Bruno otworzył oczy. Było piętnaście po dziesiątej. Przesłuchanie przed sędzią pewnie się już rozpoczęło. Lekarz rozejrzał się – na parkingu nie było nikogo, a z miejsca, w którym się znajdował nie widać było bocznego wejścia do budynku sądu. Powiedział nastolatkowi, że może iść. Młody wysiadł i ruszył szybko w stronę samochodu policji. Wyjął z kieszeni płaszcza jakiś przyrząd albo dwa, których Bruno nie rozpoznał i zabrał się za drzwi. A dokładniej, zamek.
Bruno rozejrzał się ponownie. Najbliższe osoby stały na chodniku, dobre sto metrów dalej. Protestujący nadal zajmowali pozycje w pobliżu sądowych drzwi i nie było powodu, by przyszli na parking. Istniało pewne ryzyko (Bruno nie przewidział obecności tej niewielkiej grupy obywateli), ale nie miał wielkiego wyboru.
W tym momencie zauważył jak bardzo matowe były inne samochody na parkingu, jak szary i spękany był asfalt, jak mdłe było niebo. Ale wiedział, że naprawdę tak nie wyglądały. To on je tak widział.
Widział rzeczy inaczej, bo jego widzenie uległo zmianie.
Niby skierował uwagę na młodego, ale w rzeczywistości był zatopiony we własnych myślach. Jego nowe widzenie było reakcją. Efektem ubocznym ciemności.
♦
Zmiana widzenia nastąpiła gwałtownie, bez zapowiedzi. Zanim Bruno wziął ciało Jasmine w ramiona i zamknął oczy, widział w określony sposób. Gdy je ponownie otworzył kilka minut później, widział inaczej.
Miał mgliste, prawie nierealne wspomnienie godzin po odkryciu tragedii. Tylko kilka momentów wyłaniało się jasno z mgły: atak histerii Sylwii, telefon jego matki... Przypominał sobie także jak bardzo Sylwia wydała mu się bezbarwna, bezwymiarowa, bezkształtna. Podobnie jak ściany, meble i domowe przedmioty, na które patrzył nieprzytomnym wzrokiem.
Odtąd miał w oczach filtr.
Cały wieczór, siedzieli na kanapie przytuleni do siebie, nieruchomi, prawie niemi. Sylwia cały czas płakała. Bruno ściskał ją ze wszystkich sił, złamany smutkiem i rozpaczą. Ale z jego oczu nie popłynęła ani jedna łza. Ciemności, które go ogarnęły, zdusiły wszelki płacz.
Dwa dni później salon domu pogrzebowego był pełen: rodzina (nawet matka Bruna, prawie całkiem niedołężna, poruszyła niebo i ziemię, żeby tu być), przyjaciele, koledzy i wszyscy członkowie zarządu Rozkwitu, schroniska dla maltretowanych kobiet, w którym Sylwia pracowała dorywczo, a Bruno udzielał raz w tygodniu darmowych porad. Lekarz uściskał każdego z nich wzruszony.
- To nie powinno się przydarzyć takim ludziom jak Sylwia i ty – z twarzą zalaną łzami mruknęła Gisèle, dyrektorka schroniska. - Czasami Bóg jest najgorszym z łajdaków.
Bruno pogłaskał ją po policzku. Gardło miał zbyt ściśnięte, żeby cokolwiek powiedzieć.
Udało mu się mimo wszystko porozmawiać z przyjaciółmi i znajomymi czyniąc nadludzkie wysiłki, aby wyciszyć rozpacz choć na kilka chwil. Ale to była sprawa przegrana. Rozpacz była w nim wszędzie. Niczym fala, która, gdy tylko opadła, znów zaczynała natychmiast narastać. A pod tą rozpaczą kryły się ciemności, ta dziwna czerń w duszy, która nie pozwalała płynąć łzom i zdawała się skrywać coś, czemu jeszcze nie chciał stawić czoła.
Podczas wieczornego czuwania zatopiony w rozmyślaniach wiele razy podchodził do zamkniętej trumny, wkładał rękę do kieszeni, aby dotknąć niebieskiej wstążki, którą Jasmine, miała na włosach w ostatnim dniu swojego krótkiego życia. Bruno schował tę wstążkę nie mówiąc o niej nikomu, nawet Sylwii. Od tamtej pory miał ją przy sobie zawsze i obiecał sobie, że nigdy się z nią nie rozstanie.
W zamkniętym, drewnianym pudle leżała jego córka. Spokojna, jakby spała. Każdego wieczoru, gdy już leżała w łóżku, a Bruno wychodził z pokoju, powtarzała to samo zdanie: „Tato, nie zapomnij zabrać torby i kapelusza, nie zapomnij niczego!” To zdanie nic nie znaczyło, ale mówiła tak, odkąd miała trzy latka i stało się ich rytuałem. Miało znaczenie tylko dla nich.
Patrząc na trumnę, Bruno pomyślał, że Jasmine po raz pierwszy zasnęła bez spełnienia rytuału.
Płacz! Płacz wreszcie, przecież tak bardzo tego chcesz!
Dlaczego nie mógł płakać? Dlaczego te dziwne ciemności, które w nim zaległy, powstrzymywały każdy wyraz rozpaczy?
Następnego dnia rozjaśnionego wspaniałym słońcem, podczas pogrzebu, Bruno poczuł panikę tak silną, że o mały włos byłby się rzucił na trumnę z krzykiem. Myśl, że jego mała Jasmine spędzi wieczność w tej dziurze, będzie w niej gniła, dopóki jej ciało nie rozłoży się całkiem, wydawała mu się tak ohydna, tak szalona, że już chciał odejść, ale Sylwia objęła go w pasie, by mu dodać sił. Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na niebieskiej wstążce.
Tego wieczoru Bruno miał iść do schroniska na konsultacje. Oczywiście, nie podszedł, co mu się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Przez trzy lata chodził do centrum raz w tygodniu, by pocieszyć pacjentki, porozmawiać z nimi, a czasem leczyć te kobiety, które dopiero co przybyły ze łzami w oczach, nadal opuchnięte od razów małżonka. Sylwia pracowała tam trzy dni w tygodniu. Ona i Bruno byli bardzo cenieni. Na dowód tego otrzymali ogromną kartę z kondolencjami podpisaną przez wszystkie podopieczne Rozkwitu. Większość wpisów była adresowana do pary („Pomogliście mi tak bardzo; zrobię wszystko co możliwe, żeby teraz pomóc wam”), ale niektóre były skierowane bardziej do Bruna „Nigdy nie zapomnę tego wieczoru, gdy trafiłam do schroniska, a pan był dla mnie tak delikatny, tak miły”), albo bardziej do Sylwii („Najlepsze trzy dni w tygodniu to te, kiedy przychodzisz do pracy”). Odczytali wpisy stojąc w salonie, policzek przy policzku. Nagle Sylwia odwróciła się do Bruna:
- Chcę, żebyś się ze mną kochał.
W tej prośbie nie było pragnienia ani zmysłowości, raczej rozpaczliwe błaganie. Bruno przyglądał się jej długi czas. Od jak dawna się nie kochali? Dwa miesiące? Może trzy? Ich związek przechodził trudne chwile i oboje o tym wiedzieli, ale nigdy tak naprawdę nie rozmawiali na ten temat. Żadnych kłótni ani konkretnych zarzutów, tylko stagnacja i marazm, który sprawiał, że coraz mniej między nimi iskrzyło.
Bruno rozumiał prośbę Sylwii. Śmierć Jasmine powinna ich zbliżyć. To był ostatni moment, by znów stali się tą parą, którą byli kiedyś. A co najważniejsze, był to jedyny sposób na przejście tej próby. Tak, rozumiał to. Pocałował ją na znak zgody i poprowadził powoli do sypialni, na drugim piętrze.
Mimo wielkiej czułości, nie było w tym połączeniu prawdziwej przyjemności, nie poczuli żadnego podniecenia i po chwili dali sobie spokój. Sylwia płakała cicho w ramionach Bruna. On zaś rozmyślał. Nie było to wcale takie dziwne, że się nie udało. Ale czy jedyną przyczyną była śmierć Jasmine? W milczeniu przywarł do Sylwii z tak silną potrzebą zjednoczenia się i pocieszenia, że zasnął w tej pozycji.
Następnego dnia po południu Bruno poszedł do szkoły Jasmine. Przyglądał się dzieciom, które wychodziły z budynku i te, które go znały, spoglądały na niego niepewnie. Bruno miał wrażenie, że dzieci były zamglone i wyblakłe, ale wiedział, że to nieprawda. To filtr w jego oczach.
Gdy już wszystkie dzieci wyszły, lekarz stał nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w drzwi pragnąc ze wszystkich sił zobaczyć w nich Jasmine. Ale drzwi pozostały zamknięte. Wyjął z kieszeni niebieską wstążkę. Krew zaschła na tkaninie. Musnął wstążką policzek, przymknął oczy na moment, a potem ze spuszczoną głową, wrócił do samochodu.
♦
Młody dalej dłubał przy zamku, ale Bruno ledwie go widział zagubiony w myślach.
Cztery dni po nadejściu ciemności były najsmutniejsze i pełne rozpaczy. Ale była też wola, wola, by się otrząsnąć, odnaleźć się z Sylwią, okazać się silniejszym od losu. Bruno był jeszcze rzecz jasna zbyt osłabiony, aby wytoczyć prawdziwą bitwę, ale wierzył, że mu się uda. Mimo ciemności, które go ogarnęły, naprawdę wierzył. Sylwia i on musieli powstać z otchłani, a poprawa, choć długa i bolesna będzie następować dzień po dniu.
Ale wieczorem czwartego dnia, zadzwonił telefon.
środa, 31 sierpnia 2011
czwartek, 18 sierpnia 2011
Oko za oko (1)
Pora przedstawić fragmenty nowej powieści kanadyjskiego pisarza Patricka Senecala. To wstrząsająca historii o zemście, która została zekranizowana w 2010 r. Powieść ukaże się na przełomie września i października.
A teraz zapraszam do lektury.
Po raz pierwszy Bruno Hamel usłyszał warczenie psa na widok potwora wysiadającego z samochodu.
Trzydzieści metrów przed nim, przy tylnym wejściu do budynku sądu zatrzymał się policyjny radiowóz. Stał tak już dobrą minutę i zupełnie nic się nie działo. Bruno zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie zauważyli jego obecności, gdy dwaj policjanci wysiedli i otworzyli tylne drzwi. Pojawił się potwór w kajdankach.
Bruno widział go po raz pierwszy na żywo. Wyglądał tak samo jak w telewizji. Tylko włosy miał gładko zaczesane do tyłu i był świeżo ogolony.
Wtedy właśnie rozległo się warczenie psa, głuche i odległe. Bruno ledwo je usłyszał. Nie spuszczał oczu z twarzy potwora.
Zawsze wystrzegał się stereotypów. Uważał, że często ci najbardziej pokręceni wyglądali na jak najbardziej prawych. Ale tym razem, potwór wyglądał rzeczywiście na bydlaka. Wyglądał jak hollywoodzka karykatura czarnego charakteru. To spostrzeżenie irytowało Bruna, choć nie wiedział dlaczego.
Policjanci podprowadzili potwora do drzwi, przy których około dwudziestu obywateli wyrażało swój gniew i wstręt, wykrzykując obelgi pod adresem więźnia. Usta potwora wykrzywiał uśmieszek, który miał wyglądać zuchwale, ale widać było strach ukryty za miną twardziela. Niedługo miejsce uśmiechu zajmie wyraz rozpaczy. Myśląc o tym Bruno musiał się powstrzymywać, by nie wysiąść z samochodu i nie strzelić do potwora z bliskiej odległości z rewolweru wciśniętego za pasek od spodni. Zmusił się do spokoju, do bezruchu. Wykorzystanie nienawiści w tej chwili, byłoby czystym marnotrawstwem. Należało ją zachować na później. Na potem.
Potwór eskortowany przez dwóch policjantów zniknął w budynku i niewielka grupa protestujących zamilkła.
Pies warknął po raz drugi. Bruno rozejrzał się pewien, że zobaczy wielkiego brytana, ale nie było żadnego zwierzęcia.
Jeden z dwóch policjantów wyszedł, minął grupkę demonstrantów, teraz milczących, i wsiadł do samochodu. Cofnął go i wjechał za budynek sądu na parking. Bruno nie wyłączył silnika swojego samochodu, toteż ruszył za nim zachowując bezpieczną odległość. Policyjny radiowóz stał zaparkowany przy drzwiach, obok dwóch innych pojazdów patrolowych. Dziesięć sekund później policjant wszedł do budynku.
Bruno zaparkował dwadzieścia metrów dalej i wreszcie zgasił silnik.
- Nie powiedziałeś mi, że to samochód policji.
Bruno odwrócił się do nastolatka siedzącego obok. Niezadowolony chłopak potrząsnął głową i dodał:
- Nie jestem pewien, czy bym się zgodził, gdybym o tym wiedział
Bruno wyjął portfel i odliczył dziesięć banknotów po sto dolarów. Młody, który nie spodziewał się takiego napiwku, przyglądał się pożądliwie banknotom. Miał szesnaście, może siedemnaście lat, ogoloną głowę i kolczyk w dolnej wardze; raczej przystojny. Sięgnął po pieniądze, ale Bruno schował je do kieszeni palta.
- Po robocie – powiedział tylko.
Młody skinął głową i otworzył drzwiczki.
- Jeszcze nie teraz!
Młody nerwowo zamknął drzwi. Bruno spojrzał na zegarek. Była za dziesięć dziesiąta.
Opuścił osłonę przeciwsłoneczną, żeby go nie raziło światło, oparł głowę o zagłówek i po raz pierwszy od początku tego koszmaru pomyślał o ostatnich dziesięciu dniach.
♦
Ciemności pojawiły się pewnego wyjątkowo słonecznego popołudnia. Siódmy października przypominał letni dzień i Bruno grabił przy domu liście, które opadły wcześnie w tym roku. Nie miał od południa żadnej operacji i w szpitalu go nie potrzebowali. Zyskał tym sposobem pół dnia wolnego. Najpierw spędził godzinkę przy komputerze. Informatyka to było jego hobby i gdy tylko rodzina i praca pozostawiły mu wolną chwilę, dopadał klawiatury i stawał się niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Jednak ten dzień był tak piękny, że postanowił popracować przy domu. Kończąc trzecie piwo tego popołudnia (Sylwii nie było w domu, by go pouczać, więc należało skorzystać z okazji), przygotował ogromny stos liści, żeby zrobić niespodziankę Jasmine. Będzie szalała z radości, rzucając się na stertę liści i na pewno będzie chciała, żeby ojciec poszedł w jej ślady. A Bruno przystanie z radością.
Bo przecież kochał córkę jak szalony.
Było dwadzieścia po trzeciej. Bruno widział na ulicy wracające do domów dzieci, a sterta liści była już prawie gotowa. Zobaczył przechodzącą Luizę Bédard i powitał ją z daleka. Jak co dzień, poszła do szkoły po syna, Fryderyka, który bał się wracać sam. Dziewięciolatek ukłonił się nieśmiało lekarzowi, a on odpowiedział uśmiechem, jak zwykle poruszony widokiem strasznych blizn, które od trzech lat szpeciły dziecko. Bruno nie mógł się do nich przyzwyczaić. Patrząc za Fryderykiem i jego matką idącymi do domu na rogu ulicy, po raz tysięczny pomyślał, że ma szczęście. Wielkie szczęście.
