poniedziałek, 21 marca 2011

Kochajmy się jak pies z kotem (fragm 5 i ostatni)

KŁAMSTWO

- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor.
I zadał studentom pytanie:
- Kto przeczytał moją książkę?
Wszyscy studenci podnieśli ręce.
- A więc to był właśnie przykład kłamstwa. Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.

Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy.
Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.

Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.
Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.
Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami. No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju.
Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.

Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”. „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.

Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.

Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.

Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.
Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie.
Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron.
To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim.
Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.

poniedziałek, 7 marca 2011

Kochajmy się jak pies z kotem (fragm4)

LĘKI MĘSKIE, LĘKI KOBIECE

Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.
Przerażony wraca do barmana i prosi:
- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?

Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.
Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.
Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.
W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.
I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.

Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.
Ile kobiet wie o tych lękach? Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów z powodu gospodarki hormonalnej organizmu. Chyba najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.
Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?
Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.

Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze.
Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...
Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz?
Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.

środa, 2 marca 2011

Kochajmy się jak pies z kotem (fragm3)

NA POCZĄTKU BYŁ MÓZG

Pewnego dnia Bóg oznajmił Adamowi:
- Mam dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?
- Powiedz mi najpierw tę dobrą – odrzekł Adam.
- Dostaniesz ode mnie dwa nowe organy. Pierwszy nazywa się mózg. Pozwoli ci on
wymyślać i tworzyć nowe rzeczy, rozwiązywać problemy i wykazywać się inteligencją
w rozmowach z Ewą.
- Świetnie! – ucieszył się Adam. – A drugi?
- Mój drugi dar nazywa się penis. Zapewni ci dużo fizycznej przyjemności, a Ewa też
będzie z niego zadowolona, bo da jej wielką rozkosz. Dzięki temu będziecie mogli mieć dzieci i ziemia zaludni się istotami rozumnymi.
Zachwycony Adam wykrzyknął:
- Dzięki ci, Boże, to najwspanialsze z twoich darów! Ale... jaka jest ta zła wiadomość?
Bóg spojrzał ze smutkiem na Adama i rzekł:
- Nie możesz używać obu naraz...

Dziś każdy dobrze wie, że mózg kobiety i mózg mężczyzny różnią się nieco wielkością, wagą, budową i funkcjonują inaczej, znakomicie spełniając swoje zadania. Te odkrycia poprzedziły jednak długie i żmudne badania. Doprowadziły one naukowców do przekonania, że wykształcenie zmysłów w kierunku pożądanym przez daną płeć, a więc w konsekwencji charakterystycznych dla każdej płci zachowań i predyspozycji, zależy w znacznej mierze od płci mózgu.

A było to tak:
Już w czasach prehistorycznych mózg cieszył się wielkim zainteresowaniem. Jak wskazują badania antropologiczne, jedni upatrywali w nim przysmak, inni nadawali mu znaczenie rytualne.

W kulturach prymitywnych wierzono, że zjadając mózg, przejmuje się moc i wiedzę jego właściciela. Lekarze w starożytnym Egipcie przeprowadzali trepanacje czaszki w poszukiwaniu duszy, uważając, że to mózg jest jej siedliskiem. Potem badaniami zajęli się fachowcy. Należał do nich grecki filozof Platon (427-347 p.n.e.), a także prekursor współczesnej medycyny Hipokrates (ok. 460-377 p.n.e.) – obaj zgodzili się co do tego, że mózg jest siedliskiem myśli. W II w. naszej już ery Galen (129-199) – uważany za ojca fizjologii doświadczalnej rzymski lekarz greckiego pochodzenia i anatom – pracując w charakterze medyka gladiatorów, odkrył bezbarwny płyn mózgowo-rdzeniowy. Od tego czasu lista uczonych usiłujących rozwikłać tajemnice ludzkiego ciała i umysłu wydłużała się nieustannie i pęczniała.
Tak się jednak składało przez długie wieki, że badania ludzkiego mózgu przeprowadzano przeważnie na zwłokach mężczyzn: gladiatorów, żołnierzy, więźniów. Badacze założyli, że skoro kobiety i mężczyźni należą do tego samego gatunku, to ich mózgi są identyczne. Jakież było ich zdziwienie, gdy pewnego dnia po zważeniu i zmierzeniu mózgu kobiety stwierdzili, że jest on nieco mniejszy i lżejszy. Pierwszy wniosek? Kobieta musi być głupsza. Taki zapadł wyrok, zanim naukowcy pojęli, że to nie rozmiar jest najważniejszy, ale sposób funkcjonowania.
Dopiero kiedy medycyna osiągnęła odpowiedni poziom rozwoju, można się było pokusić o dokładne badania i bardziej wiarygodne wnioski. Na tę wiedzę złożyło się wiele nauk medycznych – im zawdzięczamy wielkie odkrycie: że mianowicie ogromny wpływ na rozwój i płeć mózgu mają zarówno geny, jak i hormony. (...)

wtorek, 22 lutego 2011

Kochajmy się jak pies z kotem (fragm2)

