Mam w ręku trylogię o wampirzych rodach, całkiem współcześnie funkcjonujących, kanadyjskiej pisarki okrzykniętej Królową przeklętych. Właściwie powstał nawet czwarty tom, ponieważ powieść cieszyła się tak wielką popularnością wśród wielbicieli dzieci nocy, że autorka napisała specjalnie czwartą część, bo czytelnicy za nic nie chcieli się rozstawać z postaciami.
Współczesne wampiry mają nadzwyczajne zdolności przystosowawcze i funkcjonują w społeczeństwie niezwykle sprawnie tocząc swoje odwieczne walki między rodami o władzę, o terytoria...
Dla badaczy wampirów, od antropologów po psychiatrów, nie ulega wątpliwości, że wampir jest ucieleśnieniem ludzkich marzeń o potędze, w sensie dosłownym, władzy nad innymi, dominacji, umiejętności manipulowania innymi, skłaniania ich do bezwarunkowego posłuszeństwa, wykorzystywania bez wyrzutów sumienia i poczucia winy. Wampirom idzie to doskonale i dlatego są rasą wyższą.
Wydaje się, że identyfikując się z wszechwładnym wampirem ludzie świadomie rezygnują też z innego elementu stanowiącego od zawsze ogromną pokusę dla ludzkości: wiecznego życia. Bo wieczną młodość - jeśli dobrze pójdzie - wampir ma.
Wampir jest przecież istotą zniszczalną, choć może żyć wiele setek lat, a nawet tysięcy, jak pierwszy wampir, który jest Złem wcielonym i w micie właściwie zaciera się różnica między nim a ucieleśnieniem mitycznego Zła. Nie nazywa się go Szatanem, ale mnóstwo cech go przypomina. Poza jedną: nawet ten Pierwszy, Pierwotny jest śmiertelny, zniszczalny.
Wydaje się więc, że człowiek mimo tęsknot jest w jakiś sposób pogodzony z własną śmiertelnością, a nawet "zaprzyjaźniony", o czym chyba świadczą wampiry tragiczne, samotne i cierpiące po śmierci swoich bliskich, ludzi lub wampirów.
Erotyka w świecie wampirów ma również własne prawa. Wampiry bywają niezwykle romantyczne, ale i okrutne. Zarówno męskie jak i żeńskie. Męskie często uciekają się do brutalności, przemocy fizycznej i psychicznej; ich żeńska odmiana bywa tylko trochę delikatniejsza fizycznie, za to często nadrabia przemocą psychiczną posuniętą do granic... wyobraźni. Czyli właściwie bezgraniczną. I to są cechy jak najbardziej ludzkie, delikatnie zwane fantazjami, ale w życiu przejawiają się różnie. Nad tym obrazem króluje mit o nadzwyczajnym kochanku/kochance. Człowiek nie jest w stanie zagwarantować równie mocnych przeżyć jak wampir.
W literaturze współczesnej zatarły się granice między pornografią a zwykłą - nazwijmy to - powieścią romantyczną, która jeszcze nie tak dawno opisywała świat wampirów i ludzi. Przy czym sceny miłosne oscylują między "dosłowną namiętnością" a fantazjami i wyczynami sado-maso. I ta tendencja również wynika najprawdopodobniej z ludzkiego charakteru i skłonności.
Mam więc w ręku pełnokrwistą trylogię o wampirach i ludziach z nimi żyjących, bezpardonowej walce o władzę i przetrwanie, terytoria i rząd dusz i tylko się zastanawiam, dlaczego wampiry? Czy nie stać nas, ludzi, na pokazanie naszego prawdziwego oblicza, czy wstrzymuje nas moralność, religia, wiara...a może ludzie są jednak "lepsi" od wyższej rasy wampirów, do której aspirują z taką tęsknotą za niektórymi przywilejami?
poniedziałek, 22 marca 2010
poniedziałek, 15 marca 2010
Elfy, gnomy, wilkołaki...
Odkąd fantastyka zagościła na dobre w bibliotekach, a przede wszystkim w kinach, telewizorach i komputerach - czyli w naszych domach - nikt już chyba nie ma wątpliwości, jak wygląda elf, gnom, krasnal. smok... Ba! Nawet niektórzy uważają, że przynależą do szlachetnych plemion. Czemuś chętniej do elfów słynących z wyjątkowej urody i elegancji niż do gnomów lub trolli. Ale ludzie zawszę chętniej się utożsamiają z istotami wyjątkowymi, zaś brzydkie cechy, a więc i przynależność do podlejszej rasy chętnie łączą z charakterem i cechami innych.
Podobnie jak niektórych nie trzeba przekonywać co do istnienia kosmitów, tak inni chętnie wierzą w wampiry, wilkołaki, strzygi i inne paskudy. Nie trzeba być antropologiem, żeby wiedzieć, że te personifikacje mocy, cech, i zjawisk niezrozumiałych oraz nieoswojonych towarzyszą ludzkości od zawsze. Podobnie jak wszelkiego rodzaju bóstwa i żywioł,y, które człowiek starał się od zarania dziejów oswoić i przebłagać.
Jednak o ile bóstwa nigdy nie były osiągalne, w tym sensie, że człowiek nie mógł zamienić się w bóstwo i nadal funkcjonować, o tyle stworzenia mityczne, a w szczególności rasy uważane przez niektórych za wyższe jak wampiry, elfy to pogranicze naszego świata i świata magii, które może być osiągalne... dla wybranych. Ano właśnie, wielbiciele wampirów byliby szczęśliwi mogąc dołączyć do grona rasy wyższej. Trochę inaczej rzecz się ma z takim na przykład wilkołakiem. Nie każdy pragnie nim być, ale niektórym się przytrafia. Pech czy szczęście? Jak traktujemy inność, odmienność? Czy jest inna w fantastyce niż w życiu. Czy fantastyka to swoista ucieczka od rzeczywistości czy tylko poszerzenie otaczającej nas rzeczywistości?
Nieludzkie rasy występują w naszym świecie tak powszechnie, że nikt nawet nie pyta czym się różni troll od ghula. Obfituje w te stworzenia literatura, film i gry. Gry to wielki i złożony świat, w którym każda rasa ma przypisane sobie, dobrze znane cechy. Potwory, stworzenia dobroczynne, nieludzie, nietrupy... znamy ich obyczaje, wygląd, cechy, słabości, wady i zalety. Zadziwiające jak ten świat stał się rzeczywisty.
Podobnie jak niektórych nie trzeba przekonywać co do istnienia kosmitów, tak inni chętnie wierzą w wampiry, wilkołaki, strzygi i inne paskudy. Nie trzeba być antropologiem, żeby wiedzieć, że te personifikacje mocy, cech, i zjawisk niezrozumiałych oraz nieoswojonych towarzyszą ludzkości od zawsze. Podobnie jak wszelkiego rodzaju bóstwa i żywioł,y, które człowiek starał się od zarania dziejów oswoić i przebłagać.
Jednak o ile bóstwa nigdy nie były osiągalne, w tym sensie, że człowiek nie mógł zamienić się w bóstwo i nadal funkcjonować, o tyle stworzenia mityczne, a w szczególności rasy uważane przez niektórych za wyższe jak wampiry, elfy to pogranicze naszego świata i świata magii, które może być osiągalne... dla wybranych. Ano właśnie, wielbiciele wampirów byliby szczęśliwi mogąc dołączyć do grona rasy wyższej. Trochę inaczej rzecz się ma z takim na przykład wilkołakiem. Nie każdy pragnie nim być, ale niektórym się przytrafia. Pech czy szczęście? Jak traktujemy inność, odmienność? Czy jest inna w fantastyce niż w życiu. Czy fantastyka to swoista ucieczka od rzeczywistości czy tylko poszerzenie otaczającej nas rzeczywistości?
Nieludzkie rasy występują w naszym świecie tak powszechnie, że nikt nawet nie pyta czym się różni troll od ghula. Obfituje w te stworzenia literatura, film i gry. Gry to wielki i złożony świat, w którym każda rasa ma przypisane sobie, dobrze znane cechy. Potwory, stworzenia dobroczynne, nieludzie, nietrupy... znamy ich obyczaje, wygląd, cechy, słabości, wady i zalety. Zadziwiające jak ten świat stał się rzeczywisty.
wtorek, 9 marca 2010
Ulica Wiązów 5150 (fragm. 4 i ostatni)
Scena oniryczna, zwariowana, jedna z moich ulubionych, świetna pod względem psychologii postaci.
"Drzwi się otwierają. Widzę korytarz. Wrażenie déjà vu przyprawia mnie o przelotny zawrót głowy. I nagle mam ochotę uciec. Teraz. Natychmiast. Mój Boże, jak w ciągu kilku ostatnich dni mogłem zapomnieć o tej możliwości? Czyżbym do tego stopnia oderwał się od rzeczywistości? Ale tym razem mi się uda! Nie ma już burzy, która by mogła mnie zatrzymać, jest tylko ten przeklęty łańcuch...
Dostrzegam błysk na podłodze w korytarzu. To kluczyk. Podnoszę go i drżąc, wsuwam w zamek jednej z obręczy otaczających moje kostki. Słychać szczęk. Pięć sekund później łańcuch leży na podłodze.
Jestem wolny. Bez jednego krzyku radości, bez jednego dźwięku, tylko z nieco przyśpieszonym oddechem zaczynam biec, mimo że nadal lekko utykam. Na dole szperam w szafce, zakładam stare buty i zniszczone palto. Tym razem Maude nawet nie zadała sobie trudu, żeby zamknąć drzwi do kuchni. Czuję, że klamka obraca się bez wysiłku... Nie zdążyłem nawet otworzyć drzwi, gdy usłyszałem to słowo głośno i wyraźnie...
Nie!
Rozglądam się wkoło zaskoczony, przestraszony. Kto to powiedział? Kto tu jest? Ale nie ma nikogo, drzwi do piwnicy są zamknięte. Wreszcie zrozumiałem. Słowo to zabrzmiało tylko w mojej głowie. I słyszę je znowu – zupełnie nie na miejscu. Wraca do mnie echem, jakby moja głowa przemieniła się w jaskinię.
Nie!
Wyraźnie widzę jaskinię w mojej głowie i kamienne wejście, z którego wyszło słowo. Z tej jaskini wynurza się ciemna postać. To skoczek na czarnym koniu; otoczony tumanem kurzu galopuje w moją stronę i rzuca mi pełne determinacji i wściekłości „Nie!”. Za nim wypada dwóch laufrów; idą na rękach i powtarzają to samo „Nie!” ze śmiechem, w którym nie słychać radości... Potem dostrzegam dwie hebanowe wieże; z ich wierzchołków rozbrzmiewa to samo słowo, które niejako spadając z nieba, staje się ważkie i nabiera mocy wyroczni... Pionki maszerują w zwartym szyku, wykrzykując przeklęte słowo w szaleńczej kakofonii... Krocząca tuż za nimi królowa o spojrzeniu dumnym i pełnym potępienia wykrzykuje serię „Nie!” ostrych i pozostających bez odpowiedzi... Wreszcie pojawia się król równie czarny jak ciemności, z których wychynął, ogromny i majestatyczny; przygląda mi się natrętnie z rozpaczą... I to nie „Nie!”, które on wymawia, sprawia, że jaskinia drży...
Znam ich... Znam ich wszystkich! To moi towarzysze. Są ze mną od tylu wieczorów. To nie ich znajomy wygląd sprawia, że drżę, ale moja nagła chęć przyłączenia się do nich... Oni zaś podchodzą coraz bliżej, skandując bez wytchnienia to słowo pozbawione sensu...
NIE!
Wyję długo i przeciągle. Wiatr paniki wpada do jaskini, zmiatając wszystkie szachy sprzed moich oczu. Otwieram wreszcie gwałtownym ruchem drzwi i wychodzę w pośpiechu. Mijam parking i biegnę aż do ulicy, gdzie nareszcie zatrzymuję się, ciężko dysząc.
Otumaniony stoję nieruchomo bardzo, bardzo długo i przyglądam się sennym domom po mojej lewej stronie, polom pokrytym cienką warstwą śniegu, ulicy rozciągającej się przede mną. Wszystko jest tak spokojne. Słyszę śpiew ptaków, dźwięk oddalającego się samochodu.
Ostrożnie, jakbym się obawiał, że z każdym krokiem mogę runąć w przepaść, zaczynam iść.
Nie jest zimno. W palcie jest mi w sam raz.
Chciałbym biec, ale czuję się do tego niezdolny. Idę teraz miarowym krokiem, patrząc w ekstazie na obłoczek pary, który wychodzi z moich ust. Przechodzę przed pierwszymi domami i przyglądam im się, jakby to były latające spodki. Instynktownie odwracam się i widzę dom państwa Beaulieu niecałe trzydzieści metrów ode mnie. Z tego miejsca ledwo go rozpoznaję. Wychodząc, nie zamknąłem drzwi i teraz wydaje mi się, że widzę przez nie smutne szachy, które patrzą, jak się coraz bardziej oddalam... Ciemne postacie w hełmach, z grzywami i w koronach... Ale głos umilkł. W jaskini panuje cisza.
Szybko znów spoglądam przed siebie. Nikogo nie ma na ulicy. Wszędzie panuje spokój, wszystko jest piękne. Niektóre domy już są przystrojone na Boże Narodzenie.