Na godzinę przed tym, jak spadły na niego ciemności, Bruno Hamel dziękował, że opatrzność nie wystawiła go życiu na ciężkie próby.
Kiedy zobaczył, że wszystkie dzieci z okolicy już wróciły, zaczął się zastanawiać. Idąc do szkoły, jeszcze się nie martwił. Może została dłużej w klasie z powodu dodatkowych zajęć albo czegoś innego. Ale zapewniono go, że Jasmine wyszła co najmniej czterdzieści minut temu. Nie martwił się też wracając do domu. Spodziewał się, że córka będzie się bawić w liściach z matką. Sylwia zdążyła już wrócić, Jasmine nie było. Sylwia obdzwoniła kilka koleżanek, ale małej nie było u żadnej z nich.
Wtedy pojawił się niepokój. Wystarczająco duży, by Bruno zadzwonił na policję.
Policjanci przyjechali i starali się ich uspokoić. Dość często się zdarza, że siedmioletnia dziewczynka nie wraca prosto do domu. „Zaginięcia dzieci w Drummondville trafiają się rzadziej niż wygrana w totolotka!”, żartował jeden z nich. Bruno wiedział, że to nie była prawda – co najmniej raz w roku, pojawiał się artykuł w lokalnej gazecie na temat zaginięcia dziecka. Policjanci obiecali wszcząć poszukiwania, nawet jeśli tak naprawdę nie przejęli się sprawą.
Najpierw poszli znowu do szkoły, a z nimi Bruno. Sylwia została w domu na wypadek, gdyby mała wróciła.
W szkole jeden z policjantów przesłuchiwał przed budynkiem opiekuna, a Bruno przyglądał się tymczasem drugiemu, który chodził w tę i z powrotem po łące w pobliżu szkoły. Bruno powtarzał sobie, że za godzinę będą się śmiali wszyscy troje siedząc w domu, ale nie spuszczał oczu z policjanta, który uparcie przeszukiwał krzaki.
Nagle policjant zatrzymał się ze wzrokiem wbitym w ziemię, zdjął czapkę, i powoli przesunął dłonią po włosach. Bruno poczuł, jak drętwieją mu nogi.
Idąc w kierunku funkcjonariusza, powtarzał sobie cały czas, że nic się nie stało, że gliniarz znalazł książki, kapelusz, coś, co nie miało nic wspólnego z jego córką. Poszedł blisko i pomimo grozy na twarzy policjanta, nadal przeczył najgorszemu. Nawet wtedy, gdy był na tyle blisko, aby widzieć gołą nogę wystającą z krzaka, powtarzał sobie, że to inne dziecko, inna dziewczynka, nie jego, nie Jasmine, ponieważ to było po prostu niemożliwe, to się przydarzało innym dzieciom, innym rodzicom, to o nich pisały potem gazety, ale nie im...
Poznał ją od razu, a jednak to nie była ona. To już nie była ona. Najpierw rozdarła mu serce jej nagość. Wciąż miała na sobie niebieską sukienkę, ale zbyt poszarpaną, by zakryć drobne ciałko, które znał na pamięć, które kąpał tysiące razy. Teraz jednak było... tak splugawione! Ilekroć Jasmine się skaleczyła i wracała do domu z płaczem, Bruno się zamartwiał. Teraz było tyle siniaków, tyle krwi, a ona nie płakała! Dlaczego nie płakała? Musiała przecież strasznie cierpieć!
Gdy zobaczył na jej szyi niebieską wstążkę do włosów, tę, którą jeszcze dziś rano zawiązała Sylwia napominając, by jej nie zgubić, zrozumiał, że mała nie żyje.
Jasmine, jego jedyna córka, z którą powinien się teraz bawić i śmiać, nie żyła.
Potem zobaczył jej twarz. Nigdy nie widział jej tak opuchniętej. Nigdy nie widział jej ust tak wykrzywionych. A jej spojrzenie... Z pozoru puste, ale na dnie źrenic widać było przerażenie. Jak można zapisać tak silną emocję w oczach dziecka? Ten, kto to zrobił, nie tylko zabił jego córkę, ten ktoś zniszczył jej duszę.
Bruno opadł powoli na kolana. Wyciągnął ręce i delikatnie podniósł Jasmine, tak jak to robił, kiedy była chora albo zasnęła przed telewizorem. Ułożył jej głowę w zagłębieniu ramienia i przytulił ją mocno, bez słowa, bez jednego krzyku. Tylko jego oddech był powolny, długi i świszczący. Nie zauważył, czy była sztywna czy bezwładna, ciepła czy zimna. Spostrzegł tylko, że po raz pierwszy jego córka nie reagowała na pieszczoty, nie tuliła się do niego jak zwykle, nie chichotała i nie czuł jej oddechu na szyi. Po raz pierwszy nie reagowała wcale. I to mu sprawiało największy ból.
Trzymając ją w ramionach, przymknął oczy. Za zamkniętymi powiekami przewijały się znajome sceny: Jasmine biegnie do niego, wołając „tata”, gdy on wraca do domu, Jasmine z powagą pomaga mu układać płyty, Jasmine krzyczy z radości siedząc na grzbiecie słonia w zoo, Jasmine rysuje oczy i usta na swojej zapiekance, Jasmine paraduje w sukienkach Sylwii z „dorosłą” miną, Jasmine biega za wiewiórkami
w parku, a przede wszystkim, Jasmine się śmieje, śmieje...
Właśnie wtedy ciemności zakryły niebo.
♦
A teraz zapraszam do lektury.
Po raz pierwszy Bruno Hamel usłyszał warczenie psa na widok potwora wysiadającego z samochodu.
Trzydzieści metrów przed nim, przy tylnym wejściu do budynku sądu zatrzymał się policyjny radiowóz. Stał tak już dobrą minutę i zupełnie nic się nie działo. Bruno zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie zauważyli jego obecności, gdy dwaj policjanci wysiedli i otworzyli tylne drzwi. Pojawił się potwór w kajdankach.
Bruno widział go po raz pierwszy na żywo. Wyglądał tak samo jak w telewizji. Tylko włosy miał gładko zaczesane do tyłu i był świeżo ogolony.
Wtedy właśnie rozległo się warczenie psa, głuche i odległe. Bruno ledwo je usłyszał. Nie spuszczał oczu z twarzy potwora.
Zawsze wystrzegał się stereotypów. Uważał, że często ci najbardziej pokręceni wyglądali na jak najbardziej prawych. Ale tym razem, potwór wyglądał rzeczywiście na bydlaka. Wyglądał jak hollywoodzka karykatura czarnego charakteru. To spostrzeżenie irytowało Bruna, choć nie wiedział dlaczego.
Policjanci podprowadzili potwora do drzwi, przy których około dwudziestu obywateli wyrażało swój gniew i wstręt, wykrzykując obelgi pod adresem więźnia. Usta potwora wykrzywiał uśmieszek, który miał wyglądać zuchwale, ale widać było strach ukryty za miną twardziela. Niedługo miejsce uśmiechu zajmie wyraz rozpaczy. Myśląc o tym Bruno musiał się powstrzymywać, by nie wysiąść z samochodu i nie strzelić do potwora z bliskiej odległości z rewolweru wciśniętego za pasek od spodni. Zmusił się do spokoju, do bezruchu. Wykorzystanie nienawiści w tej chwili, byłoby czystym marnotrawstwem. Należało ją zachować na później. Na potem.
Potwór eskortowany przez dwóch policjantów zniknął w budynku i niewielka grupa protestujących zamilkła.
Pies warknął po raz drugi. Bruno rozejrzał się pewien, że zobaczy wielkiego brytana, ale nie było żadnego zwierzęcia.
Jeden z dwóch policjantów wyszedł, minął grupkę demonstrantów, teraz milczących, i wsiadł do samochodu. Cofnął go i wjechał za budynek sądu na parking. Bruno nie wyłączył silnika swojego samochodu, toteż ruszył za nim zachowując bezpieczną odległość. Policyjny radiowóz stał zaparkowany przy drzwiach, obok dwóch innych pojazdów patrolowych. Dziesięć sekund później policjant wszedł do budynku.
Bruno zaparkował dwadzieścia metrów dalej i wreszcie zgasił silnik.
- Nie powiedziałeś mi, że to samochód policji.
Bruno odwrócił się do nastolatka siedzącego obok. Niezadowolony chłopak potrząsnął głową i dodał:
- Nie jestem pewien, czy bym się zgodził, gdybym o tym wiedział
Bruno wyjął portfel i odliczył dziesięć banknotów po sto dolarów. Młody, który nie spodziewał się takiego napiwku, przyglądał się pożądliwie banknotom. Miał szesnaście, może siedemnaście lat, ogoloną głowę i kolczyk w dolnej wardze; raczej przystojny. Sięgnął po pieniądze, ale Bruno schował je do kieszeni palta.
- Po robocie – powiedział tylko.
Młody skinął głową i otworzył drzwiczki.
- Jeszcze nie teraz!
Młody nerwowo zamknął drzwi. Bruno spojrzał na zegarek. Była za dziesięć dziesiąta.
Opuścił osłonę przeciwsłoneczną, żeby go nie raziło światło, oparł głowę o zagłówek i po raz pierwszy od początku tego koszmaru pomyślał o ostatnich dziesięciu dniach.
♦
Ciemności pojawiły się pewnego wyjątkowo słonecznego popołudnia. Siódmy października przypominał letni dzień i Bruno grabił przy domu liście, które opadły wcześnie w tym roku. Nie miał od południa żadnej operacji i w szpitalu go nie potrzebowali. Zyskał tym sposobem pół dnia wolnego. Najpierw spędził godzinkę przy komputerze. Informatyka to było jego hobby i gdy tylko rodzina i praca pozostawiły mu wolną chwilę, dopadał klawiatury i stawał się niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Jednak ten dzień był tak piękny, że postanowił popracować przy domu. Kończąc trzecie piwo tego popołudnia (Sylwii nie było w domu, by go pouczać, więc należało skorzystać z okazji), przygotował ogromny stos liści, żeby zrobić niespodziankę Jasmine. Będzie szalała z radości, rzucając się na stertę liści i na pewno będzie chciała, żeby ojciec poszedł w jej ślady. A Bruno przystanie z radością.
Bo przecież kochał córkę jak szalony.
Było dwadzieścia po trzeciej. Bruno widział na ulicy wracające do domów dzieci, a sterta liści była już prawie gotowa. Zobaczył przechodzącą Luizę Bédard i powitał ją z daleka. Jak co dzień, poszła do szkoły po syna, Fryderyka, który bał się wracać sam. Dziewięciolatek ukłonił się nieśmiało lekarzowi, a on odpowiedział uśmiechem, jak zwykle poruszony widokiem strasznych blizn, które od trzech lat szpeciły dziecko. Bruno nie mógł się do nich przyzwyczaić. Patrząc za Fryderykiem i jego matką idącymi do domu na rogu ulicy, po raz tysięczny pomyślał, że ma szczęście. Wielkie szczęście.
Na godzinę przed tym, jak spadły na niego ciemności, Bruno Hamel dziękował, że opatrzność nie wystawiła go życiu na ciężkie próby.
Kiedy zobaczył, że wszystkie dzieci z okolicy już wróciły, zaczął się zastanawiać. Idąc do szkoły, jeszcze się nie martwił. Może została dłużej w klasie z powodu dodatkowych zajęć albo czegoś innego. Ale zapewniono go, że Jasmine wyszła co najmniej czterdzieści minut temu. Nie martwił się też wracając do domu. Spodziewał się, że córka będzie się bawić w liściach z matką. Sylwia zdążyła już wrócić, Jasmine nie było. Sylwia obdzwoniła kilka koleżanek, ale małej nie było u żadnej z nich.
Wtedy pojawił się niepokój. Wystarczająco duży, by Bruno zadzwonił na policję.
Policjanci przyjechali i starali się ich uspokoić. Dość często się zdarza, że siedmioletnia dziewczynka nie wraca prosto do domu. „Zaginięcia dzieci w Drummondville trafiają się rzadziej niż wygrana w totolotka!”, żartował jeden z nich. Bruno wiedział, że to nie była prawda – co najmniej raz w roku, pojawiał się artykuł w lokalnej gazecie na temat zaginięcia dziecka. Policjanci obiecali wszcząć poszukiwania, nawet jeśli tak naprawdę nie przejęli się sprawą.
Najpierw poszli znowu do szkoły, a z nimi Bruno. Sylwia została w domu na wypadek, gdyby mała wróciła.
W szkole jeden z policjantów przesłuchiwał przed budynkiem opiekuna, a Bruno przyglądał się tymczasem drugiemu, który chodził w tę i z powrotem po łące w pobliżu szkoły. Bruno powtarzał sobie, że za godzinę będą się śmiali wszyscy troje siedząc w domu, ale nie spuszczał oczu z policjanta, który uparcie przeszukiwał krzaki.
Nagle policjant zatrzymał się ze wzrokiem wbitym w ziemię, zdjął czapkę, i powoli przesunął dłonią po włosach. Bruno poczuł, jak drętwieją mu nogi.
Idąc w kierunku funkcjonariusza, powtarzał sobie cały czas, że nic się nie stało, że gliniarz znalazł książki, kapelusz, coś, co nie miało nic wspólnego z jego córką. Poszedł blisko i pomimo grozy na twarzy policjanta, nadal przeczył najgorszemu. Nawet wtedy, gdy był na tyle blisko, aby widzieć gołą nogę wystającą z krzaka, powtarzał sobie, że to inne dziecko, inna dziewczynka, nie jego, nie Jasmine, ponieważ to było po prostu niemożliwe, to się przydarzało innym dzieciom, innym rodzicom, to o nich pisały potem gazety, ale nie im...
Poznał ją od razu, a jednak to nie była ona. To już nie była ona. Najpierw rozdarła mu serce jej nagość. Wciąż miała na sobie niebieską sukienkę, ale zbyt poszarpaną, by zakryć drobne ciałko, które znał na pamięć, które kąpał tysiące razy. Teraz jednak było... tak splugawione! Ilekroć Jasmine się skaleczyła i wracała do domu z płaczem, Bruno się zamartwiał. Teraz było tyle siniaków, tyle krwi, a ona nie płakała! Dlaczego nie płakała? Musiała przecież strasznie cierpieć!
Gdy zobaczył na jej szyi niebieską wstążkę do włosów, tę, którą jeszcze dziś rano zawiązała Sylwia napominając, by jej nie zgubić, zrozumiał, że mała nie żyje.
Jasmine, jego jedyna córka, z którą powinien się teraz bawić i śmiać, nie żyła.
Potem zobaczył jej twarz. Nigdy nie widział jej tak opuchniętej. Nigdy nie widział jej ust tak wykrzywionych. A jej spojrzenie... Z pozoru puste, ale na dnie źrenic widać było przerażenie. Jak można zapisać tak silną emocję w oczach dziecka? Ten, kto to zrobił, nie tylko zabił jego córkę, ten ktoś zniszczył jej duszę.
Bruno opadł powoli na kolana. Wyciągnął ręce i delikatnie podniósł Jasmine, tak jak to robił, kiedy była chora albo zasnęła przed telewizorem. Ułożył jej głowę w zagłębieniu ramienia i przytulił ją mocno, bez słowa, bez jednego krzyku. Tylko jego oddech był powolny, długi i świszczący. Nie zauważył, czy była sztywna czy bezwładna, ciepła czy zimna. Spostrzegł tylko, że po raz pierwszy jego córka nie reagowała na pieszczoty, nie tuliła się do niego jak zwykle, nie chichotała i nie czuł jej oddechu na szyi. Po raz pierwszy nie reagowała wcale. I to mu sprawiało największy ból.
