę mi to dać!
- Chce pani sama operować? Nie jestem pewien, czy ma pani odpowiednie kwalifikacje.
- Misha, Hugo, zajmijcie się nią! – rzuca Liszaj.
Tamtych dwoje łapie mnie, każde za jedno ramię, i mocno mnie przytrzymują, a ja się szarpię jak w kiepskim filmie.
- Hej, wy dwoje! Puśćcie mnie natychmiast!
- Uspokój się, mała histeryczko.
- Bądź grzeczna.
- Nie szalej.
- Wyluzuj.
- Odetchnij.
- Posłuchaj śpiewu ptaków.
- Pomyśl o łące kwitnącej.
Przestaję się szamotać ledwo łapiąc oddech... Błagalne spojrzenie w stronę Liszaja... Ale on już mnie nie widzi. Taka dawka Makro działa bardzo szybko. I porządnie! Jego oczy robią się wielkie, prawie eksplodują niczym dwa słupy sztucznych ogni. Całe jego ciało się wypręża, na ustach pojawia się grymas. Mam wrażenie, że odmłodniał o dziesięć lat, a on zaczyna krzyczeć:
- Doskonale, jest doskonale! Dalej, doktorze! Obetnij mi tę nogę! Obetnij i do śmieci z nią! Chcę mieć zdrowe ciało do wyklucia! Ciało czyste! Dalej, obcinaj, ja się nie boję! Gardzę moją nogą, gardzę moim strachem, gardzę cierpieniem, gardzę siekierą! Tobą też gardzę, konowale! I wszystkimi wami gardzę! Gardzę wszystkim co jest ludzkie! Obcinaj! Dalej, jazda! Obcinaj, obcinaj!
- A zatem przystąpię do zabiegu – zauważa spokojnie doktor.
Unosi siekierę wysoko nad głową.
- Przestańcie! – wrzeszczę szamocząc się znowu. – Na litość boską, przestańcie!
I siekiera opada. Nie zamykam oczu, zupełnie jakbym się spodziewała, że siła mojego spojrzenia zmieni tor ruchu siekiery i że ta wbije się w podłogę obok nogi.
Ale nie.
Ostrze wchodzi w nogę nieco powyżej kolana. Słyszę nieprawdopodobny trzask. Bluzga potężny strumień krwi. Wydaję okrzyk, ponieważ czuję ból! Czuję go w sercu, czuję go w duszy! Zagryzam mocno usta, żeby przestać krzyczeć. Ale nadal słychać wrzask. To Liszaj! Długie i potężne wycie. Liszaj wyje i drapie podłogę, ale ma nadal siłę i energię na wyzwiska:
- Aaaaaaaaa! Tak jest! Obcinamy, obcinamy! Jeszcze raz doktorze, tnij jeszcze raz i skończmy z tym! Aaaa, cholera jak boli! Ale mam to gdzieś, mam to gdzieś! Pluję na cierpienie i sram na ból!
Doktor podrywa siekierę, a razem z nią podrywa się też noga, bo ostrze się zaklinowało. Lekarz potrząsa narzędziem, noga drga, krew bryzga wkoło. Dobry boże! To jakiś koszmar! Wydając głuchy pomruk, niezadowolony lekarz zapiera stopę w nogę Liszaja i ciągnie ze wszystkich sił. Coś trzeszczy i Liszaj wyje ze zwielokrotnioną siłą. A ja robię się miękka, coraz bardziej miękka i wszystko zaczyna się kręcić... Ostrze wreszcie wychodzi.
Zaraz zemdleję, to pewne, wydaje mi się, że jeszcze słyszę wycie Liszaja... oraz Michela Louvaina...

A cause d’un regard,
Maintenant plus rien ne nous separe.

Misha i Hugo puszczają mnie, a ja padam bezwładnie na podłogę.
- Lepiej, żebyś sobie stąd poszła.
- Tak, idź sobie gdzie indziej.
- Zajrzyj do innego pokoju.
- Albo odetchnij powietrzem.
- Wyjdź.
- Idź.
Pokój zaczyna wirować. Mimo to widzę lekarza, który z poważną miną, skupiony, znów unosi ociekającą krwią siekierę.
... wyjść... czym prędzej…
Poruszając się na czworakach wychodzę z pokoju. W kuchni czepiam się krzesła i podnoszę się z trudem. Wstaję, głowę mam opuszczoną i staram się powstrzymać odruch wymiotny.
Słyszę drugie uderzenie siekiery. Odgłos jest lepki i suchy zarazem. Kolejne wycie Liszaja, przerażające, zwierzęce.
Misha zaczyna krzyczeć:
- Żesz do cholery, doktorze, mógłby pan przynajmniej uderzyć w to samo miejsce!
- To samo miejsce, to samo miejsce, łatwo powiedzieć. Może się zamienimy?
Liszaj bulgocze jakieś niezrozumiałe słowa. Wydaje mi się, że słyszę „obcinaj” i „gardzę”. Mam nawet wrażenie, że słyszę śmiech między jednym a drugim rzężeniem pełnym cierpienia...
... hałas tłuczonej żarówki... krzyk Liszaja... Michel Louvain niewzruszony.
A ja nadal nie wymiotuję.
Chwiejnym krokiem wychodzę na korytarz. Drzwi tańczą przede mną. Udaje mi się dosięgnąć klamki. Dociera do mnie odgłos kolejnego uderzenia siekierą i jeszcze jedno wycie.