Gwiazdka... Wielki Boże!
Jakiś mężczyzna z małym chłopcem zdobią werandę światełkami. Mężczyzna kiwa uprzejmie głową na powitanie. Przyglądam mu się dłuższą chwilę, cały czas maszerując. Jak on może być taki spokojny?
Skrzyżowanie. Przede mną przejeżdżają samochody. Przez dwie minuty stoję nieruchomo i obserwuję, jak jadą.
Idę dobrą chwilę, aż docieram zupełnie przypadkiem do śródmieścia. Ani razu nie zdenerwowałem się, ani razu nie biegłem. Przyglądam się sklepom, barom, pieszym, którzy rzucają mi ulotne spojrzenia, samochodom, które jadą ze średnią prędkością... Mój spokój zdumiewa mnie, wręcz się go boję. Wreszcie siadam na ławce zbity z tropu.
Co ja właściwie czuję? Szczęście? Zdenerwowanie?
Nie wiem, nic nie czuję albo raczej czuję, że nic nie czuję.
Otrząsam się; pewnie jestem w stanie szoku. Trzeba postępować racjonalnie. Znaleźć kabinę telefoniczną i zadzwonić do rodziców. Ależ nie! Jest pilniejszy telefon. Trzeba kazać jak najszybciej zatrzymać rodzinę Beaulieu. Policja. To mój priorytet. Trzeba iść na posterunek policji. Kiedy się tam znajdę i opowiem moją historię, będę bezpieczny i wtedy zadzwonię do rodziców.
Dziś wieczór będę razem z nimi w Drummondville.
Ale wcale nie skaczę z radości na tę myśl. Właściwie nie robi ona na mnie najmniejszego wrażenia.
Jaskinia jest pusta.
Wstaję z ławki i zatrzymuję pierwszego z brzegu przechodnia. Pytam, gdzie się znajduje posterunek policji, a jednocześnie szalona myśl przelatuje mi przez głowę: ten pozaziemski stwór z pewnością nie rozumie mojego języka...
Co się ze mną dzieje, do cholery?
Mężczyzna odpowiada mi najczystszą francuszczyzną, że to całkiem blisko. Ruszam więc w drogę, powtarzając w myślach moje zeznanie. Gliniarzom z trudem przyjdzie uwierzyć, jak sądzę, że Yannick Bérubé, ten student, który zaginął dwa miesiące temu, to ja. Ale gdy to wreszcie pojmą, sprawy z pewnością nabiorą szybszego tempa...
Marzę o tym od tak dawna... Tylko dlaczego, dlaczego nie krzyczę z radości?
Zatrzymuję się przed schodami prowadzącymi na posterunek policji.
Nie wchodzę. Nie poruszam się wcale.
Nagle ich słyszę. Znajdują się teraz poza jaskinią. Hałas miasta wokół mnie uległ zmianie. Pisk opon przekształcił się w szaloną gonitwę. Kroki brzmią bardziej stanowczo, jak w wojsku. Anonimowe głosy stają się mocniejsze, bardziej zdecydowane, więc się odwracam. Budynki przemieniły się w fortyfikacje. Gońcy galopują po bulwarze i w ostatniej chwili unikają laufrów kpiących sobie z nich. Chodnikami miarowym krokiem maszerują setki pionków, prezentując broń i śpiewając piosenki wojskowe. Ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. W zwolnionym tempie, jakby całe moje ciało było pokryte klejem, odwracam się i widzę czarnego króla. Stoi na pierwszych stopniach prowadzących na posterunek policji, jego ciemny płaszcz połyskuje rubinami, broda powiewa na wietrze, a korona rzuca oślepiające błyskawice odbitego zimowego światła. Długo przygląda mi się w milczeniu, a potem wypowiada to jedno słowo:
– Nie.
Następnie schodzi te kilka stopni i rusza chodnikiem, przecierając sobie drogę między pionkami, które kłaniają się i ustępują mu miejsca.
Muszę wspiąć się po tych wszystkich schodach. Muszę tam wejść i wszystko opowiedzieć. Natychmiast. Teraz.
Nadal się nie poruszam.
Zamykam mocno oczy. Odszedłem daleko, bardzo daleko, zbyt daleko... Muszę wrócić...
Otwieram oczy. Piesi, sklepy, samochody... Wszystko wróciło na miejsce.
Duszę się. Muszę iść, muszę odetchnąć.
Ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robię, oddalam się od posterunku policji. Muszę się ruszyć, żeby w mojej głowie wszystko się poukładało i wróciło na miejsce. Idę, sadząc wielkie kroki i wpatrując się w ziemię. Popycham ludzi, którzy rzucają obelgi pod moim adresem, ale ja ich kompletnie ignoruję. Nie widzę nic poza mgłą, z której wyłaniają się niepokojące twarze... Wydaje mi się, że widzę jak Beaulieu puszcza do mnie oczko i zauważam kpiący uśmiech Michelle...
Wydaję jęk i próbuję przegonić te myśli. Wrócić na posterunek policji. Co też mi przyszło do głowy, żeby się stamtąd oddalić? Ale myśl natrętna i groteskowa nie chce mnie opuścić. Policjanci na posterunku przemienią się w czarne pionki, które z powrotem zaprowadzą mnie do zamku...
W głowie mam kompletny chaos, moje kroki stają się niepewne, niezręczne. Wpadam na ścianę, lecz idę dalej. Wpadam na słup, lecz idę dalej. Maszeruję coraz szybciej, mijając kolejne przecznice i zakręty, uciekając przed dźwiękami i hałasami, które mnie ścigają...
Płonę trawiony niezdrową gorączką, gorączką, która wzbudza energię nie do opanowania. Ta energia mnie zabije, jeśli jej nie uwolnię... Biegnę... jednak tylko chwilę. Zbyt długo szedłem, jestem wycieńczony. Opieram się o ścianę i wreszcie staję, ciężko dysząc. Mój oddech jest nierówny, a ciało pokrywa pot, choć temperatura na dworze coraz bardziej spada.
Po raz pierwszy, odkąd się oddaliłem od posterunku policji, rozglądam się wokół.
Nadal jestem w śródmieściu, zaczyna się ściemniać. Boże! Więc krążyłem dobre dwie, trzy godziny? A tymczasem, pomimo że czuję w nogach zmęczenie i ból, pomimo strasznej zadyszki, ta niesamowita energia cały czas we mnie narasta. Rozsadza mi kości i wypełnia ciało...
I w tej właśnie chwili zobaczyłem go na wprost, po drugiej stronie ulicy. Na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać zwykłym, małym barem jak inne, gdyby nie ta wywieszka nad drzwiami:
Pod Królewskim Laufrem
Klub szachowy w Montcharles
"Drzwi się otwierają. Widzę korytarz. Wrażenie déjà vu przyprawia mnie o przelotny zawrót głowy. I nagle mam ochotę uciec. Teraz. Natychmiast. Mój Boże, jak w ciągu kilku ostatnich dni mogłem zapomnieć o tej możliwości? Czyżbym do tego stopnia oderwał się od rzeczywistości? Ale tym razem mi się uda! Nie ma już burzy, która by mogła mnie zatrzymać, jest tylko ten przeklęty łańcuch...
Dostrzegam błysk na podłodze w korytarzu. To kluczyk. Podnoszę go i drżąc, wsuwam w zamek jednej z obręczy otaczających moje kostki. Słychać szczęk. Pięć sekund później łańcuch leży na podłodze.
Jestem wolny. Bez jednego krzyku radości, bez jednego dźwięku, tylko z nieco przyśpieszonym oddechem zaczynam biec, mimo że nadal lekko utykam. Na dole szperam w szafce, zakładam stare buty i zniszczone palto. Tym razem Maude nawet nie zadała sobie trudu, żeby zamknąć drzwi do kuchni. Czuję, że klamka obraca się bez wysiłku... Nie zdążyłem nawet otworzyć drzwi, gdy usłyszałem to słowo głośno i wyraźnie...
Nie!
Rozglądam się wkoło zaskoczony, przestraszony. Kto to powiedział? Kto tu jest? Ale nie ma nikogo, drzwi do piwnicy są zamknięte. Wreszcie zrozumiałem. Słowo to zabrzmiało tylko w mojej głowie. I słyszę je znowu – zupełnie nie na miejscu. Wraca do mnie echem, jakby moja głowa przemieniła się w jaskinię.
Nie!
Wyraźnie widzę jaskinię w mojej głowie i kamienne wejście, z którego wyszło słowo. Z tej jaskini wynurza się ciemna postać. To skoczek na czarnym koniu; otoczony tumanem kurzu galopuje w moją stronę i rzuca mi pełne determinacji i wściekłości „Nie!”. Za nim wypada dwóch laufrów; idą na rękach i powtarzają to samo „Nie!” ze śmiechem, w którym nie słychać radości... Potem dostrzegam dwie hebanowe wieże; z ich wierzchołków rozbrzmiewa to samo słowo, które niejako spadając z nieba, staje się ważkie i nabiera mocy wyroczni... Pionki maszerują w zwartym szyku, wykrzykując przeklęte słowo w szaleńczej kakofonii... Krocząca tuż za nimi królowa o spojrzeniu dumnym i pełnym potępienia wykrzykuje serię „Nie!” ostrych i pozostających bez odpowiedzi... Wreszcie pojawia się król równie czarny jak ciemności, z których wychynął, ogromny i majestatyczny; przygląda mi się natrętnie z rozpaczą... I to nie „Nie!”, które on wymawia, sprawia, że jaskinia drży...
Znam ich... Znam ich wszystkich! To moi towarzysze. Są ze mną od tylu wieczorów. To nie ich znajomy wygląd sprawia, że drżę, ale moja nagła chęć przyłączenia się do nich... Oni zaś podchodzą coraz bliżej, skandując bez wytchnienia to słowo pozbawione sensu...
NIE!
Wyję długo i przeciągle. Wiatr paniki wpada do jaskini, zmiatając wszystkie szachy sprzed moich oczu. Otwieram wreszcie gwałtownym ruchem drzwi i wychodzę w pośpiechu. Mijam parking i biegnę aż do ulicy, gdzie nareszcie zatrzymuję się, ciężko dysząc.
Otumaniony stoję nieruchomo bardzo, bardzo długo i przyglądam się sennym domom po mojej lewej stronie, polom pokrytym cienką warstwą śniegu, ulicy rozciągającej się przede mną. Wszystko jest tak spokojne. Słyszę śpiew ptaków, dźwięk oddalającego się samochodu.
Ostrożnie, jakbym się obawiał, że z każdym krokiem mogę runąć w przepaść, zaczynam iść.
Nie jest zimno. W palcie jest mi w sam raz.
Chciałbym biec, ale czuję się do tego niezdolny. Idę teraz miarowym krokiem, patrząc w ekstazie na obłoczek pary, który wychodzi z moich ust. Przechodzę przed pierwszymi domami i przyglądam im się, jakby to były latające spodki. Instynktownie odwracam się i widzę dom państwa Beaulieu niecałe trzydzieści metrów ode mnie. Z tego miejsca ledwo go rozpoznaję. Wychodząc, nie zamknąłem drzwi i teraz wydaje mi się, że widzę przez nie smutne szachy, które patrzą, jak się coraz bardziej oddalam... Ciemne postacie w hełmach, z grzywami i w koronach... Ale głos umilkł. W jaskini panuje cisza.
Szybko znów spoglądam przed siebie. Nikogo nie ma na ulicy. Wszędzie panuje spokój, wszystko jest piękne. Niektóre domy już są przystrojone na Boże Narodzenie.
Gwiazdka... Wielki Boże!
Jakiś mężczyzna z małym chłopcem zdobią werandę światełkami. Mężczyzna kiwa uprzejmie głową na powitanie. Przyglądam mu się dłuższą chwilę, cały czas maszerując. Jak on może być taki spokojny?
Skrzyżowanie. Przede mną przejeżdżają samochody. Przez dwie minuty stoję nieruchomo i obserwuję, jak jadą.
Idę dobrą chwilę, aż docieram zupełnie przypadkiem do śródmieścia. Ani razu nie zdenerwowałem się, ani razu nie biegłem. Przyglądam się sklepom, barom, pieszym, którzy rzucają mi ulotne spojrzenia, samochodom, które jadą ze średnią prędkością... Mój spokój zdumiewa mnie, wręcz się go boję. Wreszcie siadam na ławce zbity z tropu.
Co ja właściwie czuję? Szczęście? Zdenerwowanie?
Nie wiem, nic nie czuję albo raczej czuję, że nic nie czuję.
Otrząsam się; pewnie jestem w stanie szoku. Trzeba postępować racjonalnie. Znaleźć kabinę telefoniczną i zadzwonić do rodziców. Ależ nie! Jest pilniejszy telefon. Trzeba kazać jak najszybciej zatrzymać rodzinę Beaulieu. Policja. To mój priorytet. Trzeba iść na posterunek policji. Kiedy się tam znajdę i opowiem moją historię, będę bezpieczny i wtedy zadzwonię do rodziców.
Dziś wieczór będę razem z nimi w Drummondville.
Ale wcale nie skaczę z radości na tę myśl. Właściwie nie robi ona na mnie najmniejszego wrażenia.
Jaskinia jest pusta.
