Temperatura z pewnością dochodziła do pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Z nieba lał się żar. Ogorzała skóra Novaka znosiła go raczej dobrze, lecz niebieskie oko odmówiło zaadaptowania się do niezwykłej jasności panującej na zewnątrz. Jimmy przełożył więc skórzaną opaskę na prawą stronę, tak by chronić oko.
Podobnie jak wnętrze Tumono House miasto Penlocke było ciągiem brukowanych ulic, uliczek i ślepych zaułków. Domy budowane z muru pruskiego, do którego użyto kamienia i cegły, były bardzo wąskie i nie wyższe niż trzy piętra. Niektóre miały nieco szersze fasady, ale wyższe nie były. Jimmy nie bardzo wiedział, co myśleć o ich archaicznym wyglądzie. Miał wrażenie, że się znalazł w jakimś mieście europejskim pięć wieków wcześniej. Tymczasem niektóre detale wskazywały wyraźnie na współczesność. Na przykład lampy uliczne, krótkie rynny przycięte z opon albo podziurawione blachy z metalu, które tu i ówdzie służyły za okna.
Na głównych ulicach, zresztą niewiele szerszych niż pozostałe uliczki miasta, nie było ani jednego pojazdu. Jimmy pomyślał, że można tu jeździć na rowerze lub motocyklu. Opony służące za rynny musiały przecież skądś pochodzić.
Sklepów też nie było zbyt wiele. Kilka szyldów z wypisanymi nazwiskami, rzadziej wskazówką o branży wisiało na krótkich łańcuchach. Jimmy krążył po uliczkach myśląc, że „prawdziwy” handel został być może zgrupowany w jakiejś jednej dzielnicy, której jeszcze nie odwiedził. Chciało mu się pić i z przyjemnością ochłodziłby głowę oraz podeszwy stóp, które go paliły, jednak coraz jaśniej świtała mu w głowie myśl, że nie znajdzie wody, chyba, że wróci do Tumono House i zbudzi Shandrę.
Maszerował tak jeszcze kilka minut, zanim zauważył zardzewiałą beczkę ukrytą w cieniu pod występem dachu, usiadł i oparł plecy o ciepłą ścianę z cegły. Uchylił opaskę przysłaniającą oko.
Dziwnie się czuł krążąc po nieznanym mieście w środku dnia, gdy tymczasem wszyscy mieszkańcy spali. Jeszcze dziwniejsze było to, że nie wiedział, gdzie się znajduje to miasto ani w jaki sposób tutaj dotarł. A jednak był pewien, że w końcu przypomni sobie, co się wydarzyło między chwilą, gdy zanurkował w rzece Test a przebudzeniem w piwnicy Tumono House. I skoro on sam nadal żył, nie było powodu, by Aia nie żyła. Czy to możliwe, że znajduje się w Penlocke podobnie jak on? Gdzie mogło się schować trzy i pół letnie dziecko, które znalazło się samo w nieznanym sobie miejscu?
Novak znów przysłonił oko i ruszył w drogę. Nie chciał wykrzykiwać imienia córki licząc na to, że go usłyszy i mu odpowie. Shandra okazała się bardzo miła, ale nic nie gwarantowało, że reszta mieszkańców miasta przyjmie obcego, który zakłóci ich sen równie serdecznie. Postanowił nadal samodzielnie odkrywać Penlocke rozglądając się uważnie za Aią.
Pomyślał też, że nie będzie chodził bez sensu po mieście, lecz obierze jeden kierunek i zajdzie tak daleko, jak to możliwe. Ciekaw był, gdzie się kończy Penlocke, a zaczyna pustynia.
Kilka razy Jimmy musiał zboczyć z drogi, aż w końcu dotarł do granic miasta. Nie miał co do tego żadnej wątpliwości, ponieważ stanął przed murem z czerwonawej cegły wysokim na pięć metrów, który ciągnął się w lewo i w prawo, jak okiem sięgnąć. Dlaczego taki wysoki? Aby chronić miasto przed burzami piaskowym? Przed napaścią dzikich zwierząt? Przed wrogami z... właściwie skąd? Z pustyni? Z innego miasta? Shandra nie wspominała o żadnym innym mieście, ale to nie znaczy przecież, że inne miasta nie istniały.
Novak szedł wzdłuż muru, dopóki nie dotarł do wielkich drewnianych drzwi zamkniętych na kłódkę, nieco niższych niż mur i szerokich na co najmniej dwa metry. Zastanawiał się, kto był uprawniony do otwierania tych drzwi. Miał ochotę sprawdzić, co się znajduje po drugiej stronie, lecz uznał, że to nie jest odpowiedni moment. Nie opuści Penlocke, zanim nie uzyska pewności, że Ai tu nie ma. Dopiero wtedy ruszy jej szukać, gdziekolwiek się znalazła. Żaden mur, żadna brama zamknięta na kłódkę go przed tym nie powstrzyma.
poniedziałek, 9 maja 2011
piątek, 29 kwietnia 2011
Purpurowy cień (3)
PENCLOCKE
Jimmy Novak otworzył oko. Wokół niego panowały całkowite ciemności. Czuł się lekko, jego ciało unosiło się na powierzchni letniej wody. Powoli poruszył ramionami i nogami, jego mięśnie były rozluźnione, serce biło normalnie. Jedyny ból, jaki odczuwał, umościł się w centrum splotu słonecznego.
Aia, pomyślał.
Novak naprężył ciało, by zmienić pozycję w wodzie. Stopami natrafił na grunt. Stanął pewnie, góra jego ciała wystawała powyżej linii, jak mu się zdawało, wody.
- Aia? – szepnął.
Gdzie był? Co się wydarzyło, po tym jak zanurkował w rzece Test?
Novak poruszał się w ciemnościach. Zrobił trzy kroki i jego uda dotknęły czegoś twardego. Pomacał dłonią. Wydawało mu się, że dotyka drewna, że to zarys jakiejś platformy. Nacisnął, ale nic się nie poruszyło, Jimmy podciągnął się na pomost, wolno rozprostował długie ciało. Jego głowa otarła się o sufit. Przypuszczał, że się znajduje w piwnicy.
Miał zamiar zbadać przestrzeń, w której się znalazł, ale ból w splocie słonecznym przykuwał go do miejsca. Wrażenie było inne niż przy fizycznej ranie, to był ból moralny zlokalizowany w miejscu, do którego je przesłał, ból spowodowany rozłąką z Aią i Turą.
Novak skupił całą swoją energię na tym, by odizolować i uśpić chwilowo ten ból. Głęboko wdychał i wydychał powietrze, dobre dziesięć razy, aż wreszcie ucisk w splocie słonecznym zaczął słabnąć. Nie zdoła go całkiem pokonać, dopóki nie odnajdzie dwóch najważniejszych osób w swoim życiu. Teraz jednak przynajmniej nad nim panował.
Jimmy ruszył po omacku przed siebie. Jego bose stopy trafiły na wzniesienie, potem na kolejne. Palcami stóp omiótł powierzchnię pomostu od lewej do prawej strony, by sprawdzić szerokość tego, co mu się zdawało być bardzo wąskimi schodami. Tylko jedna osoba mogła na nich stanąć. Novak zaczął się wspinać po schodach. Jego ręce dotykały ścian po obu stronach, ścian z desek przybitych gwoździami.
Po dobrej minucie dotarł do drzwi. Znalazł klamkę, nie mógł jej jednak otworzyć. Rozważał możliwe hipotezy: w ciemnościach, bez narzędzi, próba rozebrania zamka, jeśli taki w ogóle istniał, byłaby absurdem. Mógł kopnąć w drzwi w nadziei, że się otworzą. Jednak wtedy jego wejście nie należałoby do najdyskretniejszych, on zaś nie miał pojęcia, co się znajduje po drugiej stronie.
Wybierając ostrożność Novak przyłożył ucho do drzwi i zastukał trzy razy. Odczekał kilka sekund. Panowała martwa cisza. Zastukał raz jeszcze z nieco większą siłą, ale i ta próba spotkała się z brakiem reakcji. Jimmy nie potrafił czekać bezczynnie, zszedł więc kilka stopni, mocno zaparł się o ścianę i wymierzył solidnego kopniaka. Drzwi stawiały opór i musiał się przymierzyć jeszcze kilka razy, zanim wreszcie ustąpiły.
Po drugiej stronie panowały równie głębokie ciemności. Przez dobrą chwilę Novak stał nieruchomo nadstawiając ucha na najmniejszy dźwięk, który mógł być wskazówką. Ale niczego nie słyszał. Ruszył przed siebie, tym razem korytarzem niewiele szerszym niż schody. Wreszcie dostrzegł w mroku zarys kształtu. Na końcu korytarza zwisał materiał, a przez jego brzegi przesączało się słabe światło. Podszedł do zasłony i odchylił tylko tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie.
Stojąc na lekko rozstawionych nogach z ramionami wzniesionymi nieco do góry, wysoka kobieta o krótkich blond włosach patrzyła z przerażeniem na zasłonę. W prawym ręku trzymała kandelabr. Przedmiot musiał być ciężki dla jej kruchej dłoni. Z pewnością usłyszała hałas, jaki spowodowało wyważenie drzwi.
- Kim jesteś? – zapytała stanowczym głosem.