- Już prawie koniec! Jeszcze raz albo dwa i powinniśmy skończyć! Odwagi, mój drogi! Odwagi!
Wyjść, wyjść...
Otwieram drzwi, rzucam się do moich drzwi naprzeciwko. Wchodzę do mieszkania, wędruję zygzakiem i opadam na łóżko.
Przez ścianę, głuche wycie Liszaja ściga mnie i dogania. Zatykam uczy, zamykam oczy i krzyczę.
Szaleni! Wszyscy tutaj poszaleli. Banda wariatów, wariatów, wariatów!
W głowie mi huczy. Co chwila oślepia mnie fioletowy rozbłysk, a mimo to słyszę cichy, drwiący głos:
No jakże to, Alicyo. Jesteś przecież gdzie indziej. Nie zapominaj o tym... Gdzie indziej...

piątek, 12 listopada 2010

Alicya (fragm.4)

Biorę potężny wdech i znów rzucam się w naszą dyskusję.
- No dobrze. kiedy więc Andromacha odeszła, Księżniczka kazała się nazywać Czerwoną Królową.
- Jak najbardziej.
- Troja stała się Pałacem?
- Jak najbardziej.
- Ten nędzny budynek?
- Nie daj się zwieść pozorom. Pałac ma szerokość trzech budynków. Królowa dokonała pewnych przeróbek.
- Pałac stał się najbardziej wziętym burdelem w dzielnicy?
- Pałac nie jest tylko burdelem. Już ci to mówiłem.
- A czym jest?
- To Pałac.
Wybitna precyzja.
- Ale Czerwona Królowa jest więcej niż... niż właścicielką klubu? Jest... dzierży twardą ręką całą dzielnicę.
- Jeśli tak chcesz to widzieć...
- Jak się za to zabrała?
- Stworzyła ekipę, przejęła kontrolę, narzuciła reguły. Tak jest od dwóch lat.
Rozmarzyłam się.
- Czy jest lubiana?
- To zależy. Jedni ją lubią, inni nienawidzą. Niektórzy szanują, inni się jej boją.
- W każdym razie, jeśli dobrze zrozumiałam, nie bardzo macie wybór?
- Zawsze jest wybór, Alicyo.
Nagle spoza uśmiechu mruga do mnie okiem. Chess nie poruszył się ani o jotę, odkąd zaczął mówić. Mam wrażenie, że gdyby uczynił najmniejszy ruch rozsypałby się na drobne kawałki.
- Ty, który widywałeś ją wiele razy, Chess...
- Kogo?
- Przecież Królową, do diabła!
- A, no tak.
- Powiedz mi. Jaka ona jest?
- To pytanie nie jest jasne.
Wkurza mnie, kiedy tak mówi! Zupełnie jak HAL, komputer z filmu „Odyseja kosmiczna 2001”!
- Czym się różni od innych?
- Nie zna granic.
Myślę o Liszaju.
- To czyste zło?
- Tego nie powiedziałem. Powiedziałem, że nie zna żadnych granic, a to co innego.
Przychodzi mi na myśl zdanie z Nietzschego: „przezwyciężać samego siebie...”. Kiwam głową z uśmiechem.
Ledwo zdając sobie sprawę z tego, co robię, mamroczę:
- To dlatego, że ona jest nadkobietą.
- Nadkobietą? Zabawne sfeminizowanie nadczłowieka Nietzschego. Bo o tym przecież mówisz, prawda?
- Oczywiście. To ona! To przecież oczywiste!
Czym jest ten błysk w jego spojrzeniu? Ironia?
- Może powinnaś jeszcze raz przeczytać Nietzschego, Alicyo. Nie jestem pewien, czy go dobrze zrozumiałaś...
Teraz on! Teraz jemu się wydaje, że nic nie rozumiem. Ani chybi apostoł Laurenta Lévy!
- Wytłumacz mi w takim razie, o czym mówi Nietzsche, jeśli jesteś taki dobry!
- Ho! To by była bardzo długa i bardzo skomplikowana dyskusja.
Tak jest, wyłgaj się teraz. I wróćmy do tematu. Mocno zaciągam się skrętem.
- Opowiedz mi jeszcze o Królowej.
- Byłoby najlepiej, gdybyś ją zobaczyła.
- Ale jak? Jeszcze mnie nie wpuszczają do Pałacu!
- Znajdziesz sposób. Kiedy człowiek długo idzie, to wreszcie dociera do celu.
Jego spojrzenie naprawdę błądzi po innym świecie.
- W każdym razie wiedz, że Królowa nie znajduje się aż tak bardzo daleko od ciebie.
- Pałac jest dokładnie naprzeciwko mojego domu, ale...
- Nie to chciałem powiedzieć. Nawet poza Pałacem, towarzyszy ci obecność Królowej, choć nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Przestań mówić zagadkami, Chess. Nic nie rozumiem!
- Dobrze znasz lokatorów w twoim budynku?
Zmiana tematu zbija mnie z tropu.
- Znam jednego, ale odszedł.
- A widziałaś kiedykolwiek pozostałych?
Dziwne, że o tym mówi. Dziś rano sama zastanawiałam się nad wyjątkową dyskrecją moich sąsiadów.
- Nie, nigdy.