WODA I OGIEŃ

W kulturze europejskiej zwykło się podkreślać różnice u osób odmiennej płci, ale to wcale nie znaczy, że inni widzą sprawę tak samo. Cywilizacja azjatycka – za chińską – woli używać pojęcia wzajemnie się uzupełniających przeciwieństw – yin i yang. Brzmi niewątpliwie lepiej, choć nie ma pewności, czy w codziennych kontaktach damsko-męskich ludziom Wschodu jest łatwiej niż nam.
Dla ułatwienia życia nam wszystkim powstały teorie klasyfikujące cechy jako typowo męskie i typowo żeńskie. Jednak ten idealistyczny punkt wyjścia spalił na panewce, ponieważ szybko okazało się, że nie ma typów czystych, idealnie pasujących do owych teorii. Co to tego świat nauki jest zgodny, ale mimo wielu prób logicznego wyjaśnienia tego zjawiska ustalono z całą pewnością jedynie to, że przyczyn jest wiele. Tak czy inaczej ideały z definicji nie do końca zgadzać się będą z obserwowaną rzeczywistością.

Osobnicy odmiennych płci szamoczą się między sobą od wieków, dostarczając pożywki dla stereotypów i najwredniejszych seksistowskich dowcipów, które mają tę zaletę, że trafiają w sedno, punktując wady, słabości i śmieszności zarówno pań, jak i panów. Jeśli je potraktować z przymrużeniem oka i humorem, bo – jak się dalej przekonamy – stereotypy mogą być tak silnie zakorzenione w psychice ludzi, że niektórym naprawdę trudno się wyzwolić spod ich wpływu. Jednak zamiast rwać włosy z głowy i starać się je za wszelką cenę wykorzenić, wykorzystajmy wspomnianą ich zaletę. Użyjmy ich jako standardowego punktu odniesienia. Naszym zamiarem nie jest przecież wywrócenie do góry nogami sposobu myślenia o kobietach i mężczyznach. Popadanie z jednej skrajności w drugą przeważnie nie kończy się dobrze. Wykorzystajmy lepiej naszą wiedzę na ten temat. Przecież od dawna już nie jest dla nikogo tajemnicą, że się różnimy, że każda płeć ma swoje słabości i punkty mocne, śmieszności i zalety. Zważywszy na to, że się jednak jakoś dogadujemy od czasów jaskiniowych, chyba nie
w samej różnicy leży problem.
Umawiamy się: nie czepiamy się maniakalnie różnic. Owszem, przypomnimy je sobie – i przekonamy się, jak świetnie się dzięki nim uzupełniamy. Na zdrowy rozum powinien z nich wynikać dialog – niech nawet niełatwy – a nie walka płci.
Do czasów rewolucji feministycznej kobieta rzeczywiście uważana była za słabsze ogniwo. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje już jej zdolności, możliwości ani zalet. Ba! Doszło nawet do tego, że to mężczyźni bywają zagubieni w świecie coraz silniejszych i – nie ma co kryć – coraz bardziej agresywnych kobiet. Marzą wtedy o kobietach kobiecych, czyli może niekoniecznie słabszych, ale czułych, opiekuńczych i... ubranych jak kobiety. Ale przede wszystkim marzą o tym, że to oni są silni, opiekuńczy i męscy.

I tu od razu wpadamy w stereotypy.
Tymczasem jesteśmy jak wtyczka i gniazdko. Jedno bez drugiego raczej działać nie będzie i choć tak różne, te dwa elementy pasują do siebie jak ulał. Może więc słuszniej byłoby skupić się na dopasowywaniu, zamiast uparcie dowodzić, że jesteśmy odmienni? Wykorzystujmy różnice. To lepsze niż wieczne spory.
Przypomnijmy sobie to, o czym większość z nas doskonale wie, ale z jakiejś przyczyny czasami zapomina. Szkoda, bo pamiętając, mielibyśmy większe szanse, by uniknąć gwałtownych skoków ciśnienia. Ale który mężczyzna, rozwścieczony sytuacją, pomyśli sobie: „No tak, mam w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż kobieta. Testosteron to hormon seksu i agresji. Jeśli pozwolę, by rządziły mną hormony, trudno mi będzie panować nad swoimi reakcjami”. I która kobieta, widząc, że jej luby, a właściwie jego głowa, odwraca się za piękną dziewczyną, pomyśli sobie: „No tak, on ma w organizmie dwadzieścia razy więcej testosteronu niż ja. Testosteron to hormon seksu. Nic więc dziwnego, że głowa czasem nie myśli, tylko się odwraca, ale to przecież niczego nie zmienia między nami. Ja przynajmniej, jako kobieta, jestem wyposażona w szerokokątne widzenie i nie muszę się cała odwracać za tym przystojniakiem, żeby ze wszystkimi detalami widzieć jego wdzięki”.
Czy w gruncie rzeczy kobiety i mężczyźni nie marzą o tym samym? Czy nie chcemy udanego życia, pełnego znaczących sukcesów, gorących uczuć, świetnego seksu, najwspanialszych rozrywek, cudownych podróży, wiernych przyjaciół i oddanej rodziny, na którą zawsze można liczyć? A do tego poczucia swobody, wolności, szacunku partnera dla naszej indywidualności, dla naszych marzeń i potrzeb? Koncert życzeń jest długi, a postulaty przedstawicieli obu płci całkiem podobne. Co więc nam przeszkadza w ich realizacji? Zupełnie nic. Tylko czasem coś nam umyka.
Różnice między paniami a panami są na pozór widoczne gołym okiem, ale te widoczne to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa odmienność tkwi głęboko w nas. W psychice, w emocjach, a przede wszystkim w sposobie ich okazywania, w podejściu do problemów i ich rozwiązywaniu, w nastawieniu do zadań, w rolach odgrywanych w życiu, w podziale obowiązków, choć ten już dawno się zatarł w codziennej gonitwie.