Novak odsunął zasłonę i ruszył w stronę młodej kobiety, która szybko wycofała się o kilka kroków. Jimmy zdawał sobie sprawę, że z przepaską na lewym oku, nagi do pasa i na bosaka, nie może budzić zaufania. Znieruchomiał.
- Nazywam się Jimmy Novak. Nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem. Możesz mi pomóc?
- Którędy wszedłeś?
- Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić, jak tu dotarłem.
Novak wiedział, że nie uspokaja jej tymi słowami, więc spojrzał jej szczerze w oczy próbując dać do zrozumienia, że nie chce wyrządzić najmniejszej krzywdy. Po kilku sekundach zauważył, że jej ciało się odpręża. Kobieta zrezygnowała z defensywnej postawy i odstawiła kandelabr na stół.
- Jestem Shandra – powiedziała ujmującym głosem. – Znajdujesz się w Tumono House.
Pomieszczenie oświetlała tylko jedna świeca. Shandra potarła zapałkę i zapaliła wszystkie świece w odstawionym kandelabrze, dzięki czemu Novak mógł się przyjrzeć otoczeniu. Był to salon podzielony na kilka części, a w każdej stała kozetka, kanapa albo dwa fotele. Ściany były ozdobione draperiami o żywych barwach, a z sufitu zwisały kadzielniczki. Na stolikach stały kandelabry, lampiony, wszystkie jednak wygaszone. Dywany o egzotycznych motywach pokrywały podłogę.
- Co to jest Tumono House?
- Dom prostytutek.
Co ja robię w burdelu? – zastanawiał się Novak uznając zarazem, że ma jednak szczęście, bo mógł wylądować w miejscu znacznie mniej przyjaznym.
- Chodź za mną – powiedziała Shandra chwytając znów kandelabr.
Novak ruszył za młodą kobietą. Uznał, że długa ciemnoniebieska suknia o surowym kroju, która skrywała jej ciało, wcale nie kojarzy się z wyzywającymi ubraniami, jakie zwykle nosiły prostytutki. Być może jednak Shandra nie była jedną z nich?
Minęli salon i weszli w inny wąski korytarz. Ściany pokrywały delikatne, przezroczyste materiały haftowane złotą nicią, a po obu stronach korytarza było wiele drzwi. Następnie weszli na górę schodami, minęli znowu mnóstwo innych korytarzy, które zdawały się tworzyć bardzo skomplikowany labirynt. Zeszli po innych schodach, skręcili w lewo, potem w prawo... Novak zastanawiał się, co to za labirynt. Jedno było pewne: aby móc przemieszczać się z taką pewnością siebie jak Shandra, należało przebywać tu – albo żyć – od dłuższego czasu.
Nikogo po drodze nie spotkali. Drzwi, najpewniej prowa-dzące do pokojów, były pozamykane i w całym domu panowała cisza. Gdzie więc były dziewczęta i klienci?
Shandra popchnęła wreszcie któreś drzwi, weszła do po-mieszczenia, a za nią Novak. Dziewczyna zamknęła drzwi.
Nie znajdowali się w pokoju, ale raczej w małym salonie z kuchnią, gdzie stała komoda, okrągły stół, dwa krzesła. Był też zlew i niewielki blat, na którym stała kuchenka. Na ścianie, na wprost blatu wisiały długie suknie podobne do tej, którą miała na sobie Shandra, ale w różnych kolorach, od najbardziej pastelowych do najżywszych. Niektóre były haftowane.
- Możesz usiąść – powiedziała odstawiając kandelabr na komodę.
- Mam mokre spodnie.
Novak dostrzegł błysk wahania w wielkich, zielonych oczach Shandry.
- Zdejmij je, szybciej wyschną.
Jimmy zdjął jeansy. Pod spodem nie miał niczego, Shandra powiesiła spodnie na oparciu krzesła, po czym zdjęła szarą suknię zawieszoną na ścianie i podała ją gościowi. Był wystarczająco szczupły, by ją założyć bez najmniejszego problemu. Usiadł.
- Chcesz się czegoś napić? Wódka? Gin?...
- Herbatę, jeśli masz.
- Koftee?
- Co to jest?
- To mieszanka kawy, herbaty i przypraw. Jest wspaniała albo ohydna, zależy od upodobań.
- Spróbuję.
Shandra zajęła się przyrządzaniem koftee. Jimmy skorzystał z okazji i rzucił okiem za gęstą, czarną zasłonę, obok której siedział. Zaskoczyło go nagle jaskrawe światło dnia, które wpadło przez wąskie okno bez szyb. Zamrugał oczami, by spróbować się przyzwyczaić, ale światło było zbyt intensywne. Zaciągnął zasłonę.
- Jak to możliwe, żebyś tylko ty usłyszała, że wyważyłem drzwi?
- Nie usłyszałabym cię, gdybym była w pokoju, ale zasnęłam w salonie. Czasami to mi się zdarza.
- Zgoda, a gdzie są inni? Dziewczęta, klienci? Dlaczego mam wrażenie, że w tym domu nie ma nikogo?
- Ponieważ jest dzień, a w dzień wszyscy śpią – odparła Shandra, która wydawała się zdziwiona, że Jimmy nie wie o czymś tak oczywistym.
Novak był jeszcze bardziej zdziwiony niż ona. Gdzie się do diabła znalazł?
- Gdzie się znajduje Tumono House?
Shandra odwróciła się do niego.
- W mieście Penlocke.
- Mieście Penlocke – wyszeptał zamyślony.
- A ty, Jimmy, skąd pochodzisz?
- Ze Stockbridge.
Czajnik zaczął gwizdać. Shandra zdjęła do z kuchenki.
- Nigdy nie słyszałam o mieście Stockbridge.
- To miasteczko w Anglii.
- Nigdy też nie słyszałam o Anglii.
Zalała wrzącą wodą jakiś proszek, który wsypała do delikatnych filiżanek. Podała filiżankę swojemu gościowi, a potem usiadła na brzeżku krzesła, na którym suszyły się spodnie.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie – zauważyła. – Jak wszedłeś do Tumono House?
- Obudziłem się w tej wodzie na dole.
- W piwnicy jest woda?
- Nie wiedziałaś o tym?
- Nie.
Shandra zmarszczyła brwi.
- Właściwie – uściśliła – kiedyś słyszałam, że Tumono House został wybudowany na wodzie, ale myślałam, podobnie jak inni, że to legenda.
Jimmy przełknął łyk koftee. Mieszanka miała gorzkawy smak, ale jemu smakowała.
- A gdzie jest Anglia? – spytała Shandra.
- A gdzie jest Penlocke? – odparł Novak z lekkim uśmie-chem.
- Pośrodku pustyni.
- Anglia jest wielką wyspą.
- Co to jest wyspa?
- To kawałek lądu otoczony wodą.
Shandra cały czas się zastanawiała.
- Jak dotarłeś z Anglii aż tutaj?
- Powiedziałem ci, że nie wiem, część odpowiedzi znajduje się prawdopodobnie w piwnicy.
Przez chwilę pili w milczeniu. Jimmy spoglądał ukradkiem na Shandrę. Była ładną dziewczyną, od której biła raczej łagodność i uprzejmość niż seksualność. Co robiła w burdelu? Intrygowało go to, ale na razie ważniejsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, co on tu robi i co robi w Penlocke.
- Chciałbym się przejść po mieście – oznajmił.
- Jeśli sobie życzysz, ale w dzień temperatura jest bardzo wysoka i trudna do zniesienia. Poza tym wszędzie jest pustynia. To nudne.
Wobec pytającego spojrzenia Jimmy’ego Shandra sprecyzowała:
- Nie tylko Tumono House śpi w dzień. Całe miasto śpi.
Novak pomyślał, że to jest właśnie idealny moment, by zwiedzić Penlocke. Pozna trochę miasto, zanim spotka się z jego mieszkańcami.
Dopił herbatę i wstał.
- Doskonała koftee.
Shandra uśmiechnęła się i również wstała.
- Jeśli któryś z obywateli zobaczy cię w tumono, możesz ściągnąć na siebie nieprzyjemności.
Jimmy odnotował słowo „obywatel”. Pociągnął za materiał sukni.
- To jest tumono?
- Tak. I noszą je tylko dziewczęta z Tumono House.
Ponieważ Shandra nosiła tumono, Novak wyciągnął wniosek, że jednak była jedną z „dziewcząt”. Być może prostytutki w Penlocke miały więcej uroku niż zmysłowości.
- W takim razie założę spodnie.
- Jeszcze nie wyschły.
- Nic nie szkodzi – powiedział Jimmy zdejmując tumono i odkładając je na krzesło.
Gdy zakładał swoje jeansy, Shandra zajrzała do jednej z szuflad komody.
- Masz, załóż też to – powiedziała podając mu ciemnozieloną koszulę bez rękawów. – Choć trochę ochroni cię przed słońcem.
Novak założył koszulę.
Kilka minut później, minąwszy kolejne kręte korytarze za swoją gospodynią, Jimmy wyszedł przez główne drzwi Tumono House.
Shandra położyła mu dłoń na przedramieniu.
- Wróć, kiedy tylko zechcesz. Uprzedzę pana Sing Songa, żeby cię wpuścił.
- Dziękuję Shandro.
Novak ruszył nie pytając, kim jest pan Sing Song.