Wstaję z ławki i zatrzymuję pierwszego z brzegu przechodnia. Pytam, gdzie się znajduje posterunek policji, a jednocześnie szalona myśl przelatuje mi przez głowę: ten pozaziemski stwór z pewnością nie rozumie mojego języka...
Co się ze mną dzieje, do cholery?
Mężczyzna odpowiada mi najczystszą francuszczyzną, że to całkiem blisko. Ruszam więc w drogę, powtarzając w myślach moje zeznanie. Gliniarzom z trudem przyjdzie uwierzyć, jak sądzę, że Yannick Bérubé, ten student, który zaginął dwa miesiące temu, to ja. Ale gdy to wreszcie pojmą, sprawy z pewnością nabiorą szybszego tempa...
Marzę o tym od tak dawna... Tylko dlaczego, dlaczego nie krzyczę z radości?
Zatrzymuję się przed schodami prowadzącymi na posterunek policji.
Nie wchodzę. Nie poruszam się wcale.
Nagle ich słyszę. Znajdują się teraz poza jaskinią. Hałas miasta wokół mnie uległ zmianie. Pisk opon przekształcił się w szaloną gonitwę. Kroki brzmią bardziej stanowczo, jak w wojsku. Anonimowe głosy stają się mocniejsze, bardziej zdecydowane, więc się odwracam. Budynki przemieniły się w fortyfikacje. Gońcy galopują po bulwarze i w ostatniej chwili unikają laufrów kpiących sobie z nich. Chodnikami miarowym krokiem maszerują setki pionków, prezentując broń i śpiewając piosenki wojskowe. Ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. W zwolnionym tempie, jakby całe moje ciało było pokryte klejem, odwracam się i widzę czarnego króla. Stoi na pierwszych stopniach prowadzących na posterunek policji, jego ciemny płaszcz połyskuje rubinami, broda powiewa na wietrze, a korona rzuca oślepiające błyskawice odbitego zimowego światła. Długo przygląda mi się w milczeniu, a potem wypowiada to jedno słowo:
– Nie.
Następnie schodzi te kilka stopni i rusza chodnikiem, przecierając sobie drogę między pionkami, które kłaniają się i ustępują mu miejsca.
Muszę wspiąć się po tych wszystkich schodach. Muszę tam wejść i wszystko opowiedzieć. Natychmiast. Teraz.
Nadal się nie poruszam.
Zamykam mocno oczy. Odszedłem daleko, bardzo daleko, zbyt daleko... Muszę wrócić...
Otwieram oczy. Piesi, sklepy, samochody... Wszystko wróciło na miejsce.
Duszę się. Muszę iść, muszę odetchnąć.
Ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robię, oddalam się od posterunku policji. Muszę się ruszyć, żeby w mojej głowie wszystko się poukładało i wróciło na miejsce. Idę, sadząc wielkie kroki i wpatrując się w ziemię. Popycham ludzi, którzy rzucają obelgi pod moim adresem, ale ja ich kompletnie ignoruję. Nie widzę nic poza mgłą, z której wyłaniają się niepokojące twarze... Wydaje mi się, że widzę jak Beaulieu puszcza do mnie oczko i zauważam kpiący uśmiech Michelle...
Wydaję jęk i próbuję przegonić te myśli. Wrócić na posterunek policji. Co też mi przyszło do głowy, żeby się stamtąd oddalić? Ale myśl natrętna i groteskowa nie chce mnie opuścić. Policjanci na posterunku przemienią się w czarne pionki, które z powrotem zaprowadzą mnie do zamku...
W głowie mam kompletny chaos, moje kroki stają się niepewne, niezręczne. Wpadam na ścianę, lecz idę dalej. Wpadam na słup, lecz idę dalej. Maszeruję coraz szybciej, mijając kolejne przecznice i zakręty, uciekając przed dźwiękami i hałasami, które mnie ścigają...
Płonę trawiony niezdrową gorączką, gorączką, która wzbudza energię nie do opanowania. Ta energia mnie zabije, jeśli jej nie uwolnię... Biegnę... jednak tylko chwilę. Zbyt długo szedłem, jestem wycieńczony. Opieram się o ścianę i wreszcie staję, ciężko dysząc. Mój oddech jest nierówny, a ciało pokrywa pot, choć temperatura na dworze coraz bardziej spada.
Po raz pierwszy, odkąd się oddaliłem od posterunku policji, rozglądam się wokół.
Nadal jestem w śródmieściu, zaczyna się ściemniać. Boże! Więc krążyłem dobre dwie, trzy godziny? A tymczasem, pomimo że czuję w nogach zmęczenie i ból, pomimo strasznej zadyszki, ta niesamowita energia cały czas we mnie narasta. Rozsadza mi kości i wypełnia ciało...
I w tej właśnie chwili zobaczyłem go na wprost, po drugiej stronie ulicy. Na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać zwykłym, małym barem jak inne, gdyby nie ta wywieszka nad drzwiami:
Pod Królewskim Laufrem
Klub szachowy w Montcharles
czwartek, 4 marca 2010
Ulica Wiązów 5150 (fragm. 3)
Podchodzę do drzwi, wyzywając się od idiotów i chwytam za klamkę.
Obraca się. Drzwi się otwierają.
Rozumiesz, Naczynie? Maude wróciła, żeby mnie uwolnić! Ponieważ poczucie obowiązku nie pozwalało jej tego zrobić bezpośrednio, w sposób jasny i oczywisty, otworzyła moje drzwi dyskretnie, nie mówiąc mi o tym, żeby mieć czyste sumienie. Tym sposobem zawsze będzie mogła myśleć, że tak naprawdę mnie nie uwolniła, a po prostu trochę mi pomogła... Kojarzysz?
Rzecz jasna, zrozumiałem to wszystko dopiero później. Póki co, otwierając drzwi, odczuwam jedynie rosnące niedowierzanie. Przed sobą widzę korytarz. Stoję długie sekundy i przyglądam się niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu. Wreszcie wołam:
– Jest tam ktoś?
Żadnej odpowiedzi. Jedyny dźwięk to łopot wiatru, który uderza o ściany domu na zewnątrz. Powtarzam pytanie. Nadal nic.
Wówczas rzucam się biegiem. Ciągle jeszcze kuleję, ale biegnę jak szalony, wydaje mi się, że nigdy nie biegłem tak szybko. Mijam korytarz niczym rakieta i zbiegam ze schodów w sekundę. Już w kuchni wydaję z siebie dziki i zwycięski okrzyk. Nigdy się tak nie czułem, jakbym wziął pięć gramów kokainy na raz. Przez okno niewyraźnie widzę białe tumany śniegu. Burza wydaje się dość poważna, ale ja kpię sobie z niej! Śnieg będzie tysiąc razy przyjemniejszy niż to więzienie! Rzucam się do drzwi kuchennych i obracam klamkę. Rzecz jasna, zamknięte, ale mam to gdzieś! Otworzę je bez problemu! Mógłbym zadzwonić na policję, ale chcę otworzyć te drzwi! Teraz nic już nie może mnie powstrzymać, nic! Pęk kluczy musi być w jednej z szuflad. Zdaje mi się, że widziałem, jak Beaulieu je stamtąd wyjmował... Jest! Jest przede mną! Chwytam go drżącą ręką i próbuję włożyć klucz do zamka. Cały pęk wyślizguje mi się z palców i upada za podłogę...
Wtedy wybucham śmiechem. Skąd ta panika? Po co ten pośpiech? Przecież nikt mnie nie goni, jestem sam, sam! Nie wrócą wcześniej niż za dobre dwie godziny, więc mogę się uspokoić i otworzyć te przeklęte drzwi!
Nie przestaję się śmiać, opieram się plecami o drzwi i usiłuję się uspokoić, przymykając oczy. Gdy znów je otwieram, moje spojrzenie pada na drzwi do piwnicy pod schodami.
Śmiech zamiera mi na ustach.
Ta piwnica, na temat której zadawałem sobie tyle pytań...
Wreszcie mam okazję sprawdzić. Zajęłoby to tylko dwie minuty, a nawet kilka sekund. A potem stąd wyjdę. Wiem, że może się to wydawać idiotyczne, Naczynie, ale muszę zobaczyć, nie mogę odejść, nie rzuciwszy przynajmniej okiem, żeby zobaczyć, czy prawda jest tak okropna, jak się tego obawiałem. Żeby uwolnić się od czegoś...
Tylko jedno spojrzenie... A mam tak dużo czasu!
Podnoszę pęk kluczy. Klucz od kłódki jest tu z całą pewnością. Podchodzę do drzwi od piwnicy i próbuję włożyć drżącą dłonią pierwszy klucz. To nie ten. Drugi. Też nie pasuje. Jeśli nie uda się z trzecim, dam spokój.
Trzeci klucz pasuje idealnie, kłódka się otwiera.
Patrząc na wszystko z pewnego dystansu, zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym nie zszedł na dół, moja ucieczka i tak by się nie powiodła... Nie siedziałem w piwnicy aż tyle, żeby mogło to cokolwiek zmienić...
Co tam znalazłem? Tego chcesz się dowiedzieć, prawda, Naczynie? Na to czekasz z niecierpliwością, co? Jeszcze chwila...
Zaczekaj, zaczynam...
Zaczekaj jeszcze trochę.
Już dobrze. Przez sekundę znów poczułem zawrót głowy i wydawało mi się, że się rozchoruję, ale nie, przeszło mi.
Okej, posłuchaj, posłuchaj mnie uważnie.
Zapalam światło. Na dole schody zakręcają, trzeba więc zejść, żeby zobaczyć wnętrze samej piwnicy.
I to właśnie czynię. Szybko, bo nadal mam zamiar zostać tu tylko kilka sekund. Schodząc po schodach, przygotowuję się w duchu na najgorsze.
Na dole dziwny i nieprzyjemny zapach uderza mnie w nozdrza. Przypomina trochę ten, który unosił się w domu kilka tygodni wcześniej. Ale jest jeszcze coś. Mdły, chemiczny odór jak w laboratorium...
W piwnicy nie ma żadnych ścian. To spora powierzchnia wylana cementową podłogą. Oświetlenie jest skąpe – jedna słaba lampa neonowa, a światło pochłaniają dodatkowo betonowe ściany. To jednak wystarcza, żeby rozróżnić postacie stojące około pięć metrów przede mną. Przerażony już mam wbiec szybko na górę, przekonany, że wkroczyłem w sam środek zebrania psychopatów, ale postacie się nie poruszają, nie odzywają. To manekiny. To nie może być nic innego. Stoją bokiem, twarzami zwrócone ku sobie, w dwóch grupach, każda grupa rozstawiona w dwóch rzędach.
Co to może być? Zaczynam iść w kierunku manekinów i wtedy...
Zaczekaj, zaczekaj chwilę...
To przerażające! Nie myślałem, że tak trudno będzie to napisać, wyrzucić to z siebie... Jesteś tu, moje Naczynie? Jesteś i pochłaniasz wszystko, prawda? Musi tak być... Koniecznie tak musi być...
Im bliżej do nich podchodzę, tym wyraźniej widzę. Wszyscy mają na sobie togi... Po jednej stronie białe togi... Po drugiej stronie czarne togi... I te dziwne nakrycia głowy... Niektórzy noszą hełmy, inni czapki z dzwonkami, korony...
Ty też zaczynasz rozumieć, Naczynie? Do mnie również stopniowo dociera coraz więcej, kiedy tak krążę między nimi. Żołądek podchodzi mi do gardła, ale nie zatrzymuję się, ponieważ chcę zobaczyć ich twarze...
Stoją wszyscy na swego rodzaju małych wózkach na kółkach... a podłoga pod nimi jest pomalowana w białe i czarne kwadraty...
Nadal krążę pośród nich. Twarze... Muszę zobaczyć ich twarze...
Obraca się. Drzwi się otwierają.
Rozumiesz, Naczynie? Maude wróciła, żeby mnie uwolnić! Ponieważ poczucie obowiązku nie pozwalało jej tego zrobić bezpośrednio, w sposób jasny i oczywisty, otworzyła moje drzwi dyskretnie, nie mówiąc mi o tym, żeby mieć czyste sumienie. Tym sposobem zawsze będzie mogła myśleć, że tak naprawdę mnie nie uwolniła, a po prostu trochę mi pomogła... Kojarzysz?
Rzecz jasna, zrozumiałem to wszystko dopiero później. Póki co, otwierając drzwi, odczuwam jedynie rosnące niedowierzanie. Przed sobą widzę korytarz. Stoję długie sekundy i przyglądam się niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu. Wreszcie wołam:
– Jest tam ktoś?
Żadnej odpowiedzi. Jedyny dźwięk to łopot wiatru, który uderza o ściany domu na zewnątrz. Powtarzam pytanie. Nadal nic.
Wówczas rzucam się biegiem. Ciągle jeszcze kuleję, ale biegnę jak szalony, wydaje mi się, że nigdy nie biegłem tak szybko. Mijam korytarz niczym rakieta i zbiegam ze schodów w sekundę. Już w kuchni wydaję z siebie dziki i zwycięski okrzyk. Nigdy się tak nie czułem, jakbym wziął pięć gramów kokainy na raz. Przez okno niewyraźnie widzę białe tumany śniegu. Burza wydaje się dość poważna, ale ja kpię sobie z niej! Śnieg będzie tysiąc razy przyjemniejszy niż to więzienie! Rzucam się do drzwi kuchennych i obracam klamkę. Rzecz jasna, zamknięte, ale mam to gdzieś! Otworzę je bez problemu! Mógłbym zadzwonić na policję, ale chcę otworzyć te drzwi! Teraz nic już nie może mnie powstrzymać, nic! Pęk kluczy musi być w jednej z szuflad. Zdaje mi się, że widziałem, jak Beaulieu je stamtąd wyjmował... Jest! Jest przede mną! Chwytam go drżącą ręką i próbuję włożyć klucz do zamka. Cały pęk wyślizguje mi się z palców i upada za podłogę...