Jesteśmy podobni, a zarazem inni, jesteśmy sobie równi, funkcjonując odmiennie. Jesteśmy tak samo dobrzy w pewnych dziedzinach i tak samo marni w innych w zależności od obszaru działań i myśli, indywidualnych predyspozycji, zdolności, zainteresowań, umiejętności. I co najważniejsze, nikt z nas nie jest stuprocentową kobietą ani stuprocentowym mężczyzną. Dlatego niektóre kobiety zachowują się jak prawdziwi faceci, a niektórzy mężczyźni mają kobiecą wręcz wrażliwość.
Czy kogoś to jeszcze dziwi?

czwartek, 17 lutego 2011

Kochajmy się jak pies z kotem - z dedykacją dla kotów w dniu kota (fragm1)

DROGA CZYTELNICZKO, SZANOWNY CZYTELNIKU,

Ponieważ jeszcze nie bardzo się znamy, zaczniemy ostrożnie, zgodnie z zasadami dobrego wychowania, co jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Wprawdzie wystarczyłoby napisać „drogi Czytelniku” i przedstawiciele obu płci zdawaliby sobie doskonale sprawę z tego, że przekaz jest adresowany do osoby czytającej bez względu na płeć, ale sami wiecie, co się ostatnio porobiło.

Do rzeczy! Czy nie masz wrażenia, drogi Czytelniku, że mimo całej wiedzy, jaką posiadasz, mimo przeczytanych mądrych książek i artykułów w czasopismach, mimo godzin przegadanych z przyjaciółmi, mimo własnych doświadczeń i mozolnie wypracowanej znajomości reguł i praw rządzących relacjami męsko-damskimi zewsząd jesteś otoczony przez wyjątki, które w żaden sposób nie chcą pasować do niczego?
Niespodzianek w dziedzinie kontaktów męsko-damskich z pewnością nie da się uniknąć. Ludzkość boryka się z nimi od czasów jaskiniowych. Zastępy naukowców starają się je wyjaśnić, ale nie jest to takie proste, jak każdy wie z praktyki. Dodatkowo do sprawy mieszają się czynniki natury cywilizacyjnej, kulturowej, politycznej i gospodarczej, a w ostatnim, powiedzmy pięćdziesięcioleciu, nastąpiło kilka gwałtownych zmian światopoglądowych.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Nikt nam nie da recepty na udany związek. Nikt nam nie wyjaśni wszystkich wątpliwości, ale w końcu od czego człowiek ma swój rozum?

Sytuacja wyjściowa wygląda mniej więcej tak:
Uwaga psychologów – to przynajmniej widać wyraźnie na rynku książek i poradników – skupiła się na kobietach i ich potrzebach psychicznych, życiowych i emocjonalnych. Należało im się po wiekach dobijania się praw, przyznajmy to uczciwie. Nie ma dziś chyba człowieka na ziemi, który by nie był świadom, że kobieta „w tych dniach” ma prawo być wściekła i rzucać garami. Ale wahadełko historii i sprawiedliwości dziejowej wychyliło się tak mocno, iż można odnieść wrażenie, że to mężczyzna utracił swoją pozycję. A czy On też ma jakieś dni? I owszem. Ale ile spośród nas o tym wie? Nie napisano zbyt wielu tomów na temat męskiej wrażliwości, pragnień, odmienności ani na temat „tych dni”, które w wypadku mężczyzny należy raczej liczyć w cyklu rocznym.

Książki książkami, psychologia psychologią, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie! Ta prosta zasada sprawia, że choć mamy wszystkie dane w garści, przeważnie pozwalamy, by stare przesądy nadal były górą. Zwłaszcza gdy do głosu dochodzą emocje.
Tymczasem współczesny mężczyzna ma wszystkie swoje odwieczne prawa i obowiązki, a dodatkowo otrzymał misję rozumienia kobiety. Poprzeczka powędrowała tak wysoko, że niektórzy zwyczajnie nie potrafią sprostać nowym zadaniom. Przyznajmy: nie jest łatwo być mężczyzną z kobiecą wrażliwością, a przy tym koniecznie bardzo męskim, być ojcem, ale i matką,mężem,kochankiem,myśliwym, skarbonką...