Jimmy Novak otworzył oko. Wokół niego panowały całkowite ciemności. Czuł się lekko, jego ciało unosiło się na powierzchni letniej wody. Powoli poruszył ramionami i nogami, jego mięśnie były rozluźnione, serce biło normalnie. Jedyny ból, jaki odczuwał, umościł się w centrum splotu słonecznego.
Aia, pomyślał.
Novak naprężył ciało, by zmienić pozycję w wodzie. Stopami natrafił na grunt. Stanął pewnie, góra jego ciała wystawała powyżej linii, jak mu się zdawało, wody.
- Aia? – szepnął.
Gdzie był? Co się wydarzyło, po tym jak zanurkował w rzece Test?
Novak poruszał się w ciemnościach. Zrobił trzy kroki i jego uda dotknęły czegoś twardego. Pomacał dłonią. Wydawało mu się, że dotyka drewna, że to zarys jakiejś platformy. Nacisnął, ale nic się nie poruszyło, Jimmy podciągnął się na pomost, wolno rozprostował długie ciało. Jego głowa otarła się o sufit. Przypuszczał, że się znajduje w piwnicy.
Miał zamiar zbadać przestrzeń, w której się znalazł, ale ból w splocie słonecznym przykuwał go do miejsca. Wrażenie było inne niż przy fizycznej ranie, to był ból moralny zlokalizowany w miejscu, do którego je przesłał, ból spowodowany rozłąką z Aią i Turą.
Novak skupił całą swoją energię na tym, by odizolować i uśpić chwilowo ten ból. Głęboko wdychał i wydychał powietrze, dobre dziesięć razy, aż wreszcie ucisk w splocie słonecznym zaczął słabnąć. Nie zdoła go całkiem pokonać, dopóki nie odnajdzie dwóch najważniejszych osób w swoim życiu. Teraz jednak przynajmniej nad nim panował.
Jimmy ruszył po omacku przed siebie. Jego bose stopy trafiły na wzniesienie, potem na kolejne. Palcami stóp omiótł powierzchnię pomostu od lewej do prawej strony, by sprawdzić szerokość tego, co mu się zdawało być bardzo wąskimi schodami. Tylko jedna osoba mogła na nich stanąć. Novak zaczął się wspinać po schodach. Jego ręce dotykały ścian po obu stronach, ścian z desek przybitych gwoździami.
Po dobrej minucie dotarł do drzwi. Znalazł klamkę, nie mógł jej jednak otworzyć. Rozważał możliwe hipotezy: w ciemnościach, bez narzędzi, próba rozebrania zamka, jeśli taki w ogóle istniał, byłaby absurdem. Mógł kopnąć w drzwi w nadziei, że się otworzą. Jednak wtedy jego wejście nie należałoby do najdyskretniejszych, on zaś nie miał pojęcia, co się znajduje po drugiej stronie.
Wybierając ostrożność Novak przyłożył ucho do drzwi i zastukał trzy razy. Odczekał kilka sekund. Panowała martwa cisza. Zastukał raz jeszcze z nieco większą siłą, ale i ta próba spotkała się z brakiem reakcji. Jimmy nie potrafił czekać bezczynnie, zszedł więc kilka stopni, mocno zaparł się o ścianę i wymierzył solidnego kopniaka. Drzwi stawiały opór i musiał się przymierzyć jeszcze kilka razy, zanim wreszcie ustąpiły.
Po drugiej stronie panowały równie głębokie ciemności. Przez dobrą chwilę Novak stał nieruchomo nadstawiając ucha na najmniejszy dźwięk, który mógł być wskazówką. Ale niczego nie słyszał. Ruszył przed siebie, tym razem korytarzem niewiele szerszym niż schody. Wreszcie dostrzegł w mroku zarys kształtu. Na końcu korytarza zwisał materiał, a przez jego brzegi przesączało się słabe światło. Podszedł do zasłony i odchylił tylko tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie.
Stojąc na lekko rozstawionych nogach z ramionami wzniesionymi nieco do góry, wysoka kobieta o krótkich blond włosach patrzyła z przerażeniem na zasłonę. W prawym ręku trzymała kandelabr. Przedmiot musiał być ciężki dla jej kruchej dłoni. Z pewnością usłyszała hałas, jaki spowodowało wyważenie drzwi.
- Kim jesteś? – zapytała stanowczym głosem.
Novak odsunął zasłonę i ruszył w stronę młodej kobiety, która szybko wycofała się o kilka kroków. Jimmy zdawał sobie sprawę, że z przepaską na lewym oku, nagi do pasa i na bosaka, nie może budzić zaufania. Znieruchomiał.
- Nazywam się Jimmy Novak. Nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem. Możesz mi pomóc?
- Którędy wszedłeś?
- Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić, jak tu dotarłem.
Novak wiedział, że nie uspokaja jej tymi słowami, więc spojrzał jej szczerze w oczy próbując dać do zrozumienia, że nie chce wyrządzić najmniejszej krzywdy. Po kilku sekundach zauważył, że jej ciało się odpręża. Kobieta zrezygnowała z defensywnej postawy i odstawiła kandelabr na stół.
- Jestem Shandra – powiedziała ujmującym głosem. – Znajdujesz się w Tumono House.
Pomieszczenie oświetlała tylko jedna świeca. Shandra potarła zapałkę i zapaliła wszystkie świece w odstawionym kandelabrze, dzięki czemu Novak mógł się przyjrzeć otoczeniu. Był to salon podzielony na kilka części, a w każdej stała kozetka, kanapa albo dwa fotele. Ściany były ozdobione draperiami o żywych barwach, a z sufitu zwisały kadzielniczki. Na stolikach stały kandelabry, lampiony, wszystkie jednak wygaszone. Dywany o egzotycznych motywach pokrywały podłogę.
- Co to jest Tumono House?
- Dom prostytutek.
Co ja robię w burdelu? – zastanawiał się Novak uznając zarazem, że ma jednak szczęście, bo mógł wylądować w miejscu znacznie mniej przyjaznym.
- Chodź za mną – powiedziała Shandra chwytając znów kandelabr.
Novak ruszył za młodą kobietą. Uznał, że długa ciemnoniebieska suknia o surowym kroju, która skrywała jej ciało, wcale nie kojarzy się z wyzywającymi ubraniami, jakie zwykle nosiły prostytutki. Być może jednak Shandra nie była jedną z nich?
Minęli salon i weszli w inny wąski korytarz. Ściany pokrywały delikatne, przezroczyste materiały haftowane złotą nicią, a po obu stronach korytarza było wiele drzwi. Następnie weszli na górę schodami, minęli znowu mnóstwo innych korytarzy, które zdawały się tworzyć bardzo skomplikowany labirynt. Zeszli po innych schodach, skręcili w lewo, potem w prawo... Novak zastanawiał się, co to za labirynt. Jedno było pewne: aby móc przemieszczać się z taką pewnością siebie jak Shandra, należało przebywać tu – albo żyć – od dłuższego czasu.
Nikogo po drodze nie spotkali. Drzwi, najpewniej prowa-dzące do pokojów, były pozamykane i w całym domu panowała cisza. Gdzie więc były dziewczęta i klienci?
Shandra popchnęła wreszcie któreś drzwi, weszła do po-mieszczenia, a za nią Novak. Dziewczyna zamknęła drzwi.
Nie znajdowali się w pokoju, ale raczej w małym salonie z kuchnią, gdzie stała komoda, okrągły stół, dwa krzesła. Był też zlew i niewielki blat, na którym stała kuchenka. Na ścianie, na wprost blatu wisiały długie suknie podobne do tej, którą miała na sobie Shandra, ale w różnych kolorach, od najbardziej pastelowych do najżywszych. Niektóre były haftowane.
- Możesz usiąść – powiedziała odstawiając kandelabr na komodę.
- Mam mokre spodnie.
Novak dostrzegł błysk wahania w wielkich, zielonych oczach Shandry.
- Zdejmij je, szybciej wyschną.
Jimmy zdjął jeansy. Pod spodem nie miał niczego, Shandra powiesiła spodnie na oparciu krzesła, po czym zdjęła szarą suknię zawieszoną na ścianie i podała ją gościowi. Był wystarczająco szczupły, by ją założyć bez najmniejszego problemu. Usiadł.
- Chcesz się czegoś napić? Wódka? Gin?...
- Herbatę, jeśli masz.
- Koftee?
- Co to jest?
- To mieszanka kawy, herbaty i przypraw. Jest wspaniała albo ohydna, zależy od upodobań.
- Spróbuję.
Shandra zajęła się przyrządzaniem koftee. Jimmy skorzystał z okazji i rzucił okiem za gęstą, czarną zasłonę, obok której siedział. Zaskoczyło go nagle jaskrawe światło dnia, które wpadło przez wąskie okno bez szyb. Zamrugał oczami, by spróbować się przyzwyczaić, ale światło było zbyt intensywne. Zaciągnął zasłonę.
- Jak to możliwe, żebyś tylko ty usłyszała, że wyważyłem drzwi?
- Nie usłyszałabym cię, gdybym była w pokoju, ale zasnęłam w salonie. Czasami to mi się zdarza.
- Zgoda, a gdzie są inni? Dziewczęta, klienci? Dlaczego mam wrażenie, że w tym domu nie ma nikogo?
- Ponieważ jest dzień, a w dzień wszyscy śpią – odparła Shandra, która wydawała się zdziwiona, że Jimmy nie wie o czymś tak oczywistym.