Wtedy wybucham śmiechem. Skąd ta panika? Po co ten pośpiech? Przecież nikt mnie nie goni, jestem sam, sam! Nie wrócą wcześniej niż za dobre dwie godziny, więc mogę się uspokoić i otworzyć te przeklęte drzwi!
Nie przestaję się śmiać, opieram się plecami o drzwi i usiłuję się uspokoić, przymykając oczy. Gdy znów je otwieram, moje spojrzenie pada na drzwi do piwnicy pod schodami.
Śmiech zamiera mi na ustach.
Ta piwnica, na temat której zadawałem sobie tyle pytań...
Wreszcie mam okazję sprawdzić. Zajęłoby to tylko dwie minuty, a nawet kilka sekund. A potem stąd wyjdę. Wiem, że może się to wydawać idiotyczne, Naczynie, ale muszę zobaczyć, nie mogę odejść, nie rzuciwszy przynajmniej okiem, żeby zobaczyć, czy prawda jest tak okropna, jak się tego obawiałem. Żeby uwolnić się od czegoś...
Tylko jedno spojrzenie... A mam tak dużo czasu!
Podnoszę pęk kluczy. Klucz od kłódki jest tu z całą pewnością. Podchodzę do drzwi od piwnicy i próbuję włożyć drżącą dłonią pierwszy klucz. To nie ten. Drugi. Też nie pasuje. Jeśli nie uda się z trzecim, dam spokój.
Trzeci klucz pasuje idealnie, kłódka się otwiera.
Patrząc na wszystko z pewnego dystansu, zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym nie zszedł na dół, moja ucieczka i tak by się nie powiodła... Nie siedziałem w piwnicy aż tyle, żeby mogło to cokolwiek zmienić...
Co tam znalazłem? Tego chcesz się dowiedzieć, prawda, Naczynie? Na to czekasz z niecierpliwością, co? Jeszcze chwila...
Zaczekaj, zaczynam...
Zaczekaj jeszcze trochę.
Już dobrze. Przez sekundę znów poczułem zawrót głowy i wydawało mi się, że się rozchoruję, ale nie, przeszło mi.
Okej, posłuchaj, posłuchaj mnie uważnie.
Zapalam światło. Na dole schody zakręcają, trzeba więc zejść, żeby zobaczyć wnętrze samej piwnicy.
I to właśnie czynię. Szybko, bo nadal mam zamiar zostać tu tylko kilka sekund. Schodząc po schodach, przygotowuję się w duchu na najgorsze.
Na dole dziwny i nieprzyjemny zapach uderza mnie w nozdrza. Przypomina trochę ten, który unosił się w domu kilka tygodni wcześniej. Ale jest jeszcze coś. Mdły, chemiczny odór jak w laboratorium...
W piwnicy nie ma żadnych ścian. To spora powierzchnia wylana cementową podłogą. Oświetlenie jest skąpe – jedna słaba lampa neonowa, a światło pochłaniają dodatkowo betonowe ściany. To jednak wystarcza, żeby rozróżnić postacie stojące około pięć metrów przede mną. Przerażony już mam wbiec szybko na górę, przekonany, że wkroczyłem w sam środek zebrania psychopatów, ale postacie się nie poruszają, nie odzywają. To manekiny. To nie może być nic innego. Stoją bokiem, twarzami zwrócone ku sobie, w dwóch grupach, każda grupa rozstawiona w dwóch rzędach.
Co to może być? Zaczynam iść w kierunku manekinów i wtedy...
Zaczekaj, zaczekaj chwilę...
To przerażające! Nie myślałem, że tak trudno będzie to napisać, wyrzucić to z siebie... Jesteś tu, moje Naczynie? Jesteś i pochłaniasz wszystko, prawda? Musi tak być... Koniecznie tak musi być...
Im bliżej do nich podchodzę, tym wyraźniej widzę. Wszyscy mają na sobie togi... Po jednej stronie białe togi... Po drugiej stronie czarne togi... I te dziwne nakrycia głowy... Niektórzy noszą hełmy, inni czapki z dzwonkami, korony...
Ty też zaczynasz rozumieć, Naczynie? Do mnie również stopniowo dociera coraz więcej, kiedy tak krążę między nimi. Żołądek podchodzi mi do gardła, ale nie zatrzymuję się, ponieważ chcę zobaczyć ich twarze...
Stoją wszyscy na swego rodzaju małych wózkach na kółkach... a podłoga pod nimi jest pomalowana w białe i czarne kwadraty...
Nadal krążę pośród nich. Twarze... Muszę zobaczyć ich twarze...
sobota, 27 lutego 2010
Ulica Wiązów 5150 (fragm. 2)
W salonie stół z szachownicą stoi gotowy i czeka na nas. Wydaje mi się, że uśmiechnąłem się wbrew sobie. Siadam po stronie czarnych, Beaulieu po stronie białych. Nie potrzebujemy nic mówić. To już nasz rytuał. Po kilku ruchach pytam możliwie najbardziej niewinnym tonem:
– Może mógłbyś mi zdjąć ten łańcuch przynajmniej na czas gry, co? Mógłbym się skoncentrować...
Bada mnie spojrzeniem i zastanawia się, gdzie jest haczyk. Wzruszam ramionami i rzucam niedbale:
– Chyba że się boisz, że cię pokonam...
Trafiony. Uśmiecha się porozumiewawczo, wstaje i idzie do kuchni. Słyszę, że Maude coś do niego mówi, a Beaulieu odpowiada jej oschłym tonem, po czym wraca. W ręku trzyma pęk kluczy. Podaje mi go i mówi:
– Sam się rozkuj. To ten mały klucz.
Rozkuwam się więc i obręcze spadają na podłogę. Powoli się prostuję, podaję Beaulieumu pęk kluczy ponad szachownicą. On go odbiera, nie spuszczając mnie z oczu, gotowy na wszystko. Przez dłuższy czas patrzymy na siebie, po czym on się odzywa:
– Ufam ci. Zawarliśmy umowę... Jestem pewien, że będziesz jej przestrzegał.
– Oczywiście – przytakuję, wyzywając go w duchu od kompletnych kretynów.
Kontynuujemy partię. Po raz pierwszy od tygodni nie interesuję się grą. Zastanawiam się nad ucieczką. W pewnej chwili wstanie, żeby pójść po lemoniadę, jak to robi zawsze podczas gry. Nie ma powodu, żeby tego nie zrobił dziś wieczór. Kuchnia jest tuż obok, ale i tak pozostawi mnie samego na kilka chwil. A ja je wykorzystam, żeby podejść do okna. Ot i tyle.
Gdy rozmyślam o tym wszystkim, Beaulieu w niecałe pięć minut zabiera mi laufra, wieżę i dwa pionki. Głosem, w którym słychać rozczarowanie, oznajmia, że da mi mata w trzech ruchach. Przyglądam się szkodom. Ustawiając szachy na miejsce, mój gospodarz zauważa, że coś dziś jestem nie w sosie.
– Grasz mniej więcej tak, jak wtedy, gdy graliśmy po raz pierwszy...
Jego uwaga jest dla mnie obraźliwa. Czuję się upokorzony, że rozegrałem tak kiepską ostatnią partię teraz, gdy jestem dobrym graczem. Ponieważ opracowałem już plan ucieczki, skupiam się na grze i poświęcam temu całą energię. Nie pozwolę, żeby Beaulieu zachował wspomnienie kiepskiego gracza!
Żałosne. Jak mogę rozumować w ten sposób? Teraz, gdy jest noc i wszystko należy do przeszłości, trudno mi sobie wytłumaczyć moje zachowanie. A przecież to, co nastąpiło potem, okazało się znacznie bardziej absurdalne...
Gram na poważnie, mając cały czas w pamięci, że Beaulieu może w każdej chwili wstać i wyjść do kuchni. Do salonu wchodzi mała Anna i zwraca ku nam trupią twarz. Beaulieu zdaje się tym zupełnie wytrącony z równowagi i zniecierpliwiony woła żonę.
– Zaprowadź ją do pokoju, Maude, nie mogę się skupić!
Maude przychodzi po córkę, która pokornie pozwala się wy¬prowadzić, kiedy jednak wychodzą z salonu, mała cały czas trzyma głowę zwróconą w stronę ojca i nie spuszcza z niego oczu. A ja dosłownie widzę pot spływający po czole Beaulieugo...
Gramy od ponad dziesięciu minut. Cały czas czekam, aż Beaulieu wstanie i wyjdzie do kuchni (zrobi to, bo zawsze to robi!). I nagle doznaję olśnienia. Gra jawi mi się z całkowitą jasnością i niewiarygodna, fantastyczna strategia staje mi przed oczami! Błyskotliwa kombinacja! Teraz, w dwóch ruchach mogę mu dać szacha! On zareaguje, przesuwając wieżę, bo nie będzie miał wyboru... A potem w trzech ruchach daję mu mata!
Tak, „i mat”! Widzę to, widzę wyraźnie na szachownicy. Mam wygraną w kieszeni! W kieszeni!
Zagrywam nerwowym ruchem. Błyskawicznie Beaulieu gra swoje. Wszystko się dobrze układa, tak jak przewidziałem. To nazbyt piękne! Przesuwam więc laufra przesadnie wolno, jakby szachy były z kryształu. Mija cała wieczność, zanim wreszcie ośmielam się wypuścić figurę z palców i wymawiam słowo, o którym od tak dawna marzyłem:
– Szach.
Zmuszam się, żeby wyszeptać to słowo, bo w przeciwnym razie wywrzeszczałbym je. Jednak w głowie słyszę krzyk. Moje uszy to dwa ogromne głośniki a w nich pełno skrzeczenia i trza¬sków. Beaulieu oszołomiony siedzi z miną pełną szczerego podziwu.
– Wysłałeś mnie w daleką podróż! Coś takiego, młody, szacunek! Po raz pierwszy dałeś mi szacha! Niewielu może się tym poszczycić!
Zamknij się i graj! Przesuń wieżę, żeby spróbować mi się wymknąć. Zrób tak, to jedyna rzecz, jaką możesz zrobić! Zrób tak, a wtedy ja będę mógł powiedzieć: „I mat w trzech ruchach”. Tak, „i mat”, ty cholerny czubku, „i mat” twoim debilnym teoriom na temat sprawiedliwości, „i mat” twojej pewności, że masz rację, „i mat” raz na zawsze! Potem będę mógł stąd wyjść jako wygrany! A wygram, ponieważ pokonałem twoje szaleństwo! Ja mam rację, a nie ty! Nie ty!
Dłoń Beaulieugo zawisa nad szachownicą, ale zamiast dotknąć wieży, przesuwa się na jej kraniec, chwyta laufra i wykonuje nieprzewidziany ruch...
– Nie odpuszczaj, młody – mówi Beaulieu bez cienia ironii. – Idzie ci naprawdę bardzo dobrze.
Nie poznaję już gry. Nie tylko nie ma szacha, ale niemożliwe jest danie mu mata. Moje arcydzieło strategii zostało właśnie starte w proch jednym posunięciem, którego nie przewidziałem...
Jak mogłem? Jak mogłem tego nie widzieć!
Nie tracić odwagi... Jeszcze nie jest za późno...
Wykonuję inny ruch, zbyt szybki. Beaulieu odpowiada pewnie i zabiera mi wieżę. Ja natychmiast wykonuję kolejny ruch. Beaulieu zabiera mi królową i łagodnym głosem oznajmia:
– I mat w sześciu ruchach.
Ma rację. Ma rację. Ma rację!
Powinienem poczuć się zdruzgotany, zrozpaczony, złamany. Tak niewiele brakowało... Właśnie! A ja przeciwnie, czuję się pełen energii, jestem pewny siebie, wypełniony ślepym zaufaniem! Udało mi się go zaszachować, a to jest znak! Zwycięstwo jest bliskie! Jeszcze dziś wieczór, tak, dziś wieczór go pokonam!
Drżącymi dłońmi ustawiam szachy i rozpoczynamy następną partię. W tej chwili nie myślę o niczym innym, tylko o tym, żeby go pokonać, chociaż... On wstaje, tak jak się tego spodziewałem, w samym środku czwartej partii, gdy przyszła kolej na mój ruch. Odchodzi od szachownicy, kierując się w stronę kuchni... A ja...
... ja...
... Siedzę tu! Siedzę! I zastanawiam się nad ruchem! Koncentruję się na grze!
I w tym momencie myśl o ucieczce nawet nie przychodzi mi do głowy! Dopiero teraz, kiedy jest już po fakcie, zdaję sobie z tego sprawę. A gdy Beaulieu wraca ze swoją lemoniadą i stawia dla mnie szklankę na stole, kompletnie go ignoruję... Rozgrywka trwa dalej. Rozgrywamy w ten sposób sześć lub siedem kolejnych partii. Cały czas gram w milczeniu, jak w transie, przekonany, że zaraz wygram... Po ósmym zwycięstwie Beaulieu przeciąga się i oznajmia:
– Znakomity wieczór! Na tym dziś skończymy...