- Dziwne, prawda? Sześć mieszkań, a ty, nigdy nie spotkałaś żadnego lokatora.
Dokąd on zmierza? I jak to się dzieje, że zna mój dom?
- Nadkobieta nie może wyłącznie przeć do przodu z opuszczoną głową, Alicyo. Musi mieć czas obserwować to, co się dzieje wokół.
Od jego uśmiechu kręci mi się w głowie. Gdy się pozostaje dłuższy czas w kontakcie z tym gościem, człowiek czuje się oszołomiony. Wyrzucam niedopałek skręta do popielniczki. Wstaję. Nie mogę się powstrzymać i zadaję jeszcze jedno pytanie, choć wiem, że to bezcelowe.
- Powiedz mi. Chess, gdzie jesteśmy? Gdzie jest tutaj?
- W restauracji przecież.
Cholera! Naprawdę jest przyciężki na umyśle, albo udaje takiego. Albo jedno i drugie!
- Przestań Chess. Gdzie jest ta dzielnica?
- To nie jest odpowiednie pytanie.
Byłam pewna, byłam przekonana, dałabym sobie rękę uciąć, założyłabym się o ostatnią koszulę, że to mi właśnie odpowie.
- O, mam was wszystkich dość! Jakie jest więc to odpowiednie pytanie?
- Ależ, Alicyo, sama musisz je znaleźć.
To zaczyna być nużące. A jednak coś mi mówi, że on ma rację.
- Do zobaczenia, Chess.
- Do widzenia, Alicyo. Z całą pewnością spotkamy się na wielkim święcie w Pałacu w przyszłą sobotę.
- Nie, nie zostałam zaproszona.
- Ho! I tak tam będziesz. Przecież bardzo ci na tym zależy.
Przyglądam mu się dłuższą chwilę i na koniec wreszcie pytam:
- Kim ty jesteś tak naprawdę?
- Ja?
Jego uśmiech staje się po prostu kosmiczny.
- Ja jestem wszystkim.
Parskam śmiechem, ale zarazem czuję dreszcz. Dreszczowy śmiech. Ruszam w stronę łazienki, żeby się umalować. Za moimi plecami Chess rzuca:
- Mam nadzieję, że nie masz zamiaru używać toalety, bo jest zajęta przez kogoś, kto może tam zostać na dłużej.
O czym on mówi? A on się uśmiecha jak zwykle.
Wchodzę.
Stawiam torbę na brudnym blacie, a potem rzucam okiem na toaletę. Kabina jest zamknięta. W przestrzeni pod drzwiami widzę stopy. Z całą pewnością ktoś tam siedzi.
Co chciał powiedzieć Chess?
Maluję się i przeglądam w lustrze. Świetnie. Znów rzucam okiem na kabinę. Nogi się nie poruszyły. Żadnego dźwięku.
- Wszystko w porządku? - pytam.
Nic. Wreszcie ośmielam się popchnąć drzwi.
Kobieta ma około trzydziestu lat. Jest ubrana w spódnicę i bawełnianą koszulkę. Siedząc na sedesie patrzy w niebo z nieobecnym wyrazem twarzy. To jasne, że nie żyje. Igła nadal tkwi w jej lewym ręku.
Kurwa! Co mam zrobić? Jakie są instrukcje na wypadek spotkania z dziewczyną martwą z przedawkowania?
Chess! On wiedział.
Wychodzę szybko z łazienki.
Przy stoliku pusto, jego już nie ma.

niedziela, 7 listopada 2010

Alicya (fragm.3)

Schodzę po schodach nieco oszołomiona. Mijam chłopaka, który wchodzi na górę. Ma mniej więcej dwadzieścia lat, czarne, długie włosy związane w koński ogon, skórzana marynarka. Śliczny jak nie wiem co. Nie mogę się powstrzymać i świdruję go spojrzeniem. Kiedy jakiś facet mi się podoba, bez wahania daję mu to do zrozumienia. Przyjaciółki zawsze mnie uważały za zuchwałą w tych sprawach. Często chłopcy opuszczają głowę zawstydzeni. To mnie bawi. On jednak nie tylko wytrzymuje moje spojrzenie, ale rzuca mi bardzo śmiały uśmiech. Odprowadzam go wzrokiem zaskoczona, zmieszana i zachwycona. To ten rodzaj spojrzenia, które mógłoby nas zaprowadzić bardzo daleko, gdybyśmy spotkali się w jakimś barze. Chłopak wchodzi na trzecie piętro do mieszkania numer 6 i słyszę jak woła:
- To niemożliwe, znowu słuchasz tego szajsu!
Zamyka za sobą drzwi.
Czy tu mieszka? Taki przystojny sąsiad bardzo by mnie urządzał. A ten drugi? Mieszkają razem? Śmiech brzmiał dość staro. Może to jego ojciec?
Po wyjściu z budynku ruszam w stronę Lutwidge, prawdopodobnie głównej ulicy w tym rejonie. Na wprost widzę czerwony budynek z metalowymi drzwiami.
Koniecznie muszę odkryć, co się za nimi kryje.
Na fasadzie sąsiedniego budynku, jakieś sześć metrów nad ziemią wisi ogromna imitacja klucza z napisem: ŚLUSARZ. Podsuwa mi to myśl, żeby sobie dorobić klucz do nowego mieszkania.