Novak był jeszcze bardziej zdziwiony niż ona. Gdzie się do diabła znalazł?
- Gdzie się znajduje Tumono House?
Shandra odwróciła się do niego.
- W mieście Penlocke.
- Mieście Penlocke – wyszeptał zamyślony.
- A ty, Jimmy, skąd pochodzisz?
- Ze Stockbridge.
Czajnik zaczął gwizdać. Shandra zdjęła do z kuchenki.
- Nigdy nie słyszałam o mieście Stockbridge.
- To miasteczko w Anglii.
- Nigdy też nie słyszałam o Anglii.
Zalała wrzącą wodą jakiś proszek, który wsypała do delikatnych filiżanek. Podała filiżankę swojemu gościowi, a potem usiadła na brzeżku krzesła, na którym suszyły się spodnie.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie – zauważyła. – Jak wszedłeś do Tumono House?
- Obudziłem się w tej wodzie na dole.
- W piwnicy jest woda?
- Nie wiedziałaś o tym?
- Nie.
Shandra zmarszczyła brwi.
- Właściwie – uściśliła – kiedyś słyszałam, że Tumono House został wybudowany na wodzie, ale myślałam, podobnie jak inni, że to legenda.
Jimmy przełknął łyk koftee. Mieszanka miała gorzkawy smak, ale jemu smakowała.
- A gdzie jest Anglia? – spytała Shandra.
- A gdzie jest Penlocke? – odparł Novak z lekkim uśmie-chem.
- Pośrodku pustyni.
- Anglia jest wielką wyspą.
- Co to jest wyspa?
- To kawałek lądu otoczony wodą.
Shandra cały czas się zastanawiała.
- Jak dotarłeś z Anglii aż tutaj?
- Powiedziałem ci, że nie wiem, część odpowiedzi znajduje się prawdopodobnie w piwnicy.
Przez chwilę pili w milczeniu. Jimmy spoglądał ukradkiem na Shandrę. Była ładną dziewczyną, od której biła raczej łagodność i uprzejmość niż seksualność. Co robiła w burdelu? Intrygowało go to, ale na razie ważniejsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, co on tu robi i co robi w Penlocke.
- Chciałbym się przejść po mieście – oznajmił.
- Jeśli sobie życzysz, ale w dzień temperatura jest bardzo wysoka i trudna do zniesienia. Poza tym wszędzie jest pustynia. To nudne.
Wobec pytającego spojrzenia Jimmy’ego Shandra sprecyzowała:
- Nie tylko Tumono House śpi w dzień. Całe miasto śpi.
Novak pomyślał, że to jest właśnie idealny moment, by zwiedzić Penlocke. Pozna trochę miasto, zanim spotka się z jego mieszkańcami.
Dopił herbatę i wstał.
- Doskonała koftee.
Shandra uśmiechnęła się i również wstała.
- Jeśli któryś z obywateli zobaczy cię w tumono, możesz ściągnąć na siebie nieprzyjemności.
Jimmy odnotował słowo „obywatel”. Pociągnął za materiał sukni.
- To jest tumono?
- Tak. I noszą je tylko dziewczęta z Tumono House.
Ponieważ Shandra nosiła tumono, Novak wyciągnął wniosek, że jednak była jedną z „dziewcząt”. Być może prostytutki w Penlocke miały więcej uroku niż zmysłowości.
- W takim razie założę spodnie.
- Jeszcze nie wyschły.
- Nic nie szkodzi – powiedział Jimmy zdejmując tumono i odkładając je na krzesło.
Gdy zakładał swoje jeansy, Shandra zajrzała do jednej z szuflad komody.
- Masz, załóż też to – powiedziała podając mu ciemnozieloną koszulę bez rękawów. – Choć trochę ochroni cię przed słońcem.
Novak założył koszulę.
Kilka minut później, minąwszy kolejne kręte korytarze za swoją gospodynią, Jimmy wyszedł przez główne drzwi Tumono House.
Shandra położyła mu dłoń na przedramieniu.
- Wróć, kiedy tylko zechcesz. Uprzedzę pana Sing Songa, żeby cię wpuścił.
- Dziękuję Shandro.
Novak ruszył nie pytając, kim jest pan Sing Song.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
sobota, 23 kwietnia 2011
Purpurowy cień (2)
STOCKBRIDGE
Noc rozciągała się nad angielską wsią na południowy zachód od Londynu. Aia, stojąc bosymi stopami na zimnym i wilgotnych trawniku White House, obserwowała owce skubiące trawę na ziemi sąsiada. Chodziła tam czasem razem z ojcem i głaskała gęstą wełnę. Zwierzęta brzydko pachniały, ale były piękne. W swoim pokoju Aia miała kilka baranków. Siedziały na parapecie okiennym, a przy łóżku stał jeden, duży i czarny, na którym można było jeździć.
- Beeee... – zabeczała dziewczynka o długich, białych włosach w nadziei, że w ten sposób przyciągnie zwierzęta bliżej drewnianego płotu.
Owce pozostały obojętne na jej wołanie. Trudno. Aia postanowiła odwiedzić innych przyjaciół. Podbiegła aż do brzegu rzeki Test płynącej wzdłuż terenu White House. Aia nie umiała zasnąć nie słysząc szumu rzeki. Gdy było zbyt chłodno, by pozostawić otwarte okno, matka włączała jej płytę z nagranym chlupotaniem fal rzeki.
Dziewczynka weszła na drewniany mostek dla pieszych, który łączył oba brzegi rzeki Test. Był porośnięty bluszczem, ale ojciec wyciął część roślin, aby mogła wystawić głowę między belkami barierki. Widziała wtedy pstrągi tęczowe płynące w przejrzystej wodzie i białe łabędzie. Jednak tego ranka nie było ani ryb ani łabędzi.
Aia, w koszuli nocnej, usiadła na mostku, a nogi zwiesiła machając nimi swobodnie nad wodą.
- Aia małą owieczkę miała...
Siedziała tak kilka długich minut machając nogami i podśpiewując, aż zobaczyła w oddali samotnego, czarnego łabędzia, który pływał po rzece.
- Mirion! – zawołała wstając.
- Dlaczego mu nadałaś to imię? – spytała ją kiedyś matka.
- Bo to znaczy: „zawsze będziemy przyjaciółmi”.
Aia opuściła swoje stanowisko na moście i zeszła po stromym brzegu. Przez gałęzie wierzby płaczącej widziała czarnego łabędzia, który płynąc z prądem podążał w jej stronę. Ależ robił na niej wrażenie! Dla Ai był to największy ptak, chociaż matka mówiła, że istnieją znacznie większe od niego.
Czasem dziewczynka wyobrażała sobie, że zamienia się w czarnego łabędzia i razem z Mirionem pływa po wodzie. Ale wiedziała, że to niemożliwe. Zmęczyłaby się pływając cały dzień. No i trzeba by się jeszcze nauczyć latać.
Łabędź był tuż obok Ai. Zazwyczaj płynął w swoją stronę, tym razem jednak skręcił w kierunku dziewczynki i zatrzymał się jakiś metr od niej. Po raz pierwszy Aia widziała Miriona z tak bliska. Zafascynowana ruszyła do przyjaciela. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie i zmoczyła dół koszuli nocnej, ale nie przejęła się tym ani trochę. Wyciągnęła rękę do łabędzia i dotknęła delikatnie piór. Były miększe niż włosy mamy.
- Mos ti mina, Mirion.
Rozmawiała z nim w tajemnym języku, który sobie wymyśliła i mówiła mu, że jest piękny.
Ptak pozwalał się głaskać. Aia była dumna; będzie miała coś ważnego do opowiedzenia rodzicom.
Gładziła pióra Miriona od kilku minut, gdy niedaleko niej woda zaczęła wirować. Zaciekawiona dziewczynka ruszyła w tę stronę, woda sięgała jej teraz do ud. Co dziwne łabędź ruszył za nią, ale szybko ją wyprzedził, jakby wir, z którym nie mógł, albo nie chciał walczyć, przyciągał go i wabił.
Aia widziała, jak Mirion przepływa przed nią nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Potem poczuła, że jej nogi odrywają się gwałtownie od dna rzeki i zanim zdążyła zareagować wir porwał i ją. Dopiero znalazłszy się w jego centrum próbowała uchwycić się przyjaciela. Chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. Oboje z Mirionem obracali się gwałtownie i kilka sekund później zniknęli pod powierzchnią wody.
Jimmy Novak obudził się gwałtownie. Czoło miał pokryte potem, a jego serce biło szybko. Zbyt szybko. Coś musiało się wydarzyć.
- Aia – wyszeptał.
Nie budząc śpiącej towarzyszki wyszedł z łóżka, założył czarne jeansy i szybko ruszył do pokoju dziewczynki. Ai nie było w łóżeczku. Dotknął dłonią pościeli – jeszcze letnia. A więc dziecko wstało niedawno. Zajrzał szybko do innych pokoi na piętrze, potem na parterze. Dziewczynki nie było w White House.
Nie tracąc czasu na zakładanie butów wyszedł z willi tylnym wyjściem. Spojrzał w dal usiłując dostrzec, czy Aia bawi się z owcami. Nie. Może poszła nakarmić łabędzie? Ruszył w stronę rzeki Test.
Gdy Novak zauważył ciało dziewczynki unoszące się na wodzie, miał wrażenie, że uderzył w niego piorun. Przeszył go straszny ból; myślał, że go nie przeżyje. Krew krążyła w jego ciele z taką prędkością, jakby serce miało pęknąć.