Kłopot po części polega na tym, że nowe pokolenia mężczyzn są wychowywane przez kobiety. Można zaryzykować takie uogólnienie. Zdecydowanie zanika model, w którym chłopak mniej więcej siedmioletni przechodził pod opiekę mężczyzn i to oni uczyli go walczyć, polować, podejmować decyzje i zapewniać kobietom bezpieczeństwo. Uczyli go męskiej hierarchii wartości i męskich zachowań. Kobiety, choćby nie wiem jak bardzo wszechstronne, mają prawo mieć problemy z wpajaniem męskich wzorców swoim synom. Dziś rolę nauczycieli męskości częściowo przejmują trenerzy sportowi i nauczyciele. Ba! Ale nauczycieli płci męskiej w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum jest jak na lekarstwo. To zawód mocno sfeminizowany. Mężczyźni pojawiają się w większej liczbie dopiero na poziomie edukacji akademickiej. Trochę za późno, by z maminsynka zrobić mężczyznę.

Jest to problem, którego nie potrafimy rozwiązać: jak otoczeni kobietami i pozbawieni solidnego męskiego wzorca chłopcy mają się przeistoczyć w prawdziwych mężczyzn, których pragną kobiety?
Zafundowaliśmy sobie nowy obyczajowo-kulturowy podział ról przy nadal obowiązujących starych rolach społecznych i funkcjach biologicznych – i to się tak prędko nie zmieni. Bo ani polityka, ani tym bardziej poprawność polityczna nie sprawią, by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki organizmy, które ewoluują od setek tysięcy lat, dostosowały się do wymogów dyktowanych przez określone środowiska społeczne
i polityczne.

Dla własnego spokoju, Drogi Czytelniku, nie zważając na poprawność, przesądy i politykę, opracuj własne zasady. Ten ołówek jest dla Ciebie, ta strona również. Sięgnij do swojej wiedzy, przekop zakamarki umysłu, gdzie kryją się wspomnienia...

skreślaj, krytykuj i pisz. Miłej zabawy.

środa, 19 stycznia 2011

Na Progu, fragm. 4

Na dworze owiewa mnie chłodne powietrze. Dobrze mi to robi. Delikatny deszcz orzeźwia moją twarz. Idę w stronę samochodu chwiejnym krokiem, zupełnie jakbym był pijany. Pijany szalonymi, sprzecznymi emocjami. Już mam otworzyć drzwi, ale raz jeszcze spoglądam na kościół.
Wygląda imponująco na tle czarnego nieba. Wcześniej wydawał mi się spokojny i malowniczy, teraz – przerażający i groźny. Mam wrażenie, że kryje ohydne tajemnice i gdybym otworzył jego drzwi, to potok krwi i trupów wylałby się aż do moich stóp.
Krzywiąc się, wsiadam do samochodu i ruszam. Jadę bardzo szybko i przez całą drogę usiłuję uspokoić umysł. Moje samopoczucie trochę się poprawia, ale nadal pozostaje we mnie dotkliwy lęk. Wyobrażam sobie ojca Lemaya siedzącego w salonie w tej samej pozycji, z głową pochyloną ku ziemi, pochłoniętego przez ciemności. I stojącą obok Gervaise, która nad nim czuwa... na wieczność...
Odrzucam tę myśl daleko od umęczonego umysłu.
W pokoju hotelowym myślę o tym, żeby zadzwonić do Jeanne, ale czuję się zbyt rozdygotany, zbyt zagubiony. Jeszcze nie wiem, co jej powiedzieć. Siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach.
Patrzę na ścianę przed sobą. W uszach mi brzęczy, jakby tysiące głosów próbowały wyjawić mi rzeczy nie do przyjęcia. Niemożliwe!
Zwolna brzęczenie się oddala i wyraźnie słyszę jeden głos, coraz czystszy. Głos Jeanne.
„Powiedziałeś, że jesteś gotów przyjąć dowolne wyjaśnienie, Paul, racjonalne lub nie”.
Potrząsam głową, burcząc pod nosem. Nawet jeśli zaakceptuję tę historię, to czy ona wszystko wyjaśnia?
Ojciec Lemay ma rację. Cała prawda pozostaje w cieniu.
A nawet gdybym był zdolny dotrzeć do tej prawdy, to czy potrafiłbym ją przyjąć? Czy ona jest w ogóle do przyjęcia?
Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Dlaczego trafiłem na Roya? Dlaczego? Czemu nie zawieźli go tamtej nocy do innego szpitala? Moje życie byłoby ponure i puste, ale spokojne! A teraz?
Teraz...
W poniedziałek Roy skończy czterdzieści lat. Tak jak Pivot skończył czterdzieści lat w chwili ostatniej odprawianej ceremonii.
Czy wrócę do szpitala w poniedziałek? A jeśli tam pójdę, czy to nie będzie oznaczało przyznania się do tego, że uwierzyłem, iż rzeczywiście coś się wydarzy?
Opadam do tyłu, a moja głowa ląduje na poduszce. Wpatruję się w sufit kompletnie zagubiony.

Przed sobą widzę dwoje drzwi. Te, które były uchylone, otwierają się jeszcze szerzej, czy tego chcę, czy nie.
Nie będę mógł dłużej tkwić na progu. Zresztą tego właśnie chciałem, przejść przez któreś drzwi. Wszystko jedno które.
Ale teraz nie jestem pewien, czy tak bardzo tego chcę. Po prostu nie wiem.