Wchodzę do warsztatu: długa lada, wszędzie na ścianach wiszą klucze. Za ladą stoi kobieta. Ma skupioną minę i ogląda przez lupę jakiś klucz.
- Dzień dobry.
Podnosi głowę. Włosy ma zmierzwione. Jest po czterdziestce. Przygląda mi się, najpierw zaskoczona, wreszcie się uśmiecha:
- Tak?
- Chciałabym dorobić klucz.
Ona przytakuje.
- Wybrłaś najlpsze miesce do tgo. Ślsarz numr jedn w dzielncy to ja, pni Letndre.
A to co? W jakim języku ona mówi? Zrozumiałam, co powiedziała, ale mam wrażenie, że to jakiś bełkot. Odłożyła lupę i mówi do mnie:
- Dj tyn klcz. Zrbię to od rynki.
Co to za dialekt? Całkiem jakby przybysze z kosmosu naśladowali nasz język. Podaję jej klucz wpatrując się w nią, jakbym patrzyła na kalekę.
- Pani jest panią Letendre?
- Letndre, tk, to ja.
Jest bardzo miła i bierze ode mnie klucz.
- Dskonle, to zamie tlko chwilczkę.
Pochyla się nad maszyną odwrócona do mnie plecami. Niesamowite, to musi być jakaś choroba atakująca wymowę albo coś w tym rodzaju.
- Prsz brdzo. Należ się cły dolr i pdziesiąt cntów.
Biorę klucze i płacę wpatrzona w nią jak cielę. W końcu uzna mnie za niegrzeczną. Ale nie, bierze pieniądze jakby niczego nie zauważała i uśmiecha się do mnie.
- Dzkuję, mja panno. Dwidznia.
Idę do drzwi, a za moimi plecami pani ślusarz rzuca:
- Jśli bdziesz jszcze czgokolwk potrzbwać, przjdź do mnie.
- Czegokolwiek? Przecież pani robi klucze, prawda?
- A czy jst coś wżniejszgo niż klcz, mja panno? On otwira wszstko.
Uśmiecham się z pobłażaniem; chyba zbyt poważnie traktuje swoją pracę.
- dziękuję pani Let... hm, dziękuję pani.
Wychodzę. Coś takiego! To dopiero dziwaczka! Docieram do ulicy Lutwidge, trafiam na małą restaurację. Zjadam lasagnę. Całkiem niezła. W restauracji jest prawie pusto. Tylko kelnerka dziwnie się zachowuje i koniecznie usiłuje mnie przekonać, że posiłek nie będzie mi smakował.
Kawa i chwila refleksji. Co będę robiła pierwszego wieczoru w Montrealu? Wyjdę gdzieś? Do kina? Do klubu? Poczytam książkę? Właściwie na nic nie mam ochoty. Jestem zmęczona, wykończona. To był ciężki dzień.
Wracam więc do mojego nowego mieszkania, rozpakowuję walizkę, wieszam te kilka ubrań, które przywiozłam, układam książki, płyty.
A potem zanurzam się w „Hygiene de l’assassin” powieści Amelie Nothomb. Lektura na kilka dobrych godzin.
Docierają do mnie dźwięki muzyki. Płyną z mieszkania nr 6 obok. Znowu jakiś beznadziejny kawałek. Czy ten gość pali słuchając tych knotów?
Zastanawiam się, czy przystojny chłopak jest teraz razem z nim.
- Ścisz trochę, do cholery, albo zabieram się stąd! – rozlega się głos przytłumiony ale całkiem wyraźny.
Mam odpowiedź.
Muzyka gra ciszej, a towarzyszy jej ten sam chropowaty śmiech co wcześniej.
Staję przy otwartym oknie, opieram się łokciami o parapet i wyglądam na zewnątrz. Obserwuję ulicę słabo oświetloną latarniami. Pusto.
Widzę przechodnia. Znika.
Nieco dalej w prawo, po drugiej stronie ulicy, stoi czerwony budynek. Nad metalowymi drzwiami płonie żarówka, również czerwona.
Wypisz, wymaluj burdel.
Otwierają się drzwi do pozaziemskiej bazy. Ho, ho! Robię się czujna. Kto się pojawi w drzwiach? Karol? Odźwierny? Przybysz z kosmosu?
Dwaj mężczyźni przystają na chodniku. Światło czerwonej żarówki jest dyskretne, niełatwo ich więc zobaczyć. W każdym razie jeden z nich ma dziwny kapelusz. Można by pomyśleć, że to cylinder. Rozmawiają chwilę, potem głośno się śmieją i odchodzą razem w stronę ulicy Lutwidge.
Znów spoglądam na czerwony budynek. To burdel, teraz jestem tego pewna, a ci dwaj, którzy stamtąd wyszli to pewnie klienci.
Karol chodzi do burdelu? Kompletnie nie pasuje...
Chciałabym go znów spotkać.
Ziewam. Godzina dziesiąta, a ja jestem zmęczona. Pora do łóżka. Jutro naprawdę rozpocznę nowe życie, a dzisiaj już się wyłączę.
Łóżko to kolejne wyzwanie. Coś skrzypi, brzęczy, jest zbyt miękkie i z całą pewnością nie jest nowe. Na pewno stało tu już podczas wojny w Korei. Długo leżę z otwartymi oczami.
Pojawiają się drobne igiełki lęku. Ulotne myśli dla taty i mamy.
Trochę obaw. Trochę strachu.
