czwartek, 18 lutego 2010

Dla kogo pisarz pisze?

Jasne, że dla czytelnika. Pisarz pisze, żeby go czytali, rysownik rysuje, żeby go oglądali, a muzyk gra, żeby go słuchali... To swoista wymiana odczuć, myśli, czasem zabawa, ale dzieło żyje wtedy, gdy po narodzinach samodzielnie rusza w świat.

Wydawałoby się, że gdy książka została napisana, niewiele można już zrobić. Autor i wydawca oddają ją w ręce czytelnika i na tym się kończy ich rola. Ale są autorzy, którzy nawiązują swoisty dialog. Książka ma owszem zakończenie, ale nie dziwi nas, gdy w następnej, która wcale nie jest kolejnym tomem, odnajdujemy znane sobie wątki, myśli, drobiazgi. Między czytelnikiem, autorem i książkami wytwarza się stopniowo więź i właściwie czytelnik zaczyna się spodziewać, oczekuje od "swojego" autora kolejnej niespodzianki.

Gdy w "Ulicy Wiązów 5051" odnalazłam na samym końcu postać znaną mi już z "Na progu" poczułam zdziwienie, konsternację, radość... choć scena nie była specjalnie ku temu. To reakcja na "znajome", "swojskie". A kiedy w "Alicyi" (jeszcze się nie ukazała) odkryłam dobrą znajomą z "Ulicy Wiązów", dopiero byłam zaskoczona. Ale też bardzo usatysfakcjonowana, że postać, która dość gwałtownie zniknęła, oto wypływa... jest ciąg dalszy, jest następstwo, jest logiczna ciągłość... i ja to rozumiem, akceptuję.

Technika jest w sumie prosta, a buduje cały mikrokosmos autora. Każdy najbardziej absurdalny pomysł będzie miał teraz solidne podłoże i umocowanie w tym konkretnym świecie, w konwencji, o której już wie czytelnik, w mrugnięciu okiem od autora. Ot taka sobie ciekawa interakcja.

5 komentarzy:

  1. Słońce Ty moje, nie potrafię zbudować mikrokosmosu bez kontaktu z człowiekiem, takiego "twarzą w twarz", chociaż to "czuję i wiem", że z Tobą by się dało, ale mimo wszystko, chciałabym Cie mieć tak na wyciągnięcie dłoni, wtedy, mogłybyśmy porozmawiać. Są ludzie (ale to chyba w gwiazdach zapisane), z którymi wiesz, że w nocy o północy, o chlebie i głodzie, w szczęściu i w bezdennej rozpaczy, ale tego się nie da zbudować pisanym słowem.
    Chyba tylko z Pieprzem (i z Davim, ale oba są stronnicze, bo oni są: jeden ziomek, a druga urodzona pod tą samą gwiazdą) mam coś takiego, że mogę ich jutro nocować i wiem, że mrugnę lewym okiem, a Oni już wiedzą, co jest grane.
    Już się wywnętrzyłam na różnych blogach, że coś mi MÓWI, że i tyś jest z tego samego klubu, ja tu jezdem tylko od gotowania i nie mam ambicji literackich, chociaż żem była dziennikarzem Roku Podkarpacia 2004, ale to było dawno i nieprawda.
    Nie tracę nadziei, że Cie kiedyś spotkam tak NAPRAWDĘ, najlepiej w paryi, gdzie każdy w obliczu natury musi być sobą, bo przez te parę miesięcy polubiłam Cie sakrucko, Mażęta, a może nawet niewielu wie, czemuż ja tak do Ciebie mówię...
    Sorry, żem sie tak rozgadała, ale tu chyba można, bo tu tak mało obcych ludzi przychodzi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak się nie da, kiedy się właśnie daje? :D
    Ja też jestem przekonana, że do spotkania na szczycie dojść musi! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja się w paryji zajmę pierśmi, dobra? Znaczy...ee..żeby nie było...kurczęcimi...na grylu natenpszykłat :))

    OdpowiedzUsuń
  4. To co przeczytałam w komentarzu to jeden z najpiękniejszych komplementów jaki otrzymałam w życiu:)Dzięki Marzyniu - masz ogromne serce, bardzo się cieszę, że DuchBlogów postawił cię na mojej drodze:))Bez paryja się nie obejdzie!

    Co do tych drobnych tropów - bardzo lubię takie puszczanie oka do wiernego czytelnika - sytuacje, osoby, wydarzenia, które pojawiają się /czasem jako poboczne drobiazgi/ w innej książce tego samego autora są jak bonus. Zawsze mam nadzieję, że należę do tej nielicznej grupy wybrańców, z którą autor nawiązał bardziej intymny kontakt. :)
    Wierny czytelnik jest tez przekleństwem autora. Wierni czytelnicy Musierowicz znają Borejków i przyległości lepiej niż sama autorka i konsekwentnie wytykają nawet najmniejsze błędy, nawet najdrobniejsze nieścisłości. Aż strach pisać następną część:))Ale skoro w jednej powieści bohaterzy X i Y są w tym samym wieku, to nie można po 10 latach tworzyć między nimi 5 lat różnicy. Starzeją się przecież równocześnie:) obecnie jestem na etapie wyłapywania błędów pani Townsend - napisała książkę, którą umieściła w czasie pomiędzy dwiema poprzednimi, noooo...powinna być bardziej uważna, pani Gabrysia siedzi na fotelu, czyta i wykrzykuje głośno - TO NIEMOŻLIWE!!!. Drżyjcie autorzy uwielbiający kontynuacje, wierny czytelnik jest jak pies myśliwski - z jednej strony bardzo przydatny, z drugiej bywa postacią z piekła rodem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, Pieprzyku, masz świętą rację, dlategom nie została pisarkom ;-)
    Tylko se tak popisuje na różnych blogach i się cieszę, że Was spotkałam, hurraa!!!

    OdpowiedzUsuń