Trzymając ją w ramionach, przymknął oczy. Za zamkniętymi powiekami przewijały się znajome sceny: Jasmine biegnie do niego, wołając „tata”, gdy on wraca do domu, Jasmine z powagą pomaga mu układać płyty, Jasmine krzyczy z radości siedząc na grzbiecie słonia w zoo, Jasmine rysuje oczy i usta na swojej zapiekance, Jasmine paraduje w sukienkach Sylwii z „dorosłą” miną, Jasmine biega za wiewiórkami
w parku, a przede wszystkim, Jasmine się śmieje, śmieje...
Właśnie wtedy ciemności zakryły niebo.
♦
środa, 8 czerwca 2011
Chory, chorszy, trup (fragm.3)
WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ - cz. 3 i ostatnia
Gdy wreszcie wyszłam na zewnątrz, ulice przeobraziły się w coś nieskończenie przerażającego, nielogiczną układankę, rosnącą w absurd zwany miastem, labirynt bez wejścia i wyjścia, betonowo-asfaltowy koszmar.
- Ma pani zegarek? – spytał ktoś.
Popatrzyłam w kierunku, skąd dobiegał głos. Szara twarz zlewała się z tłem w jedną całość, zupełnie jakby fasadzie kamienicy wyrosły nagle usta, oczy i nos, niczym bąble na powierzchni wrzącej cieczy.
Zrozumiałam, że jestem taka mała, że nieznajomy mógłby mnie w każdej chwil rozdeptać.
- Proszę pani?
Co go to obchodziło! Może mam zegarek, a może mam okres i nie w głowie mi takie bzdury, takie głupie pytania. Jego słowa na pewno zawierały w sobie ukryty podtekst. Erotyczny? A może chodziło o naturę czasu? O ten przykry fakt, że właśnie wszyscy w tym mieście umieramy, a niewidzialna wskazówka krąży tuż pod powierzchnią i tnie, tnie, tnie, obierając nas z kolejnych minut… odbierając nam wszystko, by przewlec to z przyszłości w martwą przeszłość.
- Dobrze się pani czuje?
Objęłam jego twarz dłońmi, żeby móc oddzielić ją od szarego tła.
- Któraś z tych godzin będzie twoją ostatnią – szepnęłam i namiętnie pocałowałam nieznajomego, wbijając mu kciuki w gałki oczne, aż zaczął wrzeszczeć. A potem rzuciłam się do ucieczki, bo wiedziałam, że Policja Czasu lada moment złapie mnie na radary za zdradzanie tajemnic objętych ich konstytucjami i ustawami.
Biegłam jak wariatka; chodnik zwijał się pod moimi nogami niczym dywan, falował i marszczył się w grymasie oburzenia.
Szybko osiągnęłam prędkość dźwięku i bez trudu ją przekroczyłam. Dalej gnałam więc w miękkiej ciszy niby w wyłożonym pluszem tunelu.
Po jakimś kwadransie cała ta ucieczka wydała mi się niesamowicie zabawna, więc roześmiałam się i długo nie mogłam przestać, ale ze względu na prędkość, z jaką się poruszałam, mój śmiech rozbrzmiewał echem kilkanaście metrów za mną, chociaż moje usta pozostawały nieme, co było tak komiczne, że chyba się posikałam, hahahah…
W domu było już bezpiecznie, w każdym razie zrobiło się tak po tym, jak schowałam budzik do zamrażarki i zaciągnęłam zasłony w oknach. Przebrałam się w czyste rzeczy i wtedy dotarło do mnie, że jednak się nie posikałam. Odetchnęłam z ulgą, no bo co by ludzie pomyśleli.
- Jacy ludzie?! – spytałam głośno, chociaż nikogo nie było w pobliżu.
- Żadni ludzie – odpowiedziała rozczochrana wariatka gapiąca się na mnie z lustra.
Powinnam o tym napisać – pomyślałam. Zdecydowanie. O tych wszystkich Żadnych Ludziach, których pełno wokół – niewidzialnych istotach, śledzących każdy mój krok, zaglądających mi pod spódniczkę, o cieniach wciągających dzieci do szaf, żeby wyżerać im wnętrzności, no i przede wszystkim o Policji Czasu, która zamiast kajdanek zakłada aresztowanym zegarki, przykuwając ich do teraźniejszości.
- Będzie z tego cholernie chora i zajebista powieść! – krzyknęłam, klaszcząc w dłonie, ale wariatka z lustra tylko pokiwała głową z politowaniem.
- Nie przejmuj się nią – szepnęłam, zasiadając do lapka. I wtedy prawie zawyłam z rozpaczy, bo chcąc go włączyć, musiałabym naci-snąć przycisk, na którym widniała tarcza z dwiema wskazówkami. O nie, nie ma mowy!
Niedoczekanie!
Postanowiłam, że moją drugą powieść napiszę tak, jak robili to wieszczowie starożytności – ręcznie. Zabrałam ze stołu niepotrzebne-go już laptopa, nieomal wyrwałam z drukarki plik kartek, złapałam długopis z logo znienawidzonej przeze mnie Fabryki Słów i przystąpi-łam do dzieła.
Co chwilę rwał mi się wątek, bohaterowie bezsensownie zmieniali płeć, wygląd i imiona, niekiedy przeskakiwałam z narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową bez żadnego wyjaśnienia czy powodu, ale nieważne, potem będzie czas na to, w końcu nie pali się, przy-najmniej ja nie czuję dymu, a zmysł powonienia mam wyjątkowo czuły. Zresztą, zdążę jeszcze poprawić to albo tamto, do cholery, redaktorzy w wydawnictwie za coś te pieniądze biorą, no nie?
Kolejne kartki zapełniały się w iście ekspresowym tempie, a kiedy ich zabrakło, wyjęłam z szafki nocnej całą ryzę, którą trzymałam tam na zapas, na wypadek krachu w branży papierniczej. Drżącymi ze zniecierpliwienia dłońmi rozerwałam opakowanie i co? I wtedy tak zwaną ciszę, która nie istnieje, rozdarł przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi. Podskoczyłam nerwowo, uderzając łokciem o abażur lampy. Na szczęście światło nie zgasło. I dobrze, bo bez niego nie poradziła-bym sobie, a macki gęstej ciemności tylko czekały na sprzyjający moment do ataku.
By nie utonąć, przełknęłam ślinę, która wypełniała mi usta.
Pomogło.
Dzwonek znów wwiercał się w uszy, więc ruszyłam sprawdzić, kto dybie na moją Wenę. Ktoś chce ją porwać?! Kto?!
W wizjerze natręt wydawał się niegroźny, lecz wiedziałam, że to pozory. Przebrał się za listonosza, jednak ja doskonale zdawałam sobie sprawę, kim był.
Jednym z agentów Policji Czasu.
Nacisnęłam klamkę i zanim zdążył się zorientować, zwolniłam sprężynę zabezpieczającą. Z mojego wiecznego pióra wysunęło się ukryte stalowe ostrze. Zamachnęłam się, by ciąć przeciwnika w tętnicę szyjną. Musiał być agentem, z pewnością, bo jak inaczej zdołałby sparować cios? Zasłonił się podkładką na dokumenty, jednocześnie uderzając mnie z liścia w policzek. Zapiekło.
Nie uszło mojej uwagi, że jest mężczyzną, więc z całej siły kopnęłam go w krocze. Jęknął cichutko, spurpurowiał i skulił się, nagle bezbronny. Złapałam go za czuprynę i szarpnięciem wciągnęłam do mieszkania.
Mogłam od razu zabić skurwysyna, oczywiście, ale najpierw chciałam poznać prawdę. Oszołomionego, walnęłam jeszcze dla pewności w kark, a kiedy stracił przytomność, usadziłam go na bujanym fotelu.
Bujaj się, palancie!
Korzystając z kolekcji moich pasków – wreszcie na coś się przydały! – przywiązałam mu ręce do oparć, a nogi – jakżeby inaczej! – do nóg wiklinowego siedziska.
Tych kilka minut jego nieświadomości udało mi się całkiem nieźle spożytkować – zapełniłam maczkiem dwie kolejne kartki, dodając do mojego dzieła motywy martyrologiczne, od dawna cieszące się wśród rodzimych czytelników sporym wzięciem.
– Czemu mnie związałaś? – wychrypiał nagle.
Popatrzyłam na niego ze strachem. Z jego ust, zamiast języka, zwisała gruba, czarna wskazówka.
- Masz mnie za wariatkę?! – krzyknęłam. – Myślisz, że jak się przebierzesz, to nie poznam, że jesteś jednym z Nich?!
- Jednym z kich? – spytał.
- Na zdrowie – odparłam, zaskoczona.
Co tu się wyprawiało, do jasnej cholery?
- Jak mnie teraz wypuścisz, to tego nie zgłoszę – powiedział, robiąc wielkie oczy.
- Najpierw powiesz, czemu tu przyszedłeś.
- Mam przesyłkę. Jest w torbie.
Przesyłka od Policji Czasu? Pewnie jakieś przeklęte zegary.
Przejrzałam jego torbę, walcząc z narastającym niepokojem. A jeśli była tam bomba? Mała atomówka, która w sekundę zmiecie to miejsce z powierzchni ziemi?
W końcu udało mi się znaleźć tę paczkę. Drżącymi palcami rozerwałam szary papier. Moim oczom ukazała się twarda oprawa jakiejś książki. Gabinet Inspiracji – brzmiał tytuł. Autorem był mój dobry znajomy Jurek Keret. Kompletnie ogłupiała, przeczytałam opis na odwrocie okładki:
„Gabinet Inspiracji” jest ostatnią powieścią zmarłego w ubiegłym roku Jerzego Kereta, jednego z najpopularniejszych prozaików w Polsce. Autor porusza w niej problem, który pod koniec życia dotknął go najboleśniej – historię jego przyjaciółki Ilony Piekarczuk, która tuż po napisaniu debiutanckiej powieści zachorowała na schizofrenię paranoidalną i całkowicie wyparła się wszystkich i wszystkiego, co wcześniej było dla niej ważne. Jerzy Keret z właściwą sobie subtelnością i stylistycznym mistrzostwem opisuje losy utalentowanej kobiety, która nie wytrzymując ciężaru sławy, zamyka się w świecie urojeń, centralnym punktem swojej nowej egzystencji czyniąc wymyślony przez siebie Gabinet Inspiracji, gdzie artyści muszą za swój geniusz zapłacić najwyższą cenę.
- To jakiś żart?! – wrzasnęłam piskliwie.
Zamiast agenta Policji Czasu czy choćby zwykłego listonosza w fotelu przede mną siedział teraz Stefan Król, doktor implantopsychopatologii, który niedawno przecież osobiście zaszczepił we mnie tę nieszczęsną paranoję.
- Niekiedy zabieg jest tak udany, że nawet przeszłość zaczyna wydawać się kompletnie nienormalna – powiedział i wybuchnął śmiechem tak straszliwym, że aż coś we mnie pękło i rozlało się wewnątrz. Raz po raz z jego oblicza odklejały się kolejne twarze: doktorka, listonosza, Kereta. Wszystkie po kolei opadały na podłogę, momentalnie obracając się w popiół.
Nie mogłam tego powstrzymać. Nie chciałam mu wierzyć, ale wiedziałam, że ma rację. Zegary w jego oczach zamachały wskazówkami, zgodnie obwieszczając mój koniec. A skoro nadeszło nieuchronne, mogłam już tylko przetrwać na kartach trzymanej w rękach książki. Wystarczyło zapomnieć o tym, że wszyscy poza Jurkiem zdążyli już o mnie zapomnieć.
Gdy wreszcie wyszłam na zewnątrz, ulice przeobraziły się w coś nieskończenie przerażającego, nielogiczną układankę, rosnącą w absurd zwany miastem, labirynt bez wejścia i wyjścia, betonowo-asfaltowy koszmar.
- Ma pani zegarek? – spytał ktoś.
Popatrzyłam w kierunku, skąd dobiegał głos. Szara twarz zlewała się z tłem w jedną całość, zupełnie jakby fasadzie kamienicy wyrosły nagle usta, oczy i nos, niczym bąble na powierzchni wrzącej cieczy.
Zrozumiałam, że jestem taka mała, że nieznajomy mógłby mnie w każdej chwil rozdeptać.
- Proszę pani?
Co go to obchodziło! Może mam zegarek, a może mam okres i nie w głowie mi takie bzdury, takie głupie pytania. Jego słowa na pewno zawierały w sobie ukryty podtekst. Erotyczny? A może chodziło o naturę czasu? O ten przykry fakt, że właśnie wszyscy w tym mieście umieramy, a niewidzialna wskazówka krąży tuż pod powierzchnią i tnie, tnie, tnie, obierając nas z kolejnych minut… odbierając nam wszystko, by przewlec to z przyszłości w martwą przeszłość.
- Dobrze się pani czuje?
Objęłam jego twarz dłońmi, żeby móc oddzielić ją od szarego tła.
- Któraś z tych godzin będzie twoją ostatnią – szepnęłam i namiętnie pocałowałam nieznajomego, wbijając mu kciuki w gałki oczne, aż zaczął wrzeszczeć. A potem rzuciłam się do ucieczki, bo wiedziałam, że Policja Czasu lada moment złapie mnie na radary za zdradzanie tajemnic objętych ich konstytucjami i ustawami.
Biegłam jak wariatka; chodnik zwijał się pod moimi nogami niczym dywan, falował i marszczył się w grymasie oburzenia.
Szybko osiągnęłam prędkość dźwięku i bez trudu ją przekroczyłam. Dalej gnałam więc w miękkiej ciszy niby w wyłożonym pluszem tunelu.
Po jakimś kwadransie cała ta ucieczka wydała mi się niesamowicie zabawna, więc roześmiałam się i długo nie mogłam przestać, ale ze względu na prędkość, z jaką się poruszałam, mój śmiech rozbrzmiewał echem kilkanaście metrów za mną, chociaż moje usta pozostawały nieme, co było tak komiczne, że chyba się posikałam, hahahah…
W domu było już bezpiecznie, w każdym razie zrobiło się tak po tym, jak schowałam budzik do zamrażarki i zaciągnęłam zasłony w oknach. Przebrałam się w czyste rzeczy i wtedy dotarło do mnie, że jednak się nie posikałam. Odetchnęłam z ulgą, no bo co by ludzie pomyśleli.
- Jacy ludzie?! – spytałam głośno, chociaż nikogo nie było w pobliżu.
- Żadni ludzie – odpowiedziała rozczochrana wariatka gapiąca się na mnie z lustra.
Powinnam o tym napisać – pomyślałam. Zdecydowanie. O tych wszystkich Żadnych Ludziach, których pełno wokół – niewidzialnych istotach, śledzących każdy mój krok, zaglądających mi pod spódniczkę, o cieniach wciągających dzieci do szaf, żeby wyżerać im wnętrzności, no i przede wszystkim o Policji Czasu, która zamiast kajdanek zakłada aresztowanym zegarki, przykuwając ich do teraźniejszości.
- Będzie z tego cholernie chora i zajebista powieść! – krzyknęłam, klaszcząc w dłonie, ale wariatka z lustra tylko pokiwała głową z politowaniem.