Nie ma co przesadzać, to normalne. Moja pierwsza noc w nowym miejscu. Muszę sobie dać szansę.
Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie myśleć o rodzicach, o Brossard, o college’u. A potem zaczynam się cofać: liceum, mój pierwszy chłopak... Cofam się jeszcze: lekcje gry na pianinie. Podstawówka. Już kiedy miałam osiem lat, byłam odważna i wszystkiego chciałam spróbować.
Wielkie drzewo stojące na szkolnym podwórku. Zakazane.
Tak je nazywaliśmy, bo nauczyciele nie pozwalali na nie wchodzić. Ale ja, uparciuch, stanęłam kiedyś podczas przerwy pod drzewem i pomyślałam sobie: „No dalej, właź!”. Wiedziałam, że czeka mnie za to kara, a jednak chciałam to zrobić. Na przekór wszystkim i wszystkiemu. Pewnie, że jest wiele takich dzieci, jednak ja, jeśli już byłam nieposłuszna, to wcale się z tym nie kryłam. Robiłam to na oczach wszystkich. Z dumą afiszowałam moje nieposłuszeństwo.
Już miałam się wspiąć na drzewo, kiedy podeszła dozorczyni. To była zabawna kobieta. Z nikim nie rozmawiała, ale wcale nie wygląda na niedobrą. Spojrzała na mnie i powiedziała łagodnie:
- Jeśli chcesz, dziewczynko, wejdź na to drzewo. Nie jest ważne, czy to dozwolone czy zakazane. Ważne, żebyś umiała ponieść konsekwencje własnych czynów.
Dla ośmioletniej dziewczynki to było dziwne zdanie.
Wlazłam więc na drzewo, na samą górę, na najwyższą gałąź. Tryumfowałam, podczas gdy na dole uczniowie patrzyli na mnie z zachwytem, a nauczyciele wrzeszczeli, żebym natychmiast zeszła.
I spadłam! Ano tak! Paskudny upadek! Upadłam na rękę i ją złamałam. Wrzeszczałam, ryczałam jak bóbr. Myślałam, że wypluję płuca. Wszyscy wpadli w panikę, ale mimo łez i bólu widziałam dozorczynię. Nie denerwowała się ani trochę tylko patrzyła na mnie u uśmiechem. To nie był uśmiech kpiący ani moralizatorski, nie, nie. Tym uśmiechem zdawała się zadawać mi pytanie. A pytała: „No i jak, dziewczynko? Umiesz ponieść konsekwencje swojego czynu?”. Prawie natychmiast przestałam płakać. Właśnie coś zrozumiałam.
Przez trzy tygodnie nosiłam gips na ręku, ale nigdy nie żałowałam, że wlazłam na to drzewo. Nigdy. Zniosłam konsekwencje.
Kiedy wróciłam do szkoły, dozorczyni już tam nie pracowała. Krążyły na jej temat różne historie. A to, że była szalona, a to że popełniła straszną zbrodnię, że uciekła z więzienia. Gadali, co im ślina na język przyniosła. Dzieci wszystko wyolbrzymiają.

piątek, 29 października 2010

Alicya (fragm.2)

Powinnam może pomyśleć o jakimś konkretnym miejscu i tam rozpocząć poszukiwania.
Niedaleko przede mną ulica Sainte-Catherine. Na rogu stoją punki i skiny, „młodzież ulicy”, jak ich nazywają w programie „Enjeux” i innych bardzo, bardzo poważnych audycjach.
Wyciągając ręce żebrzą o pieniądze.
- Może trochę drobnych? Poproszę...
Jeden z nich jest nawet dość nachalny:
- Proszę pana, proszę mi dać trochę drobnych, chociaż ze trzydzieści centów...
Zatrzymuję się i obserwuję ich przez chwilę. Pewnie oni też opuścili domy spragnieni absolutu. Tyle że niczego nie zrozumieli. Ja nie tego szukam, nie chcę się stać taka jak oni. Zgodzę się na wszystko z wyjątkiem inercji. Zarówno ciała jak i umysłu.
Jakiś mężczyzna przechodzi szybkim krokiem obok młodych. Trzy dłonie wyciągają się w jego stronę.
- Może się znajdzie trochę drobnych, proszę pana?
Mężczyzna przystaje, przygląda się im z wahaniem. Nie odchodzi. Wreszcie wyciąga portfel. Klik! Trzy pary oczu zapalają się niczym reflektory samochodu. Mężczyzna wyciąga banknot i podaje go ot tak, nikomu konkretnie. A przecież nie wygląda na bogacza. Ma na sobie zniszczone, stare ubranie, które z pewnością kiedyś było bardzo ładne. Ale od tamtej pory musiało mieć spory przebieg.
Współczująca dusza, litościwa jak sądzę. Osoba z sumieniem.
Czyjaś ręka chwyta banknot. Byle jakie podziękowania. Mężczyzna rusza w swoją stronę krokiem dwa razy szybszym niż przed chwilą. Spoglądam za nim odruchowo. Wsuwa roztargnionym ruchem portfel do kieszeni i siup! Portfel leży na ziemi.
Facet idzie dalej. Niczego nie zauważył.
Kilku przechodniów sunie chodnikiem, ale nikt nie spostrzegł portfela, a mężczyzna jest coraz dalej.