Jimmy zamknął prawe oko – to, które mu pozostało – i skoncentrował się, by odnaleźć w sobie jedyną strefę uodpornioną na cierpienia. Gdy do niej dotarł, zaczął odzyskiwać kontrolę nad ciałem.
Potem otworzył oko i rzucił się do wody.
Tura Sherman nie zauważyła, kiedy wyszedł Jimmy. Przetoczyła się na tę część łóżka, na której spał. Poczuła przyjemny zapach lekko piżmowy, korzenny. Z czasem przyzwyczaiła się, że zasypia i budzi się sama. Jimmy potrzebował niewiele snu i wydawało się, że przekazał tę cechę ich córce.
Leżąc w poprzek na łóżku towarzyszka Novaka przeciągnęła się z błogością. Już teraz marzyła o chwili, gdy, w ciągu dnia znajdzie się okazja by być sam na sam z kochankiem. Ich spotkanie było często krótkie, ale intensywne, wykradzione chwile, gdy Aia zasypiała na krótko późnym rankiem albo po południu. Tura szła do atelier Jimmy’ego. Pobudzał ją zapach farby olejnej i płócien, które pokrywały ściany. Tura wiedziała, że w otoczeniu artystycznego świata mężczyzny, którego kochała, może się oddać wszelkim fantazjom pojawiającym się w jej umyśle. Czasami Jimmy zbyt skoncentrowany na sztuce nie bardzo odbierał jej sygnały. Wówczas pozwalała mu pracować. Ale w ciągu dnia, często w chwili, gdy się tego najmniej spodziewała, następował ciąg dalszy.
Tura wstała i założyła czarny szlafrok. Pomyślała, że ma szczęście, bo jej związek miłosny był coraz bogatszy w przeciwieństwie do związków większości par, które na ogół słabły wraz z upływem lat.
Na piętrze było rześko. Sprawdziła okno na końcu korytarza, które często zostawało otwarte na noc, ale nie tym razem. Tura zeszła po imponujących schodach willi i dopiero na parterze ogarnął ją niepokój. Było naprawdę zimno.
- Jim? Aia?
Tura zdała sobie sprawę z ciszy panującej w White House.
W kuchni podniosła pokrywkę czajnika. Zwykle, kiedy tylko Jimmy wstał, przygotowywał w nim herbatę. Czajnik był zimny i pływały w nim liście wczorajszej herbaty.
Tura szybko przeszła przez kuchnię zaciskając poły szlafroka. W korytarzu stwierdziła, że drzwi prowadzące do ogrodu są szeroko otwarte. Ogarnięta złym przeczuciem wyszła na zewnątrz.
- Jim? Aia? – zawołała.
Zaczekała jeszcze kilka sekund w nadziei, że jej ukochany i córka, którzy być może poszli aż na ziemie sąsiada, odpowiedzą. Ale nie dawali żadnych oznak życia.
Tura dobiegła na skraj obszaru White House. Wpatrywała się w rozległy, płaski teren sąsiada, ale jej lewe oko, jedyne, które widziało, dostrzegało wyłącznie owce skubiące trawę. Zaniepokojona zawróciła do willi, lecz nagle zmieniła zdanie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rzeki.
Najpierw zobaczyła długie, białe włosy i nocną koszulę, również białą unoszące się obok mostu.
I zaraz obok nagie plecy Jimmy’ego.
Tura Sherman poczuła się nagle pusta i zlodowaciała.
Noc rozciągała się nad angielską wsią na południowy zachód od Londynu. Aia, stojąc bosymi stopami na zimnym i wilgotnych trawniku White House, obserwowała owce skubiące trawę na ziemi sąsiada. Chodziła tam czasem razem z ojcem i głaskała gęstą wełnę. Zwierzęta brzydko pachniały, ale były piękne. W swoim pokoju Aia miała kilka baranków. Siedziały na parapecie okiennym, a przy łóżku stał jeden, duży i czarny, na którym można było jeździć.
- Beeee... – zabeczała dziewczynka o długich, białych włosach w nadziei, że w ten sposób przyciągnie zwierzęta bliżej drewnianego płotu.
Owce pozostały obojętne na jej wołanie. Trudno. Aia postanowiła odwiedzić innych przyjaciół. Podbiegła aż do brzegu rzeki Test płynącej wzdłuż terenu White House. Aia nie umiała zasnąć nie słysząc szumu rzeki. Gdy było zbyt chłodno, by pozostawić otwarte okno, matka włączała jej płytę z nagranym chlupotaniem fal rzeki.
Dziewczynka weszła na drewniany mostek dla pieszych, który łączył oba brzegi rzeki Test. Był porośnięty bluszczem, ale ojciec wyciął część roślin, aby mogła wystawić głowę między belkami barierki. Widziała wtedy pstrągi tęczowe płynące w przejrzystej wodzie i białe łabędzie. Jednak tego ranka nie było ani ryb ani łabędzi.
Aia, w koszuli nocnej, usiadła na mostku, a nogi zwiesiła machając nimi swobodnie nad wodą.
- Aia małą owieczkę miała...
Siedziała tak kilka długich minut machając nogami i podśpiewując, aż zobaczyła w oddali samotnego, czarnego łabędzia, który pływał po rzece.
- Mirion! – zawołała wstając.
- Dlaczego mu nadałaś to imię? – spytała ją kiedyś matka.
- Bo to znaczy: „zawsze będziemy przyjaciółmi”.
Aia opuściła swoje stanowisko na moście i zeszła po stromym brzegu. Przez gałęzie wierzby płaczącej widziała czarnego łabędzia, który płynąc z prądem podążał w jej stronę. Ależ robił na niej wrażenie! Dla Ai był to największy ptak, chociaż matka mówiła, że istnieją znacznie większe od niego.
Czasem dziewczynka wyobrażała sobie, że zamienia się w czarnego łabędzia i razem z Mirionem pływa po wodzie. Ale wiedziała, że to niemożliwe. Zmęczyłaby się pływając cały dzień. No i trzeba by się jeszcze nauczyć latać.
Łabędź był tuż obok Ai. Zazwyczaj płynął w swoją stronę, tym razem jednak skręcił w kierunku dziewczynki i zatrzymał się jakiś metr od niej. Po raz pierwszy Aia widziała Miriona z tak bliska. Zafascynowana ruszyła do przyjaciela. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie i zmoczyła dół koszuli nocnej, ale nie przejęła się tym ani trochę. Wyciągnęła rękę do łabędzia i dotknęła delikatnie piór. Były miększe niż włosy mamy.
- Mos ti mina, Mirion.
Rozmawiała z nim w tajemnym języku, który sobie wymyśliła i mówiła mu, że jest piękny.
Ptak pozwalał się głaskać. Aia była dumna; będzie miała coś ważnego do opowiedzenia rodzicom.
Gładziła pióra Miriona od kilku minut, gdy niedaleko niej woda zaczęła wirować. Zaciekawiona dziewczynka ruszyła w tę stronę, woda sięgała jej teraz do ud. Co dziwne łabędź ruszył za nią, ale szybko ją wyprzedził, jakby wir, z którym nie mógł, albo nie chciał walczyć, przyciągał go i wabił.
Aia widziała, jak Mirion przepływa przed nią nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Potem poczuła, że jej nogi odrywają się gwałtownie od dna rzeki i zanim zdążyła zareagować wir porwał i ją. Dopiero znalazłszy się w jego centrum próbowała uchwycić się przyjaciela. Chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. Oboje z Mirionem obracali się gwałtownie i kilka sekund później zniknęli pod powierzchnią wody.
Jimmy Novak obudził się gwałtownie. Czoło miał pokryte potem, a jego serce biło szybko. Zbyt szybko. Coś musiało się wydarzyć.
- Aia – wyszeptał.
Nie budząc śpiącej towarzyszki wyszedł z łóżka, założył czarne jeansy i szybko ruszył do pokoju dziewczynki. Ai nie było w łóżeczku. Dotknął dłonią pościeli – jeszcze letnia. A więc dziecko wstało niedawno. Zajrzał szybko do innych pokoi na piętrze, potem na parterze. Dziewczynki nie było w White House.
Nie tracąc czasu na zakładanie butów wyszedł z willi tylnym wyjściem. Spojrzał w dal usiłując dostrzec, czy Aia bawi się z owcami. Nie. Może poszła nakarmić łabędzie? Ruszył w stronę rzeki Test.
Gdy Novak zauważył ciało dziewczynki unoszące się na wodzie, miał wrażenie, że uderzył w niego piorun. Przeszył go straszny ból; myślał, że go nie przeżyje. Krew krążyła w jego ciele z taką prędkością, jakby serce miało pęknąć.
Jimmy zamknął prawe oko – to, które mu pozostało – i skoncentrował się, by odnaleźć w sobie jedyną strefę uodpornioną na cierpienia. Gdy do niej dotarł, zaczął odzyskiwać kontrolę nad ciałem.
Potem otworzył oko i rzucił się do wody.
Tura Sherman nie zauważyła, kiedy wyszedł Jimmy. Przetoczyła się na tę część łóżka, na której spał. Poczuła przyjemny zapach lekko piżmowy, korzenny. Z czasem przyzwyczaiła się, że zasypia i budzi się sama. Jimmy potrzebował niewiele snu i wydawało się, że przekazał tę cechę ich córce.