- Nie przejmuj się nią – szepnęłam, zasiadając do lapka. I wtedy prawie zawyłam z rozpaczy, bo chcąc go włączyć, musiałabym naci-snąć przycisk, na którym widniała tarcza z dwiema wskazówkami. O nie, nie ma mowy!
Niedoczekanie!
Postanowiłam, że moją drugą powieść napiszę tak, jak robili to wieszczowie starożytności – ręcznie. Zabrałam ze stołu niepotrzebne-go już laptopa, nieomal wyrwałam z drukarki plik kartek, złapałam długopis z logo znienawidzonej przeze mnie Fabryki Słów i przystąpi-łam do dzieła.
Co chwilę rwał mi się wątek, bohaterowie bezsensownie zmieniali płeć, wygląd i imiona, niekiedy przeskakiwałam z narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową bez żadnego wyjaśnienia czy powodu, ale nieważne, potem będzie czas na to, w końcu nie pali się, przy-najmniej ja nie czuję dymu, a zmysł powonienia mam wyjątkowo czuły. Zresztą, zdążę jeszcze poprawić to albo tamto, do cholery, redaktorzy w wydawnictwie za coś te pieniądze biorą, no nie?
Kolejne kartki zapełniały się w iście ekspresowym tempie, a kiedy ich zabrakło, wyjęłam z szafki nocnej całą ryzę, którą trzymałam tam na zapas, na wypadek krachu w branży papierniczej. Drżącymi ze zniecierpliwienia dłońmi rozerwałam opakowanie i co? I wtedy tak zwaną ciszę, która nie istnieje, rozdarł przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi. Podskoczyłam nerwowo, uderzając łokciem o abażur lampy. Na szczęście światło nie zgasło. I dobrze, bo bez niego nie poradziła-bym sobie, a macki gęstej ciemności tylko czekały na sprzyjający moment do ataku.
By nie utonąć, przełknęłam ślinę, która wypełniała mi usta.
Pomogło.
Dzwonek znów wwiercał się w uszy, więc ruszyłam sprawdzić, kto dybie na moją Wenę. Ktoś chce ją porwać?! Kto?!
W wizjerze natręt wydawał się niegroźny, lecz wiedziałam, że to pozory. Przebrał się za listonosza, jednak ja doskonale zdawałam sobie sprawę, kim był.
Jednym z agentów Policji Czasu.
Nacisnęłam klamkę i zanim zdążył się zorientować, zwolniłam sprężynę zabezpieczającą. Z mojego wiecznego pióra wysunęło się ukryte stalowe ostrze. Zamachnęłam się, by ciąć przeciwnika w tętnicę szyjną. Musiał być agentem, z pewnością, bo jak inaczej zdołałby sparować cios? Zasłonił się podkładką na dokumenty, jednocześnie uderzając mnie z liścia w policzek. Zapiekło.
Nie uszło mojej uwagi, że jest mężczyzną, więc z całej siły kopnęłam go w krocze. Jęknął cichutko, spurpurowiał i skulił się, nagle bezbronny. Złapałam go za czuprynę i szarpnięciem wciągnęłam do mieszkania.
Mogłam od razu zabić skurwysyna, oczywiście, ale najpierw chciałam poznać prawdę. Oszołomionego, walnęłam jeszcze dla pewności w kark, a kiedy stracił przytomność, usadziłam go na bujanym fotelu.
Bujaj się, palancie!
Korzystając z kolekcji moich pasków – wreszcie na coś się przydały! – przywiązałam mu ręce do oparć, a nogi – jakżeby inaczej! – do nóg wiklinowego siedziska.
Tych kilka minut jego nieświadomości udało mi się całkiem nieźle spożytkować – zapełniłam maczkiem dwie kolejne kartki, dodając do mojego dzieła motywy martyrologiczne, od dawna cieszące się wśród rodzimych czytelników sporym wzięciem.
– Czemu mnie związałaś? – wychrypiał nagle.
Popatrzyłam na niego ze strachem. Z jego ust, zamiast języka, zwisała gruba, czarna wskazówka.
- Masz mnie za wariatkę?! – krzyknęłam. – Myślisz, że jak się przebierzesz, to nie poznam, że jesteś jednym z Nich?!
- Jednym z kich? – spytał.
- Na zdrowie – odparłam, zaskoczona.
Co tu się wyprawiało, do jasnej cholery?
- Jak mnie teraz wypuścisz, to tego nie zgłoszę – powiedział, robiąc wielkie oczy.
- Najpierw powiesz, czemu tu przyszedłeś.
- Mam przesyłkę. Jest w torbie.
Przesyłka od Policji Czasu? Pewnie jakieś przeklęte zegary.
Przejrzałam jego torbę, walcząc z narastającym niepokojem. A jeśli była tam bomba? Mała atomówka, która w sekundę zmiecie to miejsce z powierzchni ziemi?
W końcu udało mi się znaleźć tę paczkę. Drżącymi palcami rozerwałam szary papier. Moim oczom ukazała się twarda oprawa jakiejś książki. Gabinet Inspiracji – brzmiał tytuł. Autorem był mój dobry znajomy Jurek Keret. Kompletnie ogłupiała, przeczytałam opis na odwrocie okładki:
„Gabinet Inspiracji” jest ostatnią powieścią zmarłego w ubiegłym roku Jerzego Kereta, jednego z najpopularniejszych prozaików w Polsce. Autor porusza w niej problem, który pod koniec życia dotknął go najboleśniej – historię jego przyjaciółki Ilony Piekarczuk, która tuż po napisaniu debiutanckiej powieści zachorowała na schizofrenię paranoidalną i całkowicie wyparła się wszystkich i wszystkiego, co wcześniej było dla niej ważne. Jerzy Keret z właściwą sobie subtelnością i stylistycznym mistrzostwem opisuje losy utalentowanej kobiety, która nie wytrzymując ciężaru sławy, zamyka się w świecie urojeń, centralnym punktem swojej nowej egzystencji czyniąc wymyślony przez siebie Gabinet Inspiracji, gdzie artyści muszą za swój geniusz zapłacić najwyższą cenę.
- To jakiś żart?! – wrzasnęłam piskliwie.
Zamiast agenta Policji Czasu czy choćby zwykłego listonosza w fotelu przede mną siedział teraz Stefan Król, doktor implantopsychopatologii, który niedawno przecież osobiście zaszczepił we mnie tę nieszczęsną paranoję.
- Niekiedy zabieg jest tak udany, że nawet przeszłość zaczyna wydawać się kompletnie nienormalna – powiedział i wybuchnął śmiechem tak straszliwym, że aż coś we mnie pękło i rozlało się wewnątrz. Raz po raz z jego oblicza odklejały się kolejne twarze: doktorka, listonosza, Kereta. Wszystkie po kolei opadały na podłogę, momentalnie obracając się w popiół.
Nie mogłam tego powstrzymać. Nie chciałam mu wierzyć, ale wiedziałam, że ma rację. Zegary w jego oczach zamachały wskazówkami, zgodnie obwieszczając mój koniec. A skoro nadeszło nieuchronne, mogłam już tylko przetrwać na kartach trzymanej w rękach książki. Wystarczyło zapomnieć o tym, że wszyscy poza Jurkiem zdążyli już o mnie zapomnieć.
niedziela, 5 czerwca 2011
Chory, chorszy, trup (fragm.2)
WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ (c.d.)
- Zapraszam panią – powiedział stojący w drzwiach gabinetu dżentelmen w białym kitlu.
Rozejrzałam się wokół, szukając osoby, do której skierowane były te słowa. W poczekalni nie było jednak nikogo oprócz mnie. Czemu więc miałam dziwne wrażenie, że jeszcze przed chwilą były tu całe tłumy?
- Mam na imię Stefan Król, jestem doktorem implantopsychopatologii i moim zadaniem będzie przeprowadzić panią przez cały proces – – powiedział, ściskając moją dłoń na powitanie. Potem wskazał mi miejsce przy wielkim, lśniącym bielą biurku, gdzie natychmiast usiadłam, czując już miękkość w kolanach.
- Zacznijmy od podstaw: co panią sprowadza do Gabinetu Inspiracji?
- Mam kłopoty z napisaniem drugiej powieści. Znajomy twierdzi, że będziecie umieli temu zaradzić.
- W rzeczy samej, droga pani. Pomoc artystom, którzy borykają się z brakiem weny, należy do naszych głównych zadań. Jak zapewne pani wie, wielu twórców z pani branży czerpało niebagatelne zyski z własnych chorób psychicznych. Czy gdyby Sylwia Plath nie miała depresji, ktokolwiek by o niej usłyszał? Czy Emile Cioran bez wieloletniej bezsenności byłby w stanie tworzyć równie wycyzelowane aforyzmy? A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najwięksi spośród ludzi pióra otrzymali swoje dolegliwości niejako w jednym bonusowym pakiecie z talentem. Taka mała promocja od staruszka Boga. Gabinet Inspiracji jest w stanie zapewnić wielkość każdemu śmiertelnikowi, żądając jedynie symbolicznej opłaty.
- Rozumiem – powiedziałam, nieco speszona pewnością siebie siedzącego przede mną mężczyzny. – Jak wygląda wasza oferta?
Energicznym ruchem otworzył jedną z szuflad biurka, wyjął z niej broszurę formatu A4 i położył przede mną.
Pełna lista chorób psychicznych i uszkodzeń mózgu oferowanych przez Gabinet Inspiracji – głosił napis na okładce. Po chwili przekonałam się, że katalog – prócz obszernych opisów – zawiera również ceny.
- Proszę się nie spieszyć. Takich wyborów należy dokonywać po odpowiednim namyśle. Nie chciałaby pani przecież kupić u nas pakietu maniakalno-depresyjnego, tak naprawdę od dziecka marząc o autyzmie, prawda? – powiedział Stefan, wybuchając śmiechem, od którego przeszyły mnie ciarki.
Problemem jak zwykle okazała się kasa. Większość chorób i wad mózgu, która znalazła się w ofercie, wymagała raczej zasobnego portfela. Przykłady? Nerwica frontowa – 999 zł, rozległe urazy płata czołowego – 789 zł, depresja w wersji light „jesienna melancholia” – – 699 zł, depresja w wersji hardcore „samobójcze ciągi” – 1059 zł, rozdwojenie jaźni „dla samotnych par” – 809 zł. Właściwie jedynym, na co było mnie stać, poza agorafobią (569 zł) i oklepaną jak paciorek klaustrofobią (499 zł), była objęta w tym tygodniu promocją klasyczna schizofrenia paranoidalna – przeceniona z 789 złotych na jedyne 449.
Wybrałam właśnie ją.
- No proszę, królowa chorób psychicznych! – Doktor Krejzol aż klasnął z zachwytu. – Schizofrenia to prawdziwa legenda, wśród arty-stów otaczana kultem ze względu na niezawodność i swego rodzaju oldskulowość… Van Gogh, Wojaczek, Dick. Długo by wymieniać… Kiedy zatem chciałaby pani mieć zabieg?
- Im wcześniej, tym lepiej – odparłam, wyjmując portmonetkę z torebki. – Terminy mnie gonią.
- Jeśli tak spieszy się pani do własnego kiziu miziu, to nie ma problemu, możemy to zrobić nawet za moment. Dopiero na wieczór mam klienta zapisanego przez żonę na psychozę o zabarwieniu masochistycznym.
Z samego zabiegu niewiele pamiętam. Wysmarowano mi skronie jakimiś wilgotnymi glutami, przyklejono do nich zakończone przy-ssawkami druciki, przywiązano skórzanymi pasami do fotela i włożono do ust gryzak, wykonany ze sztucznego tworzywa. Zapewnienia, że nie będzie bolało, przyjęłam ze zrozumiałą w tej sytuacji rezerwą, ale naprawdę miałam nóż na gardle. Jeśli nie chciałam znaleźć się na bruku, musiałam znaleźć inspirację, nie było innego wyjścia.
Później bez uprzedzenia zgasło światło, czy może raczej ja zgasłam. A kiedy otwarłam oczy i rozejrzałam się z obawą, przeszył mnie dreszcz paranoicznego lęku. Wszędzie wokół widziałam mnóstwo przewodów i kabli… Kryły się w ścianach, podłodze, wiły się niczym oślizgłe jadowite węże... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegłam?
Obserwujący mnie spod zmrużonych powiek facet w kitlu pomógł mi wstać z fotela i wręczył plastikowy kubek wypełniony mętną cie-czą.
- Proszę wypić – poradził. – To złagodzi objawy przejścia w odmienny stan świadomości.
Nie miałam ochoty niczego pić, ale coś w oczach doktorka kazało spełnić jego polecenie. Gdybym nie była mu teraz posłuszna, mogłoby stać się coś strasznego.
Opróżniłam kubek dwoma haustami. Napój miał lekko gorzkawy smak i rzeczywiście poczułam się po nim nieco lepiej.
- Da pani radę iść? – zapytał z troską, w której autentyczność jakoś nie potrafiłam uwierzyć. – Zamówić taksówkę?
Kiedy usłyszałam o taksówce, intuicja podpowiedziała mi, że wkrótce spadną na mą głowę kolejne, nieopisane wręcz nieszczęścia. I wtedy usłyszałam cichy jęk, dobiegający zdawałoby się zewsząd, skargę zmęczonego materiału, betonu, a może gipsu; zależnie od tego, z czego był zbudowany ten cholerny dom.
Nagle uświadomiłam sobie z bezwzględną pewnością, że nie mogę liczyć na niczyją pomoc, że tym, co przyniesie mi przyszłość, są wy-łącznie godziny spędzone w lodowatej ciemności, naszpikowane wrastającym w moje ciało bólem, przed którym nie jest w stanie ochronić żadna zbroja, żaden pancerz, nawet gdybym go posiadała. Że ostre kolce smutku będą bez końca przenikać mi duszę, niwecząc w zarodku jakiekolwiek przebłyski radości.
- Nie… ja sama – wydukałam, ruszając chwiejnie przed siebie.
Podłoga nagle zrobiła się pochyła. Rozłożyłam szeroko ramiona, żeby nie stracić równowagi. Kształty tego pomieszczenia zmieniały się z minuty na minutę. Raz było ciasną klitką, wypchaną tętniącymi elektrycznością przewodami, których zwoje przypominały opuszczone gniazda, to znów przeobrażało się w długi na całe kilometry korytarz o ścianach z popiołu, śmierdzących spalenizną.
- Początkowy szok niedługo minie – powiedział ktoś za moimi plecami. Jednak kiedy odwróciłam się, nie zobaczyłam nikogo, tylko tamte wyszczerbione tysiącami kroków schody, rosnące w nieznane, sięgające, gdzie wzrok nie sięgał.
- Zapraszam panią – powiedział stojący w drzwiach gabinetu dżentelmen w białym kitlu.
Rozejrzałam się wokół, szukając osoby, do której skierowane były te słowa. W poczekalni nie było jednak nikogo oprócz mnie. Czemu więc miałam dziwne wrażenie, że jeszcze przed chwilą były tu całe tłumy?
- Mam na imię Stefan Król, jestem doktorem implantopsychopatologii i moim zadaniem będzie przeprowadzić panią przez cały proces – – powiedział, ściskając moją dłoń na powitanie. Potem wskazał mi miejsce przy wielkim, lśniącym bielą biurku, gdzie natychmiast usiadłam, czując już miękkość w kolanach.
- Zacznijmy od podstaw: co panią sprowadza do Gabinetu Inspiracji?