*

Wchodzę do kościoła. Wewnątrz panuje chaos. Wszędzie krew, krzyki i ludzie... Archambeault strzela do przechodzących przed nim dzieci... Boisvert biega z wyłupionymi oczami... Dwóch punków zarzyna się nawzajem w jakimś kącie. Kobieta wlecze trupy dwójki niemowląt, trzymając je za włosy... Spaleni, utopieni, zamordowani, samobójcy... Idę środkiem makabrycznego tłumu. Rozpoznaję stojącego przed ołtarzem ojca Pivota. Wysoki, łysy... Wygląda jak na zdjęciu, które widziałem w gazecie. Jego twarz jest posępna, a uśmiech zły. Unosi zakrwawione dziecko nad głowę i wrzeszczy do mnie:
- Zło nie umiera nigdy, doktorze! Nigdy! A jego moc jest niezwykła!
Dziecko w jego rękach zaczyna rosnąć, dojrzewać, staje się dorosłym Royem. Mimo pełnego cierpienia wycia konających ludzi, którzy mnie otaczają, wołam do niego:
- Kim jesteś? Kim się stałeś? Co się wydarzyło tej okropnej nocy? Powiedz mi wszystko!
Pivot patrzy na mnie płonącymi oczami. Nadal trzyma nad głową dorosłego Roya. Ja zaś krzyczę:
- Chcę prawdy!
- Prawdy? – ryczy ksiądz. – Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!
W tym momencie ciska Roya w moją stronę. Słyszę przerażający wrzask pisarza. Jego oczy... jego oczy stają się coraz większe, ogromne... Coś pojawia się w zdrowym oku... Ten znajomy cień, który widywałem tyle razy, nie mogąc go zrozumieć, a który teraz chce mi się objawić w całej swej ohydzie... w całej...
Zło! Zło! Zło!


*

Budzę się z krzykiem. Naprawdę krzyczę w ciemnym, hotelowym pokoju.
Omal nie zobaczyłem! Omal nie zobaczyłem! Jeszcze jedna sekunda i zobaczyłbym! Zobaczyłbym!
„I nie zniósłbyś tego”, dodaje głos w mojej głowie.
Opadam na wilgotną pościel zlany potem. Wydaje mi się, że płaczę, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
Czy to prawda? Czy nie byłbym zdolny doznać objawienia?
Archambeault, Boisvert, Roy... i tylu innych...
Pivot nie tylko widział... on...
„Prawda? Nawet gdyby ci ją rzucić prosto w twarz i tak nie zdołałbyś jej pojąć!”.
To nie był sen. To było coś więcej. To było... to było...
Zakrywam ręką oczy i zaczynam jęczeć niczym dziecko zagubione w lesie z daleka od matki, od domu.
I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna naprawdę się boję. Boję się nieprzytomnie.