Leżąc w poprzek na łóżku towarzyszka Novaka przeciągnęła się z błogością. Już teraz marzyła o chwili, gdy, w ciągu dnia znajdzie się okazja by być sam na sam z kochankiem. Ich spotkanie było często krótkie, ale intensywne, wykradzione chwile, gdy Aia zasypiała na krótko późnym rankiem albo po południu. Tura szła do atelier Jimmy’ego. Pobudzał ją zapach farby olejnej i płócien, które pokrywały ściany. Tura wiedziała, że w otoczeniu artystycznego świata mężczyzny, którego kochała, może się oddać wszelkim fantazjom pojawiającym się w jej umyśle. Czasami Jimmy zbyt skoncentrowany na sztuce nie bardzo odbierał jej sygnały. Wówczas pozwalała mu pracować. Ale w ciągu dnia, często w chwili, gdy się tego najmniej spodziewała, następował ciąg dalszy.
Tura wstała i założyła czarny szlafrok. Pomyślała, że ma szczęście, bo jej związek miłosny był coraz bogatszy w przeciwieństwie do związków większości par, które na ogół słabły wraz z upływem lat.
Na piętrze było rześko. Sprawdziła okno na końcu korytarza, które często zostawało otwarte na noc, ale nie tym razem. Tura zeszła po imponujących schodach willi i dopiero na parterze ogarnął ją niepokój. Było naprawdę zimno.
- Jim? Aia?
Tura zdała sobie sprawę z ciszy panującej w White House.
W kuchni podniosła pokrywkę czajnika. Zwykle, kiedy tylko Jimmy wstał, przygotowywał w nim herbatę. Czajnik był zimny i pływały w nim liście wczorajszej herbaty.
Tura szybko przeszła przez kuchnię zaciskając poły szlafroka. W korytarzu stwierdziła, że drzwi prowadzące do ogrodu są szeroko otwarte. Ogarnięta złym przeczuciem wyszła na zewnątrz.
- Jim? Aia? – zawołała.
Zaczekała jeszcze kilka sekund w nadziei, że jej ukochany i córka, którzy być może poszli aż na ziemie sąsiada, odpowiedzą. Ale nie dawali żadnych oznak życia.
Tura dobiegła na skraj obszaru White House. Wpatrywała się w rozległy, płaski teren sąsiada, ale jej lewe oko, jedyne, które widziało, dostrzegało wyłącznie owce skubiące trawę. Zaniepokojona zawróciła do willi, lecz nagle zmieniła zdanie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rzeki.
Najpierw zobaczyła długie, białe włosy i nocną koszulę, również białą unoszące się obok mostu.
I zaraz obok nagie plecy Jimmy’ego.
Tura Sherman poczuła się nagle pusta i zlodowaciała.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
środa, 20 kwietnia 2011
Purpurowy cień (1)
LONDYN
Gęsta mgła od kilku dni otulała Londyn. Ze wszystkich okien rozciągał się widok podobny do tego, który widać przez iluminator samolotu przelatującego w chmurach.
Przechodnie nie widzieli kształtów. Udawało im się orientować w przestrzeni dzięki miejscom oświetlonym przez latarnie, światłom na przejściach i neonom sklepów. Nie było mowy, by dostrzec, kto jeszcze porusza się po chodniku w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Każdy był otoczony duchami, które podobnie jak on sam wyłaniały się nagle z nicości. Ludzie wiedzieli, że ktoś jest obok, gdy słyszeli głosy lub stukot butów o chodnik. W pubach East Endu widmo Kuby Rozpruwacza zyskało na popularności w rozmowach wiedzionych późnym wieczorem. Żartobliwie i z ironią, by przegnać strach, mówiono że może nowy seryjny morderca wykorzysta okazję i zacznie działać.
Pojazdy, z których jedynym widocznym elementem były światła, poruszały się w zamglonym sercu Londynu. Media radziły mieszkańcom pozostanie w domach, ale to nie wystarczyło, żeby zniechęcić Brytyjczyków do codziennej wizyty w pubie.
Borys Wagner, który wyglądał nienagannie w ciemnoniebieskim garniturze z wełny merynosa, wychodził właśnie z galerii Sotheby’s trzymając w ręku czarną skórzaną aktówkę. Mgła nie przeszkadzała mu ani trochę. Łysy mężczyzna zrobił ledwie kilka kroków po New Bond Street, gdy pojawiła się przed nim czerwona plama.
- Proszę mi wybaczyć. Uczestniczyłem w licytacji, podczas której kupił pan wystawione tam pamiętniki.
Borys faktycznie zapłacił właśnie sześćset pięćdziesiąt funtów sterlingów za dziennik paryskiego szlachcica, który bawił w Londynie w 1888 r. Zatrzymał się i popatrzył na młodego mężczyznę. Jego twarz okalały długie dredy w żywym, czerwonym kolorze.
- Wydaje mi się, że i ten pamiętnik pana zainteresuje – dodał mężczyzna podając Wagnerowi trzymane pod lewą pachą szerokie pudło.
Oczy młodego człowieka lśniły niebieską intensywną barwą zmieszaną z ciemnoczerwonymi refleksami. Jego twarz była ozdobiona mikroskopijnymi czarnymi kamieniami; kilka z nich umieszczono na linii zgolonej brwi, inne tworzyły dziwny symbol na lewym nozdrzu, a ostatni tkwił kokieteryjnie niczym pieprzyk tuż nad wargą. Wagner uznał, że jego rozmówca jest nieco podobny do lorda Byrona, który miał jednakowoż bardziej szpiczasty nos, zmysłowe usta i dziurkę w brodzie. Czarny garnitur od Gucciego z kamizelką, a do tego biała koszula na wzór wiktoriański przydawały mężczyźnie arystokratycznego wyglądu.
Borys odłożył aktówkę na chodnik, wziął pudło z brązowej skóry i otworzył je. Odwinął kawałek zamszu, również w brązowym kolorze, który przykrywał książkę o rozmiarach mniej więcej trzydzieści pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Mimo że rogi były nieco zniszczone, sztywna, twarda okładka zachowała się w dobrym stanie. Cierpki zapach pozwalał jednak przypuszczać, że dokument był rzeczywiście bardzo stary. Wagner wolał nie wyjmować go z pudła.
- Dostałby pan za niego dobrą cenę na aukcji – powiedział.
- Nie chcę pieniędzy. Chcę go podarować osobie, która jest rzeczywiście zainteresowana tego rodzaju dziełami, to wszystko.
- Jeśli takie jest pańskie życzenie, dziękuję. Zapewniam, że pański dar zostanie otoczony staranną opieką.
- Jestem o tym przekonany – odparł młody człowiek. – Do widzenia panu.
Nieznajomy zniknął we mgle równie szybko, jak się pojawił.
Borys Wagner zamknął pudło, podniósł swoją aktówkę i skierował się do czarnego bentleya zaparkowanego nieco dalej na New Bond Street.
Gęsta mgła od kilku dni otulała Londyn. Ze wszystkich okien rozciągał się widok podobny do tego, który widać przez iluminator samolotu przelatującego w chmurach.
Przechodnie nie widzieli kształtów. Udawało im się orientować w przestrzeni dzięki miejscom oświetlonym przez latarnie, światłom na przejściach i neonom sklepów. Nie było mowy, by dostrzec, kto jeszcze porusza się po chodniku w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Każdy był otoczony duchami, które podobnie jak on sam wyłaniały się nagle z nicości. Ludzie wiedzieli, że ktoś jest obok, gdy słyszeli głosy lub stukot butów o chodnik. W pubach East Endu widmo Kuby Rozpruwacza zyskało na popularności w rozmowach wiedzionych późnym wieczorem. Żartobliwie i z ironią, by przegnać strach, mówiono że może nowy seryjny morderca wykorzysta okazję i zacznie działać.
Pojazdy, z których jedynym widocznym elementem były światła, poruszały się w zamglonym sercu Londynu. Media radziły mieszkańcom pozostanie w domach, ale to nie wystarczyło, żeby zniechęcić Brytyjczyków do codziennej wizyty w pubie.
Borys Wagner, który wyglądał nienagannie w ciemnoniebieskim garniturze z wełny merynosa, wychodził właśnie z galerii Sotheby’s trzymając w ręku czarną skórzaną aktówkę. Mgła nie przeszkadzała mu ani trochę. Łysy mężczyzna zrobił ledwie kilka kroków po New Bond Street, gdy pojawiła się przed nim czerwona plama.
- Proszę mi wybaczyć. Uczestniczyłem w licytacji, podczas której kupił pan wystawione tam pamiętniki.
Borys faktycznie zapłacił właśnie sześćset pięćdziesiąt funtów sterlingów za dziennik paryskiego szlachcica, który bawił w Londynie w 1888 r. Zatrzymał się i popatrzył na młodego mężczyznę. Jego twarz okalały długie dredy w żywym, czerwonym kolorze.
- Wydaje mi się, że i ten pamiętnik pana zainteresuje – dodał mężczyzna podając Wagnerowi trzymane pod lewą pachą szerokie pudło.