– Może mógłbyś mi zdjąć ten łańcuch przynajmniej na czas gry, co? Mógłbym się skoncentrować...
Bada mnie spojrzeniem i zastanawia się, gdzie jest haczyk. Wzruszam ramionami i rzucam niedbale:
– Chyba że się boisz, że cię pokonam...
Trafiony. Uśmiecha się porozumiewawczo, wstaje i idzie do kuchni. Słyszę, że Maude coś do niego mówi, a Beaulieu odpowiada jej oschłym tonem, po czym wraca. W ręku trzyma pęk kluczy. Podaje mi go i mówi:
– Sam się rozkuj. To ten mały klucz.
Rozkuwam się więc i obręcze spadają na podłogę. Powoli się prostuję, podaję Beaulieumu pęk kluczy ponad szachownicą. On go odbiera, nie spuszczając mnie z oczu, gotowy na wszystko. Przez dłuższy czas patrzymy na siebie, po czym on się odzywa:
– Ufam ci. Zawarliśmy umowę... Jestem pewien, że będziesz jej przestrzegał.
– Oczywiście – przytakuję, wyzywając go w duchu od kompletnych kretynów.
Kontynuujemy partię. Po raz pierwszy od tygodni nie interesuję się grą. Zastanawiam się nad ucieczką. W pewnej chwili wstanie, żeby pójść po lemoniadę, jak to robi zawsze podczas gry. Nie ma powodu, żeby tego nie zrobił dziś wieczór. Kuchnia jest tuż obok, ale i tak pozostawi mnie samego na kilka chwil. A ja je wykorzystam, żeby podejść do okna. Ot i tyle.
Gdy rozmyślam o tym wszystkim, Beaulieu w niecałe pięć minut zabiera mi laufra, wieżę i dwa pionki. Głosem, w którym słychać rozczarowanie, oznajmia, że da mi mata w trzech ruchach. Przyglądam się szkodom. Ustawiając szachy na miejsce, mój gospodarz zauważa, że coś dziś jestem nie w sosie.
– Grasz mniej więcej tak, jak wtedy, gdy graliśmy po raz pierwszy...
Jego uwaga jest dla mnie obraźliwa. Czuję się upokorzony, że rozegrałem tak kiepską ostatnią partię teraz, gdy jestem dobrym graczem. Ponieważ opracowałem już plan ucieczki, skupiam się na grze i poświęcam temu całą energię. Nie pozwolę, żeby Beaulieu zachował wspomnienie kiepskiego gracza!
Żałosne. Jak mogę rozumować w ten sposób? Teraz, gdy jest noc i wszystko należy do przeszłości, trudno mi sobie wytłumaczyć moje zachowanie. A przecież to, co nastąpiło potem, okazało się znacznie bardziej absurdalne...
Gram na poważnie, mając cały czas w pamięci, że Beaulieu może w każdej chwili wstać i wyjść do kuchni. Do salonu wchodzi mała Anna i zwraca ku nam trupią twarz. Beaulieu zdaje się tym zupełnie wytrącony z równowagi i zniecierpliwiony woła żonę.
– Zaprowadź ją do pokoju, Maude, nie mogę się skupić!
Maude przychodzi po córkę, która pokornie pozwala się wy¬prowadzić, kiedy jednak wychodzą z salonu, mała cały czas trzyma głowę zwróconą w stronę ojca i nie spuszcza z niego oczu. A ja dosłownie widzę pot spływający po czole Beaulieugo...
Gramy od ponad dziesięciu minut. Cały czas czekam, aż Beaulieu wstanie i wyjdzie do kuchni (zrobi to, bo zawsze to robi!). I nagle doznaję olśnienia. Gra jawi mi się z całkowitą jasnością i niewiarygodna, fantastyczna strategia staje mi przed oczami! Błyskotliwa kombinacja! Teraz, w dwóch ruchach mogę mu dać szacha! On zareaguje, przesuwając wieżę, bo nie będzie miał wyboru... A potem w trzech ruchach daję mu mata!
Tak, „i mat”! Widzę to, widzę wyraźnie na szachownicy. Mam wygraną w kieszeni! W kieszeni!
Zagrywam nerwowym ruchem. Błyskawicznie Beaulieu gra swoje. Wszystko się dobrze układa, tak jak przewidziałem. To nazbyt piękne! Przesuwam więc laufra przesadnie wolno, jakby szachy były z kryształu. Mija cała wieczność, zanim wreszcie ośmielam się wypuścić figurę z palców i wymawiam słowo, o którym od tak dawna marzyłem:
– Szach.
Zmuszam się, żeby wyszeptać to słowo, bo w przeciwnym razie wywrzeszczałbym je. Jednak w głowie słyszę krzyk. Moje uszy to dwa ogromne głośniki a w nich pełno skrzeczenia i trza¬sków. Beaulieu oszołomiony siedzi z miną pełną szczerego podziwu.
– Wysłałeś mnie w daleką podróż! Coś takiego, młody, szacunek! Po raz pierwszy dałeś mi szacha! Niewielu może się tym poszczycić!
Zamknij się i graj! Przesuń wieżę, żeby spróbować mi się wymknąć. Zrób tak, to jedyna rzecz, jaką możesz zrobić! Zrób tak, a wtedy ja będę mógł powiedzieć: „I mat w trzech ruchach”. Tak, „i mat”, ty cholerny czubku, „i mat” twoim debilnym teoriom na temat sprawiedliwości, „i mat” twojej pewności, że masz rację, „i mat” raz na zawsze! Potem będę mógł stąd wyjść jako wygrany! A wygram, ponieważ pokonałem twoje szaleństwo! Ja mam rację, a nie ty! Nie ty!
Dłoń Beaulieugo zawisa nad szachownicą, ale zamiast dotknąć wieży, przesuwa się na jej kraniec, chwyta laufra i wykonuje nieprzewidziany ruch...
– Nie odpuszczaj, młody – mówi Beaulieu bez cienia ironii. – Idzie ci naprawdę bardzo dobrze.
Nie poznaję już gry. Nie tylko nie ma szacha, ale niemożliwe jest danie mu mata. Moje arcydzieło strategii zostało właśnie starte w proch jednym posunięciem, którego nie przewidziałem...
Jak mogłem? Jak mogłem tego nie widzieć!
Nie tracić odwagi... Jeszcze nie jest za późno...
Wykonuję inny ruch, zbyt szybki. Beaulieu odpowiada pewnie i zabiera mi wieżę. Ja natychmiast wykonuję kolejny ruch. Beaulieu zabiera mi królową i łagodnym głosem oznajmia:
– I mat w sześciu ruchach.
Ma rację. Ma rację. Ma rację!
Powinienem poczuć się zdruzgotany, zrozpaczony, złamany. Tak niewiele brakowało... Właśnie! A ja przeciwnie, czuję się pełen energii, jestem pewny siebie, wypełniony ślepym zaufaniem! Udało mi się go zaszachować, a to jest znak! Zwycięstwo jest bliskie! Jeszcze dziś wieczór, tak, dziś wieczór go pokonam!
Drżącymi dłońmi ustawiam szachy i rozpoczynamy następną partię. W tej chwili nie myślę o niczym innym, tylko o tym, żeby go pokonać, chociaż... On wstaje, tak jak się tego spodziewałem, w samym środku czwartej partii, gdy przyszła kolej na mój ruch. Odchodzi od szachownicy, kierując się w stronę kuchni... A ja...
... ja...
... Siedzę tu! Siedzę! I zastanawiam się nad ruchem! Koncentruję się na grze!
I w tym momencie myśl o ucieczce nawet nie przychodzi mi do głowy! Dopiero teraz, kiedy jest już po fakcie, zdaję sobie z tego sprawę. A gdy Beaulieu wraca ze swoją lemoniadą i stawia dla mnie szklankę na stole, kompletnie go ignoruję... Rozgrywka trwa dalej. Rozgrywamy w ten sposób sześć lub siedem kolejnych partii. Cały czas gram w milczeniu, jak w transie, przekonany, że zaraz wygram... Po ósmym zwycięstwie Beaulieu przeciąga się i oznajmia:
– Znakomity wieczór! Na tym dziś skończymy...
środa, 24 lutego 2010
Przypadek
Autorzy powieści grozy chętnie wykorzystują niewinne z pozoru wydarzenie w charakterze łagodnego wprowadzenia w... efekt śniegowej kuli czyli narastające i nieuniknione wpadanie do mrocznej i głębokiej studni. Fragment mojej ulubionej powieści Patricka Senecala pt. "Ulica Wiązów 5150":
Zawracam rower i ruszam z powrotem.
Pokonuję niecałe trzysta metrów, kiedy pojawia się ten cholerny kot.
I pomyśleć, że niektórzy ludzie nie wierzą w przypadek... Przypadek istnieje, bez cienia wątpliwości. Omal go nie przejeżdżam rowerem. Ten kot wyskoczył nie wiadomo skąd, prze¬biegając metr od przedniego koła. Chcę go ominąć, ale nie sposób ominąć przypadek. Szarpię wściekle kierownicę i czuję, że wszystko się blokuje. Przerzutka wydaje zgrzytliwy jęk i sekundę później poznaję na własnej skórze ekstremalne emocje związane ze swobodnym lotem.
Wstaję, trzymając się za rękę i klnąc niczym stary związkowiec. Poza jednym czy dwoma zadrapaniami na rękach i leciutko otartą dumą nic mi nie jest. Powinienem przeżyć. Rozglądam się. Na ulicy nie ma żywego ducha, a dwie czy trzy osoby zajęte pracą przy własnych domach niczego nie zauważają. Doskonale. Czuję, jak moje poranione ego się zasklepia. Rower miał znacznie mniej szczęścia niż ja. Łańcuch zleciał, kierownica jest skrzywiona, a koło wygięte. Ponieważ nie należę do najzdolniejszych majsterkowiczów i nie potrafię wbić gwoździa, nie kalecząc sobie palców, myślę, żeby wezwać taksówkę. Nie podnosząc nawet z ulicy wraka roweru, ruszam w stronę dużego, dwupiętrowego domu, tego, który znajduje się nieco dalej od innych. Kolejny dowód na to, jak przypadek bawi się z nami; gdybym się przewrócił troszeczkę dalej, nic by się nie wydarzyło.
Na samą myśl o tym, płaczę z furii.
Dostrzegam, jak kot znika za ogrodzeniem. Jeśli zdołam wyjść żywy z tego koszmaru, wyznaczę nagrodę tysiąca dolarów dla tego, kto mi przyniesie jego obdartego ze skóry trupa. Nie, poprawka, dla tego, kto przyniesie kota żywego. Sam go obedrę z skóry.
Na parterze domu są trzy zakratowane okna; między drugim a pierwszym znajdują się drzwi wejściowe. Na drugim piętrze również są trzy okna. Dziwnym zrządzeniem losu pierwsze jest ciemniejsze od pozostałych. Zasłony? Nie, nie wygląda na to.
Po lewej widzę podwórze i jeszcze jedne drzwi z boku domu. Wchodzę na wylany asfaltem podjazd, na którym stoi samochód: stary, brązowy chevrolet z kogutem na dachu. Taksówka. Odrobina szczęścia zawsze się przydaje.
Dzwonię do drzwi. Za domem rozciąga się duży teren otoczony wysokim żywopłotem z cedrów, a dalej las. Spoglądam na zegarek – wpół do trzeciej. Dzwonię po raz drugi. Zaparkowana w podwórzu taksówka zachęca mnie, żebym się nie pod¬dawał.
Wreszcie drzwi się otwierają. Mężczyzna około czterdziestki jest ciut niższy niż moje 180 cm wzrostu. Mruga oczami niezdecydowany i wygląda na mocno zdziwionego moim widokiem. Wyjaśniam mu, co się stało, i wskazuję na pozostałości mojego roweru leżące na ulicy. Mężczyzna słucha mnie odrobinę nie¬ufny. Ma mały, ciemny wąsik i kasztanowe, kręcone włosy, nieco skołtunione – wygląda jak ćwok. Typowy mieszkaniec przedmieścia. Wychodzi na zewnątrz i wygląda na ulicę. Widząc mój rower uśmiecha się z rozbawieniem, a jego idiotyczny wąsik unosi się nieco. Najwyraźniej wszelkie podejrzenia znikły.
– A, wypadek rowerowy!
No cóż, jego to uspokaja, nie wiem czemu. Przygląda mi się z uśmiechem, jakbym opowiedział mu świetny dowcip. Śmieje się zresztą na głos.
– Z powodu kota! Ha, ha! To dopiero dobre. Gdybyś w niego uderzył, poniósłbyś mniejsze straty! Nigdy nie miałem zaufania do rowerów. Bardziej zdradzieckie niż samochód. – Moja sytuacja najwyraźniej go bawi, a ja uśmiecham się wbrew sobie. Facet w typie „dobrego wujaszka” wygląda raczej sympatycznie.
Wyjaśniam mu, że miałem zamiar wezwać taksówkę.
– Ja jestem kierowcą taksówki! Co za przypadek, nie? Tyle że dziś po południu akurat nie pracuję. Mam trochę innych za¬jęć...
Wygląda na to, że jest mu rzeczywiście przykro.