- Mam kłopoty z napisaniem drugiej powieści. Znajomy twierdzi, że będziecie umieli temu zaradzić.
- W rzeczy samej, droga pani. Pomoc artystom, którzy borykają się z brakiem weny, należy do naszych głównych zadań. Jak zapewne pani wie, wielu twórców z pani branży czerpało niebagatelne zyski z własnych chorób psychicznych. Czy gdyby Sylwia Plath nie miała depresji, ktokolwiek by o niej usłyszał? Czy Emile Cioran bez wieloletniej bezsenności byłby w stanie tworzyć równie wycyzelowane aforyzmy? A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najwięksi spośród ludzi pióra otrzymali swoje dolegliwości niejako w jednym bonusowym pakiecie z talentem. Taka mała promocja od staruszka Boga. Gabinet Inspiracji jest w stanie zapewnić wielkość każdemu śmiertelnikowi, żądając jedynie symbolicznej opłaty.
- Rozumiem – powiedziałam, nieco speszona pewnością siebie siedzącego przede mną mężczyzny. – Jak wygląda wasza oferta?
Energicznym ruchem otworzył jedną z szuflad biurka, wyjął z niej broszurę formatu A4 i położył przede mną.
Pełna lista chorób psychicznych i uszkodzeń mózgu oferowanych przez Gabinet Inspiracji – głosił napis na okładce. Po chwili przekonałam się, że katalog – prócz obszernych opisów – zawiera również ceny.
- Proszę się nie spieszyć. Takich wyborów należy dokonywać po odpowiednim namyśle. Nie chciałaby pani przecież kupić u nas pakietu maniakalno-depresyjnego, tak naprawdę od dziecka marząc o autyzmie, prawda? – powiedział Stefan, wybuchając śmiechem, od którego przeszyły mnie ciarki.
Problemem jak zwykle okazała się kasa. Większość chorób i wad mózgu, która znalazła się w ofercie, wymagała raczej zasobnego portfela. Przykłady? Nerwica frontowa – 999 zł, rozległe urazy płata czołowego – 789 zł, depresja w wersji light „jesienna melancholia” – – 699 zł, depresja w wersji hardcore „samobójcze ciągi” – 1059 zł, rozdwojenie jaźni „dla samotnych par” – 809 zł. Właściwie jedynym, na co było mnie stać, poza agorafobią (569 zł) i oklepaną jak paciorek klaustrofobią (499 zł), była objęta w tym tygodniu promocją klasyczna schizofrenia paranoidalna – przeceniona z 789 złotych na jedyne 449.
Wybrałam właśnie ją.
- No proszę, królowa chorób psychicznych! – Doktor Krejzol aż klasnął z zachwytu. – Schizofrenia to prawdziwa legenda, wśród arty-stów otaczana kultem ze względu na niezawodność i swego rodzaju oldskulowość… Van Gogh, Wojaczek, Dick. Długo by wymieniać… Kiedy zatem chciałaby pani mieć zabieg?
- Im wcześniej, tym lepiej – odparłam, wyjmując portmonetkę z torebki. – Terminy mnie gonią.
- Jeśli tak spieszy się pani do własnego kiziu miziu, to nie ma problemu, możemy to zrobić nawet za moment. Dopiero na wieczór mam klienta zapisanego przez żonę na psychozę o zabarwieniu masochistycznym.
Z samego zabiegu niewiele pamiętam. Wysmarowano mi skronie jakimiś wilgotnymi glutami, przyklejono do nich zakończone przy-ssawkami druciki, przywiązano skórzanymi pasami do fotela i włożono do ust gryzak, wykonany ze sztucznego tworzywa. Zapewnienia, że nie będzie bolało, przyjęłam ze zrozumiałą w tej sytuacji rezerwą, ale naprawdę miałam nóż na gardle. Jeśli nie chciałam znaleźć się na bruku, musiałam znaleźć inspirację, nie było innego wyjścia.
Później bez uprzedzenia zgasło światło, czy może raczej ja zgasłam. A kiedy otwarłam oczy i rozejrzałam się z obawą, przeszył mnie dreszcz paranoicznego lęku. Wszędzie wokół widziałam mnóstwo przewodów i kabli… Kryły się w ścianach, podłodze, wiły się niczym oślizgłe jadowite węże... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegłam?
Obserwujący mnie spod zmrużonych powiek facet w kitlu pomógł mi wstać z fotela i wręczył plastikowy kubek wypełniony mętną cie-czą.
- Proszę wypić – poradził. – To złagodzi objawy przejścia w odmienny stan świadomości.
Nie miałam ochoty niczego pić, ale coś w oczach doktorka kazało spełnić jego polecenie. Gdybym nie była mu teraz posłuszna, mogłoby stać się coś strasznego.
Opróżniłam kubek dwoma haustami. Napój miał lekko gorzkawy smak i rzeczywiście poczułam się po nim nieco lepiej.
- Da pani radę iść? – zapytał z troską, w której autentyczność jakoś nie potrafiłam uwierzyć. – Zamówić taksówkę?
Kiedy usłyszałam o taksówce, intuicja podpowiedziała mi, że wkrótce spadną na mą głowę kolejne, nieopisane wręcz nieszczęścia. I wtedy usłyszałam cichy jęk, dobiegający zdawałoby się zewsząd, skargę zmęczonego materiału, betonu, a może gipsu; zależnie od tego, z czego był zbudowany ten cholerny dom.
Nagle uświadomiłam sobie z bezwzględną pewnością, że nie mogę liczyć na niczyją pomoc, że tym, co przyniesie mi przyszłość, są wy-łącznie godziny spędzone w lodowatej ciemności, naszpikowane wrastającym w moje ciało bólem, przed którym nie jest w stanie ochronić żadna zbroja, żaden pancerz, nawet gdybym go posiadała. Że ostre kolce smutku będą bez końca przenikać mi duszę, niwecząc w zarodku jakiekolwiek przebłyski radości.
- Nie… ja sama – wydukałam, ruszając chwiejnie przed siebie.
Podłoga nagle zrobiła się pochyła. Rozłożyłam szeroko ramiona, żeby nie stracić równowagi. Kształty tego pomieszczenia zmieniały się z minuty na minutę. Raz było ciasną klitką, wypchaną tętniącymi elektrycznością przewodami, których zwoje przypominały opuszczone gniazda, to znów przeobrażało się w długi na całe kilometry korytarz o ścianach z popiołu, śmierdzących spalenizną.
- Początkowy szok niedługo minie – powiedział ktoś za moimi plecami. Jednak kiedy odwróciłam się, nie zobaczyłam nikogo, tylko tamte wyszczerbione tysiącami kroków schody, rosnące w nieznane, sięgające, gdzie wzrok nie sięgał.
czwartek, 2 czerwca 2011
Chory, chorszy, trup (fragm.1)
WYBIERZ SWOJĄ CHOROBĘ
Byłam u psychiatry, dostałam leki, ale bałam się ich brać.
wpis znaleziony w internecie
Dopiero na miejscu, siedząc w Gabinecie Inspiracji, nerwowo pocierając o siebie skrzyżowane nogi, obgryzając paznokcie i wodząc wzrokiem po nieprzyjemnie futurystycznym i odhumanizowanym wnętrzu, zaczęłam się zastanawiać, co ja tak naprawdę tu robię. Wcześniej jakoś nie przyszło mi to do głowy. Działałam jak w transie, chcąc za wszelką cenę wydobyć się z martwego punktu, w którym – trochę na własne życzenie – utkwiłam.
Po sukcesie pierwszej powieści napisanie drugiej okazało się niewykonalne. I nie było w tym nic dziwnego. Skoro w poprzedniej książce wyeksploatowałam się do cna, przelałam na papier wszystkie myśli i emocje minionych lat, wyczerpałam zasób słów i pomysłów, wycisnęłam siebie jak gąbkę, do ostatniej kropli, czego jeszcze mogłam oczekiwać? Powinnam chyba wyruszyć w podróż życia, zeszmacić się, przyćpać, przespać z drużyną hokejową, uczynić cokolwiek, byle tylko załapać się na inspirację, tę sprzedajną dziwkę sztuki.
Problem w tym, że nie zdążyłam, czy raczej nie odważyłam się na nic równie ekstrawaganckiego. A tymczasem pieniądze były na wyczerpaniu, blask sławy przygasał z wolna, nowych perspektyw zarobku brakowało. Na dodatek cholerna umowa nakładała na mnie obowiązek dostarczenia wydawcy dwóch powieści w ciągu trzech lat – gdybym się z tego nie wywiązała, musiałabym zwrócić zaliczkę, z której przecież zostały nędzne resztki.
Będąc o krok od artystycznego i finansowego bankructwa, zaczęłam obdzwaniać, mejlować i nachodzić znajomych, żeby ktoś mi łaskawie poradził, skąd na gwałt wytrzasnąć wenę potrzebną do wyduszenia z siebie kolejnych dwustu stron prozy, jeśli nie świetnej, to chociaż uczciwej wobec czytelnika.
Któraś koleżanka po piórze zasugerowała popełnienie samobójstwa:
- Zbudujesz legendę, wyrobisz nazwisko… Powaga, to najlepsze wyjście… Sama bym tak postąpiła, gdyby nie brakowało mi odwagi.
No, okej, jej debiut nie wywołał szału, miała może ze dwie pozytywne recki na kilkanaście, ale nie musiała się odgryzać na kimś sympatyczniejszym, ładniejszym i bardziej utalentowanym… Żmija!
Parę osób poleciło skorzystanie z ghost writera, który napisałby tekst za mnie, nie roszcząc sobie do niego żadnych praw. Super! Ekstra, naprawdę! Tylko skąd wezmę na to kaskę, skoro honoraria ciekły już ledwie cieniutką strużką, pismo, kiedyś wiszące mi dwa koła za stare felietony, okazało się przykrywką dla jakiejś mafijnej pralni, która przez media była wymieniana jednym tchem ze słowami takimi jak „narkotyki”, „prostytucja” czy nawet „niezidentyfikowane, rozczłonkowane ciała”. Nie było odpowiedniej kwoty, więc ghost writerzy odpadali w przedbiegach.
Wtedy Jurek Keret, mój kumpel z liceum, dał mi namiary na Gabinet Inspiracji.
- Eksperymentalna terapia – zachęcał. – Szybko i tanio. Full pomysłów gwarantowane. Zapisz się, zanim wypłyną na szersze wody i będą chcieli pięć koła za zabieg.
Brzmiał jak akwizytor, ale przecież zawsze tak było, bo zanim Jurek został wziętym prozaikiem, robił w marketingu.
- A nie będzie bolało?
- Nie pękaj, Ilonka. Nawet jak będzie, to potem spłodzisz taką powieść, że inni by za nią poszli na ukrzyżowanie.
Nie wymagałam cudów, wystarczyłby mi nawet dziennik Bridget Jones z trochę lepszą narracją, ale oczywiście arcydzieło byłoby mile widziane. Zagraniczne stypendia i perspektywa paru znaczących nagród zdecydowanie do mnie przemawiały. Już Madonna śpiewała, że jest materialną dziewczyną w świecie materialnym, to czemu miałabym jej słowa podważać? Wcale nie czułam się od niej lepsza, ba, gorsza, bo nie zarobiłam nawet promila tego co ona.
Siedziałam więc tutaj, zastanawiając się, w jaki sposób lekarze w białych kitlach i maseczkach na twarzach zdołają natchnąć mnie do pisarskiej roboty. Wokół pachniało chemikaliami, zza ściany coś miarowo brzęczało.
Zanim jeszcze zastosowałam się do rady Jurka, zafundowałam sobie spotkanie z przyjaciółką od serca, to znaczy z Aleksandrą, którą znałam chyba od zawsze, a w każdym razie na pewno od szóstej klasy podstawówki, kiedy to na przerwach wychodziłyśmy za szkołę i kurzyłyśmy podprowadzone rodzicom klubowe.
Ola i ja praktycznie należałyśmy do różnych światów. Ona, wysoko
sytuowana wicedyrektor banku komercyjnego – zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, czym różni się bank komercyjny od niekomercyjnego – – no i ja, przez lata szara myszka, z pięcioma minutami sławy, które minęły, zanim zdążyłam się nimi nacieszyć.
Może właśnie to, że nie miałyśmy ze sobą zbyt wiele wspólnego, że poszłyśmy przez dorosłe życie zupełnie innymi ścieżkami, sprawiło, że nigdy nie stanowiłyśmy dla siebie konkurencji. Mogłyśmy więc być prawdziwymi przyjaciółkami, które zwierzały się sobie z najbardziej kłopotliwych i wstydliwych problemów.
Cieplarnia, wbrew swej nazwie, nie była przegrzaną knajpą. Temperatura wewnątrz oscylowała w okolicach dwudziestu stopni Celsjusza. Ciepło, ale bez przesady. Głównym atutem Cieplarni było to, że choć znajdowała się praktycznie na Rynku, niewiele osób o niej wiedziało, i dzięki niezbyt głośnej muzyce doskonale nadawała się na spotkania przy kawie i ciastku.
Umawiałyśmy się tam co dwa, trzy miesiące, nie na tyle często, by znudzić się sobą, ale i nie na tyle rzadko, by zapomnieć o swoich bolączkach.
- I jak? – zagaiła Ola, gdy na stoliku przed nami pojawiły się już zamówione specjały. – Ruszyłaś z tą powieścią?
- Coś ty! – Machnęłam ręką, omal nie wylewając kawy. – Bladego pojęcia nie mam, o czym pisać!
- A może… Wiem, że nie przepadasz za tym słowem, ale może powinnaś się dostosować – zauważyła moja przyjaciółka, oblizując łyżeczkę i zabawnie marszcząc nos.
- Dostosować? – Nie zrozumiałam.
- No wiesz, pisać o tym, co teraz modne: o gejach, wojnach polsko-ruskich i rusko-polskich, o Smoleńsku, mężatkach, które fundują sobie kochanków, biorąc odwet za tysiąclecia niewoli przy garach i dzieciach…
- E, bez przesady – zaoponowałam. – Jeszcze tak nisko nie upadłam. Mam coś innego na widoku.
- Lepszego niż ślepe podążanie za trendami? Nie wierzę! – Zachichotała.
- Znajomek opowiadał o takim jednym gabinecie, gdzie można sobie na jakiś czas zaimplantować chorobę psychiczną.
- Nie żartuj! – parsknęła Ola. – Choć z drugiej strony, kłopoty z głową niejednemu artyście zapewniły miejsce na kartach historii. Przecież większość wielkich pisarzy miała nierówno pod sufitem.
- Serio? – Moje zdziwienie było szczere, bo choć oczywiście słyszałam o jednym czy drugim, który zamiast na czerwonym dywanie w Hollywood wylądował w pokoju o miękkich ścianach, nie miałam świadomości, że problem jest tak powszechny.
- No jasne! Dostojewski, Kafka, Tołstoj… – Oczy przyjaciółki aż błyszczały podnieceniem, gdy wymieniała kolejnych ekscentryków. – – Że o Kyrczu i Kainie nie wspomnę; przecież jakiś producent psychotropów był nawet patronem medialnym ich zbiorku…
Cóż, wszystkie te nazwiska już dawno weszły do panteonu sław słowa pisanego. Skoro sama chciałam się tam znaleźć, też powinnam postradać rozum. Póki co byłam zbyt poukładana, bardziej rozważna niż romantyczna. Pewnego wieczoru zdarzyło mi się nawet dokonać w mieszkaniu niezbędnych pomiarów, by sprawdzić, czy mam choć trochę nierówno pod sufitem. Jak się łatwo domyślić, wynik mnie nie zadowolił.