Podnoszę portfel. W środku może być jakieś pięćdziesiąt dolarów, a tamten przechodzi właśnie na drugą stronę Saint-Denis. Bez zastanowienia, trzymając portfel w jednym ręku a walizkę w drugim, rzucam się w pogoń za nim.
Jednocześnie w głowie dudni mi głos mojego profesora filozofii:
Dlaczego nie zatrzymasz tych pieniędzy, Alicjo?
Jak dlaczego? Bo to nie w porządku. Nie są moje! Muszę je oddać.
Rozumiem. Przestrzegasz zatem pewnej społecznej i moralnej umowy, w tym konkretnym przypadku – uczciwości.
A co to za ironia? Znikaj, Laurent Lévy! Nie jesteś już moim nauczycielem, więc nie wciskaj się do mojej świadomości! Chwytam wirtualny rewolwer i pakuję mu kulkę w łeb. Nareszcie będę miała z nim spokój.
Mężczyzna przeszedł na drugą stronę i prawie biegiem zdąża do metra Berri. Chcę mu oddać ten portfel, ale mógłby mi trochę pomóc. W dodatku taszczę walizkę! Zanim przeszłam przez ulicę, on już zniknął. Z pewnością wszedł do metra. Ruszam więc tą samą drogą co on. Zjeżdżam ruchomymi schodami, idę szybko podziemnym korytarzem wytapetowanym reklamami, pełnym ludzi. W dali widzę go, jak kupuje bilet w okienku. Przyśpieszam kroku, wołam nawet „Hej, proszę pana!” całkiem głośno, ale tamten nie słyszy. Kiedy docieram do okienka on jest już za bramką i schodzi na perony.
No to trudno! Przecież nie zapłacę jeszcze za bilet metra, żeby mu oddać portfel! W końcu są jakieś granice!
No ale pięćdziesiąt dolców. Może się poczuć nieszczęśliwy, kiedy sobie zda sprawę, że już ich nie ma. Naprawdę nie wygląda na bogatego.
Ach to wahanie, wahanie, wieczne wahanie.
Płacę wreszcie za bilet, mijam bramkę i wchodzę na perony. Tak czy inaczej kiedyś bym w końcu wsiadła do metra, prawda? Podjeżdża pociąg. Szukam wzrokiem tego pana. Jest tam! Wchodzi do wagonu, szybko, szybko. Rzucam się za nim i pruję w stronę wagonu. Niczym Indiana Jones wślizgnęłam się między drzwiami, który się już, już zamykały.
Stawiam walizkę na podłodze i śmieję się z zadowolenia. Kiedy on zobaczy, ile zrobiłam, żeby go złapać, może mi da dziesięć dolarów w ramach podziękowania. Nigdy nie wiadomo...
W wagonie jedzie czterech innych pasażerów, w tym rzecz jasna i on. Siedząc zaciera nerwowo ręce. Nie wygląda na zbyt pewnego siebie.
- Proszę pana...
Nie słyszy.
- Hej, proszę pana.
Wreszcie spogląda na mnie. Jasny szatyn o kędzierzawych włosach, zdziwione niebieskie oczy. Moim zdaniem ma koło czterdziestki. Jego niepewne spojrzenie zatrzymuje się na mnie, ale zupełnie nie zwraca uwagi na portfel, który mu trzymam tuż przed nosem.
- Zgubił pan to, proszę pana.
Podaję mu „to” nalegając. Wreszcie widzi. Ale nie rozumie. Szuka w kieszeniach starej marynarki, starych spodni. Ma czarny krawat tak samo powycierany jak reszta ubrania. Typ gościa, który pomimo ubóstwa chce zachować wygląd faceta z klasą. Komiczne i smutne zarazem.
Wreszcie zajarzył.
- O! Ja... o! Nooo... coś takiego!
Wyciąga rękę, żeby odebrać swoją własność.
- Dzię... dzię...kuję... baa...baaa... bardzo pa...pa...paaa...
Jąkała. Sprawa nie będzie prosta.
- ...paaaani.
Jego oczy znów spoczywają na mnie i teraz mam wrażenie, że faktycznie mnie widzi. Dłoń, która prawie dotarła do celu nagle zamiera w bezruchu. I w jego oczach dostrzegam przemianę. Zupełnie jakby ktoś wkręcił nową żarówkę. Dłoń opada nie odebrawszy portfela.
- Bardzo pani dziękuję.
No nareszcie. Nie było tak strasznie, co? Stary Krawacie.
Cały czas patrzy na mnie z miną pełną fascynacji, a potem rzuca od niechcenia:
- Uczciwość jest dziś tak rzadką cechą. Zwłaszcza u młodych, którzy odrzucając całkowicie zdanie starszych, odrzucili zarazem podstawowe wartości reprezentowane przez nich.
Ja cię kręcę! Książka! Gadam z książką! Mówi trochę przez nos, ale jakby nie patrzeć to książka.
- Nie trzeba tak uogólniać – zauważam rozbawiona. – Są też młodzi, którzy potrafią się zachować.
- Oczywiście, ma pani rację. Uogólnianie jest niebezpiecznym skrótem intelektualnym. To grubiański błąd z mojej strony. Ale cóż errare humanum est!
Niemożliwe. Musi być profesorem literatury na uniwersytecie, albo pracuje w sekcji kultury Radia Kanada. Jednak w przeciwieństwie do tej bandy pozerów nie ma w nim nic pretensjonalnego, żadnej sztuczności. Jest absolutnie naturalny pewnie sobie nawet nie zdając z tego sprawy.