Oczy młodego człowieka lśniły niebieską intensywną barwą zmieszaną z ciemnoczerwonymi refleksami. Jego twarz była ozdobiona mikroskopijnymi czarnymi kamieniami; kilka z nich umieszczono na linii zgolonej brwi, inne tworzyły dziwny symbol na lewym nozdrzu, a ostatni tkwił kokieteryjnie niczym pieprzyk tuż nad wargą. Wagner uznał, że jego rozmówca jest nieco podobny do lorda Byrona, który miał jednakowoż bardziej szpiczasty nos, zmysłowe usta i dziurkę w brodzie. Czarny garnitur od Gucciego z kamizelką, a do tego biała koszula na wzór wiktoriański przydawały mężczyźnie arystokratycznego wyglądu.
Borys odłożył aktówkę na chodnik, wziął pudło z brązowej skóry i otworzył je. Odwinął kawałek zamszu, również w brązowym kolorze, który przykrywał książkę o rozmiarach mniej więcej trzydzieści pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Mimo że rogi były nieco zniszczone, sztywna, twarda okładka zachowała się w dobrym stanie. Cierpki zapach pozwalał jednak przypuszczać, że dokument był rzeczywiście bardzo stary. Wagner wolał nie wyjmować go z pudła.
- Dostałby pan za niego dobrą cenę na aukcji – powiedział.
- Nie chcę pieniędzy. Chcę go podarować osobie, która jest rzeczywiście zainteresowana tego rodzaju dziełami, to wszystko.
- Jeśli takie jest pańskie życzenie, dziękuję. Zapewniam, że pański dar zostanie otoczony staranną opieką.
- Jestem o tym przekonany – odparł młody człowiek. – Do widzenia panu.
Nieznajomy zniknął we mgle równie szybko, jak się pojawił.
Borys Wagner zamknął pudło, podniósł swoją aktówkę i skierował się do czarnego bentleya zaparkowanego nieco dalej na New Bond Street.
niedziela, 3 kwietnia 2011
Miasta wewnętrzne
Pora wrócić do gotyckiej trylogii Kanadyjki Natashy Beaulieu, ponieważ jej trzecia część powinna się ukazać już w maju. "Purpurowy cień" to Księga prawd, a więc w niej znajdziemy odpowiedzi na... prawie wszystkie pytania. No cóż na wszystkie pytania chyba jeszcze żadna księga nie zdołała odpowiedzieć, co nie przeszkadza autorom powieści i czytelnikom nadal poszukiwać owych prawd.
Fenomen miast-światów wewnętrznych stworzonych przez autorkę w tej trylogii polega na tym, że właściwie w żadnym z nich nie czujemy się ani całkiem jak w domu, ani też całkiem jak w obcym świecie. Bohaterowie - niekoniecznie ludzie, ale jednak zrozumiali dla nas pod względem emocjonalnym i psychologicznym - krążą pomiędzy światami i środowiskami z taka łatwością, że przestaje nas dziwić dziwny ziemski świat, jak i nie wstrząsa nami nieziemskie środowisko.
Całość opiera się na pomyśle ścisłej zależności między światami, swego rodzaju obiegu zamkniętego. Tak jak nasz świat można porównać do wielkiego Organizmu, tak całość Miast wewnętrznych funkcjonuje w ścisłej wzajemnej zależności.
Bohaterowie - zwyczajni i niezwyczajni = czują, żyją, kochają się i nienawidzą, Mają swoje słabości, nadzwyczajne moce i tajemnice. Te, jako się rzekło, znajdą swoje rozwiązanie w "Purpurowym cieniu".
Dowiemy się co łączy Kaguesnę z Montrealem i z Penlocke, skąd się wzięła Predatorka w Mieście Bez Nazwy, jaki los spotka jej Stworzenia powstałe z wyobraźni i jak długo jeszcze będzie żył Dawid Fox, który mimo wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu ma już ponad czterysta lat.
Fenomen miast-światów wewnętrznych stworzonych przez autorkę w tej trylogii polega na tym, że właściwie w żadnym z nich nie czujemy się ani całkiem jak w domu, ani też całkiem jak w obcym świecie. Bohaterowie - niekoniecznie ludzie, ale jednak zrozumiali dla nas pod względem emocjonalnym i psychologicznym - krążą pomiędzy światami i środowiskami z taka łatwością, że przestaje nas dziwić dziwny ziemski świat, jak i nie wstrząsa nami nieziemskie środowisko.
Całość opiera się na pomyśle ścisłej zależności między światami, swego rodzaju obiegu zamkniętego. Tak jak nasz świat można porównać do wielkiego Organizmu, tak całość Miast wewnętrznych funkcjonuje w ścisłej wzajemnej zależności.
Bohaterowie - zwyczajni i niezwyczajni = czują, żyją, kochają się i nienawidzą, Mają swoje słabości, nadzwyczajne moce i tajemnice. Te, jako się rzekło, znajdą swoje rozwiązanie w "Purpurowym cieniu".
Dowiemy się co łączy Kaguesnę z Montrealem i z Penlocke, skąd się wzięła Predatorka w Mieście Bez Nazwy, jaki los spotka jej Stworzenia powstałe z wyobraźni i jak długo jeszcze będzie żył Dawid Fox, który mimo wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu ma już ponad czterysta lat.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
poniedziałek, 21 marca 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm 5 i ostatni)
KŁAMSTWO
- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor.
I zadał studentom pytanie:
- Kto przeczytał moją książkę?
Wszyscy studenci podnieśli ręce.
- A więc to był właśnie przykład kłamstwa. Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.
Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy.
Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.

Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.
Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.
Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami. No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju.
Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.
Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”. „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.
Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.
Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.
Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.
Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie.
Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron.
To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim.
Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.
- Dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o kłamstwie - zaczął wykład profesor.
I zadał studentom pytanie:
- Kto przeczytał moją książkę?
Wszyscy studenci podnieśli ręce.
- A więc to był właśnie przykład kłamstwa. Owszem, książkę napisałem, ale jeszcze nie oddałem jej do druku.
Wszyscy jesteśmy kłamczuszkami. Podobno w ciągu doby kłamiemy nawet kilkadziesiąt razy. Oczywiście mowa o niewinnych, drobnych kłamstwach, których często nawet nie pamiętamy.
Kłamstwo w ujęciu psychologii może mieć, upraszczając nieco sprawy, dwa podstawowe oblicza. Mowa o tak zwanym białym i czarnym kłamstwie. Gdy intencje są szlachetne, a cel szczytny, gdy kłamczuch dąży do utrzymania dobrych relacji międzyludzkich, zachowania konwencji grzecznościowych, nie chce kogoś urazić lub chce uchronić przed przykrymi przeżyciami, posługuje się białym kłamstwem. Natomiast kłamstwem czarnym nazywamy mówienie nieprawdy po to, by osiągnąć jakąś istotną korzyść dla siebie albo – na przykład – spaskudzić komuś opinię. Między bielą i czernią istnieje rzecz jasna wiele odcieni szarości.
Bardzo interesująca teoria naukowa głosi, że konieczność oszukiwania mogła niejako wymusić na ludzkości rozwój inteligencji, ponieważ kłamstwo wymaga użycia wyobraźni. Kłamczuch, niczym szachista, musi mieć plan działania i przewidzieć kilka ruchów z wyprzedzeniem. Obserwowanie szympansów doprowadziło naukowców do wniosku, że podstęp i oszustwo regulują życie w stadzie. Tym sposobem kłamstwo, praktykowane i ćwiczone przez miliony lat w stadach naczelnych, doprowadzało stopniowo do powstawania coraz bardziej złożonych form życia społecznego. W wielu kulturach po dziś dzień nie ocenia się podstępu, na przykład podstępu wojennego, w kategoriach moralnych. Nie widzi się w nim nic nagannego, wprost przeciwnie.
Psychologowie dokonali jeszcze jednego podziału: na kłamstwo bierne i aktywne. Bierne oznacza mówienie prawdy, ale nie do końca. („Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo idę na ważne spotkanie”, podczas gdy chodzi o zwykłe zakupy). Celem mówienia takiej niecałej prawdy jest zapobieżenie interpretacji, która mogłaby źle wpłynąć na naszą relację. Nie zależy nam przecież na tym, by osoba dzwoniąca pomyślała, że kupowanie ciuszków jest dla nas ważniejsze od rozmowy z nią. Aktywne kłamstwo wymaga większego wysiłku, ponieważ polega na preparowaniu informacji nieprawdziwych.
Z badań wynika, że kłamstwa, te poważniejsze, najczęściej wynikają z lęków i obniżonego poczucia własnej wartości, chęci podniesienia swojej rangi i autorytetu w oczach innych ludzi, często tych, na których nam zależy. Każdy człowiek ma potrzebę bycia akceptowanym przez innych, chce również uniknąć stresów, a kłamstwo jest jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi problemami. No i bardzo wiele osób kłamie po prostu dla świętego spokoju.
Jednak nieco inaczej kłamią kobiety, a inaczej mężczyźni.
Jedną z ulubionych metod panów jest przemilczanie części informacji. „Kto jest na tym zdjęciu?”. „ Moja była żona”. „Nie mówiłeś, że byłeś żonaty”. „Przecież nie pytałaś”. Nie mówienie całej prawdy to przypadłość zdecydowanie męska. Panowie wychodzą z założenia, że kobiety lepiej nie drażnić i pomijają pewne fakty, zdarzenia, osoby.