- Wybiorę się tam za parę dni – zdecydowałam w końcu. – Bez pomocy tego gabinetu nie mam szans napisać kolejnej powieści.
- No dobrze, idź, skoro musisz. Ale czy to bezpieczne? – spytała Ola, bełtając palcem śmietankę w swoim cappuccino.
- Myślę, że nie – odparłam. – I właśnie dlatego tak mnie tam ciągnie.
Byłam u psychiatry, dostałam leki, ale bałam się ich brać.
wpis znaleziony w internecie
Dopiero na miejscu, siedząc w Gabinecie Inspiracji, nerwowo pocierając o siebie skrzyżowane nogi, obgryzając paznokcie i wodząc wzrokiem po nieprzyjemnie futurystycznym i odhumanizowanym wnętrzu, zaczęłam się zastanawiać, co ja tak naprawdę tu robię. Wcześniej jakoś nie przyszło mi to do głowy. Działałam jak w transie, chcąc za wszelką cenę wydobyć się z martwego punktu, w którym – trochę na własne życzenie – utkwiłam.
Po sukcesie pierwszej powieści napisanie drugiej okazało się niewykonalne. I nie było w tym nic dziwnego. Skoro w poprzedniej książce wyeksploatowałam się do cna, przelałam na papier wszystkie myśli i emocje minionych lat, wyczerpałam zasób słów i pomysłów, wycisnęłam siebie jak gąbkę, do ostatniej kropli, czego jeszcze mogłam oczekiwać? Powinnam chyba wyruszyć w podróż życia, zeszmacić się, przyćpać, przespać z drużyną hokejową, uczynić cokolwiek, byle tylko załapać się na inspirację, tę sprzedajną dziwkę sztuki.
Problem w tym, że nie zdążyłam, czy raczej nie odważyłam się na nic równie ekstrawaganckiego. A tymczasem pieniądze były na wyczerpaniu, blask sławy przygasał z wolna, nowych perspektyw zarobku brakowało. Na dodatek cholerna umowa nakładała na mnie obowiązek dostarczenia wydawcy dwóch powieści w ciągu trzech lat – gdybym się z tego nie wywiązała, musiałabym zwrócić zaliczkę, z której przecież zostały nędzne resztki.
Będąc o krok od artystycznego i finansowego bankructwa, zaczęłam obdzwaniać, mejlować i nachodzić znajomych, żeby ktoś mi łaskawie poradził, skąd na gwałt wytrzasnąć wenę potrzebną do wyduszenia z siebie kolejnych dwustu stron prozy, jeśli nie świetnej, to chociaż uczciwej wobec czytelnika.
Któraś koleżanka po piórze zasugerowała popełnienie samobójstwa:
- Zbudujesz legendę, wyrobisz nazwisko… Powaga, to najlepsze wyjście… Sama bym tak postąpiła, gdyby nie brakowało mi odwagi.
No, okej, jej debiut nie wywołał szału, miała może ze dwie pozytywne recki na kilkanaście, ale nie musiała się odgryzać na kimś sympatyczniejszym, ładniejszym i bardziej utalentowanym… Żmija!
Parę osób poleciło skorzystanie z ghost writera, który napisałby tekst za mnie, nie roszcząc sobie do niego żadnych praw. Super! Ekstra, naprawdę! Tylko skąd wezmę na to kaskę, skoro honoraria ciekły już ledwie cieniutką strużką, pismo, kiedyś wiszące mi dwa koła za stare felietony, okazało się przykrywką dla jakiejś mafijnej pralni, która przez media była wymieniana jednym tchem ze słowami takimi jak „narkotyki”, „prostytucja” czy nawet „niezidentyfikowane, rozczłonkowane ciała”. Nie było odpowiedniej kwoty, więc ghost writerzy odpadali w przedbiegach.
Wtedy Jurek Keret, mój kumpel z liceum, dał mi namiary na Gabinet Inspiracji.
- Eksperymentalna terapia – zachęcał. – Szybko i tanio. Full pomysłów gwarantowane. Zapisz się, zanim wypłyną na szersze wody i będą chcieli pięć koła za zabieg.
Brzmiał jak akwizytor, ale przecież zawsze tak było, bo zanim Jurek został wziętym prozaikiem, robił w marketingu.
- A nie będzie bolało?
- Nie pękaj, Ilonka. Nawet jak będzie, to potem spłodzisz taką powieść, że inni by za nią poszli na ukrzyżowanie.
Nie wymagałam cudów, wystarczyłby mi nawet dziennik Bridget Jones z trochę lepszą narracją, ale oczywiście arcydzieło byłoby mile widziane. Zagraniczne stypendia i perspektywa paru znaczących nagród zdecydowanie do mnie przemawiały. Już Madonna śpiewała, że jest materialną dziewczyną w świecie materialnym, to czemu miałabym jej słowa podważać? Wcale nie czułam się od niej lepsza, ba, gorsza, bo nie zarobiłam nawet promila tego co ona.
Siedziałam więc tutaj, zastanawiając się, w jaki sposób lekarze w białych kitlach i maseczkach na twarzach zdołają natchnąć mnie do pisarskiej roboty. Wokół pachniało chemikaliami, zza ściany coś miarowo brzęczało.
Zanim jeszcze zastosowałam się do rady Jurka, zafundowałam sobie spotkanie z przyjaciółką od serca, to znaczy z Aleksandrą, którą znałam chyba od zawsze, a w każdym razie na pewno od szóstej klasy podstawówki, kiedy to na przerwach wychodziłyśmy za szkołę i kurzyłyśmy podprowadzone rodzicom klubowe.
Ola i ja praktycznie należałyśmy do różnych światów. Ona, wysoko
sytuowana wicedyrektor banku komercyjnego – zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, czym różni się bank komercyjny od niekomercyjnego – – no i ja, przez lata szara myszka, z pięcioma minutami sławy, które minęły, zanim zdążyłam się nimi nacieszyć.
Może właśnie to, że nie miałyśmy ze sobą zbyt wiele wspólnego, że poszłyśmy przez dorosłe życie zupełnie innymi ścieżkami, sprawiło, że nigdy nie stanowiłyśmy dla siebie konkurencji. Mogłyśmy więc być prawdziwymi przyjaciółkami, które zwierzały się sobie z najbardziej kłopotliwych i wstydliwych problemów.
Cieplarnia, wbrew swej nazwie, nie była przegrzaną knajpą. Temperatura wewnątrz oscylowała w okolicach dwudziestu stopni Celsjusza. Ciepło, ale bez przesady. Głównym atutem Cieplarni było to, że choć znajdowała się praktycznie na Rynku, niewiele osób o niej wiedziało, i dzięki niezbyt głośnej muzyce doskonale nadawała się na spotkania przy kawie i ciastku.
Umawiałyśmy się tam co dwa, trzy miesiące, nie na tyle często, by znudzić się sobą, ale i nie na tyle rzadko, by zapomnieć o swoich bolączkach.
- I jak? – zagaiła Ola, gdy na stoliku przed nami pojawiły się już zamówione specjały. – Ruszyłaś z tą powieścią?
- Coś ty! – Machnęłam ręką, omal nie wylewając kawy. – Bladego pojęcia nie mam, o czym pisać!
- A może… Wiem, że nie przepadasz za tym słowem, ale może powinnaś się dostosować – zauważyła moja przyjaciółka, oblizując łyżeczkę i zabawnie marszcząc nos.
- Dostosować? – Nie zrozumiałam.
- No wiesz, pisać o tym, co teraz modne: o gejach, wojnach polsko-ruskich i rusko-polskich, o Smoleńsku, mężatkach, które fundują sobie kochanków, biorąc odwet za tysiąclecia niewoli przy garach i dzieciach…
- E, bez przesady – zaoponowałam. – Jeszcze tak nisko nie upadłam. Mam coś innego na widoku.
- Lepszego niż ślepe podążanie za trendami? Nie wierzę! – Zachichotała.
- Znajomek opowiadał o takim jednym gabinecie, gdzie można sobie na jakiś czas zaimplantować chorobę psychiczną.
- Nie żartuj! – parsknęła Ola. – Choć z drugiej strony, kłopoty z głową niejednemu artyście zapewniły miejsce na kartach historii. Przecież większość wielkich pisarzy miała nierówno pod sufitem.
- Serio? – Moje zdziwienie było szczere, bo choć oczywiście słyszałam o jednym czy drugim, który zamiast na czerwonym dywanie w Hollywood wylądował w pokoju o miękkich ścianach, nie miałam świadomości, że problem jest tak powszechny.
- No jasne! Dostojewski, Kafka, Tołstoj… – Oczy przyjaciółki aż błyszczały podnieceniem, gdy wymieniała kolejnych ekscentryków. – – Że o Kyrczu i Kainie nie wspomnę; przecież jakiś producent psychotropów był nawet patronem medialnym ich zbiorku…
Cóż, wszystkie te nazwiska już dawno weszły do panteonu sław słowa pisanego. Skoro sama chciałam się tam znaleźć, też powinnam postradać rozum. Póki co byłam zbyt poukładana, bardziej rozważna niż romantyczna. Pewnego wieczoru zdarzyło mi się nawet dokonać w mieszkaniu niezbędnych pomiarów, by sprawdzić, czy mam choć trochę nierówno pod sufitem. Jak się łatwo domyślić, wynik mnie nie zadowolił.
- Wybiorę się tam za parę dni – zdecydowałam w końcu. – Bez pomocy tego gabinetu nie mam szans napisać kolejnej powieści.
- No dobrze, idź, skoro musisz. Ale czy to bezpieczne? – spytała Ola, bełtając palcem śmietankę w swoim cappuccino.
- Myślę, że nie – odparłam. – I właśnie dlatego tak mnie tam ciągnie.
poniedziałek, 9 maja 2011
Purpurowy cień (4)
Temperatura z pewnością dochodziła do pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Z nieba lał się żar. Ogorzała skóra Novaka znosiła go raczej dobrze, lecz niebieskie oko odmówiło zaadaptowania się do niezwykłej jasności panującej na zewnątrz. Jimmy przełożył więc skórzaną opaskę na prawą stronę, tak by chronić oko.
Podobnie jak wnętrze Tumono House miasto Penlocke było ciągiem brukowanych ulic, uliczek i ślepych zaułków. Domy budowane z muru pruskiego, do którego użyto kamienia i cegły, były bardzo wąskie i nie wyższe niż trzy piętra. Niektóre miały nieco szersze fasady, ale wyższe nie były. Jimmy nie bardzo wiedział, co myśleć o ich archaicznym wyglądzie. Miał wrażenie, że się znalazł w jakimś mieście europejskim pięć wieków wcześniej. Tymczasem niektóre detale wskazywały wyraźnie na współczesność. Na przykład lampy uliczne, krótkie rynny przycięte z opon albo podziurawione blachy z metalu, które tu i ówdzie służyły za okna.
Na głównych ulicach, zresztą niewiele szerszych niż pozostałe uliczki miasta, nie było ani jednego pojazdu. Jimmy pomyślał, że można tu jeździć na rowerze lub motocyklu. Opony służące za rynny musiały przecież skądś pochodzić.
Sklepów też nie było zbyt wiele. Kilka szyldów z wypisanymi nazwiskami, rzadziej wskazówką o branży wisiało na krótkich łańcuchach. Jimmy krążył po uliczkach myśląc, że „prawdziwy” handel został być może zgrupowany w jakiejś jednej dzielnicy, której jeszcze nie odwiedził. Chciało mu się pić i z przyjemnością ochłodziłby głowę oraz podeszwy stóp, które go paliły, jednak coraz jaśniej świtała mu w głowie myśl, że nie znajdzie wody, chyba, że wróci do Tumono House i zbudzi Shandrę.
Maszerował tak jeszcze kilka minut, zanim zauważył zardzewiałą beczkę ukrytą w cieniu pod występem dachu, usiadł i oparł plecy o ciepłą ścianę z cegły. Uchylił opaskę przysłaniającą oko.
Dziwnie się czuł krążąc po nieznanym mieście w środku dnia, gdy tymczasem wszyscy mieszkańcy spali. Jeszcze dziwniejsze było to, że nie wiedział, gdzie się znajduje to miasto ani w jaki sposób tutaj dotarł. A jednak był pewien, że w końcu przypomni sobie, co się wydarzyło między chwilą, gdy zanurkował w rzece Test a przebudzeniem w piwnicy Tumono House. I skoro on sam nadal żył, nie było powodu, by Aia nie żyła. Czy to możliwe, że znajduje się w Penlocke podobnie jak on? Gdzie mogło się schować trzy i pół letnie dziecko, które znalazło się samo w nieznanym sobie miejscu?
Novak znów przysłonił oko i ruszył w drogę. Nie chciał wykrzykiwać imienia córki licząc na to, że go usłyszy i mu odpowie. Shandra okazała się bardzo miła, ale nic nie gwarantowało, że reszta mieszkańców miasta przyjmie obcego, który zakłóci ich sen równie serdecznie. Postanowił nadal samodzielnie odkrywać Penlocke rozglądając się uważnie za Aią.
Pomyślał też, że nie będzie chodził bez sensu po mieście, lecz obierze jeden kierunek i zajdzie tak daleko, jak to możliwe. Ciekaw był, gdzie się kończy Penlocke, a zaczyna pustynia.
Kilka razy Jimmy musiał zboczyć z drogi, aż w końcu dotarł do granic miasta. Nie miał co do tego żadnej wątpliwości, ponieważ stanął przed murem z czerwonawej cegły wysokim na pięć metrów, który ciągnął się w lewo i w prawo, jak okiem sięgnąć. Dlaczego taki wysoki? Aby chronić miasto przed burzami piaskowym? Przed napaścią dzikich zwierząt? Przed wrogami z... właściwie skąd? Z pustyni? Z innego miasta? Shandra nie wspominała o żadnym innym mieście, ale to nie znaczy przecież, że inne miasta nie istniały.
Novak szedł wzdłuż muru, dopóki nie dotarł do wielkich drewnianych drzwi zamkniętych na kłódkę, nieco niższych niż mur i szerokich na co najmniej dwa metry. Zastanawiał się, kto był uprawniony do otwierania tych drzwi. Miał ochotę sprawdzić, co się znajduje po drugiej stronie, lecz uznał, że to nie jest odpowiedni moment. Nie opuści Penlocke, zanim nie uzyska pewności, że Ai tu nie ma. Dopiero wtedy ruszy jej szukać, gdziekolwiek się znalazła. Żaden mur, żadna brama zamknięta na kłódkę go przed tym nie powstrzyma.
Podobnie jak wnętrze Tumono House miasto Penlocke było ciągiem brukowanych ulic, uliczek i ślepych zaułków. Domy budowane z muru pruskiego, do którego użyto kamienia i cegły, były bardzo wąskie i nie wyższe niż trzy piętra. Niektóre miały nieco szersze fasady, ale wyższe nie były. Jimmy nie bardzo wiedział, co myśleć o ich archaicznym wyglądzie. Miał wrażenie, że się znalazł w jakimś mieście europejskim pięć wieków wcześniej. Tymczasem niektóre detale wskazywały wyraźnie na współczesność. Na przykład lampy uliczne, krótkie rynny przycięte z opon albo podziurawione blachy z metalu, które tu i ówdzie służyły za okna.