Metro zatrzymuje się na następnej stacji. Dwóch pasażerów wysiada, jeden wsiada.
- W takim razie życzę miłego dnia.
Już mam wysiąść, gdy sobie uświadamiam, że nadal trzymam w ręku portfel. Podchodzę do Starego Krawata. Za mną drzwi się zamykają. Trudno, wysiądę na kolejnej stacji. Wyciągam do niego portfel.
- Za chwilę zgubi go pan po raz drugi!
- Jak się pani nazywa?
Nie zwraca uwagi na portfel. Chce pogadać. Czyżbym mu wpadła w oko? Ta myśl mnie rozbawiła.
- W sumie nie musi pan mówić do mnie pani. Dopiero skończyłam osiemnaście lat.
- Jak sobie życzysz. W takim razie, jak się nazywasz?
- Alicja.
A to ci reakcja! Gdybym powiedziała „Romuald” pewnie by mniej wytrzeszczył oczy!
- Alicja – wymamrotał – to... to bardzo ładne imię.
- A pan jak się nazywa?
Ma taką minę, jakby nie był pewien, czy nadal powinien ze mną rozmawiać. Na koniec znów się uśmiecha.
- Karol.
- W takim razie, Karolu, oto pański portfel.
I wyciągam do niego ten przeklęty portfel myśląc, że kiedyś go w końcu odbierze, ale on go nawet nie widzi! Pożera mnie wzrokiem. To się już staje prawie kłopotliwe.
- A co Alicja robi w życiu, jeśli mogę sobie pozwolić na taką niewinną niedyskrecję?
- Właśnie opuściłam dom w Brossard, żeby rozpocząć życie tutaj, w Montrealu.
- Ach tak? A szkoła? Wyobrażam sobie, że chodzisz do college’u, prawda?
- Prawda i właśnie już nie będę chodziła. To mnie owszem wzbogaciło, ale było dość mdłe jak na mój gust.
- Co zatem będziesz robić?
- Przeżyję coś innego. Odkryję inne życie. dotrę aż do końca.
- Do końca? Do końca czego?
I tu mnie zaskoczył. Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, więc wzruszam ramionami i rzucam niedbale:
- Do końca wszystkiego.
W porządku, wiem, że to nie jest zbyt błyskotliwa odpowiedź, zgadzam się. Lévy rechocze za moimi plecami. Zamknij gębę, trupie jeden!
- Można zajść bardzo daleko na ten koniec wszystkiego, moja panno. Bardzo daleko, czasem za daleko. Do miejsc, których istnienia nawet się nie podejrzewało.
O nie, tylko bez morałów, proszę. Wyjechałam od taty i mamy właśnie po to, żeby przestać żyć w świecie Walta Disneya! A w ogóle co we mnie wstąpiło, że mu o tym opowiadam?
- A pan, co pan robi?
Znów jest zakłopotany.
- Z wykształcenia jestem matematykiem. Przez piętnaście lat uprawiałem ten trudny, lecz pasjonujący zawód. Nawet przez kilka lat uczyłem w Anglii.
- Tak? Jest pan Anglikiem?
- Nie, ani trochę. Jestem rodowitym Quebekerem. Zaproponowano mi ciekawy kontrakt w kraju mgły...
Kraj mgły! No, no!
- ... i spędziłem tam prawie pięć lat.
- Wrócił pan uczyć tutaj?
- Nie... Powiedzmy, że... Właściwie to już skończyłem z nauką...
- Tak? Dlaczego?
Do licznych oznak braku pewności siebie Karol dodał jeszcze jeden: zaczął zagryzać dolną wargę. Nie wiem czy miał zamiar odpowiedzieć, tymczasem jakiś chłopak wyciągnął go z opresji. Wysoki, chudy, wyglądał na Hiszpana, ubrany super modnie.
- Nie wiesz, która godzina?
Metro zwalniało, w końcu stanęło. To już trzecia albo czwarta stacja od początku naszej rozmowy. W wagonie pozostał tylko Karol, Modny Latino i ja. Wreszcie Karol zrozumiał pytanie skierowane do niego i spojrzał na zegarek.
- Je... jeeeest... sze...eee... snasta... dwa... dwaaa... naście.
Facet podziękował i wyszedł. Drzwi się zamknęły a metro ruszyło dalej. Ale Karol nadal wpatrywał się w zegarek, jakby ten pokazywał mu coś wyjątkowo obscenicznego.
- Sze...szeee... snasta... dwa... dwaaa... naście! Słodki Jezu!
I hop! Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po pustym przedziale. Wrócił stres i wróciło jąkanie. Przestałam istnieć, a on mówił sam do siebie.
- Poo.. powie... działa, że eee... po sze...eee... snastej... trzyyy... dzieści juuuż jej nieee bę...bę...dzie. A ja... jaaa mu....szę jeee... jeeszcze wpaść dooo do... mu!
- Spóźniony na spotkanie?
Nagle sobie o mnie przypomniał. Stanął jak wryty.
- Nie!... To znaczy tak! To nieco skomplikowane.
Stanął przed drzwiami, a więc wysiada na następnej stacji. Szkoda. Chciałabym się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Wydaje mi się dość zabawny.
- Dlaczego właściwie pan już nie uczy matematyki?