– Nie ma problemu... Czy nie będę przeszkadzał, jeśli wejdę do pana, żeby wezwać taksówkę?
Waha się chwilę i rzuca okiem do wnętrza domu. Pociera wąsik, jakby rozważał wszystkie za i przeciw. Czyżbym przeszkadzał mu do tego stopnia? Ma na sobie stare dżinsy, stary podkoszulek i jakieś plamy na ubraniach... Pewnie coś tam majstruje.
– Proszę posłuchać... Wie pan co, pójdę do domu obok, jeśli jest pan zbyt...
– Ależ nie, ależ nie! – wykrzykuje nagle znowu uśmiechnięty. – Wejdź.
Wchodzę bezpośrednio do dużej, dziwnie urządzonej kuchni. Zielona tapeta w fioletowe kwiaty, karmelowo brązowe szafki i lodówka w kolorze kukurydzy. Aż zęby bolą. Po lewej schody prowadzące na drugie piętro, a pod nimi małe drzwi zamknięte na kłódkę. Z przodu obok pieca obszerne wejście prowadzące do jadalni.
Gość wskazuje mi, gdzie znajduje się telefon, gdy drzwi wejściowe, które dopiero co przekroczyłem, otwierają się i wchodzi przez nie kobieta. Nieruchomieje, przygląda mi się zaskoczona. Trzyma za rękę małą dziewczynkę stojącą po jej prawej stronie.
– Maude! – Dziwi się facet. – Niedługo spacerowałaś.
Mówi to, jakby trochę zażenowany, jakby czynił jej wyrzut.
Kobieta natomiast cały czas przygląda mi się bardzo uważnie, wręcz z obawą.
– To chłopak, który rozwalił rower naprzeciwko nas. Przez kota!
I śmieje się. Najwyraźniej moja kraksa stanowi dla niego niewyczerpane źródło uciechy. Kobieta wydaje się wreszcie spokojniejsza. Przynajmniej odrobinę. Jest dość wysoką szatynką o siwiejących lekko włosach obciętych w kwadrat, niezbyt ładną. Na jej twarzy pojawia się wymuszony uśmiech. Daję jej przynajmniej czterdzieści pięć lat, ale być może zmęczony wyraz twarzy ją postarza.
– Moja żona, Maude.
Uśmiecham się grzecznie. Ona się czerwieni, unika mojego spojrzenia i rzuca szybko słabym głosem:
– Zaprowadzę Annę do pokoju.
Dziewczynka mniej więcej sześcioletnia jest drobniutka, chuda, ma długie, czarne włosy. Nie mówi ani słowa i stoi bez ruchu, bezwolna. Matka bierze ją za rękę, podprowadza do schodów, lecz nagle zatrzymuje się z wahaniem i bąka pod adresem męża:
– Chyba, że... Jest może za wcześnie, żebym szła na górę?
Facet zmienia się nagle na twarzy, jakby się poczuł nieswojo. Głosem, w którym słychać przymus, zadaje pytanie:
– No nie, dlaczego o to pytasz?
Fałszywemu pytaniu towarzyszy lodowate i pełne potępienia spojrzenie. Nic nie rozumiem z tego, co się dzieje, ale nie po¬doba mi się atmosfera. Nie mam ochoty uczestniczyć w scenach małżeńskich. Chcę tylko wezwać taksówkę i wyjść. Wreszcie kobieta opuszcza oczy zmieszana i wchodzi po schodach, nie puszczając dłoni milczącej dziewczynki.
Zawracam rower i ruszam z powrotem.
Pokonuję niecałe trzysta metrów, kiedy pojawia się ten cholerny kot.
I pomyśleć, że niektórzy ludzie nie wierzą w przypadek... Przypadek istnieje, bez cienia wątpliwości. Omal go nie przejeżdżam rowerem. Ten kot wyskoczył nie wiadomo skąd, prze¬biegając metr od przedniego koła. Chcę go ominąć, ale nie sposób ominąć przypadek. Szarpię wściekle kierownicę i czuję, że wszystko się blokuje. Przerzutka wydaje zgrzytliwy jęk i sekundę później poznaję na własnej skórze ekstremalne emocje związane ze swobodnym lotem.
Wstaję, trzymając się za rękę i klnąc niczym stary związkowiec. Poza jednym czy dwoma zadrapaniami na rękach i leciutko otartą dumą nic mi nie jest. Powinienem przeżyć. Rozglądam się. Na ulicy nie ma żywego ducha, a dwie czy trzy osoby zajęte pracą przy własnych domach niczego nie zauważają. Doskonale. Czuję, jak moje poranione ego się zasklepia. Rower miał znacznie mniej szczęścia niż ja. Łańcuch zleciał, kierownica jest skrzywiona, a koło wygięte. Ponieważ nie należę do najzdolniejszych majsterkowiczów i nie potrafię wbić gwoździa, nie kalecząc sobie palców, myślę, żeby wezwać taksówkę. Nie podnosząc nawet z ulicy wraka roweru, ruszam w stronę dużego, dwupiętrowego domu, tego, który znajduje się nieco dalej od innych. Kolejny dowód na to, jak przypadek bawi się z nami; gdybym się przewrócił troszeczkę dalej, nic by się nie wydarzyło.
Na samą myśl o tym, płaczę z furii.
Dostrzegam, jak kot znika za ogrodzeniem. Jeśli zdołam wyjść żywy z tego koszmaru, wyznaczę nagrodę tysiąca dolarów dla tego, kto mi przyniesie jego obdartego ze skóry trupa. Nie, poprawka, dla tego, kto przyniesie kota żywego. Sam go obedrę z skóry.
Na parterze domu są trzy zakratowane okna; między drugim a pierwszym znajdują się drzwi wejściowe. Na drugim piętrze również są trzy okna. Dziwnym zrządzeniem losu pierwsze jest ciemniejsze od pozostałych. Zasłony? Nie, nie wygląda na to.
Po lewej widzę podwórze i jeszcze jedne drzwi z boku domu. Wchodzę na wylany asfaltem podjazd, na którym stoi samochód: stary, brązowy chevrolet z kogutem na dachu. Taksówka. Odrobina szczęścia zawsze się przydaje.
Dzwonię do drzwi. Za domem rozciąga się duży teren otoczony wysokim żywopłotem z cedrów, a dalej las. Spoglądam na zegarek – wpół do trzeciej. Dzwonię po raz drugi. Zaparkowana w podwórzu taksówka zachęca mnie, żebym się nie pod¬dawał.
Wreszcie drzwi się otwierają. Mężczyzna około czterdziestki jest ciut niższy niż moje 180 cm wzrostu. Mruga oczami niezdecydowany i wygląda na mocno zdziwionego moim widokiem. Wyjaśniam mu, co się stało, i wskazuję na pozostałości mojego roweru leżące na ulicy. Mężczyzna słucha mnie odrobinę nie¬ufny. Ma mały, ciemny wąsik i kasztanowe, kręcone włosy, nieco skołtunione – wygląda jak ćwok. Typowy mieszkaniec przedmieścia. Wychodzi na zewnątrz i wygląda na ulicę. Widząc mój rower uśmiecha się z rozbawieniem, a jego idiotyczny wąsik unosi się nieco. Najwyraźniej wszelkie podejrzenia znikły.
– A, wypadek rowerowy!
No cóż, jego to uspokaja, nie wiem czemu. Przygląda mi się z uśmiechem, jakbym opowiedział mu świetny dowcip. Śmieje się zresztą na głos.
– Z powodu kota! Ha, ha! To dopiero dobre. Gdybyś w niego uderzył, poniósłbyś mniejsze straty! Nigdy nie miałem zaufania do rowerów. Bardziej zdradzieckie niż samochód. – Moja sytuacja najwyraźniej go bawi, a ja uśmiecham się wbrew sobie. Facet w typie „dobrego wujaszka” wygląda raczej sympatycznie.
Wyjaśniam mu, że miałem zamiar wezwać taksówkę.
– Ja jestem kierowcą taksówki! Co za przypadek, nie? Tyle że dziś po południu akurat nie pracuję. Mam trochę innych za¬jęć...
Wygląda na to, że jest mu rzeczywiście przykro.
– Nie ma problemu... Czy nie będę przeszkadzał, jeśli wejdę do pana, żeby wezwać taksówkę?
Waha się chwilę i rzuca okiem do wnętrza domu. Pociera wąsik, jakby rozważał wszystkie za i przeciw. Czyżbym przeszkadzał mu do tego stopnia? Ma na sobie stare dżinsy, stary podkoszulek i jakieś plamy na ubraniach... Pewnie coś tam majstruje.
– Proszę posłuchać... Wie pan co, pójdę do domu obok, jeśli jest pan zbyt...
– Ależ nie, ależ nie! – wykrzykuje nagle znowu uśmiechnięty. – Wejdź.
Wchodzę bezpośrednio do dużej, dziwnie urządzonej kuchni. Zielona tapeta w fioletowe kwiaty, karmelowo brązowe szafki i lodówka w kolorze kukurydzy. Aż zęby bolą. Po lewej schody prowadzące na drugie piętro, a pod nimi małe drzwi zamknięte na kłódkę. Z przodu obok pieca obszerne wejście prowadzące do jadalni.
Gość wskazuje mi, gdzie znajduje się telefon, gdy drzwi wejściowe, które dopiero co przekroczyłem, otwierają się i wchodzi przez nie kobieta. Nieruchomieje, przygląda mi się zaskoczona. Trzyma za rękę małą dziewczynkę stojącą po jej prawej stronie.
– Maude! – Dziwi się facet. – Niedługo spacerowałaś.
Mówi to, jakby trochę zażenowany, jakby czynił jej wyrzut.
Kobieta natomiast cały czas przygląda mi się bardzo uważnie, wręcz z obawą.
– To chłopak, który rozwalił rower naprzeciwko nas. Przez kota!
I śmieje się. Najwyraźniej moja kraksa stanowi dla niego niewyczerpane źródło uciechy. Kobieta wydaje się wreszcie spokojniejsza. Przynajmniej odrobinę. Jest dość wysoką szatynką o siwiejących lekko włosach obciętych w kwadrat, niezbyt ładną. Na jej twarzy pojawia się wymuszony uśmiech. Daję jej przynajmniej czterdzieści pięć lat, ale być może zmęczony wyraz twarzy ją postarza.
– Moja żona, Maude.
Uśmiecham się grzecznie. Ona się czerwieni, unika mojego spojrzenia i rzuca szybko słabym głosem:
– Zaprowadzę Annę do pokoju.
Dziewczynka mniej więcej sześcioletnia jest drobniutka, chuda, ma długie, czarne włosy. Nie mówi ani słowa i stoi bez ruchu, bezwolna. Matka bierze ją za rękę, podprowadza do schodów, lecz nagle zatrzymuje się z wahaniem i bąka pod adresem męża:
– Chyba, że... Jest może za wcześnie, żebym szła na górę?
Facet zmienia się nagle na twarzy, jakby się poczuł nieswojo. Głosem, w którym słychać przymus, zadaje pytanie:
– No nie, dlaczego o to pytasz?
Fałszywemu pytaniu towarzyszy lodowate i pełne potępienia spojrzenie. Nic nie rozumiem z tego, co się dzieje, ale nie po¬doba mi się atmosfera. Nie mam ochoty uczestniczyć w scenach małżeńskich. Chcę tylko wezwać taksówkę i wyjść. Wreszcie kobieta opuszcza oczy zmieszana i wchodzi po schodach, nie puszczając dłoni milczącej dziewczynki.
Etykiety:
groza,
Senecal,
thriller psychologiczny,
Ulica Wiązów 5150
niedziela, 21 lutego 2010
Na progu - fragment powieści (2)
Długie sekundy milczymy, siedząc jeden naprzeciw drugiego. Poorana zmarszczkami twarz ojca Lemaya przypomina antyczny posąg. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że nie powinno mnie tu być, że nie powinienem był tu przychodzić. Teraz jednak nie potrafiłbym wyjść.
Wkrótce wątpliwości zostaną rozwiane. Jedne z dwojga drzwi się otworzą. Na oścież. Zaczynam trochę niezręcznie:
-Musi mi ksiądz powiedzieć, co ksiądz wie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że moja prośba jest zbyt ogólna. Ojciec Lemay potrząsa głową niewzruszony.
-Nie, nie od razu. Najpierw pan musi mi powiedzieć, co pan wie.
Głos ma spokojny, głęboki, zużyty wiekiem i zgnębiony, ale mimo to subtelny.
Potakuję głową. Przyznaję księdzu rację. Zakładam nogę na nogę, żeby wyglądać na człowieka rozluźnionego, ale nic z tego. Zażenowany zdejmuję więc nogę i kładę dłonie na kolanach.
-Więc tak... Jakiś miesiąc temu znaleźliśmy Roya w...
-Czytam gazety i wszystko to wiem – przerywa mi łagodnie ksiądz. – Proszę przejść do sprawy zasadniczej.
Odchrząkuję.
-Nazywam się Paul Lacasse. Od czasu przyjęcia Roya do szpitala opiekuję się nim.
Wyjaśniam mu przypadek Roya, jego sny, jak również nasze odkrycia związane z ojcem Pivotem i ojcem Boudraultem. Ojciec Lemay słucha mnie uważnie, trzymając złączone palcami dłonie pod brodą. Na koniec pyta mnie:
-A dlaczego pan Roy śni o ojcu Pivocie?