sobota, 15 stycznia 2011

Powrót do korzeni, czyli "Na progu" fragm. 3

Rozmównica przypomina szkolną świetlicę. To uspokaja odwiedzających. Jest tu kilka stolików, a wokół nich stoją ławki. W kącie są nawet dystrybutory napojów gazowanych i słodyczy. Na jednej ścianie znajdują się duże okna prowadzące na wewnętrzny dziedziniec, przez które wpada mnóstwo światła. Krótko mówiąc, całkiem banalne pomieszczenie, gdzie raczej spodziewasz się widoku uczniów niż psychopatów.
Prowadzę Bélaira do jednego z niskich stolików i siadamy obok siebie na ławce. Policjant rozgląda się, jakby czegoś szukał.
- Już niedługo – mówię.
Bélair wyciąga z kieszeni koszuli notesik i ołówek; zaczyna coś nerwowo bazgrolić. Ja patrzę na drzwi w głębi pokoju. Nie te, przez które weszliśmy. Te drugie. Te, które prowadzą do innego świata.
Wreszcie się otwierają, a ja wstrzymuję oddech. Wchodzi Archambeault eskortowany przez dwóch uzbrojonych strażników. Ma na sobie spodnie z szarej bawełny i białą koszulę. Czysty, ogolony i uczesany. Wygląda dokładnie tak jak na zdjęciach w gazetach. Okrągła twarz, małe brązowe oczy, dołeczek w brodzie, spłaszczony nos. Jest całkiem banalny. Tyle że na zdjęciach się uśmiechał, a tutaj ani trochę: te zdjęcia zrobiono, gdy jeszcze należał do innego świata.
Ma kajdanki na nadgarstkach i kostkach, co zmusza go do stawiania małych kroków. Lekko kuleje; przypominam sobie, że kolega strzelił mu w nogę.
Zatrzymuje się przed stołem, patrzy na nas nieporuszony, a potem siada naprzeciwko. Dwaj strażnicy siadają przy innym stole, nieco dalej. Odruchowo Bélair lekko się cofa, ale Archambeault nie patrzy na policjanta. Patrzy na mnie. Intensywnie. Przyglądam się jego oczom. Są niewzruszone. Zmęczone. Może trochę smutne. Czy ja wiem?
Ale widzę w nich również ten nieokreślony błysk, tajemniczy cień, który widziałem parokrotnie w ciągu dwudziestu pięciu lat; błysk, którego nigdy nie zdołałem określić ani zrozumieć.
Widziałem go także w oczach Boisverta tuż przed tym, nim je sobie wyłupił.
„Co pan widzi?”.
Przeganiam ohydne wspomnienie i wracam do siedzącego przede mną Archambeaulta.
Ten mężczyzna z zimną krwią zabił jedenaścioro dzieci.
Mój żołądek zaciska się z jeszcze większą siłą. Po cichu biorę kilka głębokich oddechów. Uspokajam się.
Bélair odchrząkuje. Gdy zaczyna mówić, jego głos jest nieco ostrzejszy, niż powinien być, ale w gruncie rzeczy policjantowi idzie całkiem nieźle. Słyszę coś w tonie jego głosu, jakąś dyskretną emocję, której nie udaje mi się jeszcze wyłapać.
- Panie Archambeault, sierżant detektyw Bélair. To ja zajmuję się tym dochodzeniem. Przedstawiam panu doktora Paula Lacasse’a, psychiatrę. Jest tutaj, by mi pomóc.
Archambeault, skupiony cały czas na mnie, ani przez chwilę nie spojrzał na Bélaira.
- Byłem pewien, że pan nie jest policjantem – mówi.
W filmach psychopaci, którzy siedzą pod kluczem, zawsze mają głos łagodny, inteligentny, spokojny, głos człowieka wykształconego. Głos Archambeaulta jest zupełnie inny. Raczej miękki, trochę wiejski. I lekko nosowy. Za to spokojny, bardzo spokojny.
- A to dlaczego? – pytam.
Uśmiecha się. Gdybyśmy się spotkali w jakimś barze, Archambeault mógłby się wydawać niezwykle sympatyczny. Ten uśmiech z pewnością przysporzył mu wielu przyjaciół i działał uspokajająco na kryminalistów. Uśmiech ze zdjęć w gazetach. Ale dziś jest tylko pozorny, To cień przyzwyczaje-nia. Uśmiech jest pusty i mechaniczny. Archambeault uśmie-cha się bez uśmiechu.
- Przez dziesięć lat byłem gliną. Rozpoznajemy się między sobą.
Teraz ja się do niego uśmiecham grzecznie, ale jednocześnie wyobrażam sobie, jak celuje do dzieci z obu rewolwerów. Gdy przez jakiś czas miało się do czynienia z takimi pacjentami, reakcje wobec nich są bardzo złożone. W przeciwieństwie do przeciętnego człowieka nie odczuwam jedynie niesmaku albo nienawiści. Jest także ciekawość. I fascynacja. To mnie przeraża najbardziej: okropieństwa fascynują. A ja nie chcę, by mnie fascynowały. Zrozumiałem to wówczas, gdy oczy Boisverta wypływały na moją twarz.
A dzisiaj, kiedy siedzę przed Archambeaultem, którego nie rozumiem i którego nikt nigdy nie zrozumie, ta fascynacja powraca wbrew mojej woli jak stary odruch, który drzemał przez wiele lat, podczas gdy ja uważałem go za pokonanego na zawsze. Ohydna fascynacja.
- Panie Archambeault, chciałbym panu zadać kilka pytań – odzywa się Bélair.
Bélair nie odczuwa fascynacji. Udaje mi się wreszcie pojąć to uczucie, które sierżant usiłuje ukryć od chwili wejścia Archambeaulta. To nienawiść. Zwykła ludzka nienawiść. I choć kompletnie niepotrzebna i nieważna, to zazdroszczę mu jej, bo ona pozwoliłaby mi uwolnić się całkowicie od Archambeaulta.