Metro zwalnia. Karol patrzy mi w oczy. Z wielką powagą.
- Nie ma już żadnej logiki.
Chwytam to zdanie, rozkładam na stole operacyjnym, kroję na kawałki, przeszukuję i nie znajduję w nim nic. Absolutnie nic.
Co to za odpowiedź?
Metro stanęło, drzwi się otworzyły i Karol wysiada.. zerwałam się i rzuciłam w jego stronę:
- Miłego dnia!
Odwrócił się do mnie. Długo patrzymy na siebie przez drzwi. Drzwi, które zresztą pozostają otwarte.
Coś się dzieje. Czas stanął w miejscu. Zawsze mi się wydawało, że ta metafora jest idiotyczna, ale po raz pierwszy zrozumiałam, co ona znaczy.
Karol i ja nadal patrzymy na siebie stojąc nieruchomo. On na peronie, jakby chciał mi coś powiedzieć, lecz nie śmie, ja w przedziale, pełna różnych przeczuć i niezdecydowana, co mam robić.
A drzwi nadal się nie zamykają.
Nagle Karol rusza przed siebie, prawie biegiem.
Co ja trzymam w ręku? Cholera! Niemożliwe! Portfel!
- Hej, Karolu!
W tejże chwili czas ruszył ponownie i podjął bieg, bo drzwi zaczęły się powoli zasuwać. Chwyciłam walizkę i powtórzyłam numer Indiany Jonesa tyle że w drugą stroną. Ledwo wyskoczyłam z przedziału, a metro za moimi plecami ruszyło.
- Karolu!
Odwrócił się wreszcie stojąc już u wylotu korytarza prowadzącego do wyjścia. Pomachałam portfelem, zrozumiał. Wrócił do mnie. Punkt styczny. Wymiana towarowa. Wreszcie!
- Dziękuję. Roztargnienie to mój najstarszy towarzysz.
- Nic się nie stało – odparłam głupio.
Znowu się zawahał. Ten facet chyba spędza połowę życia w takim stanie. Spojrzał na zegarek i wpadł w panikę.
- Naprawdę muszę lecieć. Do widzenia, Alicjo i... wracaj do siebie.
Co za niemiły, zimny prysznic! Karol ruszył truchtem. Zniknął w korytarzu pędząc w kierunku wyjścia a stukot jego butów pobrzmiewał jeszcze chwilę, aż całkiem ucichł.
Wrócić do siebie? Też mi coś!
Usiadłam na ławce i czekałam na następne metro. Wydaje mi się, że to spotkanie było mimo wszystko dobrą wróżbą dla mojego nowego życia w Montrealu. Jakby portfel, który znalazłam, był znakiem od losu. Zabawne. Bardzo zabawne.
Rozejrzałam się wkoło. Nic. Kompletnie nikogo, zupełna pustka. Prawie słychać jak świerszcze śpiewają. I gdzie ja w ogóle jestem? Patrzę na ścianę za sobą. Nigdzie nie widzę nazwy stacji. Patrzę na peron po przeciwnej stronie torów. Też pusty. I też nie ma nazwy. Kiedy wyjeżdżałam z Berri nie zwracałam uwagi na stacje. Wiem tylko, że jestem na zielonej linii, ale nie wiem, w którym kierunku.
O, widzę kogoś po drugiej stronie, na końcu peronu. Jakaś dziewczyna ubrana w gorset i krótką spódniczkę. Nie wygląda najlepiej. Jej ubranie jest w strzępach a włosy potargane, ciemne długie włosy tak jak moje. Zastanawiam się, czy ślady na jej twarzy i nogach nie są przypadkiem śladami krwi. Siada, a właściwie opada na ławkę. Wydaje się, że jest mniej więcej mojego wzrostu i ma tyle lat co ja, albo coś koło tego...
Wręcz można by powiedzieć, że...
Całkiem jakby ona...
Wpatruję się w nią z niedowierzaniem.
To przecież jakieś szaleństwo? Nie widzę jej dokładnie, ale mogłabym przysiąc, że...
... zupełnie jakby ona...
Wstaję nie spuszczając z niej wzroku. To niemożliwe! Muszę to sprawdzić! Ruszam na drugi koniec peronu, chcę dotrzeć na jej wysokość. Oddzielona tylko torami nie powinnam mieć kłopotu z odróżnieniem rysów twarzy.
Im bardziej się zbliżam, tym wyraźniej ją widzę. Siedzi na ławce jak bezwładny pakunek. Jest naprawdę wykończona. Wygląda, jakby ją przejechał autobus. Nagle z drugiej strony nadjeżdża metro i zasłania dziewczynę. Zaczynam biec. Muszę się jej przyjrzeć przynajmniej przez szybę wagonu. Widzę ją w dali, jak wsiada chwiejnym krokiem do metra. Szybciej, szybciej! Ale metro rusza. Biegnę najszybciej jak umiem, ale metro przyśpiesza! Chwila! Muszę ją zobaczyć! Zaczekajcie! Pociąg jedzie, rzecz jasna, szybciej niż ja biegnę i kiedy trzy sekundy później docieram wreszcie na koniec peronu, kpiące światło reflektorów jest już daleko w tunelu.
Trochę zdyszana wzruszam ramionami, No cóż, trudno. Prawdopodobnie gdybym ją zobaczyła z bliska podobieństwo byłoby mniej uderzające.