-Ksiądz chce mnie sprawdzić, czy rzeczywiście nie zna odpowiedzi?
On chwilę milczy.
-Mam niejasne pojęcie o tym... ale mam nadzieję, że jestem w błędzie. Dzięki temu przetrwałem przez te wszystkie lata. Dzięki nadziei, że się mylę...
Jest o wiele bardziej spokojny niż przed chwilą. Przestał walczyć.
Wzdycham.
-Nie wiem, czy ksiądz się pomylił, ale to, co powiem, z całą pewnością księdza nie podniesie na duchu.
Pozostaje nieruchomy. Jego jasnoniebieskie oczy wpatrują się we mnie. Drapię się w ucho, a potem, czując się niezręcznie, zaczynam wyjaśniać:
-Roy zdaje się wierzyć, że... za każdym razem, gdy przychodzi mu na myśl jakaś przerażająca scena, a potem zaczyna ją opisywać, pojawia mu się we śnie ojciec Pivot, żeby doprowadzić go w miejsce, w którym pomysł Roya się urzeczywistnia.
Przerywam i obserwuję reakcję mojego rozmówcy. Półcień nie pozwala mi zobaczyć wyraźnie, ale wydaje mi się, że jego twarz lekko się skrzywiła, a ciało zesztywniało.
-I pan w to wierzy? – pyta obojętnym tonem, ale trochę głośniej niż przed chwilą.
Przez moment mam wrażenie, że siedzę przy konfesjonale. Przeganiam niemiły obraz.
-Wiem, że to pokręcone. Moja praca nie upoważnia mnie, bym wierzył w takie rzeczy, ale... odkryliśmy szczegóły, które, muszę przyznać, są raczej niepokojące. Na przykład to, że Roy w ciągu ostatnich dwudziestu lat był świadkiem wielu krwawych tragedii... tragedii, które opisywał w swoich książkach... I zdołaliśmy udowodnić, że faktycznie o niektórych z tych tragedii myślał, zanim doszło do nich w rzeczywistości.
Zmartwiony potrząsam głową:
-Muszę przyznać, że już nie bardzo wiem, co o tym myśleć, ojcze... Ale cała ta historia jest na tyle bulwersująca, że poświęciłem się jej z całej duszy. Już nie zawodowo, ale osobiście. To coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłem.
Widzę, że ojciec Lemay podnosi dłoń do twarzy. Czubkami palców pociera czoło z łagodnością pełną smutku.
-Mój Boże – szepcze ledwo słyszalnym głosem.
Jego reakcja mnie przeraża. Moje ciało jest napięte aż po czubki palców.
-Czy to prawda? Czy to, co opowiada Roy, jest prawdą?
Moje pytanie brzmi nieco naiwnie. Jestem jak dziec-ko, które pyta, czy święty Mikołaj istnieje naprawdę. Ale nic sobie z tego nie robię. To jedyne prawdziwe pytanie. Jedyne ważne.
Dłoń księdza opada na oparcie fotela. Ledwo się poru-sza, a jego twarz pozostaje w cieniu.
-Naprawdę pan uważa, że mam na to odpowiedź?
-W każdym razie wie ksiądz więcej niż ja.
-Nie wiem wszystkiego...
Słowa padają każde z osobna.
-Niech ksiądz tak nie mówi! – wykrzykuję. – Proszę nie mówić, że przyjechałem tu nadaremnie!
On przechyla głowę na bok zaintrygowany.
-Dlaczego tak panu zależy na odpowiedzi? Tylko w związku z poszukiwaniem prawdy, czy też po to, by rozproszyć swoje wątpliwości?
Źle przyjmuję ten cios. Znów mam wrażenie spowiedzi. Ale odpowiadam, jak mi się wydaje, możliwie najszczerzej:
-Obydwa.
Następuje krótka chwila ciszy, a potem słyszę, jak stary ksiądz znów wzdycha.
-Co za ironia, nieprawdaż? Konfrontacja religii z nauką. Piętnaście lat temu, gdy ludzie chcieli znać prawdę, zwracali się ku religii, a potem sfrustro-wani stopniowo zwracali się w stronę nauki. Teraz siedzimy jeden naprzeciw drugiego... bez jasnej odpowiedzi.
Słucham go zaniepokojony, a potem pytam:
-Kto więc zdaniem księdza zna prawdę?
-Nikt. I tak będzie zawsze.
Krzywię się. Zalatuje podstawowym kursem filozofii. Mam wrażenie, że odbiegamy od tematu. Podejmuję go więc ponownie z większą siłą:
-Proszę przynajmniej powiedzieć, co ksiądz wie! Jestem pewien, że to mi pomoże!
On milczy przez sekundę.
-W każdym razie mnie pomoże z pewnością – stwierdza. – Pomoże mi oczyścić duszę. Albo-wiem jeśli Roy mówi prawdę, jestem przeklęty. I ojciec Boudrault także. Być może to ostatnia próba przed śmiercią. Mam sześćdziesiąt osiem lat, ale moja dusza ma lat tysiąc...
Sześćdziesiąt osiem lat! Jego twarz wydaje się o wiele starsza! Powtarzam z prośbą w głosie:
-Proszę mi powiedzieć, co ksiądz wie! Jaki jest związek między Royem a ojcem Pivotem? To jego syn, prawda?
Potrząsa głową.
-Nie, gdyby to było tak proste...
Dziwię się, jestem rozczarowany.
-Ale ksiądz zna związek między nimi, jestem tego pewien...
Cisza. Ksiądz oddycha nieco głośniej, a ja ciągnę niecierpliwie:
-Pivot kierował sektą, prawda? Ksiądz i ojciec Boudrault wiedzieliście o tym...
Spogląda w bok, w kierunku bladego okienka w ścianie i wreszcie się zwierza, nie odrywając oczu od tego okna. Opowiada. Jego głos jest spokojny, ale nieszczęśliwy. Pojmuję, że robi to po raz pierwszy.
-Przyjechałem tu w sierpniu 1955 roku, około dziesięć miesięcy przed tymi przerażającymi wydarzeniami... Miałem dwadzieścia siedem lat i byłem świeżo upieczonym księdzem. Przed rozpoczęciem pracy w parafii chciałem przeprowadzić obszerne badania nad praktykami religijnymi mieszkańców małych miast. Na teren badań wybrałem Mont-Mathieu. Władze archidiecezji zachwycone moim projektem przedstawiły mi ojca Boudraulta. Ten bez wahania zgodził się udzielić mi gościny na czas moich poszukiwań, czyli mniej więcej na rok. Mieszkaliśmy więc we czworo na plebani: ojciec Boudrault, służąca Gervaise, ja i ojciec Pivot...
Ojciec Boudrault miał wtedy czterdzieści cztery lata i od dziesięciu lat pracował w parafii w Mont-Mathieu. Był odrobinę fanatyczny, tak jak niektórzy księża w tamtych czasach. Żyliśmy w epoce Duplessisa?* i władza religii była totalna. Ojciec Boudrault wierzył we Wszechmocny Kościół i uważał, że ci, którzy nie przychodzili na niedzielną mszę, byli skazani na męki piekielne. Krótko mówiąc, religia katolicka była dla niego jedyną drogą zbawienia. Przyznaję, uważałem go za nieco surowego. Niemniej bardzo go lubiłem. Była to jedna z najbardziej miłosiernych dusz zawsze gotowa nieść pomóc każdemu, kto się znalazł w potrzebie.
Gervaise to zagadka. Jest niema, jak pan bez wątpienia zauważył. Była gospodynią ojca Boudraulta od chwili jego przybycia do Mont-Mathieu. On sam niewiele o niej wiedział. Znaleziono ją błąkającą się w jednym z miasteczek. Nie miała rodziców, przyjaciół, domu. Zakonnicy otoczyli ją opieką i przysposobili do służby u księży. Była już wtedy dorosła, więc nikt nie wie, ile właściwie ma lat. Wówczas dawano jej między czterdzieści a pięćdziesiąt. A więc dziś miałaby coś między osiemdziesiąt a dziewięćdziesiąt.
-I cały czas jest gospodynią?
-Cały czas. Od wielu lat próbuję ją przekonać, żeby dała sobie z tym spokój, żeby dożyła spokojnie swoich dni w jakimś domu opieki, ale ona odma-wia. Zawsze służyła księżom w Mont-Mathieu i będzie to robiła aż do śmierci, jak sądzę. Jest zresztą zadziwiająco dobrego zdrowia. Znacznie lepszego niż ja w każdym razie.
Jego spojrzenie staje się nieobecne.
-Początkowo uważałem ją za dziwną. Nie tylko dlatego, że jest niema, lecz także z powodu jej zachowania. Nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechnęła, ani razu w ciągu czterdziestu lat, żeby płakała, żeby wyrażała jakąkolwiek inną emocję. Pomimo kamiennej twarzy jest zawsze skuteczna. Wypełnia wszystkie obowiązki bez cienia zmęczenia lub irytacji. Całkiem tak jak dziś.
-W sumie prawdziwe błogosławieństwo.
Osobliwy błysk pojawia się oczach księdza.
-Nie jestem tego taki pewien.
Ta uwaga zaciekawia mnie, ale ojciec Lemay wraca do tematu:
-Jednym słowem mimo jej dziwnej obecności i nie-zbyt przyjaznego wyrazu twarzy Gervaise stała się w probostwie nieodzowna. Ojciec Boudrault nie okazywał jej specjalnego przywiązania, ale wiem, że bardzo ją lubił. Jeśli zaś chodzi o ojca Pivota...
Przez chwilę milczy. Unoszę brodę, podwajając uwagę. Ojciec Lemay odchrząkuje. Jego głos jest nadal łagodny, ale bardziej posępny.
-Ojciec Pivot pełnił obowiązki wikariusza w Mont-Mathieu od pięciu lat. Był chodzącą łagodnością. Podczas naszych wspólnych kolacji, gdy ojciec Boudrault złościł się na bezbożność niektórych parafian i życzył im, by spłonęli w piekle, ojciec Pivot zawsze ze spokojem brał stronę grzeszników. Bardzo lubiłem ojca Pivota. Uważałem jednak, że jego relacje z ojcem Boudraultem nie są do końca jasne. Dobrze się rozumieli, często ze sobą rozmawiali, grali w szachy, ale czasami ojciec Boudrault patrzył na niego z dziwnym niepokojem...
Przeprowadzając swoje badania, zadawałem wiele pytań mieszkańcom okolicznych miasteczek i zauważyłem, że bardzo lubili ojca Pivota, doceniali jego kazania. Ojciec Pivot zaś był bardzo uprzejmy wobec wszystkich. Wyglądał zadziwiająco: wysoki, postawny, łysa głowa... ale biła od niego łagodność. Prawie cały czas się uśmiechał. Zauważyłem jednak, że w jego zielonych oczach bezustannie czaiło się rozgoryczenie, jakiś odprysk smutku, który nie pasował do jego osobowości.
Ojciec Lemay delikatnie się gładzi po policzku. Przez okno widać niebo, które nabiera płomiennych barw. Ksiądz mówi dalej:
-Przypominam sobie, że pewnego wiosennego wieczoru ojca Boudraulta nie było z nami. Ojciec Pivot i ja siedzieliśmy tu, w tym salonie. Na dworze szalała burza, a mój kolega wydawał się zamyślony. Smutek w jego spojrzeniu widać było szczególnie mocno tego wieczoru, dlatego zapyta-łem go, czy wszystko w porządku... On się zawahał, ale wreszcie przemówił. Przyjął święcenia, ponieważ wierzył w Moc Dobra. Chciał dostąpić tej mocy, służąc Dobru najlepiej, jak potrafił. Ale przyznał się, że od kilku miesięcy ma pewne wątpliwości... Nie czuł tego, żeby dobroczynna moc wywoływała rzeczywiste skutki. Widział wokół siebie nieszczęścia, niesprawiedliwość, ludzi coraz słabszej wiary. Wierzył, że Dobro da mu moc rozwiązywania problemów, ale zdał sobie sprawę, że to bardziej skomplikowane. Wydał mi się wtedy trochę próżny. Ale on uśmiechnął się do mnie tym swoim ciepłym uśmiechem i powiedział: „Nadal jednak czynię Dobro... Nadal mam nadzieję...”. I zmieniliśmy temat.
Kilka dni później powiedziałem o tej rozmowie ojcu Boudraultowi, a on się rozgniewał i oznajmił: „Proszę więcej z nim nie rozmawiać, André! Zrozumiałeś mnie?”. Wiedział więc o wątpliwościach wikariusza i uznawał je za niezdrowe. Nie naciskałem.
Wkrótce wątpliwości zostaną rozwiane. Jedne z dwojga drzwi się otworzą. Na oścież. Zaczynam trochę niezręcznie:
-Musi mi ksiądz powiedzieć, co ksiądz wie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że moja prośba jest zbyt ogólna. Ojciec Lemay potrząsa głową niewzruszony.
-Nie, nie od razu. Najpierw pan musi mi powiedzieć, co pan wie.
Głos ma spokojny, głęboki, zużyty wiekiem i zgnębiony, ale mimo to subtelny.
Potakuję głową. Przyznaję księdzu rację. Zakładam nogę na nogę, żeby wyglądać na człowieka rozluźnionego, ale nic z tego. Zażenowany zdejmuję więc nogę i kładę dłonie na kolanach.