Zabójca patrzy wreszcie na sierżanta. Onieśmielony nagle tym spojrzeniem Bélair pochyla się nad notesem i zaczyna pisać, zadając jednocześnie pytanie:
- Czy pan zna Thomasa Roya?
Pytanie jest bezpośrednie. Bélair ma nadzieję, że to wywoła jakąś reakcję u Archambeaulta. Ten marszczy lekko brwi. Waha się tylko przez sekundę.
- Wie pan, że on tam był, gdy zabijałem dzieci?
Obojętność, z jaką mówi o tej okropnej zbrodni... Nawet jeśli Bélair jest zaskoczony odpowiedzią, nie daje nic po sobie poznać:
- Możliwe. A był tam?
- Doskonale pan wie, że tak. W przeciwnym razie nie mówiłby pan o nim.
- Zna go pan?
- Ze słyszenia, jak wszyscy.
- Osobiście?
- Nie.
Żadnego wahania w tym „nie”. Kategoryczne i pewne siebie. Bélair podnosi lodowaty wzrok znad notatnika:
- Więc co tam robił?
- Nie mam najmniejszego pojęcia.
- Przechodził przypadkiem?
Tym razem Archambeault nie odpowiada. Jego skute kajdankami ręce leżą skrzyżowane na stole, a on patrzy niewzruszony w oczy swego rozmówcy. Obaj strażnicy siedzący nieco dalej zupełnie przestają zwracać uwagę na naszą rozmowę.
Bélair wysuwa głowę do przodu. Znów jest pewny siebie, a wszelkie obawy się ulotniły. Pozostała jedynie nienawiść, której nie jest w stanie kontrolować w pełni.
- Archambeault, jeśli Roy jest umoczony w tej spra-wie, nie ma powodu, żeby pan był jedyną osobą, która za to zapłaci.
Ku mojemu wielkiemu zdumieniu Archambeault śmieje się nosowo szczerze rozbawiony, choć bez cienia radości.
- Co mi pan tu opowiada? Myśli pan, że Roy i ja razem zorganizowaliśmy tę jatkę?
Bélair nie daje się zbić z tropu:
- Ale wiedział pan, że on tam był? Sam pan to powiedział.
- Tak. Widziałem go.
- W którym momencie?
Archambeault unosi prawą dłoń i skrobie się po policzku; lewa dłoń porusza się po tej samej trajektorii, połączona z prawą kajdankami.
- Tuż przed pierwszym wystrzałem. Gdy uniosłem broń, żeby strzelić, zauważyłem go po drugiej stronie ulicy. Rozpoznałem go, a potem zacząłem strzelać.
- To wszystko?
- To wszystko.
Krótka chwila ciszy. Bélair cały czas mu się przygląda, a Archambeault wytrzymuje jego spojrzenie z tą samą obojętnością.
- Widział go pan wtedy po raz pierwszy w życiu?
- Osobiście, tak.
- Nigdy nie rozmawialiście?
- Nie.
- A więc był tam przypadkiem, zgadza się?
Archambeault ponownie nie odpowiada na to pytanie. Ten szczegół mnie intryguje.
- Zadałem panu pytanie, panie Archambeault.
- Dlaczego pan uważa, że Roy jest w to zamieszany? – pyta były policjant.
Bélair się waha. Patrzy na mnie pytająco. Rozumiem jego intencje i po chwili zastanowienia decyduję, że możemy o tym powiedzieć. Zaczynam więc:
- Tego samego wieczoru po strzelaninie znaleziono Thomasa Roya w jego własnym mieszkaniu, wiszącego za oknem...
Opowiadam mu pokrótce, jaki jest stan Roya. W jakiś przedziwny sposób mówienie o tym pomaga mi i chociaż brzuch nadal mnie boli, to ból staje się do zniesienia. Archambeault słucha mnie bardzo uważnie. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że moje opowiadanie go pasjonuje, ale maska na jego twarzy zabarwia się delikatnie ciekawością. Gdy skończyłem mówić, zastanawia się kilka chwil, potem pyta:
- Gdy go znaleźliście, rozpoczął pisanie powieści, której tematem była moja historia?
- Nie całkiem pańska, ale była do niej bardzo podobna. Policjant, który szykuje się do zabicia dzieci. Z tego, co mi powiedziano...
- Ale ja niczego nie przygotowywałem. To był impuls i tyle.
Zimna krew, przerażająco zimna krew.
- To bez znaczenia. Pan Roy widział tę scenę i ona prawdopodobnie go zainspirowała.
- Chyba że przygotowaliście tę jatkę razem – dodaje Bélair.
Były policjant przygląda mu się z niedowierzaniem.
- Wyrażę się całkiem jasno. Thomas Roy i ja się nie znamy. Niczego razem nie przygotowywaliśmy, a poza tym nie widziałem go nigdy w życiu aż do tego dnia. Zgoda?
- A więc twierdzi pan, że Roy się tam znalazł przypadkiem?
Milczenie Archambeaulta. Uporczywe milczenie w odpowiedzi na to właśnie pytanie coraz bardziej mnie intryguje. Pytam znacznie łagodniej niż Bélair:
- Panie Archambeault, czy pan uważa, że Thomas Roy znalazł się tam przypadkowo?
Obiecałem sobie, że nie będę się wtrącał bezpośrednio, ale trudno. Archambeault się waha. Po raz pierwszy wydaje się zaniepokojony. Obserwuje swoje dłonie przez kilka chwil, zwilża usta.
A ja czekam. Jestem zdenerwowany jak pacjent, który się spodziewa ostatecznej diagnozy lekarza. Z całego serca, z całej duszy pragnę, żeby odpowiedział „tak”. Oczywiście, że odpowie „tak”! Co ma niby powiedzieć innego? Czy w ogóle potrzebuję odpowiedzi tego maniaka, czy bez niej nie mam pewności, że siedzę tu całkiem niepotrzebnie?
Wreszcie Archambeault odpowiada:
- Nie.
Czuję ładunek elektryczny przepływający przez mój kręgosłup. Bélair unosi ołówek i przygotowuje się do notowania. Bunt w moim żołądku narasta. Jakby strzelił we mnie piorun. Nie znajduję żadnej odpowiedzi. Sierżant przejmuje pałeczkę.
- W takim razie co tam robił?
Archambeault odwraca się do niego. Zastanawia się, jakby sam sobie zadawał to pytanie. Wreszcie wyjaśnia obojętnym głosem:
- Tego dnia wszystko układało się dobrze. Byłem w formie, czekałem z niecierpliwością na powrót do domu, na spotkanie z żoną i dzieciakami. Gdy Boisclair wysiadł z samochodu, by sprawdzić dokumenty gościa, którego właśnie zatrzymaliśmy, ja czekałem spokojnie. A potem zobaczyłem dzieci, które ustawiały się w jednej linii przed ogrodem botanicznym. I wtedy powiedziałem sobie: zabij je.
Zwraca się do mnie. Ma kamienną twarz, a jego spojrzenie jest puste.
- Zabij je. Ot tak, bez żadnej przyczyny.
Robi i się sucho w ustach.
- Dlatego wysiadłem, zabierając rewolwery: swój i ten zapasowy z samochodu. Ruszyłem w stronę parku, a potem się zatrzymałem. Przez chwilę nie rozumiałem, jak się tu znalazłem. A potem zobaczyłem Roya. I wtedy zrozumiałem, że muszę to zrobić, że jestem tu właśnie po to. Wycelowałem więc do dzieci i zacząłem strzelać... Wystrzeliłem wszystkie kule.
Zapada długa cisza. Nie widzę Bélaira, ale czuję, że siedzi obok mnie kompletnie sparaliżowany. Moje spojrzenie jest stopione ze wzrokiem Archambeaulta. Ani jeden mięsień na jego twarzy się nie porusza. Tylko w jego oczach pojawia się jakiś niewyraźny smutek. Ale czy to rzeczywiście smutek?
I ten błysk, ten przeklęty błysk, którego ciągle nie mogę zrozumieć... którego nigdy nie rozumiałem.
Brzuch mnie już nie boli. Boli mnie wszystko.
Bélair odchrząkuje i pyta:
- Czy pan... Czy to znaczy, że Roy zachęcał pana do strzelania spojrzeniem?
- Nie – odpowiada Archambeault, patrząc na sierżanta. – Nic takiego nie powiedziałem. Roy nie zachęcał mnie w żaden sposób. Mówię tylko, że wysiadłem z samochodu z zamiarem zabicia tych dzieci bez żadnego powodu... Gdy się znalazłem na miejscu, zawahałem się, a potem, widząc Roya, poczułem, że moje wątpliwości znikają.
- Ponieważ zobaczył pan zachętę w jego oczach – upiera się Bélair.
- Nie. Nie! – poirytowany Archambeault macha gwałtownie ręką. – Nic nie widziałem w jego oczach. Ani zachęty, ani przyzwolenia! Nawet nie wiem, czy patrzył akurat na mnie!
- W takim razie dlaczego pan mówi, że na jego widok wyzbył się pan wątpliwości? – denerwuje się policjant. – Dlaczego mówi pan, że on nie był tam przypadkiem?
Archambeault mruży oczy zamyślony.
- Właściwie przyszło mi to do głowy po fakcie... Gdy znalazłem się tutaj. Przypomniał mi się Roy, a potem pomyślałem sobie, że on tam był jako...
Milknie. Znów się zastanawia, a na koniec uzupełnia:
- ... jako świadek.
To dla mnie szok. Wbrew mojej woli echo spotkania z Monette’em pobrzmiewa mi w głowie.
- Świadek pańskiej zbrodni? – pyta Bélair niepewnym głosem.
- Nie wiem. Po prostu świadek.
Milknie, a jego spojrzenie błądzi gdzieś w przestrzeni.
Dlaczego zrobiło to na mnie tak wielkie wrażenie? Ten człowiek jest niezrównoważony i to, co opowiada, powinno być uznane za czysty wymysł. Tak jak w przypadku zbrodniarzy, którzy twierdzą, że otrzymali rozkaz od samego Boga. Odzyskuję panowanie nad sobą. Użycie słowa „świadek” wytrąciło mnie z równowagi na krótką chwilę. Odzyskuję kontrolę nad sobą i zadaję pytanie:
- Co pan miał zamiar zrobić po tej strzelaninie, panie Archambeault, gdyby zdążył pan naładować rewolwery i zabić wszystkie dzieci? Co by pan zrobił potem?
Unosi głowę zaskoczony.
- No... popełniłbym samobójstwo.
Tak się często zdarza. Szalony zabójca po dokonanej zbrodni zwraca broń przeciwko sobie. W przebłysku świadomości i wyrzutów sumienia zabija sam siebie. Ale Archambeault stwierdza to z obojętnością, która mnie zdumiewa.
- Miał pan więc wyrzuty sumienia? – pyta Bélair.
- Nie chodzi o wyrzuty sumienia. To, co odczuwam, jest znacznie silniejsze.
- Co pan zatem odczuwa?
Długo milczy, wreszcie mówi bardzo wyraźnie:
- Zło.
Znów patrzy na mnie, cały czas tak samo niewzruszony. Ciągle widzę ten zamglony blask czający się w jego oczach.
Wraca wspomnienie Boisverta.
„Widzę go! Widzę go! Widzę go!”.
Zadaję pytanie nieomal wbrew sobie:
- A czym jest Zło, panie Archambeault?
Przygląda mi się ze zdziwieniem, a nawet, jak mi się zdaje, z pewną ironią.
- Jak to, doktorze? Po tylu latach jeszcze pan nie wie?
Jego odpowiedź jest jak cios pięścią. Nagle mam wrażenie, że to nie Archambeault mówi do mnie, ale ktoś znacznie bliższy, znacznie lepiej mi znany. Ktoś, kto szedł za mną przez całe życie i śmiał się za moimi plecami.