Na głównych ulicach, zresztą niewiele szerszych niż pozostałe uliczki miasta, nie było ani jednego pojazdu. Jimmy pomyślał, że można tu jeździć na rowerze lub motocyklu. Opony służące za rynny musiały przecież skądś pochodzić.
Sklepów też nie było zbyt wiele. Kilka szyldów z wypisanymi nazwiskami, rzadziej wskazówką o branży wisiało na krótkich łańcuchach. Jimmy krążył po uliczkach myśląc, że „prawdziwy” handel został być może zgrupowany w jakiejś jednej dzielnicy, której jeszcze nie odwiedził. Chciało mu się pić i z przyjemnością ochłodziłby głowę oraz podeszwy stóp, które go paliły, jednak coraz jaśniej świtała mu w głowie myśl, że nie znajdzie wody, chyba, że wróci do Tumono House i zbudzi Shandrę.
Maszerował tak jeszcze kilka minut, zanim zauważył zardzewiałą beczkę ukrytą w cieniu pod występem dachu, usiadł i oparł plecy o ciepłą ścianę z cegły. Uchylił opaskę przysłaniającą oko.
Dziwnie się czuł krążąc po nieznanym mieście w środku dnia, gdy tymczasem wszyscy mieszkańcy spali. Jeszcze dziwniejsze było to, że nie wiedział, gdzie się znajduje to miasto ani w jaki sposób tutaj dotarł. A jednak był pewien, że w końcu przypomni sobie, co się wydarzyło między chwilą, gdy zanurkował w rzece Test a przebudzeniem w piwnicy Tumono House. I skoro on sam nadal żył, nie było powodu, by Aia nie żyła. Czy to możliwe, że znajduje się w Penlocke podobnie jak on? Gdzie mogło się schować trzy i pół letnie dziecko, które znalazło się samo w nieznanym sobie miejscu?
Novak znów przysłonił oko i ruszył w drogę. Nie chciał wykrzykiwać imienia córki licząc na to, że go usłyszy i mu odpowie. Shandra okazała się bardzo miła, ale nic nie gwarantowało, że reszta mieszkańców miasta przyjmie obcego, który zakłóci ich sen równie serdecznie. Postanowił nadal samodzielnie odkrywać Penlocke rozglądając się uważnie za Aią.
Pomyślał też, że nie będzie chodził bez sensu po mieście, lecz obierze jeden kierunek i zajdzie tak daleko, jak to możliwe. Ciekaw był, gdzie się kończy Penlocke, a zaczyna pustynia.
Kilka razy Jimmy musiał zboczyć z drogi, aż w końcu dotarł do granic miasta. Nie miał co do tego żadnej wątpliwości, ponieważ stanął przed murem z czerwonawej cegły wysokim na pięć metrów, który ciągnął się w lewo i w prawo, jak okiem sięgnąć. Dlaczego taki wysoki? Aby chronić miasto przed burzami piaskowym? Przed napaścią dzikich zwierząt? Przed wrogami z... właściwie skąd? Z pustyni? Z innego miasta? Shandra nie wspominała o żadnym innym mieście, ale to nie znaczy przecież, że inne miasta nie istniały.
Novak szedł wzdłuż muru, dopóki nie dotarł do wielkich drewnianych drzwi zamkniętych na kłódkę, nieco niższych niż mur i szerokich na co najmniej dwa metry. Zastanawiał się, kto był uprawniony do otwierania tych drzwi. Miał ochotę sprawdzić, co się znajduje po drugiej stronie, lecz uznał, że to nie jest odpowiedni moment. Nie opuści Penlocke, zanim nie uzyska pewności, że Ai tu nie ma. Dopiero wtedy ruszy jej szukać, gdziekolwiek się znalazła. Żaden mur, żadna brama zamknięta na kłódkę go przed tym nie powstrzyma.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
piątek, 29 kwietnia 2011
Purpurowy cień (3)
PENCLOCKE
Jimmy Novak otworzył oko. Wokół niego panowały całkowite ciemności. Czuł się lekko, jego ciało unosiło się na powierzchni letniej wody. Powoli poruszył ramionami i nogami, jego mięśnie były rozluźnione, serce biło normalnie. Jedyny ból, jaki odczuwał, umościł się w centrum splotu słonecznego.
Aia, pomyślał.
Novak naprężył ciało, by zmienić pozycję w wodzie. Stopami natrafił na grunt. Stanął pewnie, góra jego ciała wystawała powyżej linii, jak mu się zdawało, wody.
- Aia? – szepnął.
Gdzie był? Co się wydarzyło, po tym jak zanurkował w rzece Test?
Novak poruszał się w ciemnościach. Zrobił trzy kroki i jego uda dotknęły czegoś twardego. Pomacał dłonią. Wydawało mu się, że dotyka drewna, że to zarys jakiejś platformy. Nacisnął, ale nic się nie poruszyło, Jimmy podciągnął się na pomost, wolno rozprostował długie ciało. Jego głowa otarła się o sufit. Przypuszczał, że się znajduje w piwnicy.
Miał zamiar zbadać przestrzeń, w której się znalazł, ale ból w splocie słonecznym przykuwał go do miejsca. Wrażenie było inne niż przy fizycznej ranie, to był ból moralny zlokalizowany w miejscu, do którego je przesłał, ból spowodowany rozłąką z Aią i Turą.
Novak skupił całą swoją energię na tym, by odizolować i uśpić chwilowo ten ból. Głęboko wdychał i wydychał powietrze, dobre dziesięć razy, aż wreszcie ucisk w splocie słonecznym zaczął słabnąć. Nie zdoła go całkiem pokonać, dopóki nie odnajdzie dwóch najważniejszych osób w swoim życiu. Teraz jednak przynajmniej nad nim panował.
Jimmy ruszył po omacku przed siebie. Jego bose stopy trafiły na wzniesienie, potem na kolejne. Palcami stóp omiótł powierzchnię pomostu od lewej do prawej strony, by sprawdzić szerokość tego, co mu się zdawało być bardzo wąskimi schodami. Tylko jedna osoba mogła na nich stanąć. Novak zaczął się wspinać po schodach. Jego ręce dotykały ścian po obu stronach, ścian z desek przybitych gwoździami.
Po dobrej minucie dotarł do drzwi. Znalazł klamkę, nie mógł jej jednak otworzyć. Rozważał możliwe hipotezy: w ciemnościach, bez narzędzi, próba rozebrania zamka, jeśli taki w ogóle istniał, byłaby absurdem. Mógł kopnąć w drzwi w nadziei, że się otworzą. Jednak wtedy jego wejście nie należałoby do najdyskretniejszych, on zaś nie miał pojęcia, co się znajduje po drugiej stronie.
Wybierając ostrożność Novak przyłożył ucho do drzwi i zastukał trzy razy. Odczekał kilka sekund. Panowała martwa cisza. Zastukał raz jeszcze z nieco większą siłą, ale i ta próba spotkała się z brakiem reakcji. Jimmy nie potrafił czekać bezczynnie, zszedł więc kilka stopni, mocno zaparł się o ścianę i wymierzył solidnego kopniaka. Drzwi stawiały opór i musiał się przymierzyć jeszcze kilka razy, zanim wreszcie ustąpiły.
Po drugiej stronie panowały równie głębokie ciemności. Przez dobrą chwilę Novak stał nieruchomo nadstawiając ucha na najmniejszy dźwięk, który mógł być wskazówką. Ale niczego nie słyszał. Ruszył przed siebie, tym razem korytarzem niewiele szerszym niż schody. Wreszcie dostrzegł w mroku zarys kształtu. Na końcu korytarza zwisał materiał, a przez jego brzegi przesączało się słabe światło. Podszedł do zasłony i odchylił tylko tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie.
Stojąc na lekko rozstawionych nogach z ramionami wzniesionymi nieco do góry, wysoka kobieta o krótkich blond włosach patrzyła z przerażeniem na zasłonę. W prawym ręku trzymała kandelabr. Przedmiot musiał być ciężki dla jej kruchej dłoni. Z pewnością usłyszała hałas, jaki spowodowało wyważenie drzwi.
- Kim jesteś? – zapytała stanowczym głosem.
Novak odsunął zasłonę i ruszył w stronę młodej kobiety, która szybko wycofała się o kilka kroków. Jimmy zdawał sobie sprawę, że z przepaską na lewym oku, nagi do pasa i na bosaka, nie może budzić zaufania. Znieruchomiał.
- Nazywam się Jimmy Novak. Nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem. Możesz mi pomóc?
- Którędy wszedłeś?
- Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić, jak tu dotarłem.
Novak wiedział, że nie uspokaja jej tymi słowami, więc spojrzał jej szczerze w oczy próbując dać do zrozumienia, że nie chce wyrządzić najmniejszej krzywdy. Po kilku sekundach zauważył, że jej ciało się odpręża. Kobieta zrezygnowała z defensywnej postawy i odstawiła kandelabr na stół.
- Jestem Shandra – powiedziała ujmującym głosem. – Znajdujesz się w Tumono House.
Pomieszczenie oświetlała tylko jedna świeca. Shandra potarła zapałkę i zapaliła wszystkie świece w odstawionym kandelabrze, dzięki czemu Novak mógł się przyjrzeć otoczeniu. Był to salon podzielony na kilka części, a w każdej stała kozetka, kanapa albo dwa fotele. Ściany były ozdobione draperiami o żywych barwach, a z sufitu zwisały kadzielniczki. Na stolikach stały kandelabry, lampiony, wszystkie jednak wygaszone. Dywany o egzotycznych motywach pokrywały podłogę.
- Co to jest Tumono House?
- Dom prostytutek.
Co ja robię w burdelu? – zastanawiał się Novak uznając zarazem, że ma jednak szczęście, bo mógł wylądować w miejscu znacznie mniej przyjaznym.
- Chodź za mną – powiedziała Shandra chwytając znów kandelabr.
Novak ruszył za młodą kobietą. Uznał, że długa ciemnoniebieska suknia o surowym kroju, która skrywała jej ciało, wcale nie kojarzy się z wyzywającymi ubraniami, jakie zwykle nosiły prostytutki. Być może jednak Shandra nie była jedną z nich?
Minęli salon i weszli w inny wąski korytarz. Ściany pokrywały delikatne, przezroczyste materiały haftowane złotą nicią, a po obu stronach korytarza było wiele drzwi. Następnie weszli na górę schodami, minęli znowu mnóstwo innych korytarzy, które zdawały się tworzyć bardzo skomplikowany labirynt. Zeszli po innych schodach, skręcili w lewo, potem w prawo... Novak zastanawiał się, co to za labirynt. Jedno było pewne: aby móc przemieszczać się z taką pewnością siebie jak Shandra, należało przebywać tu – albo żyć – od dłuższego czasu.
Nikogo po drodze nie spotkali. Drzwi, najpewniej prowa-dzące do pokojów, były pozamykane i w całym domu panowała cisza. Gdzie więc były dziewczęta i klienci?
Shandra popchnęła wreszcie któreś drzwi, weszła do po-mieszczenia, a za nią Novak. Dziewczyna zamknęła drzwi.
Nie znajdowali się w pokoju, ale raczej w małym salonie z kuchnią, gdzie stała komoda, okrągły stół, dwa krzesła. Był też zlew i niewielki blat, na którym stała kuchenka. Na ścianie, na wprost blatu wisiały długie suknie podobne do tej, którą miała na sobie Shandra, ale w różnych kolorach, od najbardziej pastelowych do najżywszych. Niektóre były haftowane.
- Możesz usiąść – powiedziała odstawiając kandelabr na komodę.
- Mam mokre spodnie.
Novak dostrzegł błysk wahania w wielkich, zielonych oczach Shandry.
- Zdejmij je, szybciej wyschną.
Jimmy zdjął jeansy. Pod spodem nie miał niczego, Shandra powiesiła spodnie na oparciu krzesła, po czym zdjęła szarą suknię zawieszoną na ścianie i podała ją gościowi. Był wystarczająco szczupły, by ją założyć bez najmniejszego problemu. Usiadł.
- Chcesz się czegoś napić? Wódka? Gin?...
- Herbatę, jeśli masz.
- Koftee?
- Co to jest?
- To mieszanka kawy, herbaty i przypraw. Jest wspaniała albo ohydna, zależy od upodobań.
- Spróbuję.
Shandra zajęła się przyrządzaniem koftee. Jimmy skorzystał z okazji i rzucił okiem za gęstą, czarną zasłonę, obok której siedział. Zaskoczyło go nagle jaskrawe światło dnia, które wpadło przez wąskie okno bez szyb. Zamrugał oczami, by spróbować się przyzwyczaić, ale światło było zbyt intensywne. Zaciągnął zasłonę.
- Jak to możliwe, żebyś tylko ty usłyszała, że wyważyłem drzwi?
- Nie usłyszałabym cię, gdybym była w pokoju, ale zasnęłam w salonie. Czasami to mi się zdarza.
- Zgoda, a gdzie są inni? Dziewczęta, klienci? Dlaczego mam wrażenie, że w tym domu nie ma nikogo?
- Ponieważ jest dzień, a w dzień wszyscy śpią – odparła Shandra, która wydawała się zdziwiona, że Jimmy nie wie o czymś tak oczywistym.
Novak był jeszcze bardziej zdziwiony niż ona. Gdzie się do diabła znalazł?
- Gdzie się znajduje Tumono House?
Shandra odwróciła się do niego.
- W mieście Penlocke.
- Mieście Penlocke – wyszeptał zamyślony.
- A ty, Jimmy, skąd pochodzisz?
- Ze Stockbridge.
Czajnik zaczął gwizdać. Shandra zdjęła do z kuchenki.
- Nigdy nie słyszałam o mieście Stockbridge.
- To miasteczko w Anglii.
- Nigdy też nie słyszałam o Anglii.
Zalała wrzącą wodą jakiś proszek, który wsypała do delikatnych filiżanek. Podała filiżankę swojemu gościowi, a potem usiadła na brzeżku krzesła, na którym suszyły się spodnie.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie – zauważyła. – Jak wszedłeś do Tumono House?
- Obudziłem się w tej wodzie na dole.
- W piwnicy jest woda?
- Nie wiedziałaś o tym?
- Nie.
Shandra zmarszczyła brwi.
- Właściwie – uściśliła – kiedyś słyszałam, że Tumono House został wybudowany na wodzie, ale myślałam, podobnie jak inni, że to legenda.
Jimmy przełknął łyk koftee. Mieszanka miała gorzkawy smak, ale jemu smakowała.
- A gdzie jest Anglia? – spytała Shandra.
- A gdzie jest Penlocke? – odparł Novak z lekkim uśmie-chem.
- Pośrodku pustyni.
- Anglia jest wielką wyspą.
- Co to jest wyspa?
- To kawałek lądu otoczony wodą.
Shandra cały czas się zastanawiała.
- Jak dotarłeś z Anglii aż tutaj?
- Powiedziałem ci, że nie wiem, część odpowiedzi znajduje się prawdopodobnie w piwnicy.
Przez chwilę pili w milczeniu. Jimmy spoglądał ukradkiem na Shandrę. Była ładną dziewczyną, od której biła raczej łagodność i uprzejmość niż seksualność. Co robiła w burdelu? Intrygowało go to, ale na razie ważniejsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, co on tu robi i co robi w Penlocke.
- Chciałbym się przejść po mieście – oznajmił.
- Jeśli sobie życzysz, ale w dzień temperatura jest bardzo wysoka i trudna do zniesienia. Poza tym wszędzie jest pustynia. To nudne.