Inną męską specjalnością, jak wynika z badań, jest mnożenie. To swoista forma przechwałki i może dotyczyć wielu dziedzin życia. Gdy dotyczy liczby kobiet stojących w kolejce po względy konkretnego pana, jest zawoalowaną informacją czy instrukcją, że należy się postarać, by spełnić oczekiwania, bo zostaniemy zastąpione przez inne, bardziej chętne. Większa ryba, lepszy czas na setkę, mocniejsza głowa, bardziej pękaty portfel, większy samochód – to klasyka.
Trzecia ceniona przez mężczyzn forma kłamstwa wiąże się z asekuracją. Zamiast po pierwszej randce powiedzieć wprost: „Jesteś bardzo miła, ale chyba nie czuję aż takiej chemii, żeby mogła być z nas para”, mężczyzna obieca ogólnikowo, że zadzwoni, że trzeba to powtórzyć. Kiedyś. I więcej się nie odezwie, choć pewnie obiecanki wynikały z chęci bycia uprzejmym. Albo z tchórzostwa. Albo z wygodnictwa. Podobnie trudno przychodzi im zerwanie znajomości. Choć w dobie esemesów zapanował wśród obu płci nieprzyjemny zwyczaj zrywania krótką wiadomością. Bardzo nieeleganckie zachowanie, bez względu na płeć.
Kobiety, odwrotnie niż mężczyźni, dzielą, odejmują, pomniejszają. Nie ma co powiększać, jeśli można wykazać się minimalizmem w rodzaju: „Zaoszczędziłam dwieście złotych na promocji torebek” (brzmi zdecydowanie lepiej niż: „Wydałam na nią czterysta złotych”). Z tej samej przyczyny przemilczają prawdziwy wiek, wagę ciała i nie przyznają się do liczby romansów. W tym wypadku chodzi również o przykre stereotypy. Mężczyzna, który podbił serca wielu kobiet, uchodzi za bohatera. Kobieta natomiast doświadczona w kontaktach z mężczyznami z jakiejś przyczyny nie cieszy się analogicznym statusem.
Kobiety mówią więcej w sytuacjach, gdy czują się niepewnie, żeby sobie poukładać w głowie pewne sprawy. W ogóle mają większą łatwość mówienia, a w dodatku mówiąc, mogą czerpać z pozostałych zasobów swojego mózgu, ponieważ mają dostęp do każdego zakamarka w tym samym czasie.
Nie najprawdziwszą prawdę kobiety zwykle dosładzają. „Wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna, kiedy tak chodzisz w tych klapkach po domu” jest przyjemniejszą formą sugestii, że może coś innego byłoby bardziej estetyczne. Jednak wypominanie domowych papuci jest ryzykowne dla obu stron.
To może by tak: „Masz takie muskularne ramiona” zamiast: „Czy pomożesz mi wnieść zakupy do domu?” Dodatkowym kłopotem kobiet jest to, że z trudem przychodzi im poproszenie o pomoc. No cóż, taka natura. Czasami obraca się przeciwko nim.
Ten ostatni podstęp też można w zasadzie zakwalifikować do kategorii kłamstw strategicznych. Podobnie rzecz ma się z męskim zapewnieniem: „Wszystko jedno co na siebie włożysz, wyglądasz i tak świetnie”, co w tłumaczeniu oznacza: „Przestań już grzebać w tej szafie, i tak jesteśmy spóźnieni”. Drobne kłamstwa nie są powodem do niepokoju, a czasem bardzo ułatwiają życie i pozwalają uniknąć konfliktu, toteż stosują je w niewinnej formie równie chętnie i kobiety, i mężczyźni.
poniedziałek, 7 marca 2011
Kochajmy się jak pies z kotem (fragm4)
LĘKI MĘSKIE, LĘKI KOBIECE
Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.
Przerażony wraca do barmana i prosi:
- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?
Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.
Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.
Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.
W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.
I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.

Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.
Ile kobiet wie o tych lękach? Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów z powodu gospodarki hormonalnej organizmu. Chyba najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.
Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?
Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.
Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze.
Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...
Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz?
Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.
Podchodzi mężczyzna do baru, prosi o piwo i papierosy. Już ma zapalić, gdy zauważa czerwony napis na boku paczki: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega: palenie papierosów może powodować impotencję”.
Przerażony wraca do barmana i prosi:
- Czy mogę wymienić na takie, które powodują raka?
Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie: czy mężczyźni bardziej się boją łysiny czy impotencji? Tymczasem kobiety doskonale wiedzą, że przyczyną łysienia jest testosteron i kto jak kto, ale mężczyzna łysiejący na pewno jest mężczyzną stuprocentowym. Prawie, bo wiemy, że takich nie ma.
Żarty na bok. Męskie lęki mają wiele przyczyn – biologicznych, obyczajowych oraz kulturowych. Od mężczyzn zawsze wymagano, by spisywali się w każdej sytuacji: na polowaniu, na wojnie, w sporcie, w pracy, w sypialni... Wysokie stężenie testosteronu w ich organizmach, o czym już tyle razy była mowa, wcale im sprawy nie ułatwia. To przecież hormon agresji, rywalizacji, seksu, hormon silnie działający – i nie ma od niego ucieczki.
Perspektywa porażki w którejkolwiek z dziedzin życia mężczyzny jest dla niego źródłem silnego stresu. Krytyka, zwłaszcza w połączeniu z ewentualną kompromitacją, porównanie do innych mężczyzn (nie daj Boże lepszych), kompleks małego penisa (często wymyślony albo wynikający z porównania z parametrami aktorów filmów pornograficznych), upływ czasu i spadek sprawności erotycznej, mniejsza atrakcyjność fizyczna – oto zmory mężczyzn.
W dodatku mężczyźni przecież nie płaczą.
I jeszcze jedno potężne wyzwanie dla mężczyzny zdobywcy, a zarazem źródło lęku. Oto widzi atrakcyjną, lecz nieznaną mu kobietę. Sytuacja jest sprzyjająca. Nie narażając się na podejrzenie o gruboskórność może do niej podejść i zagaić rozmowę. Może się uda, kto wie? I wtedy właśnie pojawia się lęk. Wielu mężczyzn widzi oczyma duszy własną porażkę i słyszy własny nieporadny bełkot. Przyznacie, że to może być paraliżujące doznanie. Jeśli więc czuje takie lęki, powinien popracować nad pewnością siebie.
Pewności siebie nie brakuje za to „prawdziwym” mężczyznom. Czy istnieje sport bardziej męski niż piłka nożna? Przypomnijcie sobie, jak się zachowują piłkarze po udanej akcji zwieńczonej piękną bramką: skaczą na siebie nawzajem, tulą się, obcałowują i obściskują oraz klepią po pośladkach. Oni z całą pewnością nie obawiają się podejrzeń o zniewieściałość bądź skłonność do własnej płci, które to lęki gnębią czasem innych bardzo męskich panów.
Ile kobiet wie o tych lękach? Ile zdaje sobie z nich sprawę, ile świadomie wykorzystuje, żeby dopiec i pokazać, że są górą, a ile wie i wykorzystuje tę wiedzę, żeby ułatwić obojgu wspólne życie? To by było najlepsze rozwiązanie. Bądźmy uczciwi: cały świat przyjął do wiadomości – kobiety wywalczyły to sobie – że kobieta ma duszę, jest krucha i wrażliwa, a w dodatku nękana skokami nastrojów z powodu gospodarki hormonalnej organizmu. Chyba najwyższy czas przyznać, że i mężczyźni są poddani silnemu działaniu chemii, że ich również można zranić i nie są istotami pozbawionymi ani wrażliwości, ani duszy.
Czy to by nie rozwiązywało przynajmniej części problemów?
Nie musicie odpowiadać, to jest pytanie retoryczne.
Kobiety, które z rozkoszą robią sobie żarty z męskich lęków, wcale nie są wolne od własnych. Ich obawy rozśmieszają z kolei mężczyzn, bo który z nich myśli na randce o tym, czy na pewno dobrze dobrał kolczyki, czy nie jest zbyt puszysty, a może za bardzo wychudzony? Większość lęków kobiet dotyczy ich wyglądu i akceptacji mężczyzny, na którym im zależy. Skoro się jednak umówił na randkę, to chyba w kwestii podobania się wszystko jest w porządku? Tak, ale ona wczoraj przymierzała taką sukienkę i nie wiadomo, czy to przez oświetlenie w sklepie, ale uznała, że wygląda na zmęczoną i tak jakoś w ogóle niezbyt dobrze.
Kobieta musi się czuć bezpiecznie, bez tego trudno jej o udaną randkę, więc nie lekceważcie, panowie, tych drobiazgów. I tak samo jak mężczyzna, a może nawet bardziej, boi się upływu czasu, obawia się, że nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś, że inne są od niej ładniejsze, szczuplejsze, młodsze...
Trzeba przyznać, że odkąd na okładkach kolorowych czasopism zaczęły pojawiać się panie po korekcie komputerowej, bez jednej zmarszczki, o idealnych wymiarach (również poprawionych w Photoshopie), zupełnie nieprawdziwe, ale jednak poruszające wyobraźnię przynajmniej części mężczyzn, lęki u mniej odpornych pań są zdecydowanie silniejsze. No i ta powszechnie dostępna chirurgia plastyczna. Zmienić nos? Powiększyć biust? Wygładzić twarz?
Tymczasem przed pierwszą randką ona pół dnia zastanawia się, co na siebie włożyć, gdy on myśli tylko o tym, co też ona ma pod spodem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)