-Więc tak... Jakiś miesiąc temu znaleźliśmy Roya w...
-Czytam gazety i wszystko to wiem – przerywa mi łagodnie ksiądz. – Proszę przejść do sprawy zasadniczej.
Odchrząkuję.
-Nazywam się Paul Lacasse. Od czasu przyjęcia Roya do szpitala opiekuję się nim.
Wyjaśniam mu przypadek Roya, jego sny, jak również nasze odkrycia związane z ojcem Pivotem i ojcem Boudraultem. Ojciec Lemay słucha mnie uważnie, trzymając złączone palcami dłonie pod brodą. Na koniec pyta mnie:
-A dlaczego pan Roy śni o ojcu Pivocie?
-Ksiądz chce mnie sprawdzić, czy rzeczywiście nie zna odpowiedzi?
On chwilę milczy.
-Mam niejasne pojęcie o tym... ale mam nadzieję, że jestem w błędzie. Dzięki temu przetrwałem przez te wszystkie lata. Dzięki nadziei, że się mylę...
Jest o wiele bardziej spokojny niż przed chwilą. Przestał walczyć.
Wzdycham.
-Nie wiem, czy ksiądz się pomylił, ale to, co powiem, z całą pewnością księdza nie podniesie na duchu.
Pozostaje nieruchomy. Jego jasnoniebieskie oczy wpatrują się we mnie. Drapię się w ucho, a potem, czując się niezręcznie, zaczynam wyjaśniać:
-Roy zdaje się wierzyć, że... za każdym razem, gdy przychodzi mu na myśl jakaś przerażająca scena, a potem zaczyna ją opisywać, pojawia mu się we śnie ojciec Pivot, żeby doprowadzić go w miejsce, w którym pomysł Roya się urzeczywistnia.
Przerywam i obserwuję reakcję mojego rozmówcy. Półcień nie pozwala mi zobaczyć wyraźnie, ale wydaje mi się, że jego twarz lekko się skrzywiła, a ciało zesztywniało.
-I pan w to wierzy? – pyta obojętnym tonem, ale trochę głośniej niż przed chwilą.
Przez moment mam wrażenie, że siedzę przy konfesjonale. Przeganiam niemiły obraz.
-Wiem, że to pokręcone. Moja praca nie upoważnia mnie, bym wierzył w takie rzeczy, ale... odkryliśmy szczegóły, które, muszę przyznać, są raczej niepokojące. Na przykład to, że Roy w ciągu ostatnich dwudziestu lat był świadkiem wielu krwawych tragedii... tragedii, które opisywał w swoich książkach... I zdołaliśmy udowodnić, że faktycznie o niektórych z tych tragedii myślał, zanim doszło do nich w rzeczywistości.
Zmartwiony potrząsam głową:
-Muszę przyznać, że już nie bardzo wiem, co o tym myśleć, ojcze... Ale cała ta historia jest na tyle bulwersująca, że poświęciłem się jej z całej duszy. Już nie zawodowo, ale osobiście. To coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłem.
Widzę, że ojciec Lemay podnosi dłoń do twarzy. Czubkami palców pociera czoło z łagodnością pełną smutku.
-Mój Boże – szepcze ledwo słyszalnym głosem.
Jego reakcja mnie przeraża. Moje ciało jest napięte aż po czubki palców.
-Czy to prawda? Czy to, co opowiada Roy, jest prawdą?
Moje pytanie brzmi nieco naiwnie. Jestem jak dziec-ko, które pyta, czy święty Mikołaj istnieje naprawdę. Ale nic sobie z tego nie robię. To jedyne prawdziwe pytanie. Jedyne ważne.
Dłoń księdza opada na oparcie fotela. Ledwo się poru-sza, a jego twarz pozostaje w cieniu.
-Naprawdę pan uważa, że mam na to odpowiedź?
-W każdym razie wie ksiądz więcej niż ja.
-Nie wiem wszystkiego...
Słowa padają każde z osobna.
-Niech ksiądz tak nie mówi! – wykrzykuję. – Proszę nie mówić, że przyjechałem tu nadaremnie!
On przechyla głowę na bok zaintrygowany.
-Dlaczego tak panu zależy na odpowiedzi? Tylko w związku z poszukiwaniem prawdy, czy też po to, by rozproszyć swoje wątpliwości?
Źle przyjmuję ten cios. Znów mam wrażenie spowiedzi. Ale odpowiadam, jak mi się wydaje, możliwie najszczerzej:
-Obydwa.
Następuje krótka chwila ciszy, a potem słyszę, jak stary ksiądz znów wzdycha.
-Co za ironia, nieprawdaż? Konfrontacja religii z nauką. Piętnaście lat temu, gdy ludzie chcieli znać prawdę, zwracali się ku religii, a potem sfrustro-wani stopniowo zwracali się w stronę nauki. Teraz siedzimy jeden naprzeciw drugiego... bez jasnej odpowiedzi.
Słucham go zaniepokojony, a potem pytam:
-Kto więc zdaniem księdza zna prawdę?
-Nikt. I tak będzie zawsze.
Krzywię się. Zalatuje podstawowym kursem filozofii. Mam wrażenie, że odbiegamy od tematu. Podejmuję go więc ponownie z większą siłą:
-Proszę przynajmniej powiedzieć, co ksiądz wie! Jestem pewien, że to mi pomoże!
On milczy przez sekundę.
-W każdym razie mnie pomoże z pewnością – stwierdza. – Pomoże mi oczyścić duszę. Albo-wiem jeśli Roy mówi prawdę, jestem przeklęty. I ojciec Boudrault także. Być może to ostatnia próba przed śmiercią. Mam sześćdziesiąt osiem lat, ale moja dusza ma lat tysiąc...
Sześćdziesiąt osiem lat! Jego twarz wydaje się o wiele starsza! Powtarzam z prośbą w głosie:
-Proszę mi powiedzieć, co ksiądz wie! Jaki jest związek między Royem a ojcem Pivotem? To jego syn, prawda?
Potrząsa głową.
-Nie, gdyby to było tak proste...
Dziwię się, jestem rozczarowany.
-Ale ksiądz zna związek między nimi, jestem tego pewien...
Cisza. Ksiądz oddycha nieco głośniej, a ja ciągnę niecierpliwie:
-Pivot kierował sektą, prawda? Ksiądz i ojciec Boudrault wiedzieliście o tym...
Spogląda w bok, w kierunku bladego okienka w ścianie i wreszcie się zwierza, nie odrywając oczu od tego okna. Opowiada. Jego głos jest spokojny, ale nieszczęśliwy. Pojmuję, że robi to po raz pierwszy.
-Przyjechałem tu w sierpniu 1955 roku, około dziesięć miesięcy przed tymi przerażającymi wydarzeniami... Miałem dwadzieścia siedem lat i byłem świeżo upieczonym księdzem. Przed rozpoczęciem pracy w parafii chciałem przeprowadzić obszerne badania nad praktykami religijnymi mieszkańców małych miast. Na teren badań wybrałem Mont-Mathieu. Władze archidiecezji zachwycone moim projektem przedstawiły mi ojca Boudraulta. Ten bez wahania zgodził się udzielić mi gościny na czas moich poszukiwań, czyli mniej więcej na rok. Mieszkaliśmy więc we czworo na plebani: ojciec Boudrault, służąca Gervaise, ja i ojciec Pivot...
Ojciec Boudrault miał wtedy czterdzieści cztery lata i od dziesięciu lat pracował w parafii w Mont-Mathieu. Był odrobinę fanatyczny, tak jak niektórzy księża w tamtych czasach. Żyliśmy w epoce Duplessisa?* i władza religii była totalna. Ojciec Boudrault wierzył we Wszechmocny Kościół i uważał, że ci, którzy nie przychodzili na niedzielną mszę, byli skazani na męki piekielne. Krótko mówiąc, religia katolicka była dla niego jedyną drogą zbawienia. Przyznaję, uważałem go za nieco surowego. Niemniej bardzo go lubiłem. Była to jedna z najbardziej miłosiernych dusz zawsze gotowa nieść pomóc każdemu, kto się znalazł w potrzebie.
Gervaise to zagadka. Jest niema, jak pan bez wątpienia zauważył. Była gospodynią ojca Boudraulta od chwili jego przybycia do Mont-Mathieu. On sam niewiele o niej wiedział. Znaleziono ją błąkającą się w jednym z miasteczek. Nie miała rodziców, przyjaciół, domu. Zakonnicy otoczyli ją opieką i przysposobili do służby u księży. Była już wtedy dorosła, więc nikt nie wie, ile właściwie ma lat. Wówczas dawano jej między czterdzieści a pięćdziesiąt. A więc dziś miałaby coś między osiemdziesiąt a dziewięćdziesiąt.
-I cały czas jest gospodynią?
-Cały czas. Od wielu lat próbuję ją przekonać, żeby dała sobie z tym spokój, żeby dożyła spokojnie swoich dni w jakimś domu opieki, ale ona odma-wia. Zawsze służyła księżom w Mont-Mathieu i będzie to robiła aż do śmierci, jak sądzę. Jest zresztą zadziwiająco dobrego zdrowia. Znacznie lepszego niż ja w każdym razie.
Jego spojrzenie staje się nieobecne.
-Początkowo uważałem ją za dziwną. Nie tylko dlatego, że jest niema, lecz także z powodu jej zachowania. Nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechnęła, ani razu w ciągu czterdziestu lat, żeby płakała, żeby wyrażała jakąkolwiek inną emocję. Pomimo kamiennej twarzy jest zawsze skuteczna. Wypełnia wszystkie obowiązki bez cienia zmęczenia lub irytacji. Całkiem tak jak dziś.
-W sumie prawdziwe błogosławieństwo.
Osobliwy błysk pojawia się oczach księdza.
-Nie jestem tego taki pewien.
Ta uwaga zaciekawia mnie, ale ojciec Lemay wraca do tematu:
-Jednym słowem mimo jej dziwnej obecności i nie-zbyt przyjaznego wyrazu twarzy Gervaise stała się w probostwie nieodzowna. Ojciec Boudrault nie okazywał jej specjalnego przywiązania, ale wiem, że bardzo ją lubił. Jeśli zaś chodzi o ojca Pivota...
Przez chwilę milczy. Unoszę brodę, podwajając uwagę. Ojciec Lemay odchrząkuje. Jego głos jest nadal łagodny, ale bardziej posępny.
-Ojciec Pivot pełnił obowiązki wikariusza w Mont-Mathieu od pięciu lat. Był chodzącą łagodnością. Podczas naszych wspólnych kolacji, gdy ojciec Boudrault złościł się na bezbożność niektórych parafian i życzył im, by spłonęli w piekle, ojciec Pivot zawsze ze spokojem brał stronę grzeszników. Bardzo lubiłem ojca Pivota. Uważałem jednak, że jego relacje z ojcem Boudraultem nie są do końca jasne. Dobrze się rozumieli, często ze sobą rozmawiali, grali w szachy, ale czasami ojciec Boudrault patrzył na niego z dziwnym niepokojem...
Przeprowadzając swoje badania, zadawałem wiele pytań mieszkańcom okolicznych miasteczek i zauważyłem, że bardzo lubili ojca Pivota, doceniali jego kazania. Ojciec Pivot zaś był bardzo uprzejmy wobec wszystkich. Wyglądał zadziwiająco: wysoki, postawny, łysa głowa... ale biła od niego łagodność. Prawie cały czas się uśmiechał. Zauważyłem jednak, że w jego zielonych oczach bezustannie czaiło się rozgoryczenie, jakiś odprysk smutku, który nie pasował do jego osobowości.
Ojciec Lemay delikatnie się gładzi po policzku. Przez okno widać niebo, które nabiera płomiennych barw. Ksiądz mówi dalej:
-Przypominam sobie, że pewnego wiosennego wieczoru ojca Boudraulta nie było z nami. Ojciec Pivot i ja siedzieliśmy tu, w tym salonie. Na dworze szalała burza, a mój kolega wydawał się zamyślony. Smutek w jego spojrzeniu widać było szczególnie mocno tego wieczoru, dlatego zapyta-łem go, czy wszystko w porządku... On się zawahał, ale wreszcie przemówił. Przyjął święcenia, ponieważ wierzył w Moc Dobra. Chciał dostąpić tej mocy, służąc Dobru najlepiej, jak potrafił. Ale przyznał się, że od kilku miesięcy ma pewne wątpliwości... Nie czuł tego, żeby dobroczynna moc wywoływała rzeczywiste skutki. Widział wokół siebie nieszczęścia, niesprawiedliwość, ludzi coraz słabszej wiary. Wierzył, że Dobro da mu moc rozwiązywania problemów, ale zdał sobie sprawę, że to bardziej skomplikowane. Wydał mi się wtedy trochę próżny. Ale on uśmiechnął się do mnie tym swoim ciepłym uśmiechem i powiedział: „Nadal jednak czynię Dobro... Nadal mam nadzieję...”. I zmieniliśmy temat.
Kilka dni później powiedziałem o tej rozmowie ojcu Boudraultowi, a on się rozgniewał i oznajmił: „Proszę więcej z nim nie rozmawiać, André! Zrozumiałeś mnie?”. Wiedział więc o wątpliwościach wikariusza i uznawał je za niezdrowe. Nie naciskałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)