Wobec pytającego spojrzenia Jimmy’ego Shandra sprecyzowała:
- Nie tylko Tumono House śpi w dzień. Całe miasto śpi.
Novak pomyślał, że to jest właśnie idealny moment, by zwiedzić Penlocke. Pozna trochę miasto, zanim spotka się z jego mieszkańcami.
Dopił herbatę i wstał.
- Doskonała koftee.
Shandra uśmiechnęła się i również wstała.
- Jeśli któryś z obywateli zobaczy cię w tumono, możesz ściągnąć na siebie nieprzyjemności.
Jimmy odnotował słowo „obywatel”. Pociągnął za materiał sukni.
- To jest tumono?
- Tak. I noszą je tylko dziewczęta z Tumono House.
Ponieważ Shandra nosiła tumono, Novak wyciągnął wniosek, że jednak była jedną z „dziewcząt”. Być może prostytutki w Penlocke miały więcej uroku niż zmysłowości.
- W takim razie założę spodnie.
- Jeszcze nie wyschły.
- Nic nie szkodzi – powiedział Jimmy zdejmując tumono i odkładając je na krzesło.
Gdy zakładał swoje jeansy, Shandra zajrzała do jednej z szuflad komody.
- Masz, załóż też to – powiedziała podając mu ciemnozieloną koszulę bez rękawów. – Choć trochę ochroni cię przed słońcem.
Novak założył koszulę.
Kilka minut później, minąwszy kolejne kręte korytarze za swoją gospodynią, Jimmy wyszedł przez główne drzwi Tumono House.
Shandra położyła mu dłoń na przedramieniu.
- Wróć, kiedy tylko zechcesz. Uprzedzę pana Sing Songa, żeby cię wpuścił.
- Dziękuję Shandro.
Novak ruszył nie pytając, kim jest pan Sing Song.
Jimmy Novak otworzył oko. Wokół niego panowały całkowite ciemności. Czuł się lekko, jego ciało unosiło się na powierzchni letniej wody. Powoli poruszył ramionami i nogami, jego mięśnie były rozluźnione, serce biło normalnie. Jedyny ból, jaki odczuwał, umościł się w centrum splotu słonecznego.
Aia, pomyślał.
Novak naprężył ciało, by zmienić pozycję w wodzie. Stopami natrafił na grunt. Stanął pewnie, góra jego ciała wystawała powyżej linii, jak mu się zdawało, wody.
- Aia? – szepnął.
Gdzie był? Co się wydarzyło, po tym jak zanurkował w rzece Test?
Novak poruszał się w ciemnościach. Zrobił trzy kroki i jego uda dotknęły czegoś twardego. Pomacał dłonią. Wydawało mu się, że dotyka drewna, że to zarys jakiejś platformy. Nacisnął, ale nic się nie poruszyło, Jimmy podciągnął się na pomost, wolno rozprostował długie ciało. Jego głowa otarła się o sufit. Przypuszczał, że się znajduje w piwnicy.
Miał zamiar zbadać przestrzeń, w której się znalazł, ale ból w splocie słonecznym przykuwał go do miejsca. Wrażenie było inne niż przy fizycznej ranie, to był ból moralny zlokalizowany w miejscu, do którego je przesłał, ból spowodowany rozłąką z Aią i Turą.
Novak skupił całą swoją energię na tym, by odizolować i uśpić chwilowo ten ból. Głęboko wdychał i wydychał powietrze, dobre dziesięć razy, aż wreszcie ucisk w splocie słonecznym zaczął słabnąć. Nie zdoła go całkiem pokonać, dopóki nie odnajdzie dwóch najważniejszych osób w swoim życiu. Teraz jednak przynajmniej nad nim panował.
Jimmy ruszył po omacku przed siebie. Jego bose stopy trafiły na wzniesienie, potem na kolejne. Palcami stóp omiótł powierzchnię pomostu od lewej do prawej strony, by sprawdzić szerokość tego, co mu się zdawało być bardzo wąskimi schodami. Tylko jedna osoba mogła na nich stanąć. Novak zaczął się wspinać po schodach. Jego ręce dotykały ścian po obu stronach, ścian z desek przybitych gwoździami.
Po dobrej minucie dotarł do drzwi. Znalazł klamkę, nie mógł jej jednak otworzyć. Rozważał możliwe hipotezy: w ciemnościach, bez narzędzi, próba rozebrania zamka, jeśli taki w ogóle istniał, byłaby absurdem. Mógł kopnąć w drzwi w nadziei, że się otworzą. Jednak wtedy jego wejście nie należałoby do najdyskretniejszych, on zaś nie miał pojęcia, co się znajduje po drugiej stronie.
Wybierając ostrożność Novak przyłożył ucho do drzwi i zastukał trzy razy. Odczekał kilka sekund. Panowała martwa cisza. Zastukał raz jeszcze z nieco większą siłą, ale i ta próba spotkała się z brakiem reakcji. Jimmy nie potrafił czekać bezczynnie, zszedł więc kilka stopni, mocno zaparł się o ścianę i wymierzył solidnego kopniaka. Drzwi stawiały opór i musiał się przymierzyć jeszcze kilka razy, zanim wreszcie ustąpiły.
Po drugiej stronie panowały równie głębokie ciemności. Przez dobrą chwilę Novak stał nieruchomo nadstawiając ucha na najmniejszy dźwięk, który mógł być wskazówką. Ale niczego nie słyszał. Ruszył przed siebie, tym razem korytarzem niewiele szerszym niż schody. Wreszcie dostrzegł w mroku zarys kształtu. Na końcu korytarza zwisał materiał, a przez jego brzegi przesączało się słabe światło. Podszedł do zasłony i odchylił tylko tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie.
Stojąc na lekko rozstawionych nogach z ramionami wzniesionymi nieco do góry, wysoka kobieta o krótkich blond włosach patrzyła z przerażeniem na zasłonę. W prawym ręku trzymała kandelabr. Przedmiot musiał być ciężki dla jej kruchej dłoni. Z pewnością usłyszała hałas, jaki spowodowało wyważenie drzwi.
- Kim jesteś? – zapytała stanowczym głosem.
Novak odsunął zasłonę i ruszył w stronę młodej kobiety, która szybko wycofała się o kilka kroków. Jimmy zdawał sobie sprawę, że z przepaską na lewym oku, nagi do pasa i na bosaka, nie może budzić zaufania. Znieruchomiał.
- Nazywam się Jimmy Novak. Nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem. Możesz mi pomóc?
- Którędy wszedłeś?
- Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić, jak tu dotarłem.
Novak wiedział, że nie uspokaja jej tymi słowami, więc spojrzał jej szczerze w oczy próbując dać do zrozumienia, że nie chce wyrządzić najmniejszej krzywdy. Po kilku sekundach zauważył, że jej ciało się odpręża. Kobieta zrezygnowała z defensywnej postawy i odstawiła kandelabr na stół.
- Jestem Shandra – powiedziała ujmującym głosem. – Znajdujesz się w Tumono House.
Pomieszczenie oświetlała tylko jedna świeca. Shandra potarła zapałkę i zapaliła wszystkie świece w odstawionym kandelabrze, dzięki czemu Novak mógł się przyjrzeć otoczeniu. Był to salon podzielony na kilka części, a w każdej stała kozetka, kanapa albo dwa fotele. Ściany były ozdobione draperiami o żywych barwach, a z sufitu zwisały kadzielniczki. Na stolikach stały kandelabry, lampiony, wszystkie jednak wygaszone. Dywany o egzotycznych motywach pokrywały podłogę.
- Co to jest Tumono House?
- Dom prostytutek.
Co ja robię w burdelu? – zastanawiał się Novak uznając zarazem, że ma jednak szczęście, bo mógł wylądować w miejscu znacznie mniej przyjaznym.
- Chodź za mną – powiedziała Shandra chwytając znów kandelabr.
Novak ruszył za młodą kobietą. Uznał, że długa ciemnoniebieska suknia o surowym kroju, która skrywała jej ciało, wcale nie kojarzy się z wyzywającymi ubraniami, jakie zwykle nosiły prostytutki. Być może jednak Shandra nie była jedną z nich?
Minęli salon i weszli w inny wąski korytarz. Ściany pokrywały delikatne, przezroczyste materiały haftowane złotą nicią, a po obu stronach korytarza było wiele drzwi. Następnie weszli na górę schodami, minęli znowu mnóstwo innych korytarzy, które zdawały się tworzyć bardzo skomplikowany labirynt. Zeszli po innych schodach, skręcili w lewo, potem w prawo... Novak zastanawiał się, co to za labirynt. Jedno było pewne: aby móc przemieszczać się z taką pewnością siebie jak Shandra, należało przebywać tu – albo żyć – od dłuższego czasu.
Nikogo po drodze nie spotkali. Drzwi, najpewniej prowa-dzące do pokojów, były pozamykane i w całym domu panowała cisza. Gdzie więc były dziewczęta i klienci?
Shandra popchnęła wreszcie któreś drzwi, weszła do po-mieszczenia, a za nią Novak. Dziewczyna zamknęła drzwi.
Nie znajdowali się w pokoju, ale raczej w małym salonie z kuchnią, gdzie stała komoda, okrągły stół, dwa krzesła. Był też zlew i niewielki blat, na którym stała kuchenka. Na ścianie, na wprost blatu wisiały długie suknie podobne do tej, którą miała na sobie Shandra, ale w różnych kolorach, od najbardziej pastelowych do najżywszych. Niektóre były haftowane.
- Możesz usiąść – powiedziała odstawiając kandelabr na komodę.
- Mam mokre spodnie.
Novak dostrzegł błysk wahania w wielkich, zielonych oczach Shandry.
- Zdejmij je, szybciej wyschną.
Jimmy zdjął jeansy. Pod spodem nie miał niczego, Shandra powiesiła spodnie na oparciu krzesła, po czym zdjęła szarą suknię zawieszoną na ścianie i podała ją gościowi. Był wystarczająco szczupły, by ją założyć bez najmniejszego problemu. Usiadł.
- Chcesz się czegoś napić? Wódka? Gin?...
- Herbatę, jeśli masz.
- Koftee?
- Co to jest?
- To mieszanka kawy, herbaty i przypraw. Jest wspaniała albo ohydna, zależy od upodobań.
- Spróbuję.
Shandra zajęła się przyrządzaniem koftee. Jimmy skorzystał z okazji i rzucił okiem za gęstą, czarną zasłonę, obok której siedział. Zaskoczyło go nagle jaskrawe światło dnia, które wpadło przez wąskie okno bez szyb. Zamrugał oczami, by spróbować się przyzwyczaić, ale światło było zbyt intensywne. Zaciągnął zasłonę.
- Jak to możliwe, żebyś tylko ty usłyszała, że wyważyłem drzwi?
- Nie usłyszałabym cię, gdybym była w pokoju, ale zasnęłam w salonie. Czasami to mi się zdarza.
- Zgoda, a gdzie są inni? Dziewczęta, klienci? Dlaczego mam wrażenie, że w tym domu nie ma nikogo?
- Ponieważ jest dzień, a w dzień wszyscy śpią – odparła Shandra, która wydawała się zdziwiona, że Jimmy nie wie o czymś tak oczywistym.
Novak był jeszcze bardziej zdziwiony niż ona. Gdzie się do diabła znalazł?
- Gdzie się znajduje Tumono House?
Shandra odwróciła się do niego.
- W mieście Penlocke.
- Mieście Penlocke – wyszeptał zamyślony.
- A ty, Jimmy, skąd pochodzisz?
- Ze Stockbridge.
Czajnik zaczął gwizdać. Shandra zdjęła do z kuchenki.
- Nigdy nie słyszałam o mieście Stockbridge.
- To miasteczko w Anglii.
- Nigdy też nie słyszałam o Anglii.
Zalała wrzącą wodą jakiś proszek, który wsypała do delikatnych filiżanek. Podała filiżankę swojemu gościowi, a potem usiadła na brzeżku krzesła, na którym suszyły się spodnie.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie – zauważyła. – Jak wszedłeś do Tumono House?
- Obudziłem się w tej wodzie na dole.
- W piwnicy jest woda?
- Nie wiedziałaś o tym?
- Nie.
Shandra zmarszczyła brwi.
- Właściwie – uściśliła – kiedyś słyszałam, że Tumono House został wybudowany na wodzie, ale myślałam, podobnie jak inni, że to legenda.
Jimmy przełknął łyk koftee. Mieszanka miała gorzkawy smak, ale jemu smakowała.
- A gdzie jest Anglia? – spytała Shandra.
- A gdzie jest Penlocke? – odparł Novak z lekkim uśmie-chem.
- Pośrodku pustyni.
- Anglia jest wielką wyspą.
- Co to jest wyspa?
- To kawałek lądu otoczony wodą.
Shandra cały czas się zastanawiała.
- Jak dotarłeś z Anglii aż tutaj?
- Powiedziałem ci, że nie wiem, część odpowiedzi znajduje się prawdopodobnie w piwnicy.
Przez chwilę pili w milczeniu. Jimmy spoglądał ukradkiem na Shandrę. Była ładną dziewczyną, od której biła raczej łagodność i uprzejmość niż seksualność. Co robiła w burdelu? Intrygowało go to, ale na razie ważniejsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, co on tu robi i co robi w Penlocke.
- Chciałbym się przejść po mieście – oznajmił.
- Jeśli sobie życzysz, ale w dzień temperatura jest bardzo wysoka i trudna do zniesienia. Poza tym wszędzie jest pustynia. To nudne.
Wobec pytającego spojrzenia Jimmy’ego Shandra sprecyzowała:
- Nie tylko Tumono House śpi w dzień. Całe miasto śpi.
Novak pomyślał, że to jest właśnie idealny moment, by zwiedzić Penlocke. Pozna trochę miasto, zanim spotka się z jego mieszkańcami.
Dopił herbatę i wstał.
- Doskonała koftee.
Shandra uśmiechnęła się i również wstała.
- Jeśli któryś z obywateli zobaczy cię w tumono, możesz ściągnąć na siebie nieprzyjemności.
Jimmy odnotował słowo „obywatel”. Pociągnął za materiał sukni.
- To jest tumono?
- Tak. I noszą je tylko dziewczęta z Tumono House.
Ponieważ Shandra nosiła tumono, Novak wyciągnął wniosek, że jednak była jedną z „dziewcząt”. Być może prostytutki w Penlocke miały więcej uroku niż zmysłowości.
- W takim razie założę spodnie.
- Jeszcze nie wyschły.
- Nic nie szkodzi – powiedział Jimmy zdejmując tumono i odkładając je na krzesło.
Gdy zakładał swoje jeansy, Shandra zajrzała do jednej z szuflad komody.
- Masz, załóż też to – powiedziała podając mu ciemnozieloną koszulę bez rękawów. – Choć trochę ochroni cię przed słońcem.
Novak założył koszulę.
Kilka minut później, minąwszy kolejne kręte korytarze za swoją gospodynią, Jimmy wyszedł przez główne drzwi Tumono House.
Shandra położyła mu dłoń na przedramieniu.
- Wróć, kiedy tylko zechcesz. Uprzedzę pana Sing Songa, żeby cię wpuścił.
- Dziękuję Shandro.
Novak ruszył nie pytając, kim jest pan Sing Song.
Etykiety:
Miasta Wewnętrzne,
Natasha Beaulieu,
Purpurowy cień
Subskrybuj:
Posty (Atom)